Każda BaBa to huragan

Wiecie, czym jest wiatr? To zakłócenie. Zmiana. Rozniesienie w pył starego porządku. Czy można wymarzyć sobie lepszą metaforę tego, co właśnie robię?

Baba na wysokosci
Rys. Agnieszka Malinowska. Właśnie tą kreską ilustrowana jest książka Samum.

Druga książka Spółdzielni Literackiej BaBa schodzi z maszyn drukarskich.
Samum, pustynny wicher zamknięty na 328 stronach powieści wkrótce uwolni się z niebytu. Historia opisana w tej książce kiedyś narobiła dużo szumu w Polsce, niestety, ja z tego nie skorzystałam. Dlatego budzę ją po raz drugi. Tym razem nadaję jej imię wiatru.

Wiecie, czym jest wiatr? To zakłócenie. Zmiana. Rozniesienie w pył starego porządku. Czy można wymarzyć sobie lepszą metaforę tego, co właśnie robię? Jestem zakłóceniem starego porządku. Jestem zmianą. Bezwględnie i stanowczo roznoszę w pył zmurszały system, który wciąż wszystkim wydaje się nie do ruszenia. Najlepsze jest to, że ten system – a mowa oczywiście o systemie wydawniczym w Polsce – zdaje się być nie do ruszenia najbardziej tym, którzy z niego czerpią. To oni lekceważą wiatr. Nie doceniają fali zmian, która jest, idzie, rozgarnia grzędy i (wybaczcie, ale uwielbiam to słowo!) koryta.

Samum to wicher pustynny. Gorący, ognisty, kategoryczny. Uwielbiam obserwować, co wyczynia z wydmami, jak zamienia się w tubę powietrzną, przenosząc piach z Sahary daleko, hen, przez ocean. Po takiej burzy na pustyni można zobaczyć osad pyłu na samochodach zaparkowanych na Wyspach Kanaryjskich. Ponad falami bezkresu wody gna nasza fala powietrzna. Idzie nowe. I nic go nie zatrzyma.

Nie zatrzymam się na swojej drodze. Nie zatrzymam się, bo wiem, jakie zło wyrządza obecnie panujący system wydawniczy. Nie o wszystkim na razie mogę napisać. Nie wszystko mogę zdradzić. Ale przyjdzie czas, kiedy napiszę. Nie tylko o tym, że autor nie ma dostępu do informacji o swoich książkach, nie tylko o tym, że wydawnictwa rozbijają się na jakieś mniejsze podmioty o innych nazwach, żeby potem autor nie mógł zrobić im tego słynnego audytu (nawet gdy wyściubi osiem tysięcy), bo ma umowę podpisaną z firmą o innej nazwie, niż ta, co go wydaje. Albo, że w umowach wydawniczych uprawiana jest totalnie nieetyczna klauzula łamiąca prawa obywatelskie, np. że wydawca ma prawo pierwokupu wszystkich dzieł autora do końca jego życia, a jak się do tego nie dostosuje – będzie płacił haracz. Albo, że nie wolno mu publicznie mówić o tym, co jest w umowie, nawet jak jest festiwalowo dymany…

No nic. Życie to nie tylko cienie, to także blaski. Oddaję więc w Państwa ręce tę przepięknie ilustrowaną książkę, gdzie jest tęsknota, przyjaźń, a przede wszystkim miłość. Miłość, której tak brakuje w obecnym świecie, miłość, której szukamy całe życie, wszędzie, nawet na piaskach pustyni.

Tu kupisz Samum

10 powodów, dlaczego warto pisać*

Nie mówię, że nie mam lodówki. Owszem, mam. Ale pustą!

his-girl-friday-newsroom-typewriter

Wiele osób zadaje mi pytanie, ile zarobiłam na książce. Rozumiem to doskonale. Zanim się człowiek chwyci za pióro, powinien wiedzieć, czy warto. Otóż odpowiadam. Warto. Z całej duszy warto. Nie ma nic bardziej intratnego od pisania. Wiem co mówię, zwłaszcza od wczoraj. Bo wczoraj dostałam tego maila:

Szanowna Pani, mamy dobre wieści w sprawie szansy na częściowe rozliczenie za Pani powieść „Last Minute”. Otóż 3 marca był w Pani wydawnictwie komornik. Zajął przedmioty (m.in. biurka, komputery, lodówkę) i oszacował ich wartość na 3.110 zł.

