Czarna wdowa

Ale sen! Z tych, co zdarzają się raz, może dwa razy na życie i robią taki kipisz, że sąd, prokuratura, spalenie na stosie. Jeden już był. I teraz mam. 

Opisałam go w „Mamie”. Lecę i strzelam, a robię to z takim przytupem, że drży cały Kosmos. 

Bo ja w snach mam świadomość kosmiczną. Nie jestem drepczącym człowiekiem, ale istotą wszechpotężną przemierzającą (zawsze przemierzającą!) wszechświat w tempie absolutnym. Prędkość światła nie ma znaczenia. Ja zasuwam szybciej. W trakcie podróży robię różne rzeczy, na przykład (jak w tym śnie z „Mamy”) rozwalam białą wieżę. Nie, nie będę wam o tym opowiadać, jak chcecie, poszukajcie w książce. Dziś będę opowiadać inny sen. 

Tym, co mi się właśnie przyśnił. 

Najpierw – jak wyrwana z kolorowej gazety – para na zdjęciu. Facet i kobieta. Facet napuszony niczym paw, ona w jego tle. Długie włosy zdobią jej wycofaną twarz. On z kolei jest cały w koronkach, garniturach, piórach. Świat szaleje na jego punkcie. Choć przecież ona jest tak samo ważna, robi tyle samo, a może nawet, a może więcej? 

Nikt jej nie widzi. 

Nagle: fortepian. Już rozumiem. On jest pianistą. Światowej sławy muzykiem, artystą, stąd splendor. Siada do fortepianu, widzę jego wyfiokowane dłonie, francuskie koronki, haft Richelieu, mankiety krochmalone. Gra. 

Ale nic nie słychać. Żadna nuta nie wydostaje się spod jego rąk. 

Znów zbliżenie (jak w filmie) – na fortepian. Skupiam wzrok, patrzę, ale klawiszy nie widzę. Zamiast nich – jedna przy drugiej: buteleczki. Takie małe flaszki zero dwadzieścia, co się do kieszeni jego przepięknej welurowej marynarki chowają. 

Wszystko gaśnie. Jest ciemno, nic nie widać, ale za to… słychać. Słychać muzykę, nuty wpasowane, idealne, a jednak: niepokojące. Prawdziwa muzyka, która opowiada historię. A ta historia jest straszna. Kto ją gra? To ona gra! To ona opowiada!

Zbrodnia to niesłychana, pani zabija pana. 

Tyle razy przerabiany kawałek, a nikt się nigdy nie spytał: dlaczego?! Dlaczego ona go zabiła? 

Bo jej zabrał wszystko, zabrał jej duszę, zepchnął na krawędź wytrzymałości. Wyrwał jej serce, kochani. 

Wyrwał jej serce na żywca i kazał dalej żyć. 

Ona już nie ma pięknych długich włosów, leży na łóżku w malignie, trzyma się za głowę, ciągle ją głowa boli, głowa, na której coraz bardziej kurczą się pukle. Krzyczy. Krzyczy jak chora, konająca: – Boże, Boże, co się ze mną dzieje, JESTEM CORAZ… MŁODSZA!

I faktycznie, włosy na pazia, twarz wygładzona, cudem odmłodzona kobieta siedzi teraz na schodach uczelni i patrzy na swojego chłopaka, którym jest on – późniejszy pianista. Nawalony artysta. 

On jej coś tłumaczy, jakże by inaczej – tłumaczy jak małej dziewczynce: TRZEBA pisać, zawsze pisać, nie przestawać, to bardzo ważne, pisać, w kółko pisać, bezwzględnie i koniecznie TRZEBA pisać!

A potem wsiadają razem do samochodu, ruszają z piskiem, pędzą prędko, a on jej mówi, że będzie zły. A już na pewno będzie zły jak cholera, gdy ona pojedzie do przodu, a on się, niestety – cofnie. 

Z dużą prędkością. I oto prezentacja, wykon, on wyskakuje z pędzącego auta i leci z prędkością adekwatną, z tym że w odwrotnym kierunku. I, racja, jest zły jak cholera. Twarz wykrzywiona w grymasie, zęby na wierzchu. Trach!

