Jak zostać pisarzem i nie zarobić na tym ani grosza

Po cichu zazdroszczę Kai Malanowskiej, że jej w ogóle zapłacili

304133_2020559189607_678755864_n

Przeczytałam wywiad z Kają Malanowską, zainspirowany jej wpisem na Facebooku, że w 16 miesięcy ciężkiego pisania zarobiła tylko 6 800 złotych i chce sobie przez to strzelić w łeb. Świetny powód. Ja w ogóle uwielbiam poważne powody do strzelania sobie w łeb. 6 800 zł może się wydawać argumentem żelaznym. Nie wiem jak wy, ale ja na 6800 zł bez namysłu odpaliłabym giwerę. Niestety nie mogę. Nie mam tych 6 800 zł.

Zacznijmy od początku. Jak to jest napisać książkę? Ja pisałam swoją 1,5 roku. Malanowska podobnie – 16 miesięcy. Po osiem godzin dziennie. To daje 2 560 godzin pracy. Przeliczając na strony (książka ma jakieś 300 stron) – jedna strona powstawała w ponad 85 godzin. Ktoś zaraz zakpi, że ryła ją dłutem w kamieniu. Zgadzam się. Książkę ryje się dłutem w kamieniu. Podobno Bułhakow pisał swoje dzieło 10 lat. Ile to wychodzi na stronę? Cóż, kamień papieru jest twardy. Ale nie ma innego wyjścia. Trzeba w nim ryć. Mimo że człowiek zapomina zjeść śniadanie, a jak przypomni sobie około północy, że jeszcze nie jadł, wpada mu do głowy nowy wątek i ryje na czczo do rana.

Każda myśl, każdy przedmiot na parapecie, każde spojrzenie w okno, rozmowa ze znajomym, jazda autobusem, zakupy w lumpeksie, wizyta na poczcie, kanapka, butelka wódki, wszystko, absolutnie wszystko każe ryć w kamieniu kolejną stronę i nie ma siły, która to zatrzyma. Zatrzymać może tylko jedno nieszczęście, a nieszczęścia tego nikomu nie życzę, bo jest to najstraszliwsza z możliwych możliwości i nazywa się, do wyboru: Wielkie Nic, Pustka, Zapadka, Niemota.

Ale tu nie ma mowy o Niemocie. Jest twórczość, jest wena. Co nam przyświeca? Pieniądze? Ile? 6 800 złotych? 5 000 złotych? 200 złotych? 14 milionów dolarów? Nie wiem. Ja nie wiem, jakie pieniądze są w stanie zatrzymać, bądź poruszyć proces tworzenia. Jaki zamysł sprzedania książki wzruszy twórcze zwoje mózgowe artysty? Ile zer na koncie ją uszlachetni? I do kogo mieć żal, jeśli zer jest za mało?

Mnie też w pewnym momencie opętało. Opętuje mnie zawsze, gdy siadam do pisania. Robię to na własne ryzyko, bo jakże miałabym inaczej? Że co? Że po napisaniu miałabym żal, że się nie sprzedało? Albo: sprzedało się zbyt tanio? W przeliczeniu na miesiąc od napisania – zbyt skromnie? Czy reżyser, którego film okaże się klapą, może mieć pretensje?

Ale nie popadajmy w koleiny. Są bowiem inne sprawy, o których być może nie wiecie. Może przy okazji ktoś powie, jak to jest być pisarzem (artystą, muzykiem, przedsiębiorcą – niepotrzebne skreślić) w Polsce. Ja mogę być pierwsza. Proszę bardzo. Na wstępie tylko zaznaczę, że po cichu zazdroszczę Malanowskiej, że jej w ogóle zapłacili.