Z poważaniem

Kancelaria Adwokacka.

A nie mówiłam? Abstrahując od szacunku wartości i czterech lat wysyłania wymyślnej korespondencji, listów ponaglających, wezwań do zapłaty, ciągania się po sądach – z całym przekonaniem jednak warto pisać. I nie mówię już o wymienionych, zajętych przez komornika na mój rachunek biurkach i komputerach. Biurka i komputery to mnie, drodzy państwo, nie obchodzą. Mam jedno biurko i wystarczający na nim bałagan. Mam jeden komputer i wystarczająco dużo przy nim roboty. I nie mówię też, że nie mam lodówki. Owszem, mam. Ale pustą! A kto powiedział, że zajęta przez komornika lodówka jest również pusta? Kto wykluczył bogate jej wyposażenie? Kto napisał w powyższym mailu, że w zajętej lodówce nie ma wysokogatunkowych trunków? Nikt. Nikt wykluczyć nie może tego, że w warszawskim wydawnictwie, w zaklejonej komorniczą taśmą lodówce, czeka na mnie zimny browar.

—————————————————————————-

* Nie ma żadnych 10 powodów, dlaczego warto pisać. Powiem więcej: nie ma żadnych powodów, dla których warto pisać.

Witkowski, oddaj moje sto milionów!

Mamy do czynienia z sytuacją, w której gej wydymał wszystkich dookoła 

z15669492Q,Michal-Witkowski
Michał Witkowski, kadr z wywiadu dla Pudelek.pl (proszę zwrócić uwagę na powtarzający się motyw ściany).

Sprawa Malanowskiej, od której jakiś czas temu nagle zawrzało w mediach i na salonach, okazała się być li tylko preludium do rasowej wrzawy polskiej, do prawdziwego oburzenia, do hejtu w najczystszej postaci – mianowicie do sprawy Witkowskiego. Pisarz, który beztrosko wyznał przed kamerą Pudelka, że sama jego zaliczka za książkę wynosi pół miliona złotych, doprowadził środowisko literackie (i nie tylko) do furii ostatecznej. Uważam, że to zrozumiałe. Witkowskiego „tirli tirli” na nosie nie sposób zaakceptować, jeśli się jest:

1. Pisarzem.
2. Polakiem.

Po pierwsze, żaden pisarz nie może spać spokojnie, jeśli drugiemu wiedzie się dobrze. Po drugie żaden, Polak nie może spać spokojnie, gdy drugiemu dobrze się wiedzie. Rzecz oczywista, dowiedziona. Niewykluczająca, broń Boże, niechęci do osoby, której się dobrze nie wiedzie. Osoba, której się dobrze nie wiedzie (przykład: Malanowska) mogłaby być usprawiedliwiona tylko w jednym przypadku – jeśli by się pogodziła z niedolą. Wszelki brak pokory na smętny los, wszelkie jojczenie, roszczenia, aspiracje powinny być tłumione w zalążku i wyszydzane. Szyderstwo to jednak – powtarzam – jest niczym w porównaniu z falą niechęci do bogatego, do szpiku zepsutego, homoseksualnego (!) pisarza, który nie dość że bezczelnie zgarnia za swoje duby smalone fortunę, to jeszcze nie rozdaje jej ubogim, nie wspiera kościołów, nie wysyła jej potajemnie chromej babci, tylko – uwaga, uwaga! – wstrzykuje sobie botoks.

Kolejny powód do oburzenia: Tomasz Piątek wyliczył, że Witkowski wcale nie zarobił miliona na książce, to niemożliwe. Zgadzam się. Witkowski zarobił na swojej książce dużo więcej! I ukrywa to! Wykończone przez Witkowskiego wydawnictwo „Świat Książki” zwija już manatki z rynku, a księgarze płaczą. Obliczenia Tomasza Piątka mówią jasno: nikt na Witkowskim nie zarobił, wręcz odwrotnie. Nawet korzyści chirurgów plastycznych są tu niejasne. Pisarz się bowiem chełpi w wywiadzie swoimi wpływami w różnych środowiskach, także w środowisku lekarskim. To pozwala przypuszczać, że lekarze wstrzykują mu ten cholerny botoks za darmo! Mamy więc do czynienia z taką sytuacją w naszym hetero-przyzwoitym kraju, w której pisarz  gej wydymał wszystkich dookoła.

