Gwiazda, której nikt nie widział

Pamiętacie czasy, gdy się zapalało świeczki i w ciemnościach, na słuchawkach, żeby stara nie pruła – słuchało Dead Can Dance? Sisters of Mercy? The Cure?

Czy ktoś odmówi jej elegancji?

Śmierć to tabu, przemilczany temat. Albo odwrotnie: woda na młyn. Można ją przehandlować na tekst w gazecie, albo rozmienić na drobne rzucone księdzu. Użyć. Wykorzystać. Wybory wygrać. Płytę sprzedać. Lajka dostać. Pohisteryzować na tyle, na ile się opłaci. A potem zużytą wyrzucić, wzgardzić. Przykryć foliową plandeką. Zakopać. Zapomnieć.

A co z poezją śmierci? Co z jej magią?!

Pamiętacie czasy, gdy się zapalało świeczki i w ciemnościach, na słuchawkach, żeby stara nie pruła – słuchało Dead Can Dance? Sisters of Mercy? The Cure? Pamiętacie ten mrok, który nikogo nie przerażał, nikomu nie szarzał życia, przeciwnie: nadawał koloryt?

Co z tego, że czarny! Czy ktoś odmówi czerni elegancji? Czy ktoś zarzuci czerni jakikolwiek brak?

Nie bez powodu istnieje pojęcie ciała doskonale czarnego. W czerni bowiem tkwi perfekcja, tajemnica domknięcia wszystkich barw świata. Czarny to jednocześnie wszystko i nic. Największa gęstość i najmniejsza powierzchnia. Kategoryczność grawitacji. Totalna niewidzialność.

Niedościgniony paradoks słynnego zdania: „ciemność widzę!” do dziś nie został pokonany w dialogach. Każdy by chciał. Każdy by marzył. Być ujrzanym i nie istnieć. Istnieć i być niewidzialnym. Do wyboru, do koloru. Jedynego. Najlepszego. Czarnego.

Podobno jest taka gwiazda, której nikt nie widział. Nazywa się Nemezis. Jej potężna grawitacja wyrywa z orbit ciała niebieskie, które krążą gdzieś poza naszą świadomością, dopóki wyrwane ze swojego toru nie zmienią kierunku. Być może to właśnie jej znudziło się panowanie gadów i postanowiła zmieść ich z powierzchni Ziemi jednym niedostrzegalnym ruchem woli wyrywając z toru pokaźny meteoryt.

Czerń Nemezis ma niezwykłą moc.

Czerń Nemezis ma moc śmierci.

Hałaśliwa pstrokacizna tandety wyparła z życia szlachetność śmierci. Ludzkość o niej zapomniała. Jakby jej nie było, jakby nie istniała – niczym kolor czarny. A przecież jest. Na każdym kroku. Codziennie.

Wczoraj, dziś, jutro.

Byliśmy, jesteśmy, będziemy.

Umieraliśmy, umieramy, umrzemy.

nemezis.me

Wieża w ogniu

Ktoś może zapytać, jak Wifi zareagowała na obecność Nuny. Odpowiedź jest oczywista. Wifi zareagowała na obecność Nuny jak typowy kot. Nijak.

Koty maja osobowość perfekcyjnie odizolowaną od wszystkich innych osobowości. Koty to wyspy nie tylko bezludne, ale też bezkocie, bezpsie, doskonale pozbawione jakichkolwiek wpływów lądy bogate za to w ptactwo, myszy i ważki. Konkretnie: w kocim świecie nie ma nikogo, kto by kotu przeszkadzał.

Gdyby tylko ludzie odrobinę zmądrzeli, mogliby nauczyć się od kotów tego dystansu. Niestety, na wszystko się zanosi, nawet na koniec świata, ale na to, że ludzie zmądrzeją: kategorycznie nie.

Koty nie przejmują się więc innymi kotami, choćby to były same ocetoloty, czy inne serwiwale.

Żaden kot nie bierze do głowy tego, co sobie o nim inny kot pomyśli. W jego kryterium wartości nie ma więc miejsca na plotki, a fakt, że w ludzkim świecie istnieje takie zjawisko jak dziennikarstwo (opłacane i to słono opłacane plotkarstwo, które nadaje potężny sens istnienia, wywołuje żywe reakcje, wypełnia czas spotkań, rozmów, a nawet winduje lub niszczy życie ludzkie) – mógłby doprowadzić kota do takich spazmów śmiechu, że biedny by się udusił.