Moja książka wyszła drukiem w 2011 roku. Miała świetną promocję, którą zrobiłam głównie ja sama przy wielkiej pomocy serdecznego przyjaciela znającego rynek mediów. Mój wydawca nie zrobił prawie nic, jakby w ogóle nie interesowała go sprzedaż. Ale i tak o książce mówiono w TVN, w TVP, w radio, pisano w kolorowych gazetach, w najpopularniejszych dziennikach, na blogach, diabli wiedzą gdzie jeszcze. Mały wywiad na temat książki opublikował nawet FORBES (wg ostatniego filmu Scorsese: szczyt lansu). Przez kilka pierwszych tygodni od wydania książka nie schodziła z internetowej listy TOP Empiku. Można powiedzieć – raj promocyjny. Ale dla kogo ten raj? Książka kosztuje 32 złote. Część zabiera księgarz, część dystrybutor. No i wydawca oczywiście. Dla mnie, według umowy miało być, uwaga:

2 złote.

Miało być. Do dziś nie dostałam z tytułu sprzedaży książki ani jednej dwuzłotówki. Wydawca nie odbiera telefonów.

Ile jest takich autorów jak ja? Osobiście znam kilku. Znam też takich, którzy marzą, by się znaleźć choć na takim etapie. Żeby ich dzieło w ogóle powstało. Żeby ujrzało światło dzienne. Żeby było, namacalne, pachnące, wydrukowane, fizyczne. Żeby stało na półce w księgarni, żeby ktoś je przeczytał. Żeby ktoś pochwalił! Nieważne, że non-profit. Z czego więc żyje pisarz? Kaja Malanowska mówi, że pisarz ma „mamusię”, albo bogatego małżonka. Ale są tacy, co nie mają ani „mamusi”, ani bogatego małżonka, mają za to dzieci na utrzymaniu i oprócz pisania książek muszą dodatkowo pracować. Większość moich znajomych pisarzy pracuje. Ja też. Pracuję na etacie osiem godzin dziennie. Poza tym piszę do czasopism, dorabiam jak umiem. Mam to szczęście, że robię to co lubię, a gdy mnie opęta, rzucam się do pisania. Nie mam czasu strzelać sobie w łeb.

Malanowska wiedziała, jakie ma warunki wydawnicze. Zarobiła proporcjonalnie do wysokości sprzedaży i warunków wcześniej ustalonych z wydawcą. Oczywiście wolałabym, żeby zarobiła lepiej. Wolałabym, żeby wydawcy płacili pisarzom więcej, wolałabym, żeby płacili w ogóle. Wolałabym, żeby w Polsce ludzie kupowali więcej książek, a mniej wydawali na ciuchy w H&M. Ostatnio strzelano z ostrej amunicji do pracowników szwalni w Kambodży, którzy ośmielili się protestować przeciwko głodowym zarobkom. Szyją właśnie dla H&M, Zary i GAP. Nie mają za co żyć. Nie mają „mamusi”, ani bogatego męża, a ich dramat nie może znaleźć ujścia w poście na Facebooku.

Pieniądze są niepotrzebne

– Dzień dobry, czy mogę kupić jakiś prezent na gwiazdkę dla dziecka? – Płaci pani gotówką czy kartą?
– Niczym.

lmTrzy tygodnie temu zepsuła mi się karta bankomatowa. Przestała działać. Oczywiście rzecz się stała w sytuacji zupełnie niestosownej, przy kasie w markecie, między jedną zniecierpliwioną klientką a drugim nad wyraz zniecierpliwionym klientem. Karta przesunięta przez czytnik dwadzieścia trzy razy uparcie odmawiała jakiejkolwiek reakcji, co w efekcie zmusiło mnie do zrezygnowania z obiadu i innych przyjemności.

Obiad i inne przyjemności na ulicy nie leżą, obiad i inne przyjemności mają to do siebie, że trudno z nich zrezygnować, choćby się miało nie wiadomo jak głuchą na przesuwanie przez sklepowy czytnik kartę. Dlatego zostawiając zawartość koszyka przekonałam kasjerkę, by nie odkładała moich zakupów na półkę. Ja za moment, niedługa chwilkę, tylko skoczę do bankomatu (wszak w bankomacie czytniki mają wyższy poziom inteligencji i czytają z większym zrozumieniem) pobiorę kwotę i wrócę. Wrócę, zapłacę, wezmę to co mi się należy. I po problemie.