Dobra, trudno. Nie to mnie trapi. Uważam, że skandal polega na czymś zgoła innym. Otóż skandal polega na tym, że żadna złotówka z kieszeni Witkowskiego nie powędrowała, przykładowo, do mojej kieszeni. (Każdy inny pisarz przyzna mi w duchu rację, tylko kieszeń wskaże swoją.) Inna rzecz, że zbieżność nazwisk wydawcy, który mi nie zapłacił i pisarza, który zgarnia miliony – daje mi do myślenia. Spisek? Oczywisty.

NIKON ZŁY

Mam problem z komórką. W kółko dzwoni do mnie jakaś natrętna blerwa ze skarbówki, a w ogóle nie dzwoni przystojny brunet. Poproszę o nowy model

NIKON_ZLA

Podobnie jak reszta świata, przeczytałam wczoraj wpis o Nikonie Złym. I co ja o tym myślę? Myślę tak. Autorka zrobiła mi kiedyś zdjęcie telefonem i wrzuciła je na Facebook. Ktoś inny złośliwie zapytał, czy jestem Matką Rodzicielką. Pomyślałam sobie więc, że faktycznie jej komórka nadaje się do robienia tostów, bynajmniej nie do robienia zdjęć. Nie zgadzam się na to. Uważam, że każdy, kto robi mi zdjęcia, powinien mieć aparat profeska. Żądam więc od Nikona, żeby dostarczył wyżej wymienionej blogerce przyzwoity sprzęt!

Nie to, że nie lubię być matką. Uwielbiam. Uwielbiam robić pranie i kanapki do szkoły, pasjami lubię chodzić na wywiadówki i przepadam za wściekłym jazgotem o świcie. W sumie mogłabym się zaopiekować też i Segrittą, byłoby zabawnie. Ale ja nie o tym. Mam tu do napisania wpis roszczeniowy, bo poza Nikonem widzę jeszcze sporo zła na tym świecie. I jako blogerka czuję się zobowiązana to zło naprawiać.

Po pierwsze: moja komórka. Zepsuła się. Mam z nią ogromny problem. W kółko dzwoni do mnie jakaś natrętna blerwa ze skarbówki, a w ogóle nie dzwoni przystojny brunet. Poproszę o nowy telefon. Firma, która przyśle mi najbardziej wypasiony model, przegoni blerwę i  jednocześnie doprowadzi do porządku przystojnego bruneta, otrzyma ode mnie pakiet wymuskanych postów. Czekam zatem.

Druga rzecz, komputer. Sytuacja stała się dramatyczna. Miałam napisać Dzieło Mojego Życia, prawda? Po to poszłam do Euroagdmediamarkt. Po to prowadziłam niekończące się rozmowy z informatykami. Już mi się kraciasta flanela po nocach śniła! Zgłębiałam tajniki Internetu, śledziłam fora. Kupiłam wreszcie komputer. I co? I wciąż nie napisałam na nim żadnego DMŻ! Zobaczcie, ile czasu minęło! Że niby mam kilkadziesiąt stron tekstu? Kpiny! Gdzie skład, gdzie wydawnictwo? Ręce opadają. Nie będę nawet pisać do Acera, co o tym myślę. Po prostu żądam nowego sprzętu.

W kwestii samochodu. Wczoraj zatrzymała mnie policja. Na pytanie, jaki był tego powód, policjanci odparli:

– Zaintrygowało nas pani dziwne zachowanie.

A jak niby mam się zachowywać, jeżdżąc już trzeci rok włoskim samochodem? A panowie jakby się zachowywali? To woła o pomstę do nieba, o grzmoty blogosfery. Brak słów, żeby blogerka tłukła się starym Punto w grudniowe popołudnie po gruntowej drodze, zamiast szusować autostradą jakąś banana yellow wypasioną furą ku blogowej satysfakcji. (I tu branża samochodowa ma szansę się wykazać).

No i na koniec ja sama. Może nie powinnam pisać tak mało obiektywnie, ale w końcu każdy bloger to kontrowersyjny Narcyz, więc może wszystko. To i ja mogę, prawda? Także, drodzy Państwo, ja jestem zła. Bardzo zła. Rozsierdzona do białości. I albo spełnią się moje życzenia, albo obsmaruje wszystkich jak leci. Ostrzegam. Przeczyta to co najmniej siedmiu czytelników!