Znów przerwa. Ciemno. Nic. 

Nagle wszyscy jedziemy autobusem. Nie ma się co dziwić. Może uda się bez wyskoków. Ona chodzi po pokładzie, on siedzi na miejscu matki z dzieckiem i gada. Ze mną gada. Właściwie to ja gadam, bo jak już ktoś ze mną gada, to wtedy raczej ja gadam. No więc opowiadam mu swój sen. 

Ten, co mi się pół roku temu przyśnił. A było tak. Jechałam autobusem (jak teraz), autobus zatrzymuje się na przystanku, z autobusu wychodzi kobieta, staje przy kiosku i zaczyna znikać. Zostaje po niej tylko spódnica.

Ale zanim zniknie, jakby na kogoś czekała. Szybkim ruchem chwytam za telefon i chcę zrobić jej zdjęcie. Ale, kurczę, nie umiem. Podchodzi do mnie mała dziewczynka, patrzy na wyświetlacz i mówi: dalej, dalej! A ja nie umiem. Widzę na wyświetlaczu materiał spódnicy kobiety, jest w kolorze lila. Nie wiem, czemu, ale myślę, że kobieta nie zniknie, dopóki ta dziewczynka nie wyjdzie do niej. Ona na nią czeka… 

Dziewczynka znika w jednej sekundzie. Podnoszę wzrok. Kobiety też nie ma. I spódnica znikła. 

Zatem opowiadam temu Richelieu: jadę autobusem, patrzę przez okno, a tam… 

Patrzę przez okno. 

Cmentarz. 

– Cmentarz – mówię. 

Tak naprawdę nie było cmentarza, tylko kiosk, myślę. Ale teraz jest cmentarz. Przewrócone płyty nagrobne, stara sprawa. Boże, widziałam gdzieś te płyty. Widziałam to. 

Gdzie jest kiosk? 

– Dziewczynka miała włosy w kolorze mysim – tłumaczę. Mężczyzna kręci głową, że nie rozumie. – Czy ja mówię po francusku?! – irytuję się, a on, że po francusku to by właśnie zrozumiał. Gorzej z angielskim.

Zastanawiam się, co to za typ. Kto dzisiaj po francusku gada, a po angielsku nie umie? I tak bym się z nim dalej kłóciła, gdyby nagle nie zasnął. 

Kobieta spokojnie podeszła do męża, pochyliła się nad nim. Śpi? Nie. Umarł. 

Ciemność, przerwa, antrakt. 

Nagle budzę się (nadal w tym śnie) na pokładzie statku kosmicznego. Otwieram oczy półprzytomna. Statek zatrzymał się na przystanku. Moja para z filmu „Czarna Wdowa” kręci się przy sterach. Chwilę później on niesie jakiś wydruk, rachunek diabli wiedzą skąd i mówi do żony, że musiało być mi zimno podczas podróży, bo zamówiono dla mnie gorącą wodę. Zrywam się w proteście, rzecz jasna, bo żadnej gorącej wody nie brałam! Ale oni wcale na mnie nie zwracają uwagi, dobrotliwie głowami kiwają, spoko, spoko, nic nie musisz płacić. 

Wokół ludzie zbierają się do wyjścia. 

– Już czas? Trzeba wychodzić? – pytam Czarnej Wdowy. Wdowa z mężem jakby stawali się jednością, odpowiadają mi zgodnym chórem: – Wychodzą tylko ci, którzy wykupili bilet do Monachium. 

– A więc jesteśmy w Monachium?

– Tak jakby. 

Wkładam rękę do kieszeni. Znajduję tam monety. Wyciągam, patrzę – kilka monet w obcej walucie. Wiem, że mam zapas. I że nie muszę wysiadać. 

Ani w Monachium, ani nigdzie. 