Na szczęście kot w ramach ekspresji emocji, zdecydowanie wybiera ziew.

Dlatego właśnie Wifi na widok Nuny ziewnęła, po czym zamknęła oczy i poszła spać. Miała prawo. Dopiero co rozłupała jakiegoś nieszczęsnego gołębia, którego truchło leży teraz pod oknami mieszkania Wió i drażni Sąsiadkę z PP. Sam pies PP od jakiegoś czasu siedzi cicho, ciało gołębia daje mu do myślenia, nie jest wszak dużo od gołębia większy, za to głośniejszy w cholerę. Pamiętajmy też, że pies nie ma skrzydeł. Krótko mówiąc: PP jest w tak zwanej „D”. Nie zadziałało palenie świec żywota, kot wziął sprawy w swoje pazury i dał radę. Cisza jak makiem zasiał.

Nuna za to chodzi ze mną krok w krok, zwiedza okolicę, była nawet w kawiarni, gdzie ludzkość oszalała na jej widok. No tak. Ludzie szaleją na widok kota, ale za cholerę się od kota nie uczą.

Ludzie w ogóle się niczego nie uczą, choć w kwestii rozwoju robią histeryczne halo. Organizują warsztaty, sympozja, wykłady. W tym celu muszą przede wszystkim wydać kasę. Człowiek musi wydać kasę, żeby ujrzeć sens w czymkolwiek. Zapaćkać internet ogłoszeniami. Zdjęć napstrykać. Dyplomów nadrukować. Pooznaczać się ze znajomymi. Plakatów, ulotek, reklam narobić. Nie mówiąc już o czymś takim jak gadżety. Catering. Pokazy akrobatyczne. Hotele pięciogwiazdkowe. Baseny. Sauny. E tam, baseny, sauny. Zajęcia fitnes! Odchudzanie! Oczyszczanie jelit!

Mindfullness.

Kołczing. Srołczing.

Wegejogozen.

Kiedyś miałam okazję być na czymś takim. Nazywało się to Kongres Kobiet. Feministyczny zjazd w celu pitolenia o sprawach, które tak naprawdę wszyscy mają dokładnie tam, gdzie jest PP. Zjechało z wielkich miast redaktorek i innych celebrytek tłum. Każda hotel za kupę szmalu dostała. Wino, kolację i diabli wiedzą co jeszcze. Telewizja, gazeta, zdjęcia na ściankach. Szumu narobiły, a kobiety jak klepały patriarchat tak klepią…

Czytaj dalej

Mroczna przepowiednia

Powiedziałam Ewelement o mojej wizji. Od razu zaczęła węszyć podstępy. Na pierwszy ogień poszła, rzecz jasna, Nemocja. Że to przez nią, że to ona winna, coś tam.

– Ona cię zabije! Pamiętasz, jak rozbiła talerz, przysłała mroczną kobietę, cały zastęp demonów?! Ona cię zabije…

– Nie. Taki plan by się nie realizował, gdyby miał się tak głupio skończyć.

– Hm… To jak pokonasz Nemocję?

– Nie pokonam jej. Nawet nie zamierzam. Z demonem się nie walczy. Z demonem się tańczy. Warunek jest tylko jeden: nie wolno się bać.

– Jak można nie bać się demona?

– Można. Wszystko można.

– Sama słyszałaś: myślisz, że ludziom wszystko wolno? Bóg zapowiada ludziom zagładę!

– Mnie to nie dotyczy.

– Jak to możliwe?

– Tak.

Ewelement zamilkła na chwilę, ale wciąż była poruszona. Uznałam, że to dobry moment na włączenie muzyki. W Nadwymiarze jest muzyka i to bardzo dobra. Wybrałam płytę „Aenima” zespołu TOOL. Stare, ale świetne. No i straszliwie straszne. Można jeszcze bardziej nastraszyć tego zabawnego „Prosiaczka”, jaki tkwi w Ewelement. Uwielbiam ludzi, którzy się boją. To takie słodkie, dziecięce. Sama chciałabym się czasem trochę bać. Ale nie mogę. Wolfgang mi zabroniła.

– Kim jest Nemocja?

– Nocą.

– A ty?

Tym razem ja zamilkłam. Od pewnego czasu prowadzę bardzo poważne śledztwo w tej sprawie, a wnioski wciąż stoją pod znakami zapytania. Owszem, mogłabym udzielić odpowiedzi. Problem polega na tym, że nie wiem, którą wybrać.