I pies z kulawą nogą.

PS.  Przy okazji. Widziałam w Biedronce Jim Bean, pół litra, oryginał. Chyba mi się należy, co?

01.07.2012 Milczenie jest złotem, pisanie – fortuną

Niech mnie już nikt nie pyta, ile zarobiłam na książce. Albo dobra, niech pyta, odpowiem. Czternaście milionów dolarów. Z hakiem.

Oj, ile się wydarzyło! Wszystkiego pisać nie będę, bo i tak wszystko to zblednie przy jednej wiadomości. Otóż dostałam spadek. Szczerze mówiąc nie pamiętam dokładnie ile, wiem jednak że coś ponad czternaście. Milionów. Dolarów.

Napisał do mnie pewien bardzo bogaty człowiek (nazwiska nie podam, choć jest to znaczące, w pokrętny sposób ze mną związane!), który jest na krawędzi życia i za moment wyzionie ducha, ale zanim to zrobi – chce przepisać mi swój majątek. Domaga się tego! Bezwzględnie! To jego ostatnia wola! A ja mam się skontaktować z jego prawnikiem (znów znane nazwisko!) i powiedzieć, czy się zgadzam. Wtedy przeleją mi kasę.

Fakt. Od jakiegoś czasu ktoś z Ameryki śledzi mój blog. Żeby nie było – wiem wszystko. Wiem też, że blog odwiedza ktoś z Kambodży. I Australii. Z Wielkiej Brytanii! I, o dziwo, z Tunezji. Przede mną się nic nie ukryje. Sieć jest jak szklana kula, w której widać wszelkie tajemnice. Ja widzę. I mam. Czternaście milionów baksów. Fajnie, co?

Wygląda na to, że ktoś docenił mój talent. Ba, może nawet przecenił. Tyle to nawet mój wydawca nie skombinował. Chociaż, fakt, powinien. Czyż nie pisałam rok temu, że Last Minute się sprzeda w takim właśnie nakładzie? W nakładzie czternastu milionów? Czyż nie mówiłam? Czyż losu nie wywróżyłam?

Szklana kula mówi mi wszystko. Co było, co jest, co będzie. Gdzie krąży Ziemia, kto klika na blog, ile zarobię na książce. Dwa złote od sztuki, dolar po cztery, połowa dla jakiegoś innego geniusza, może na schronisko dla psów, niech stracę, no trudno. Kto wie, a może kurs walut z czasów pisania, fakt, wtedy był dolar po dwójce. Tak czy siak – czternaście milionów jak w mordę. Moje. I niech mnie już nikt nie pyta, ile zarobiłam na książce. Albo niech pyta, dobra. Już widzę tę minę, gdy ze śmiertelną bezwzględnością na budzącą się zazdrość, odpowiadam:

– Czternaście milionów dolarów. Z hakiem.

I co, może pisać nie warto? Nie warto być pisarzem? Toż to żyła złota! Cukrowy interes! Bajeczny apanaż! Mówię Państwu. Niech Państwo piszą. Ludzie, piszcie! Niech wasi znajomi piszą! Niech znajomi znajomych piszą! Wszyscy, cała Polska, co ja mówię – świat cały, Ameryka, Kambodża, Tunezja! Lekarze, muzycy. Nauczyciele polskiego! Historii! Zetpete! Rzućcie wszystko i piszcie. Zażegnamy kryzys. My, pisarze. Sól gospodarki światowej. Europejska lokomotywa.