Jeszcze przez długi, długi czas. 

nemezis.me

IMG_1821

Śmierć drzewa

Żeby to opisać, muszę zapomnieć o wszelkich narzędziach artystycznego wyrazu, o emocjach i uczuciach też. Kiedyś studiowałam dziennikarstwo. Zajęcie dla rozplotkowanych psychopatów.
Może to się przyda?
A więc:

W piątek, trzynastego września dwa tysiące dziewiętnastego roku, między wsią Świętosław a miejscowością Szwecja (woj. zachodniopomorskie) – został nagle wstrzymany ruch samochodowy. Na drogę wyjechał wysoki pojazd z ogromnymi metalowymi łopatami. Ustawił się wzdłuż linii przydrożnych brzóz i sosen. Mężczyzna wstrzymujący ruch miał minę tępą. Drugi, obsługujący pojazd – w ogóle nie istniał. W kabinie siedział pozbawiony myśli i uczuć kształt, który nawigował maszyną. Człowiek-zombie.

Łopaty dźwignęły się z dotychczasowego znieruchomienia. Uniosły się na wysokość pni, po czym wbiły się z całą mocą w miękką glebę otulającą pierwsze, najbliższe drzewo. To była brzoza.
Brzoza drgnęła z przerażenia, po czym zachwiała się wytrącona z równowagi nagłym podważeniem korzenia. Łopaty zacisnęły się. Silnym i beznamiętnym trzaskiem cięły korzenie boczne. Wreszcie z wnętrzności ziemi wyrwały drzewo. Pozostała po nim wyszarpana dziura, jak po wyrwaniu serca. Brzoza chwiała się jeszcze w uścisku łopat, po czym została odrzucona na bok i poćwiartowana.

Łopaty zajęły się następnym drzewem.

W pierwszym zatrzymanym pojeździe siedziała siostra ze starszym bratem. Siostra powiedziała, że nie może na to patrzeć. Brat poradził, by zamknęła oczy. Posłuchała.
Zza zamkniętych powiek dochodził do niej już tylko beznamiętny szczęk maszyny wyrywającej z ziemi kolejne serca. Przepraszam, drzewa.
I strach. Wielki, drżący, milczący strach.

– Czemu oni to robią? – spytała cicho.
– Pewnie mają zamówienie. Z firmy szwedzkiej, która robi meble. Wycinają nasze lasy, bo przecież nie będą wycinać swoich. Tacy głupi nie są.
– Długo to będzie trwało…?

Brat nie wiedział. Albo po prostu nie powiedział, żeby jej nie ranić. Bo to trwało wieczność.

Nagle wiatr machnął samochodem, machnęło też dźwigiem z łopatami. Pierwsze auto – to z siostrą i bratem ruszyło. Dziewczyna otworzyła oczy. Zobaczyła stos poćwiartowanych pni. I te dziury w ziemi.
Narzędzie zbrodni stało obojętnie na uboczu, czekało na kolejne egzekucje.

Nagle dotarło do niej, że los brzozy dosięgnie i te drzewa, w których mieszkają kruki. Piękne, wielkie ptaki, które zadziwiają ludzki gatunek swoją magiczną inteligencją. Właśnie przed chwilą tańczyły nad koronami swoich domów. Młode wykonywały akrobacje w powietrzu, popisując się przed rodzicami. Co się z nimi stanie? Czy człowiek-zombie zastanawia się, ile w wyrywanym drzewie jest gniazd?

Zerwał się wicher. I deszcz.
– Niebo płacze – powiedział starszy brat.
I faktycznie płakało.

Ulewa wzmagała się z każdą chwilą. Pojazd ledwo trzymał się drogi, tak wiało. Gdy znów szarpnęło, brat zaklął zaniepokojony. Ale niewzruszona siostra, w której oczach płonęła teraz tylko wściekłość, nie odrywając wzroku od osi rozpętanego przez siebie huraganu, odparła tylko:
– Dasz radę.

