Category: Pieniądze

Każda BaBa to huragan

Wiecie, czym jest wiatr? To zakłócenie. Zmiana. Rozniesienie w pył starego porządku. Czy można wymarzyć sobie lepszą metaforę tego, co właśnie robię?

Baba na wysokosci

Rys. Agnieszka Malinowska. Właśnie tą kreską ilustrowana jest książka Samum.

Druga książka Spółdzielni Literackiej BaBa schodzi z maszyn drukarskich.
Samum, pustynny wicher zamknięty na 328 stronach powieści wkrótce uwolni się z niebytu. Historia opisana w tej książce kiedyś narobiła dużo szumu w Polsce, niestety, ja z tego nie skorzystałam. Dlatego budzę ją po raz drugi. Tym razem nadaję jej imię wiatru.

Wiecie, czym jest wiatr? To zakłócenie. Zmiana. Rozniesienie w pył starego porządku. Czy można wymarzyć sobie lepszą metaforę tego, co właśnie robię? Jestem zakłóceniem starego porządku. Jestem zmianą. Bezwględnie i stanowczo roznoszę w pył zmurszały system, który wciąż wszystkim wydaje się nie do ruszenia. Najlepsze jest to, że ten system – a mowa oczywiście o systemie wydawniczym w Polsce – zdaje się być nie do ruszenia najbardziej tym, którzy z niego czerpią. To oni lekceważą wiatr. Nie doceniają fali zmian, która jest, idzie, rozgarnia grzędy i (wybaczcie, ale uwielbiam to słowo!) koryta.

Samum to wicher pustynny. Gorący, ognisty, kategoryczny. Uwielbiam obserwować, co wyczynia z wydmami, jak zamienia się w tubę powietrzną, przenosząc piach z Sahary daleko, hen, przez ocean. Po takiej burzy na pustyni można zobaczyć osad pyłu na samochodach zaparkowanych na Wyspach Kanaryjskich. Ponad falami bezkresu wody gna nasza fala powietrzna. Idzie nowe. I nic go nie zatrzyma.

Nie zatrzymam się na swojej drodze. Nie zatrzymam się, bo wiem, jakie zło wyrządza obecnie panujący system wydawniczy. Nie o wszystkim na razie mogę napisać. Nie wszystko mogę zdradzić. Ale przyjdzie czas, kiedy napiszę. Nie tylko o tym, że autor nie ma dostępu do informacji o swoich książkach, nie tylko o tym, że wydawnictwa rozbijają się na jakieś mniejsze podmioty o innych nazwach, żeby potem autor nie mógł zrobić im tego słynnego audytu (nawet gdy wyściubi osiem tysięcy), bo ma umowę podpisaną z firmą o innej nazwie, niż ta, co go wydaje. Albo, że w umowach wydawniczych uprawiana jest totalnie nieetyczna klauzula łamiąca prawa obywatelskie, np. że wydawca ma prawo pierwokupu wszystkich dzieł autora do końca jego życia, a jak się do tego nie dostosuje – będzie płacił haracz. Albo, że nie wolno mu publicznie mówić o tym, co jest w umowie, nawet jak jest festiwalowo dymany…

No nic. Życie to nie tylko cienie, to także blaski. Oddaję więc w Państwa ręce tę przepięknie ilustrowaną książkę, gdzie jest tęsknota, przyjaźń, a przede wszystkim miłość. Miłość, której tak brakuje w obecnym świecie, miłość, której szukamy całe życie, wszędzie, nawet na piaskach pustyni.

Tu kupisz Samum

Cannelloni z buraka, czyli Żony Hollywood

Mają w Ameryce posiadłość, gdzie jest osiemnaście basenów. Jeżdżą sobie tam we dwoje. I pływają naraz w tych osiemnastu basenach, bo przecież w jednym basenie pływać się nie da

Moja mama mówiła na to, że ktoś się „wygina”. Myślę, że to jest bardzo trafne określenie. Oddaje ono dokładnie to, co dana osoba robi ze sobą, ze swoim ciałem, ze swoim językiem, twarzą, osobowością.

Siedzi – dajmy na to – naprzeciwko was, ale jakby nie do końca siedzi, można powiedzieć, że niby to siedzi, niby to się kręci, niby to się trochę kładzie, a może nawet niby to tańczy. Trudno określić, co ta osoba robi w kwestii siedzenia.