Szczyt w Brukseli? Strata czasu. Wszyscy do piór! Merkel, Hollande! Tusk! Politycy wszystkich krajów! Komentatorzy sportowi! Spikerzy radiowi! Komedianci na żywo! Kabareciarze! Przestańcie gadać. Zacznijcie pisać. Pisanie ma tę wielką zaletę, że zawsze coś można skreślić. Zawsze coś można przemyśleć. Skrócić, wyrzucić. Czegoś durnego nie powiedzieć. Z głupoty się potem nie tłumaczyć. Chamstwa, co ślina na język przyniesie, bełkotu naciąganą filozofią  – przed światem całym nie wyjaśniać…

wyguglałam tylko milion, jak będę miała więcej, zrobię zdjęcie

Wracając do spadku. Mam skontaktować się z tym prawnikiem. Nie wiem. Głupia sprawa. W końcu człowiek umiera. Nie ma co jak sęp krążyć. Nie ma co naciskać. Ma się w końcu klasę. Takt wrodzony. W końcu się jest pisarzem. Potencjalnie zamożnym. Potencjalnie się opyliło czternaście milionów książek. Potencjalnie jest się geniuszem. A jak się jest geniuszem, życia królem – nikomu się nad głową nie fruwa. Nie skrzeczy. Nie dziobie. Nie węszy się, nie wkręca. Nie obserwuje. Odwrotnie.  „Co ja się będę” – się mówi. „Mnie nie zależy” – się fuka. No chyba, że to już mus. Że sprawa gardłowa. Jak tak, to dobra. Niech będzie. Zgadzam się. Przelejcie mi tę kasę. Luz.

19.06.2012 Czym skorupka…

z dokumentacji archiwalnej wynika, że trawiłam młodość również na zabawie lalkami

W pierwszej chwili obejrzałam ją bacznie, zajrzałam jej nawet w dekolt. Bynajmniej płaski nie był. Ponad wszelką wątpliwość miałam do czynienia z osobą dorosłą…

Spotkałam w Żukowie Segrittę. Spalona niczym faworek wracała z wakacji pod Chmielnem i wpadła po drodze na pogaduchy. Siedząc na murku z papierosem powiedziała coś, co utkwiło mi w głowie i o czym właśnie zamierzam napisać. Otóż widząc mój znój w robocie, wyraziła współczucie tymi lub podobnymi słowy, dokładnie nie pamiętam, ale mniej więcej tak oto rzekła:

– Jak się ma dziesięć lat, już trzeba wiedzieć, ba, zaplanować ściśle, co się będzie w życiu robiło. I tak – ciągnęła – ja w wieku lat dziesięciu postanowiłam zostać blogerką.

W pierwszej chwili obejrzałam ją bacznie, zajrzałam jej nawet w spalony jak faworek dekolt. Bynajmniej płaski nie był. Ponad wszelką wątpliwość miałam do czynienia z osobą dorosłą. Z osobą, która w dodatku sekundę później zaprosiła mnie na urodziny. I nie były to urodziny osiemnaste. (Zabije mnie, trudno, ale w tej sytuacji muszę być szczera.) Jak więc to możliwe, że mając lat dziesięć postanowiła zostać blogerką? Czy były już wtedy na świecie blogi? Komputery? Laptopy? Tablety? iPady? Internet chociażby?

Jezu, to ile ja mam lat???!!!

Może mnie ktoś zamroził, zahibernował? Może mnie właśnie Segritta wraz z dwieście lat młodszym ode mnie towarzystwem odmraża? A może jako dziecko już byłam zacofana? Aż tak zacofana, że w progu życia stojąc, chciałam być po prostu lekarzem? Weterynarii? Że nade wszystko pragnęłam mieć hodowlę owczarków? A jako hobby wybrałam tak archaiczne zajęcie  jak analogowe pisanie w zeszycie? Mało tego – o żadnych blogach nawet nie słyszałam!

Jezu, to ile ja mam lat???!!!

Może przez życie pędząc nie zauważyłam jak mi ono uciekło? Może w wirze pracy (nieblogerki) przeleciało mi ono przez palce? A wszystko dlatego, że w wieku lat dziesięciu, zamiast plan ułożyć, babrałam patykiem w piasku! Na strychu siedziałam! Dziką Mrówkę czytałam! W „państwa miasta” grałam! Z chłopakami w nogę! Z dziewczynami w gumę! Po dachach łaziłam! Kasztany zrzucałam! Ludziki z żołędzi, lalki z papieru kleiłam! Wszystko, wszystko robiłam,  tylko nie to co trzeba! Bo za diabła mi do głowy nie przyszło, by zostać w przyszłości blogerką!

Jak w tym wierszyku o musze, co się w smole kąpała, w winie, w miodzie, bo na myśl jej nie przychodzi, żeby wykąpać się w wodzie. (Wiersze też czytałam, matko!) A gdzie rodzice? Gdzie szkoła? Jak można było dopuścić, by dziecko się tak marnowało?