—————————————————-

Wszystkie cywilizacje upadały kolejno na skutek suszy. Susze pojawiają się, gdy zostaną wycięte (wyrwane) drzewa. Drzewa dbają o cyrkulację wody między ziemią a powietrzem. Gdy nie ma drzew, wysycha gleba, a na niebie nie mają z czego zbierać się chmury. Deszcze ustają, ziemia pęka. Powoli umierają kolejne gatunki, aż wreszcie głód i nędza dopada samego człowieka. Który nade wszystko chciał mieć nowe meble z Ikei.

nemezis.me

kruk1.jpeg
Nagle dotarło do niej, że śmierć dosięgnie i te drzewa, w których mieszkają kruki…

Guovssahas

Od kiedy pamiętam, od pierwszych chwil mojej świadomości na tej ziemi, co nie ukrywam, z miejsca przyprawiło mnie o przerażenie – wszyscy wokół byli dziećmi. 

I mama. I tata. I panie w przedszkolu. I panie w szkole. Babcia najmniej. Ale dziadek za dwoje. 

Wszyscy. 

Wszyscy. 

Każdego dnia doświadczałam tego faktu z coraz większym poczuciem niemocy i beznadziei. Przepaść czarnej rozpaczy jęła wypełniać moje serce. 

Wszyscy. Wszyscy. 

Wszyscy. 

Przecież skoro są dziećmi, trzeba się nimi opiekować! Trzeba się nimi zająć, wyręczyć, poprowadzić! Trzeba im pieluchy zmieniać, prasować skarpetki! Trzeba ich lulać i tulić, nawet jak są okrutni. Mówią, że dzieci są okrutne. Wiedzą, co mówią.

Wszyscy. 

Wszyscy.

Koledzy w szkole, koleżanki z klasy. Pani dyrektor. Facet z radia, facetka z telewizji. 

Wszyscy. 

Jestem zorzą polarną. Rozpędzonym wiatrem słonecznym rwącym ku błękitowi atmosfery, by na nim grać. Struna po strunie rozpiętej na wielowymiarowych gryfach, na nieskończonej przestrzeni klawiatur. Gram melodię, wybijam rytm. Mój głos niesie się po szmaragdowym niżu biegunowym wprost od rozpaloności Słońca. Moja temperatura to zmiana. Nigdy nie zbadana niewiadoma emocji. 

Wczoraj rzucałam krzesłem, dziś zanurzam się w wannie. Zamykam dłońmi przestrzeń niewidzialną, gdzie ukryta jest moja dusza. W niej rozgrywają się kompozycje geniuszu świadomości o milionie imion. Sylwia. Noemi. Guovssahas. 

Wszyscy. Wszyscy. 

Wszyscy. 

Nie ma już płci. Nie ma już ego. Nie ma już małej opiekunki dzieci świata. Jest tylko wodorowa reakcja łańcuchowa. Zieleń. Błękit. Czerwień. Biel. 

Wolność. 

Zadzieram głowę i z otwartymi ustami patrzę w Niebo. Pomruk burzy przeszywa moje ciało. 

Gdy się urodziłam wszyscy byli dziećmi.

Nadal są. 

Niech sobie będą. 

nemezis.me

fullsizeoutput_ad
Gdy się urodziłam, wszyscy byli dziećmi…

Promienie czarnego światła

Emanuję samym dobrem. Chyba że trzeba, to jeszcze złem.

Miałam napisać tylko to jedno zdanie (a właściwie dwa), ale jak już podłączyłam te kable, te hasła powpisywałam, cały ten mozół za mną – chciałoby się rozkręcić nieco.

Dobro i zło. Coś, czego w naturze nie ma. Czy kiedy lew rozszarpuje łanię, jest zły? Te pojęcia zostały wymyślone po coś, a jak coś zostało wymyślone po coś, z miejsca wydaje się podejrzane. Sama natura nie wymyśla, nie musi. Jest taka zasada. Jak przestaję myśleć, to od razu wiem. Tak właśnie jest ze wszystkim, ale człowiekowi się wydaje, że musi coś tam kombinować straszliwie, bo niby od tego ma mózg. Czasem racja, czasem warto się zastanowić. W szachy jak się gra, na przykład. Ale żeby wymyślić dobro i zło, trzeba mieć w tym gruby interes. Palcami wytykać nie będę. Oni wiedzą.