Patrzy. Ale jednak nie patrzy. To znaczy niby patrzy, ale nie wiadomo gdzie. Język jest tu bezradny, bo jakże określić tak nieprecyzyjne patrzenie? Takie patrzenie, niepatrzenie? Ty niby widzisz, ten ktoś ma oczy, temu komuś się nawet wiele wokół tych oczu dzieje, a jednak oczy te zgasłe, nieprzytomne, nieczujne, puste. Wzrok rozbiegany, strzelający po ścianach, wokół, tu, tam, wszędzie, po wierzchu. Tylko nie wprost, tylko nie w duszę, tylko nie w prawdę.

Dalej. Można by się rzucić do określania stanu relacji, w jakim ta osoba się znajduje, ale tu też zasieki. Bo niby to rozmawia, a jednak nie do końca. Niby to mówi, ustami rusza, ale dokądś bieży, którędyś umyka, trochę coś w waszym języku, za chwilę to przeplata jakąś kompilacją innych języków, splata kompilacje, wyciąga z nich własne twory, znów coś tam dodaje, okrasza, zniekształca i właściwie nie wiadomo, co powiedziała, ale jednak musiała powiedzieć, bo przecież tak dużo to kosztowało, tyle energii, czasu, prychania, skrzywień, strzelania oczami, trzepotania rzęsami, wydymania warg!

A gdy się jednak próbujecie dokopać sensu, gdy się jednak uprzecie wyciskać treść, okazuje się, że, owszem, gdzieś przemknęła, ale tak zaszyfrowana, tak zakodowana tajnymi hasłami w innych językach, że przepadła nieodgadniona, albo może i nie przepadła, może i się pojawiła, ale zawiera właściwie tylko coś na kształt: „och”.

Albo: „ee”.

I to właśnie można wypatrzeć i wysłuchać na kanale TVN, śledząc cykl programów pt. „Żony Hollywood”.

I pewnie bym nie wpadła na to, żeby sprawić sobie tego rodzaju rozrywkę i wytrzymać jeden z odcinków tej wstrząsającej relacji (chociaż próbowałam, jednak mam w sobie coś w rodzaju instynktu samozachowawczego, tego samego, co mnie chroni przed kupowaniem karnetu na wesołe miasteczko w Kaletce, biletu do cyrku, czy na kabaret Kryszaka) – gdyby nie zaproszono bohaterów programu do programu innego, jaki, owszem, ku własnemu zdumieniu, zdarza się mi się oglądać, a mianowicie do niejakiego Masterchef.

Nie to, że jestem jakimś samorodnym, niespełnionym talentem kulinarnym, bo kto mnie zna, wie, że zawsze będę tak kombinować, żeby nie robić obiadu. Nie to też, że mnie jakoś kręcą zawody w obrabianiu kaczki. Mam jednak pewną słabość do Magdy Gessler, która robi w jeszcze innym programie tak przepiękną jatkę tym nadętym, zdzierającym kasę za własne nieudacznictwo polskim restauratorom, że nie mogę sobie odmówić przyjemności przebywania w jej towarzystwie, choćby przy okazji.

Tu warto podkreślić, że osobę kombinującej tak, żeby nie robić obiadu, serio frustruje spustoszała mapa przyzwoitych restauracji, w których nikt nie chce cię zrobić w tak zwanego chuja, nikt nie sadza cię przy brudnym stole, nikt nie wciska ci czegoś zamiast czegoś, nikt nie dolewa ci żadnych substytutów, nikt cię nie truje, nie dyma i na koniec nie przynosi bezczelnie bandyckiego rachunku za to wszystko.

No więc zobaczyłam żony Hollywood w Masterchef, który oglądałam ze względu na Kuchenne Rewolucje. Taka akrobacja. A niby do cyrku nie chadzam. A tu cyrk. Przy stole siedzi podstarzała para obwieszona diamentami. Facet nieco łysiejący, na resztce włosów ma balejaż. Na szyi wisior. Złoty. Koszula rozchełstana. Wygląda jak poważnie zniszczony Don Wasyl, tylko że gorzej.

Obok babka składająca się z dekoltu i warg. Wargi są tak napompowane, że zdaje się czuć zagrożenie wystrzelenia spod napiętej skóry jakiejś galaretowatej substancji wprost na podawane wykwintności. Kobieta operuje dziwnym językiem, jak sądzę: AMERYKAŃSKIM i choć wcale niedawno opuściła Polskę, za diabła nie może sobie przypomnieć, jak jest po polsku: jedzenie.