He, He. Dobre sobie. Bankomat kartę jak połknął tak wypluł, a raczej wypluł jeszcze bardziej niż połknął, mianowicie wypluł z pogardą i jeszcze coś obraźliwego napisał, ściśle napisał: „włóż kartę”, w domyśle: a nie blister po aspirynie. Zrozumiałam więc, że wartość mojej karty jest zbliżona blistrowi po aspirynie, tyle samo z niej pożytku, taką samą wywołuje refleksję: działało, nie działa, a akurat teraz do diabła, wyjątkowo przydałoby się, żeby zadziałało!

Karta pusta, opakowanie bez zawartości, pudełko bez wartości, obietnica bez pokrycia, ból głowy bez lekarstwa, dwa tygodnie do świąt.

Dzwonię do banku, wśród dławionych przekleństw żądam nowej karty. Niechęć wrodzona, z mlekiem matki wyssana niechęć do kolejek na poczcie wzbrania mnie przed pójściem do oddziału banku po zwrot honoru nadszarpniętego przez sklepowy czytnik i plujący bankomat. Niechęć wobec ogonków w banku to argument, wybaczcie, żelazny. Nie idę. Dzwonię, wściekam się, słuchawką rzucam. Piszę wojenne maile. Bombarduję skrzynkę na ich stronie internetowej. Strzelam z karabinu maszynowego, wciąż na odległość. Nie chce mi się iść do banku. Nie chce mi się do banku. Nienawidzę chodzić do banku. Chcę kartę. Działającą. Tu i teraz. Natychmiast.

Karta działająca nie przychodzi. Został tydzień do świąt. Poczta Polska ledwo zipie. Tak strasznie ledwo zipie, że karty z Wrzeszcza (mieszkam pod Gdańskiem) nie daje rady dowieźć. Dla porównania – w tak zwanym międzyczasie zdąży przywędrować przez trzy kontynenty i dwa oceany prezent z Amazonu. Mam więc prezent. Jeden. Potrzebuję jeszcze dwudziestu.

Wrodzona niechęć przed pójściem do banku kapituluje pod presją Bożego Narodzenia. Cały świat kapituluje pod presją Bożego Narodzenia. Boże Narodzenie jak olbrzymi młyn wciąga ludzkość w wielkie tryby zakupów gwiazdkowych. A ja co? A ja siedzę z blistrem po aspirynie, z jednym prezentem z Amazonu (gdybym wiedziała co mnie spotka, wszystko bym kupiła w Amazonie, wykupiłabym cały Amazon z wdzięczności za sprawną logistykę) bez obiadu, bez gotówki, bez kredytowych kart (z tego już dawno zrezygnowałam, wrodzone roztargnienie nie pozwoliło mi ani razu wpłacić raty bez opóźnienia, co mnie dotkliwie rujnowało), z niesprawną Pocztą Polską, z bliskim jak kurwa mać, niech to szlag trafi, Marry Christmas.

Powiem krótko, bo chce mieć to za sobą. Idę wreszcie do banku. Stoję ponad godzinę w kolejce, łykam łzy, cała się trzęsę, próbuję zbuntować innych kolejkowiczów, grzebię w smartfonie, znów próbuję zbuntować kolejkowiczów (jeden facet już jest tak samo wkurzony jak ja, więc stwierdzam sukces), znów grzebię w smartfonie, znów łykam łzy, jak zwykle żałuję, że nie wzięłam jakiejś przyzwoitej (albo jeszcze lepiej: nieprzyzwoitej) książki, przyzwoita (albo jeszcze lepiej: nieprzyzwoita) książka byłaby tu swego rodzaju świstoklikiem, tunelem ucieczki przed bolesną rzeczywistością polskiego systemu bankowości. Tymczasem nigdzie nie umykam, nic nie czytam, stoję i kipię, a w głowie mielę przekleństwa: …pier…. ne reklamy… Majewski szoł… z du…py mini ratka, w pi.., …bana, ku… mać, …dolone kocopoły, kredyty z du…py, gów… konsumpcja, pier…ny bełkot!