– Jestem Noemi. NOEMI. Rozumiesz?!

– Noe to tylko skrót…

Czytaj dalej

noemi susenbach potop
Jeden z nich, chłopiec z jasnymi włosami i niebieskimi oczami, wziął mnie za rękę, poprowadził wgłąb wzburzonego morza…

Noe to tylko skrót

Niemal każdy człowiek ma telefon komórkowy. Z tym telefonem jest straszliwy ambaras, bo dzwoni non stop, w kółko właściwie i człowiek ma serdecznie dosyć, chciałby go rozbić na kawałki, zniszczyć, zakopać. Jednak tego nie robi. Odwrotnie. Kupuje etui, uważa, żeby nie spadł. Mało tego. Wciąż kombinuje, jak tu sobie sprawić lepszy, jeszcze bardziej dzwoniący.

Sprawia.

Nie działa. Ledwo kupiony, już zepsuty. Zamiast przystojnego bruneta, dzwoni baba ze skarbówki. Nie tak miało być. Znów więc trawi pragnienie, żeby telefon zniknął, zamilkł, przepadł…

Czytaj dalej

Morze jest gniewem

noemi susenbachCoraz więcej mnie po tamtej stronie, po tej coraz mniej. Co to znaczy? To znaczy, że życie mnie zmęczyło. Zmęczyło mnie i choć obiecałam nie marudzić – nie zmienia to faktu, że życie mnie zmęczyło. 

Z przerażeniem stwierdzam, że nie mam siły pisać, a przecież to było zawsze jedyne, co mnie przy życiu trzymało. Wniosek: nie mam siły żyć. 

Z przerażeniem stwierdzam, że mnie to nie przeraża. 

Przypominam sobie wszystkie chwile rezygnacji, trudne odcinki mojej drogi z przeszłości i dziś mi się zdaje, że to jakieś żarty, formy treningu przed tym, co najgłębsze, najmroczniejsze, najtrudniejsze do pokonania.

Trzy lata w depresji, leki, szpitale, napady histerii, wyrzucanie z siebie czarnych gałganów rozpaczy, a nawet myśli samobójcze – wszystko to nic w porównaniu z dzisiejszą katatonią NICZEGO. 

NIC jest jak potężna grawitacja, siła ciążenia nie do pokonania, gdy ciało przywiera do łóżka tak mocno, że istnieją obawy rozłupania mebla na pół. Albo w ogóle w drzazgi. 

Łóżko, pękając na kawałki wbija się w podłogę, podłogę rozrywa, zawala się wszystko do piwnic, do lochów. Wpadam w kryptę, na samo dno den. A tam niekończąca się impreza bezzębnych demonów, które podają mi truciznę. Na cholerę mi trucizna, pytam, a oni mówią: żeby nie czuć. 

Tylko że ja już nic nie czuję! 

– Nieprawda – szepczą demony. – Czujesz jak diabli. 

Na potwierdzenie tych słów dociera do mnie kategoryczny chłód, przenika kości, mrozi nerwy. Zamraża. Czuję więc. Czuję lodowatą niemoc, której nie pozbędę się nigdy, chyba że trafi mnie szlag. 

Nie mam siły na truciznę, nie lubię przełykać, wolę sobie zapalić. Jak na zawołanie pojawia się rura wydechowa i naprawdę potężny mach za friko. 

Człowiek się rodzi, żeby umierać. Życie wymaga poświęceń. 

A na plaży gromadzą się tłumy. Nadciąga sztorm. Morze jest gniewem, którego nikt nie dostrzega. „Czujesz jak diabli”, mówią demony i mają rację. Czuję tę furię, niezgodę, wściekłość. Odtrącam kieliszek znieczulenia. Słucham najgłębszego z głosów. Snu. 

Narysuj stolik z jasnego drewna, schowaj się pod nim przed burzą. Patrz, jak w odmętach znikają życia. Razem ze śmieciami z brzegu. 

Kiedyś napisałam książkę o gniewie. Teraz gdzieś ją tam ktoś sprzedaje, nic mi do tego.  Pozostał jedynie sam gniew. Moja ukochana emocja, która mnie niesie, nie daje się poddać demonom. Wkurwia mnie wszystko. Dzięki Bogu. Dzięki temu żyję. 

Jeszcze. 


nemezis.me