Tym językiem zwierza się, że oto mają u siebie w Ameryce posiadłość, gdzie jest osiemnaście basenów. Jeżdżą sobie tam odpoczywać na weekend, do tych osiemnastu basenów – rzecz jasna – we dwoje. Jak rozumiem, bo tego już bohaterka nie wyszczególniła, a jednak mnie to ciekawi, pływają naraz w tych osiemnastu basenach podczas jednego weekendu, bo przecież w jednym, choćby nie wiem jak dużym i bajeranckim basenie pływać się nie da. W głowie się nie mieści, że są na świecie ludzie, którzy pływają w jednym basenie. To jak opowieść z krajów Trzeciego Świata, lepiej to zostawmy!

Przy okazji nasuwa mi się ostatnia aferka z sesją zdjęciową pewnej celebryckiej pary (kobieta zrobiła karierę na sprzątaniu, a facet kiedyś grał [średnio] w piłkę), która postanowiła podzielić się swoim kompleksem pod tytułem: o jeny, jak nas kręci kasa, tarzanie się w złocie, pieniądze, pieniądze, musimy to pokazać! I nastrzelali fotek na osiemnaście stron pod hasłem: królowa i lokaj bzykają się w Bombaju. Czy gdzieś tam.

No, ale do rzeczy. Pies. O tym nie można zapomnieć. Siedzi ten biedny pies przy stole, skrępowany jakimiś cudacznymi fatałaszkami, karany niepowstrzymywanymi pocałunkami i wyściskiwaniem – no i musi zżerać „special diet”, czyli… canelloni z buraka. A jak nie, to skaczący nad nim kucharze wylecą z programu.

Nie je.

Szanuję ogromnie pisarzy, którzy potrafią opisać rzeczywistość bez używania brzydkich słów. Ja też się bardzo staram. Staram się od lat i jest coraz lepiej. Ostatnio naprawdę idzie mi dość niesamowicie. Mam jednak słabsze chwile. Czasem nie mogę. Wtedy sobie tłumaczę, że te słowa nie są brzydkie, tylko adekwatne. No więc adekwatnie zakończę ten tekst.

JA PIERDOLĘ.

Bazar Nadziei dla Szymona

Nie musimy ubierać się w sieciówkach. Dajmy spokój zdartym z taśmy oklepanym wzorom. Przecież mamy w swoich szafach skarby, które mogą zachwycić kogoś innego, kto da im drugie życie. Tak, jak my możemy dać drugie życie Szymonowi. 

SONY DSC

fot. Urszula Krojec

Szymon Kądziela jest maleńki i ma raka siatkówki. Obecnie przyjmuje trzecią chemię, po której może uratować go tylko kosztowna operacja. Cała Polska zbiera pieniądze na leczenie Szymona. Ja też. Wymyśliłam taką akcję co się nazywa Bazar Nadziei i polega na tym, że przynosimy swoje rzeczy, takie ładne, nieporwane, ale już nam niepotrzebne, za ciasne, za wąskie, za jakieś – i sprzedajemy i kupujemy, a cała kasa idzie na leczenie Szymona.

Nie musimy ubierać się tej jesieni w sieciówkach. Dajmy spokój zdartym z taśmy oklepanym wzorom. Przecież mamy w swoich szafach skarby! Znacie to? Sukienki, w które nie można się wbić od kilku lat, ale wiszą nam w szafie, bo przecież „kiedyś schudniemy”. Płaszcze niezapinające się na cyckach? Albo nieśmiertelny t-shirt z Madonną, który wegetuje na dnie szafy pod respiratorem sentymentu? Korale z zielonego bursztynu, bransolety z pacyfką i broszki à la pająk? Tymczasem wszystkie te cuda mogą zachwycić kogoś innego, kto da im drugie życie. Tak, jak my możemy dać drugie życie Szymonowi.

Zapraszam Was w najbliższą niedzielę, 25 września, do pubu LOFT w Gdańsku (ul. Młyńska 15) na godzinę 16.00. Będą lustra, przebieranki, dobra muzyka i zabawa. Będą oryginalne, niepowtarzalne ciuchy i mnóstwo dobrej energii.

A dla fanów literatury mam specjalną niespodziankę – najnowszą moją książkę, której jeszcze nie ma w księgarniach: BIURWĘ.