– Pani konto jest internetowe, nie mogę pani wypłacić  ŻADNEJ gotówki. Ani nic.

Moje konto jest internetowe, nie można mi wypłacić gotówki! Ani nic! Nic! Zarówno gotówka jak i wszystko (karta też) generowana jest bynajmniej nie przez coś rzeczywistego. W moim przypadku żadna pani z okienka nie jest w stanie pomóc, bo należy do innego świata. Świat internetowy ze światem realnym nie ma kontaktu, jak kraina duchów odcięta jest na wieczność od krainy żywych. Mam więc swoją wirtualną kasę, tam jest rzeczywisty sklep, mijamy się równolegle, tak jak mijają się dwa równoległe światy, rzeczywistość i ja – postać z komiksu z kontem z komiksu, dzień dobry, czy mogę kupić jakiś prezent dla dziecka na gwiazdkę?

– Płaci pani gotówką czy kartą?

– Niczym.

Pytacie jak przeżyć? Wszystkie kieszenie płaszczy letnich, jesiennych i zimowych skrywają mnóstwo zaskakujących zasobów. W starym portfelu znajduję odłożone na czarną godzinę kilka euro. Dom do góry nogami przewrócony jak skarbonka wysypuje ze szpar, dziur, niezaślepionych łączeń parkietowych – niezliczone oszczędności. Moje przypuszczenia odwieczne, że gdy posprzątam chałupę, stanę się bogata – nabierają kształtów proroctwa. Jakoś się przez te święta przekolebię. Jakoś do sylwestra. Do Nowego Roku. Do siego jutra. Do nie-wiadomo-kiedy.

Dziś rano zaproponowałam w osiedlowym sklepie pewną transakcję. W zamian za kefir i bułkę zapłacę opowieścią wigilijną. Historią o tym, jak wszystkim ludziom na Ziemi zepsuły się karty do bankomatu. Tuż przed świętami. Ludzie nie mieli dostępu do swych kont, żadnej gotówki oprócz wyskrobanych zza pralki klepaków. Nastał stan wyjątkowy, przestano udzielać kredytów. Nikt nie mógł zrobić zakupów w hipermarkecie, ani w Media Markt, ani w Euro AGD, ani nigdzie. Nikt nie mógł kupić telewizora full HDMI, siedemdziesiąt osiem cali. Nikt nie wywalił fortuny na jazgotliwy zestaw do karaoke, ani na morderczego quada. Nikt nie kupił laptopa, ani telefonu komórkowego. Nikt nic nie kupił, bo każdy prezent trzeba było zrobić samemu.  Usiąść, pomyśleć i wykrzesać z siebie jakiś pomysł, zamiast kasy.

I wiecie co? Mam bułkę i kefir. Działającej karty bankomatowej nie mam nadal. Możecie mi przypomnieć, po co w ogóle mi ta karta?

NIKON ZŁY

Mam problem z komórką. W kółko dzwoni do mnie jakaś natrętna blerwa ze skarbówki, a w ogóle nie dzwoni przystojny brunet. Poproszę o nowy model

NIKON_ZLA

Podobnie jak reszta świata, przeczytałam wczoraj wpis o Nikonie Złym. I co ja o tym myślę? Myślę tak. Autorka zrobiła mi kiedyś zdjęcie telefonem i wrzuciła je na Facebook. Ktoś inny złośliwie zapytał, czy jestem Matką Rodzicielką. Pomyślałam sobie więc, że faktycznie jej komórka nadaje się do robienia tostów, bynajmniej nie do robienia zdjęć. Nie zgadzam się na to. Uważam, że każdy, kto robi mi zdjęcia, powinien mieć aparat profeska. Żądam więc od Nikona, żeby dostarczył wyżej wymienionej blogerce przyzwoity sprzęt!

Nie to, że nie lubię być matką. Uwielbiam. Uwielbiam robić pranie i kanapki do szkoły, pasjami lubię chodzić na wywiadówki i przepadam za wściekłym jazgotem o świcie. W sumie mogłabym się zaopiekować też i Segrittą, byłoby zabawnie. Ale ja nie o tym. Mam tu do napisania wpis roszczeniowy, bo poza Nikonem widzę jeszcze sporo zła na tym świecie. I jako blogerka czuję się zobowiązana to zło naprawiać.