Teraz muszę tyrać, nadgodziny brać, dodatkowe teksty pisać. Ledwo koniec z końcem wiązać, co i tak bez sensu, bo owczarków nie hoduję, chaos. Groch z kapustą od lat najmłodszych. Brak planu, brak precyzji. Żywot dziurawy, czarno biało szary. Blogowanie amatorskie, bez przygotowania, bez celu. Pierdolenie kotka za pomocą młotka. Pieprzenie o Szopenie.

To tak jakby ktoś na starość zechciał tańczyć w balecie. W balecie? To się od dziecka ćwiczy! A gdzie ja byłam jako dziecko? Po jakim parkiecie pląsałam? Jakie szpagaty czyniłam? Co wreszcie z moim blogiem się działo? Jakie tam były wpisy? Jak częste? Hę? Ile ludzi wchodziło? Jak to z klikalnością było? Hę?

Nie ma się więc co dziwić, że idzie jak idzie. Po latach stuknęło 66 tysięcy. I 666 hitsów. Co to jest u diabła?! Zważywszy, że od roku ważę uparcie 66 kilo i 66 gramów – piekielnie to wygląda. Jest jednak pocieszenie. Pierwiastek zawodowstwa. Krzta profesjonalizmu. Pośród 66666 wejść na mój blog – kilka należy do pewnej inteligentnej jak sto diabłów, mającej tę przewagę nad malkontentami, że od dziecka wie czego chce, zawodowej blogerki.  Do tej siksy, Segritty.

10.05.2012 Woher kommst du?

Dobra, nie wytrzymam. Muszę to powiedzieć. Zajeżdżam  do sklepu w drodze z niemieckiego, kupuję Olivię…. Wróć, biorę Olivię, kładę na pomidory (piwo mam w ręku), przerzucam, szukam, nie ma…jest Glinka… jest sposób na miłość… przyjechali, herbatę pili… jest przepis na sukces… „ho, ho, jaki ładny uśmiech!”… jest wyjazd bez dzieci… zdjęcia trzepali… jest wyjazd bez dzieci…

Gdzie jestem, kurde, ja?!

Znów wróć. Nie wspomniałam nic o niemieckim. Niemiecki jest drutem kolczastym w moich ustach. I „Jezu jak jestem głupia” – argumentem. Siadam, patrzę, słucham, beton. On mówi, ja się modlę, by mnie nigdy nie spytał. Ale pyta. Na sali jestem tylko ja. I on. Ma mundur, pejcz i owczarka. Kulę się jak ostryga, ten mnie dźga: was hast du ge, kurde, sagt?

A więc jadę do sklepu, kupuję Olivię i piwo i tak mnie rozpiera, że fruwam, a rozpiera mnie, bo mnie pochwalił Herr Lektor, choć strzelał biczem przez całą lekcję, dał wreszcie na koniec kostkę cukru. I tak przebieram z radości racicami pod kasą, że… wróć do początku:

NIE WYTRZYMAM. MUSZĘ TO POWIEDZIEĆ. Kasjerce.

Widzi pani,  pod koniec, tu, o! Kto to? A ona patrzy, woła koleżanki, koleżanki biegną, hej, no jak to, kto to?

JA.

– Jak się tam pani dostała? – Rzeczowo, bez poklasku.

– Sami zadzwonili – odpieram.

– Skąd mieli telefon?

– Właściwie to maila napisali…

– To maila, czy przez telefon?

– No najpierw maila, chyba, nie pamiętam…

– Jak nie pamięta pani, skąd maila…?!

Kaszuby. Jestem na Kaszubach. Jestem we wnykach konkretu. Nie ma takiego „nie pamiętam”. Nie ma skreślania. Nie ma poprawiania. Nie ma korektora. Wiesz, albo nie wiesz.

Mój dziadek  wysłał kiedyś kartkę z sanatorium. Na kartce napisał: Stasia. Dopisek dał : „chyba”*. Miał trzech braci. Tak twierdził. Na pytanie, jak się nazywali, odpowiadał: Januk, Franuk i Maniuk.

– Dziadku, to jak to, przecież ty jesteś Jan?

– No.

Do dziś nie wiem, ilu braci miał dziadek. A mam wiedzieć: mail czy telefon?