Do zobaczenia w niedzielę!

plakat-sylwii

Kobieta sukcesu (fragment Kobiety dość doskonałej)

Po jaką cholerę były mi te wszystkie piątki? I gdzie jest moja odznaka „wzorowy uczeń”? Byłam stałym elementem wystroju tablicy w szkolnym holu. Ja i mój wiersz. Nie pamiętam, co to było. Pewnie jakiś pompatyczny bzdet o ojczyźnie. Dziś bym napisała coś bardziej trywialnego. Dziś bym napisała o ZUS-ie i kontroli skarbowej…

zalamana_podatki_tsp640

Wynajęłam nieogrzewany barak przy auto handlu i dopadły mnie gęste jak smoła wątpliwości, po jaką cholerę były mi te wszystkie piątki, broń Boże nie: cztery plus. I gdzie jest moja odznaka „wzorowy uczeń” – to też mi przyszło na myśl. I jeszcze to, że byłam stałym elementem wystroju tablicy w szkolnym holu. Ja i mój wiersz. Nie pamiętam, co to było. Pewnie jakiś pompatyczny bzdet o ojczyźnie. Dziś bym napisała coś bardziej trywialnego. Dziś bym napisała o ZUS-ie i kontroli skarbowej.

Ale cóż. Nie czas i miejsce na literackie rozterki. Czas i miejsce jest na przetrwanie.

Trwam więc.

Siedzę w baraku opatulona trzema puchówkami, cała się trzęsę i dzielnie obdzwaniam trójmiejskie firmy, intonując na wszelkie sposoby głos, zadaję nieśmiertelne pytanie: „Czy nie powinni państwo w swojej firmie okleić czegoś folią samoprzylepną” Bo właśnie uruchomiliśmy (my, znaczy: ja) studio reklamy, dysponujemy najnowocześniejszym sprzętem (farelka, kalkulator), zapewniamy profesjonalną obsługę (mnie), najdogodniejsze terminy (w najbliższej przyszłości) oraz konkurencyjne ceny (co łaska)?.

Przez telefon nikt nie widzi, że siedzę w baraku i się trzęsę, więc lans. Mija tydzień, strach zwany ZUS-em chucha mi lodowatym oddechem w kark. Mam już zamarznięty szpik kostny. Warczę desperacko te swoje propozycje przez telefon i czekam na przelew. To drugie, jak się później okaże, będzie mi towarzyszyło do końca dni mojego studia reklamy. A więc dzwonię, powtarzam sobie, że w końcu coś się wydarzy, gdy nagle faktycznie coś się wydarza i w jednej chwili zmienia mnie i moje życie. Do baraku wchodzi on.

Diabli wiedzą skąd, z nieba nagle spadł, anioł, szatan, w długim płaszczu, rozchełstany, przystojny, cholera, bogaty. Patrzę, pod oknem beemka. Zielona. W środku, zaplątany o lusterko, jeszcze się kołysze od niedawnej jazdy – święty Krzysztof.

– Studio reklamy?

Ludzie kochani, mój znój, trud codzienny, walka zamarzniętych stawów skostniałych palców na klawiaturze oblodzonego telefonu, wreszcie moja wiara, że kiedyś wreszcie ciepły podmuch nadziei przywieje pierwszego, pełnego miłości klienta, nie poszły na marne.

Z czym do mnie przychodzi? On nie chce byle tabliczki, szyldu, naklejki. On, uwaga, chce okleić całego tira, do którego wsadzi akwarium z rekinem! Co tam jedno akwarium, co tam jeden tir! Tego będzie więcej, cały kompleks akwariów, tirów, rekinów! (…)

– Zimno – zauważa. I zaraz dodaje, że to już koniec mojego ubóstwa, wkrótce sobie biuro otworzę w Zieleniaku, w Proremie, gdzie zechcę, w szklanym domu, w samiusieńkim środku gdańskiej starówki, na dole, na górze, na dachu.

– Mój Boże, ale ma pani szczęście!

Jezu, ale mam szczęście!

(…) Zamawiam na kredyt (pięć tysięcy netto) trzydzieści metrów wydruków na folii ze zdjęć czterysta euro sztuka i jadę na stocznię, do hangaru, gdzie stoi ta przyczepa wspaniała i przez tydzień kleję dwanaście metrów długości z jednej i dwanaście z drugiej, dwa i pół wysoką plus owiewki plus te osłony na koła rybami wyklejam. Żeby pęcherzy nie było, takie duże płachty wydruków kładę na wodę. Pryskam litrami, ręce drętwieją, woda zamarza?

Ach, gdzie te moje ryby pojechały? Na jakim tournée w świecie dalekim tak przepadło moje oceanarium, że nigdy nie wróciło? Ach, gdzie pierwszy klient studia reklamy? Już nigdy, żadna instytucja ani sąd, ani komornik, nikt nie odnajdzie inicjatora głębinowych projekcji w przyczepie tira, prezesa chrześcijańskiej fundacji, człowieka, który, przyjmując fakturę przelewową, wraz z rybami zamilkł na zawsze.