Człowiek jest jak kamień. Czasem szlachetny. Czasem nawet diament. Miałam ostatnio sposobność widzieć diamenty. I powiem wam o nich coś, czego zwykły śmiertelnik nie wie. W dzisiejszych czasach ludzie rzadko myślą o kamieniach szlachetnych. Do diamentów nawet nie podchodzą, bo się boją, że ich cena zje. Albo coś. Nie wiem. W modzie jest biżuteria doskonale żadna, taka co, nie daj Boże, nie wywoła emocji.

A ja lubię. Wchodzę do jubilera, każę pokazać najpiękniejszy pierścionek z – na przykład – diamentami. Przymierzam go, podnoszę do światła. Sprzedawca zasypuje mnie propozycjami rabatów, a ja tymczasem mam ten swój taniec z kamieniami.

Potem zaczynam marudzić. O jeszcze większy rabat, rzecz jasna. O to, że nie wiem, czy pasuje. Zmniejszyć by trzeba. Coś tam. Zakładam okulary, zaczynam badać szlif, jak rasowy znawca. No nie wiem… Hm. Jest piękny, ale… Zawieszam głos i daję sprzedawcy szansę na szczerość. Teraz dowiem się wszystkiego. Co tam ewentualnie jest jakie.

No i wreszcie, gdy już wszystko o sobie wiemy, bierzemy ten nasz pierwszy mały ślub, a raczej: zaręczyny. Odkładam pierścionek na ladę i mówię: – Muszę to przemyśleć. Proszę dla mnie go przechować do, dajmy na to, środy.

– Na jakie imię?

Ha. Kochani. Na jakie imię! Najpiękniejsze! Najbardziej stosowne! Najszykowniejsze! Na takie, żeby ten subiekt wiedział, że ja i kamień, to jedno.

Nie powiem wam, na jakie imię, bo same swoich macie pewnie aż nadto. I każda inne przecież. I wszystkie te pierścionki za milion na was czekają, byście do nich przyszły, byście z nimi potańcowały, byście je na te swoje właściwe imiona poodkładały do środy. I byście do środy były the Lords of the Rings.

Słabo?

Wróćmy do diamentów. Czego ludzie o nich nie wiedzą? Powiem tak: niczego. Ale mnie chodzi konkretnie o taką rzecz, że ludzie nie wiedzą o tym, że diamenty świecą na czarno. Diamenty świecą czarnym światłem.

Wiem, bo widziałam. Mało tego, mam świadków. A propos świadków, jest to historia o dwóch kobietach, które mnie ostatnio odwiedziły zupełnym przypadkiem. Poznałyśmy się w Mistrzyni i Małgorzacie. Jedna z nich zapragnęła kupić moją książkę, ale taką, której akurat nie miałam w tej mojej pyciej księgarence. Jakoś tak się złożyło, że jej nie było. Zaproponowałam, żeby mnie odwiozły do domu, w domu mam. Pojechałyśmy. Stanęłyśmy pod domem. Mówię, może wejdziecie na herbatę? A nie znamy się przecież wcale. One dwie grzeczne, urzędniczki. Ale już ze mną parę minut spędziły. I mówią tak.

Kobieta nr 1: – Pranie wywiesiłam, siedem pralek, na deszcz idzie. A, ch… z praniem.

Kobieta nr 2: – Mam małego psa w domu. Nie powiem, że ch… z psem. Ale ch… tam.

Wicher mojego jestestwa porusza tym Kosmosem. Weszły. I wtedy właśnie zeszło na te diamenty. I Magda, ta od psa, również widziała ich czarne światło. Czarne światło istnieje.

Czemu diamenty świecą czasem na czarno? Bo oddają mrok, jaki przez nie przechodzi. Zwracają to, co dostają.

Człowiek jest jak kamień. Bywa że szlachetny. Bywa że diament. Dobro i zło nie istnieje. Jest tylko zwierciadło. Blask zwróconych promieni i zimne jak lód odbicie mroku.

PS. nemezis.me

IMG-1578

 

Mistrzyni i Małgorzata

Jezu, nie wierzę. To się nie dzieje naprawdę. Postanawiam wreszcie wstać, przejść się choćby parę przecznic. Idę. Pomału, żeby się nie przewrócić, jak to kiedyś było w szpitalu, co opisywałam w tej pierwszej: Last Minute. 