Po pierwsze: moja komórka. Zepsuła się. Mam z nią ogromny problem. W kółko dzwoni do mnie jakaś natrętna blerwa ze skarbówki, a w ogóle nie dzwoni przystojny brunet. Poproszę o nowy telefon. Firma, która przyśle mi najbardziej wypasiony model, przegoni blerwę i  jednocześnie doprowadzi do porządku przystojnego bruneta, otrzyma ode mnie pakiet wymuskanych postów. Czekam zatem.

Druga rzecz, komputer. Sytuacja stała się dramatyczna. Miałam napisać Dzieło Mojego Życia, prawda? Po to poszłam do Euroagdmediamarkt. Po to prowadziłam niekończące się rozmowy z informatykami. Już mi się kraciasta flanela po nocach śniła! Zgłębiałam tajniki Internetu, śledziłam fora. Kupiłam wreszcie komputer. I co? I wciąż nie napisałam na nim żadnego DMŻ! Zobaczcie, ile czasu minęło! Że niby mam kilkadziesiąt stron tekstu? Kpiny! Gdzie skład, gdzie wydawnictwo? Ręce opadają. Nie będę nawet pisać do Acera, co o tym myślę. Po prostu żądam nowego sprzętu.

W kwestii samochodu. Wczoraj zatrzymała mnie policja. Na pytanie, jaki był tego powód, policjanci odparli:

– Zaintrygowało nas pani dziwne zachowanie.

A jak niby mam się zachowywać, jeżdżąc już trzeci rok włoskim samochodem? A panowie jakby się zachowywali? To woła o pomstę do nieba, o grzmoty blogosfery. Brak słów, żeby blogerka tłukła się starym Punto w grudniowe popołudnie po gruntowej drodze, zamiast szusować autostradą jakąś banana yellow wypasioną furą ku blogowej satysfakcji. (I tu branża samochodowa ma szansę się wykazać).

No i na koniec ja sama. Może nie powinnam pisać tak mało obiektywnie, ale w końcu każdy bloger to kontrowersyjny Narcyz, więc może wszystko. To i ja mogę, prawda? Także, drodzy Państwo, ja jestem zła. Bardzo zła. Rozsierdzona do białości. I albo spełnią się moje życzenia, albo obsmaruje wszystkich jak leci. Ostrzegam. Przeczyta to co najmniej siedmiu czytelników!

I pies z kulawą nogą.

PS.  Przy okazji. Widziałam w Biedronce Jim Bean, pół litra, oryginał. Chyba mi się należy, co?

01.07.2012 Milczenie jest złotem, pisanie – fortuną

Niech mnie już nikt nie pyta, ile zarobiłam na książce. Albo dobra, niech pyta, odpowiem. Czternaście milionów dolarów. Z hakiem.

Oj, ile się wydarzyło! Wszystkiego pisać nie będę, bo i tak wszystko to zblednie przy jednej wiadomości. Otóż dostałam spadek. Szczerze mówiąc nie pamiętam dokładnie ile, wiem jednak że coś ponad czternaście. Milionów. Dolarów.

Napisał do mnie pewien bardzo bogaty człowiek (nazwiska nie podam, choć jest to znaczące, w pokrętny sposób ze mną związane!), który jest na krawędzi życia i za moment wyzionie ducha, ale zanim to zrobi – chce przepisać mi swój majątek. Domaga się tego! Bezwzględnie! To jego ostatnia wola! A ja mam się skontaktować z jego prawnikiem (znów znane nazwisko!) i powiedzieć, czy się zgadzam. Wtedy przeleją mi kasę.

Fakt. Od jakiegoś czasu ktoś z Ameryki śledzi mój blog. Żeby nie było – wiem wszystko. Wiem też, że blog odwiedza ktoś z Kambodży. I Australii. Z Wielkiej Brytanii! I, o dziwo, z Tunezji. Przede mną się nic nie ukryje. Sieć jest jak szklana kula, w której widać wszelkie tajemnice. Ja widzę. I mam. Czternaście milionów baksów. Fajnie, co?