Nie zamilkł, niestety, urząd skarbowy, który od nigdy nieopłaconej faktury zażądał podatku VAT. I jeszcze jednego. Nazywa się dochodowy. Od słowa: DOCHÓD.

————————————————————————-

Tu kupisz książkę „Kobieta dość doskonała” (kliknij w okładkę):

StLS03OTk4NDUtS29iaWV0YURvxZvEh0Rvc2tvbmHFgmFfb2vFgmFka2EuanBn

W niedzielę (18 października) w Radio Gdańsk, o godzinie 22-ej będę mówić o swojej książce, o tym jak być dość doskonałą kobietą w Polsce i o wielu trudnych sprawach. Polecam.

10 powodów, dlaczego warto pisać*

Nie mówię, że nie mam lodówki. Owszem, mam. Ale pustą!

his-girl-friday-newsroom-typewriter

Wiele osób zadaje mi pytanie, ile zarobiłam na książce. Rozumiem to doskonale. Zanim się człowiek chwyci za pióro, powinien wiedzieć, czy warto. Otóż odpowiadam. Warto. Z całej duszy warto. Nie ma nic bardziej intratnego od pisania. Wiem co mówię, zwłaszcza od wczoraj. Bo wczoraj dostałam tego maila:

Szanowna Pani, mamy dobre wieści w sprawie szansy na częściowe rozliczenie za Pani powieść „Last Minute”. Otóż 3 marca był w Pani wydawnictwie komornik. Zajął przedmioty (m.in. biurka, komputery, lodówkę) i oszacował ich wartość na 3.110 zł.

Z poważaniem

Kancelaria Adwokacka.

A nie mówiłam? Abstrahując od szacunku wartości i czterech lat wysyłania wymyślnej korespondencji, listów ponaglających, wezwań do zapłaty, ciągania się po sądach – z całym przekonaniem jednak warto pisać. I nie mówię już o wymienionych, zajętych przez komornika na mój rachunek biurkach i komputerach. Biurka i komputery to mnie, drodzy państwo, nie obchodzą. Mam jedno biurko i wystarczający na nim bałagan. Mam jeden komputer i wystarczająco dużo przy nim roboty. I nie mówię też, że nie mam lodówki. Owszem, mam. Ale pustą! A kto powiedział, że zajęta przez komornika lodówka jest również pusta? Kto wykluczył bogate jej wyposażenie? Kto napisał w powyższym mailu, że w zajętej lodówce nie ma wysokogatunkowych trunków? Nikt. Nikt wykluczyć nie może tego, że w warszawskim wydawnictwie, w zaklejonej komorniczą taśmą lodówce, czeka na mnie zimny browar.

—————————————————————————-

* Nie ma żadnych 10 powodów, dlaczego warto pisać. Powiem więcej: nie ma żadnych powodów, dla których warto pisać.

PITbul

Dwudziesty ósmy kwietnia. Księgowa nie odbiera telefonu

Zastanawiasz się czasem, jak wygląda piekło? Zło wściekłe, z pianą na pysku? Psie ścierwo rozjuszone? Szczękościsk na gardle i brak tchu w kleszczach niemocy? Weźmy parę przykładów.

Poniedziałek rano. Kac. Siedzisz na kanapie i dyszysz. Wiesz, że za chwilę spóźnisz się do pracy i, ocierając pot z umordowanego czoła będziesz tłumaczyć się mętnie przed nabzdyczoną szefową. Tymczasem każdy dźwięk rozsadza ci czaszkę, a twoja żona właśnie postanowiła odkurzać i dźga szczotką od odkurzacza odziane jeno w skarpetki twoje stopy…

Nie, to jeszcze nie to.

Inny obrazek. Podróż pociągiem. Traf chciał, że pociąg wiezie kibiców na mecz. W drugim przedziale pielgrzymi grają na gitarze „Arkę”. Jakby tego było mało, pasażerka obok kłóci się przez komórkę z narzeczonym, a jakiś brzuchaty przedsiębiorca naprzeciwko pali nerwowo papierosy. Jest upał. Okno się nie otwiera. W torbie podróżnej nie masz ani kropli wody. Masz za to książkę. Rozmówki niemieckie…

E, to też bułka z masłem.