Idę i myślę: kurczę, nawet nieźle mi idzie, nawet bym do jakiejś knajpy weszła. I nagle, jak spod ziemi wyrasta kafejka, sączy się jazz, przyjazne kolory, przyjazna nazwa, nie słuchając Szamana Mako, że czegoś ważnego na pewno tam nie ma – wchodzę. 

Zamówiłam sobie tartę z malinami. I muszę wam powiedzieć, że jak posmakowałam malinę, to nawet z krzaka taka nie jest. Nie wiem, po jakiemu to teraz, po introligatorsku chyba. Wdziera się Nadwymiar do tego wymiaru (WW). Albo i też nie wiem. Bo mam wrażenie, że od chwili, gdy ujrzałam tę kafejkę, przekroczyłam jakiś kolejny próg wtajemniczenia i jestem teraz w nadwymiarze Nadwymiaru. 

Tu jest błękitno różowa kafejka z przepięknym okazem latającej wróżki w logo, a za ladą boska Małgorzata serwuje niebiańskie wypieki. I mówi ona do mnie tak. Że wszystko rozumie. Czuje moją duszę. Dlatego bardzo proszę, tu jest regał, na regale proszę umieścić książki i sobie je sprzedawać, a tak w ogóle to dawaj na „ty”. 

Tak powstała moja pierwsza pycia księgarenka o nazwie „Mistrzyni i Małgorzata”. Mogę nią wyjść na świat z tej dupy diabła, którą jest internet. 

Na Szymanowskiego. Gdańsk Garnizon. Jak w Kosmosie Andromeda. To się nazywa wygryw, co? 

PS. Jeszcze mi baner z psychopatami pozwoliła umieścić NA ZEWNĄTRZ. 

Ludzie chodzą i zdjęcia robią. 

Wczoraj sprzedałam cztery książki. 

HA.

IMG_0213

Post Scriptum

Lubię tę część korespondencji. A gdy oglądam swoje pamiętniki, dochodzę do wniosku, że nawet uwielbiam. Mam na przykład taki zapis z któregoś tam 1989 roku:

Kurwa mać. 

PS. I tu następuje szczegółowy opis rzeczonego kurwa mać. 

No więc Post Scriptum to mój znak rozpoznawczy. I tu go nagle zabrakło. Myślę jednak, że w mojej historii znalazło się (a właściwie się nie znalazło) wiele rzeczy, których zabrakło. 

Jest taka legenda o Feniksie. Feniks to ptak, który coś tam, lata, żyje, zmaga się, nagle: trach! – zamienia się w popiół i tyle go widzieli. Podobnie jest ze mną. Spopieliłam się własną naiwnością, wiarą w DOBRO (he,he), wiarą w człowieka (jeszcze lepsze) i przekonaniem, że im więcej będę pracować, tym lepiej. Może i lepiej, ale nie dla mnie. Paru ludziom pomogłam. Nikt nie docenił. A gdy się w popiół zamieniałam, też nikogo nie było. 

No, może dwie osoby. Ale o nich potem. 

Z Feniksem jest jednak taka zasada, że Feniks wraca. Odradza się z popiołów, z zapomnienia powstaje. Z ciszy wybrzmiewa. I te swoje „post scriptum” dodaje. A ma ich nieskończoność. 

Umierałam tysiąc razy, znam się na tym. Wiem też, co się dzieje po śmierci. Wszystko to (co się dzieje po śmierci, co do śmierci doprowadza i w ogóle mnóstwo piekielnie ciekawych rzeczy) opisuję ZE SZCZEGÓŁAMI. I wszystko to (co się dzieje po śmierci, co do  śmierci doprowadza oraz o wyżej wspomnianych dwóch osobach) możecie przeczytać tu:

nemezis.me

Już wam zazdroszczę. 

PS. Można dać PS do PS? Nie wiem, JA MOGĘ. Dziękuję więc wszystkim tym, co nie przestali we mnie wierzyć. Niby wiarę w człowieka wychichotałam, ale jednak czasem trzeba jej oddać honor. 

Nemezis