Wygląda na to, że ktoś docenił mój talent. Ba, może nawet przecenił. Tyle to nawet mój wydawca nie skombinował. Chociaż, fakt, powinien. Czyż nie pisałam rok temu, że Last Minute się sprzeda w takim właśnie nakładzie? W nakładzie czternastu milionów? Czyż nie mówiłam? Czyż losu nie wywróżyłam?

Szklana kula mówi mi wszystko. Co było, co jest, co będzie. Gdzie krąży Ziemia, kto klika na blog, ile zarobię na książce. Dwa złote od sztuki, dolar po cztery, połowa dla jakiegoś innego geniusza, może na schronisko dla psów, niech stracę, no trudno. Kto wie, a może kurs walut z czasów pisania, fakt, wtedy był dolar po dwójce. Tak czy siak – czternaście milionów jak w mordę. Moje. I niech mnie już nikt nie pyta, ile zarobiłam na książce. Albo niech pyta, dobra. Już widzę tę minę, gdy ze śmiertelną bezwzględnością na budzącą się zazdrość, odpowiadam:

– Czternaście milionów dolarów. Z hakiem.

I co, może pisać nie warto? Nie warto być pisarzem? Toż to żyła złota! Cukrowy interes! Bajeczny apanaż! Mówię Państwu. Niech Państwo piszą. Ludzie, piszcie! Niech wasi znajomi piszą! Niech znajomi znajomych piszą! Wszyscy, cała Polska, co ja mówię – świat cały, Ameryka, Kambodża, Tunezja! Lekarze, muzycy. Nauczyciele polskiego! Historii! Zetpete! Rzućcie wszystko i piszcie. Zażegnamy kryzys. My, pisarze. Sól gospodarki światowej. Europejska lokomotywa.

Szczyt w Brukseli? Strata czasu. Wszyscy do piór! Merkel, Hollande! Tusk! Politycy wszystkich krajów! Komentatorzy sportowi! Spikerzy radiowi! Komedianci na żywo! Kabareciarze! Przestańcie gadać. Zacznijcie pisać. Pisanie ma tę wielką zaletę, że zawsze coś można skreślić. Zawsze coś można przemyśleć. Skrócić, wyrzucić. Czegoś durnego nie powiedzieć. Z głupoty się potem nie tłumaczyć. Chamstwa, co ślina na język przyniesie, bełkotu naciąganą filozofią  – przed światem całym nie wyjaśniać…

wyguglałam tylko milion, jak będę miała więcej, zrobię zdjęcie

Wracając do spadku. Mam skontaktować się z tym prawnikiem. Nie wiem. Głupia sprawa. W końcu człowiek umiera. Nie ma co jak sęp krążyć. Nie ma co naciskać. Ma się w końcu klasę. Takt wrodzony. W końcu się jest pisarzem. Potencjalnie zamożnym. Potencjalnie się opyliło czternaście milionów książek. Potencjalnie jest się geniuszem. A jak się jest geniuszem, życia królem – nikomu się nad głową nie fruwa. Nie skrzeczy. Nie dziobie. Nie węszy się, nie wkręca. Nie obserwuje. Odwrotnie.  „Co ja się będę” – się mówi. „Mnie nie zależy” – się fuka. No chyba, że to już mus. Że sprawa gardłowa. Jak tak, to dobra. Niech będzie. Zgadzam się. Przelejcie mi tę kasę. Luz.