Dobra, koniec żartów. Jest dwudziesty ósmy kwietnia. W twoim domu wszystko jest gdzie indziej. Czasu na sprzątanie oczywiście brak. W rozrzuconych po całym mieszkaniu niezliczonych torbach, plecakach, teczkach, aktówkach, pokrowcach na laptopa, na buty narciarskie, kurde, na gitarę, między gazetami, w książkach, Bóg wie gdzie – leżą być może twoje pity roczne. Księgowa nie odbiera telefonu. Jutro na pewno też nie odbierze. Pojutrze tym bardziej. I tak, trzydziestego kwietnia w Mordorze urzędu skarbowego, w ściśniętej ciżbie podobnych do ciebie potępieńców zawiśniesz nad formularzem z jedną, jedyną, ale za to absolutnie prawdziwą myślą w głowie:

Tak właśnie wygląda piekło.

pit_bull

A tak wygląda PITbul

 

Witkowski, oddaj moje sto milionów!

Mamy do czynienia z sytuacją, w której gej wydymał wszystkich dookoła 

z15669492Q,Michal-Witkowski

Michał Witkowski, kadr z wywiadu dla Pudelek.pl (proszę zwrócić uwagę na powtarzający się motyw ściany).

Sprawa Malanowskiej, od której jakiś czas temu nagle zawrzało w mediach i na salonach, okazała się być li tylko preludium do rasowej wrzawy polskiej, do prawdziwego oburzenia, do hejtu w najczystszej postaci – mianowicie do sprawy Witkowskiego. Pisarz, który beztrosko wyznał przed kamerą Pudelka, że sama jego zaliczka za książkę wynosi pół miliona złotych, doprowadził środowisko literackie (i nie tylko) do furii ostatecznej. Uważam, że to zrozumiałe. Witkowskiego „tirli tirli” na nosie nie sposób zaakceptować, jeśli się jest:

1. Pisarzem.
2. Polakiem.

Po pierwsze, żaden pisarz nie może spać spokojnie, jeśli drugiemu wiedzie się dobrze. Po drugie żaden, Polak nie może spać spokojnie, gdy drugiemu dobrze się wiedzie. Rzecz oczywista, dowiedziona. Niewykluczająca, broń Boże, niechęci do osoby, której się dobrze nie wiedzie. Osoba, której się dobrze nie wiedzie (przykład: Malanowska) mogłaby być usprawiedliwiona tylko w jednym przypadku – jeśli by się pogodziła z niedolą. Wszelki brak pokory na smętny los, wszelkie jojczenie, roszczenia, aspiracje powinny być tłumione w zalążku i wyszydzane. Szyderstwo to jednak – powtarzam – jest niczym w porównaniu z falą niechęci do bogatego, do szpiku zepsutego, homoseksualnego (!) pisarza, który nie dość że bezczelnie zgarnia za swoje duby smalone fortunę, to jeszcze nie rozdaje jej ubogim, nie wspiera kościołów, nie wysyła jej potajemnie chromej babci, tylko – uwaga, uwaga! – wstrzykuje sobie botoks.

Kolejny powód do oburzenia: Tomasz Piątek wyliczył, że Witkowski wcale nie zarobił miliona na książce, to niemożliwe. Zgadzam się. Witkowski zarobił na swojej książce dużo więcej! I ukrywa to! Wykończone przez Witkowskiego wydawnictwo „Świat Książki” zwija już manatki z rynku, a księgarze płaczą. Obliczenia Tomasza Piątka mówią jasno: nikt na Witkowskim nie zarobił, wręcz odwrotnie. Nawet korzyści chirurgów plastycznych są tu niejasne. Pisarz się bowiem chełpi w wywiadzie swoimi wpływami w różnych środowiskach, także w środowisku lekarskim. To pozwala przypuszczać, że lekarze wstrzykują mu ten cholerny botoks za darmo! Mamy więc do czynienia z taką sytuacją w naszym hetero-przyzwoitym kraju, w której pisarz  gej wydymał wszystkich dookoła.

Dobra, trudno. Nie to mnie trapi. Uważam, że skandal polega na czymś zgoła innym. Otóż skandal polega na tym, że żadna złotówka z kieszeni Witkowskiego nie powędrowała, przykładowo, do mojej kieszeni. (Każdy inny pisarz przyzna mi w duchu rację, tylko kieszeń wskaże swoją.) Inna rzecz, że zbieżność nazwisk wydawcy, który mi nie zapłacił i pisarza, który zgarnia miliony – daje mi do myślenia. Spisek? Oczywisty.