19.06.2012 Czym skorupka…

z dokumentacji archiwalnej wynika, że trawiłam młodość również na zabawie lalkami

W pierwszej chwili obejrzałam ją bacznie, zajrzałam jej nawet w dekolt. Bynajmniej płaski nie był. Ponad wszelką wątpliwość miałam do czynienia z osobą dorosłą…

Spotkałam w Żukowie Segrittę. Spalona niczym faworek wracała z wakacji pod Chmielnem i wpadła po drodze na pogaduchy. Siedząc na murku z papierosem powiedziała coś, co utkwiło mi w głowie i o czym właśnie zamierzam napisać. Otóż widząc mój znój w robocie, wyraziła współczucie tymi lub podobnymi słowy, dokładnie nie pamiętam, ale mniej więcej tak oto rzekła:

– Jak się ma dziesięć lat, już trzeba wiedzieć, ba, zaplanować ściśle, co się będzie w życiu robiło. I tak – ciągnęła – ja w wieku lat dziesięciu postanowiłam zostać blogerką.

W pierwszej chwili obejrzałam ją bacznie, zajrzałam jej nawet w spalony jak faworek dekolt. Bynajmniej płaski nie był. Ponad wszelką wątpliwość miałam do czynienia z osobą dorosłą. Z osobą, która w dodatku sekundę później zaprosiła mnie na urodziny. I nie były to urodziny osiemnaste. (Zabije mnie, trudno, ale w tej sytuacji muszę być szczera.) Jak więc to możliwe, że mając lat dziesięć postanowiła zostać blogerką? Czy były już wtedy na świecie blogi? Komputery? Laptopy? Tablety? iPady? Internet chociażby?

Jezu, to ile ja mam lat???!!!

Może mnie ktoś zamroził, zahibernował? Może mnie właśnie Segritta wraz z dwieście lat młodszym ode mnie towarzystwem odmraża? A może jako dziecko już byłam zacofana? Aż tak zacofana, że w progu życia stojąc, chciałam być po prostu lekarzem? Weterynarii? Że nade wszystko pragnęłam mieć hodowlę owczarków? A jako hobby wybrałam tak archaiczne zajęcie  jak analogowe pisanie w zeszycie? Mało tego – o żadnych blogach nawet nie słyszałam!

Jezu, to ile ja mam lat???!!!

Może przez życie pędząc nie zauważyłam jak mi ono uciekło? Może w wirze pracy (nieblogerki) przeleciało mi ono przez palce? A wszystko dlatego, że w wieku lat dziesięciu, zamiast plan ułożyć, babrałam patykiem w piasku! Na strychu siedziałam! Dziką Mrówkę czytałam! W „państwa miasta” grałam! Z chłopakami w nogę! Z dziewczynami w gumę! Po dachach łaziłam! Kasztany zrzucałam! Ludziki z żołędzi, lalki z papieru kleiłam! Wszystko, wszystko robiłam,  tylko nie to co trzeba! Bo za diabła mi do głowy nie przyszło, by zostać w przyszłości blogerką!

Jak w tym wierszyku o musze, co się w smole kąpała, w winie, w miodzie, bo na myśl jej nie przychodzi, żeby wykąpać się w wodzie. (Wiersze też czytałam, matko!) A gdzie rodzice? Gdzie szkoła? Jak można było dopuścić, by dziecko się tak marnowało?

Teraz muszę tyrać, nadgodziny brać, dodatkowe teksty pisać. Ledwo koniec z końcem wiązać, co i tak bez sensu, bo owczarków nie hoduję, chaos. Groch z kapustą od lat najmłodszych. Brak planu, brak precyzji. Żywot dziurawy, czarno biało szary. Blogowanie amatorskie, bez przygotowania, bez celu. Pierdolenie kotka za pomocą młotka. Pieprzenie o Szopenie.

To tak jakby ktoś na starość zechciał tańczyć w balecie. W balecie? To się od dziecka ćwiczy! A gdzie ja byłam jako dziecko? Po jakim parkiecie pląsałam? Jakie szpagaty czyniłam? Co wreszcie z moim blogiem się działo? Jakie tam były wpisy? Jak częste? Hę? Ile ludzi wchodziło? Jak to z klikalnością było? Hę?

Nie ma się więc co dziwić, że idzie jak idzie. Po latach stuknęło 66 tysięcy. I 666 hitsów. Co to jest u diabła?! Zważywszy, że od roku ważę uparcie 66 kilo i 66 gramów – piekielnie to wygląda. Jest jednak pocieszenie. Pierwiastek zawodowstwa. Krzta profesjonalizmu. Pośród 66666 wejść na mój blog – kilka należy do pewnej inteligentnej jak sto diabłów, mającej tę przewagę nad malkontentami, że od dziecka wie czego chce, zawodowej blogerki.  Do tej siksy, Segritty.

10.05.2012 Woher kommst du?

Dobra, nie wytrzymam. Muszę to powiedzieć. Zajeżdżam  do sklepu w drodze z niemieckiego, kupuję Olivię…. Wróć, biorę Olivię, kładę na pomidory (piwo mam w ręku), przerzucam, szukam, nie ma…jest Glinka… jest sposób na miłość… przyjechali, herbatę pili… jest przepis na sukces… „ho, ho, jaki ładny uśmiech!”… jest wyjazd bez dzieci… zdjęcia trzepali… jest wyjazd bez dzieci…

Gdzie jestem, kurde, ja?!

Znów wróć. Nie wspomniałam nic o niemieckim. Niemiecki jest drutem kolczastym w moich ustach. I „Jezu jak jestem głupia” – argumentem. Siadam, patrzę, słucham, beton. On mówi, ja się modlę, by mnie nigdy nie spytał. Ale pyta. Na sali jestem tylko ja. I on. Ma mundur, pejcz i owczarka. Kulę się jak ostryga, ten mnie dźga: was hast du ge, kurde, sagt?

A więc jadę do sklepu, kupuję Olivię i piwo i tak mnie rozpiera, że fruwam, a rozpiera mnie, bo mnie pochwalił Herr Lektor, choć strzelał biczem przez całą lekcję, dał wreszcie na koniec kostkę cukru. I tak przebieram z radości racicami pod kasą, że… wróć do początku:

NIE WYTRZYMAM. MUSZĘ TO POWIEDZIEĆ. Kasjerce.

Widzi pani,  pod koniec, tu, o! Kto to? A ona patrzy, woła koleżanki, koleżanki biegną, hej, no jak to, kto to?

JA.

– Jak się tam pani dostała? – Rzeczowo, bez poklasku.

– Sami zadzwonili – odpieram.

– Skąd mieli telefon?

– Właściwie to maila napisali…

– To maila, czy przez telefon?

– No najpierw maila, chyba, nie pamiętam…

– Jak nie pamięta pani, skąd maila…?!

Kaszuby. Jestem na Kaszubach. Jestem we wnykach konkretu. Nie ma takiego „nie pamiętam”. Nie ma skreślania. Nie ma poprawiania. Nie ma korektora. Wiesz, albo nie wiesz.

Mój dziadek  wysłał kiedyś kartkę z sanatorium. Na kartce napisał: Stasia. Dopisek dał : „chyba”*. Miał trzech braci. Tak twierdził. Na pytanie, jak się nazywali, odpowiadał: Januk, Franuk i Maniuk.

– Dziadku, to jak to, przecież ty jesteś Jan?

– No.

Do dziś nie wiem, ilu braci miał dziadek. A mam wiedzieć: mail czy telefon?

Lotto srotto

Proszę Państwa, wygrałam w totolotka!

Wygrałam w pieprzonego totolotka! Wygrałam kupę kasy. Może nie milion, ale i tak sporo. Ściśle, wygrałam:

27 297, 60 zł.

Fajnie, co? Obliczyłam wszystkie możliwości (minimalne, znam siebie) i dodałam procent inflacyjny. Na przestrzeni lat, gdy mogłam kupić najtańszy kupon z możliwą częstotliwością na każde losowanie – i go nie kupiłam. Przyjęłam szczodrość w momentach kumulacji, odjęłam okresy chorobowe. Podzieliłam przez lata chude, pomnożyłam w dniach prosperity. Przeliczyłam kurs euro na rzecz miesięcy spędzonych w Europie. Zredukowałam o ewentualny wkład mojego ojca. Myślę, że ostatecznie zaniżyłam wynik. Tak, czy inaczej, biorę kasę i idę się bawić.

Niech inni grają.