Wróg publiczny matka, czyli pampersgate od dupy strony

Wciąż zastanawiam się, jak wyglądała ta scena w restauracji i pytam Agnieszkę Kublik: czemu pani nie powiedziała nic tej kobiecie, która przewijała dziecko? I chyba wiem, czemu…

pieluszka-odparzenie-pupa-550Jeszcze niedawno pisałam, że kraj nasz został podzielony na czterdzieści milionów państewek, które toczą między sobą wojnę z powodu Halloween. Nie wiedziałam, że ta wojna to żadna wojna, że najgorsze przed nami, że przed nami batalia, Apokalipsa na skalę światową z powodu o wiele poważniejszego, mianowicie z powodu… pieluchy.

Wojnę wywołał artykuł Agnieszki Kublik, która podczas kolacji z zagranicznymi znajomymi we włoskiej knajpie, zobaczyła pampersa. Pampers podobno był z niespodzianką, co zdecydowanie podniosło ważność komunikatu. Po artykule zawrzało, a właściwie wyklarowało się, komu ostatecznie można z czystym sumieniem dowalić. Po wstępnych nieśmiałych kopniakach w temacie publicznego karmienia piersią (bo przecież w dzisiejszych czasach cycki są absolutnym tabu) i psioczeniu na hałaśliwe, bo niewychowane bachory w miejscach publicznych, padł wreszcie żelazny argument do ostatecznej pogardy i wyklęcia tej rozpasanej i nieznośnej grupy społecznej – opisanej już wcześniej przez profesora Mikołejko w artykule „Wózkowe, najgorszy gatunek matki” – a więc matki z małymi dziećmi.

Chciałoby się rzec, czyście oszaleli, jednak nie wypada. Nie wypada pukać w czoło pod adresem eleganckiego towarzystwa z polskich „włoskich” knajp, w których odwrotnie niż we włoskich  knajpach, dzieci są niemile widziane. Odwrotnie niż we włoskich, hiszpańskich, angielskich i niemieckich. Te wymieniłam, bo tam byłam. I tam widziałam całe chmary dzieciaków, które nikomu nie przeszkadzały. I widziałam też przewijaki w toaletach i dostosowane dla dzieci foteliki i specjalne menu dla maluchów. Ale to nie było w naszej eleganckiej Polsce, w której poglądy o niestosowności macierzyństwa pączkują jak bazie na wiosnę.

Pampers w knajpie spędza dziś sen z powiek redaktorów czołowych mediów, setkom blogerów i tysiącom komentatorów, którzy nie przebierają w słowach nienawiści, oburzenia i zacietrzewienia. Nie, nie psie gówna na placach zabaw, nie chamstwo i bluzgi dorosłych przy dzieciach, i nie brak warunków dla matki z dzieckiem w miejscach publicznych. Teraz wrogiem jest sama matka z dzieckiem. Która powinna siedzieć w domu, albo łazić na obsrany przez psy plac zabaw. Na pewno nie po restauracjach. Restauracja to eleganckie miejsce bez przewijaków, ze schodami bez podjazdu, z eleganckim towarzystwem z Ameryki i mdlejącą na widok pampersa dziennikarką.

Chciałabym jednak zauważyć, że choć bywam w knajpach od dziecka, w życiu nie spotkałam się z parującym pampersem nad talerzem, żaden z moich znajomych się z tym nie spotkał i konia z rzędem, kto z was, czytelnicy, to przeżył. Coś mi mówi, że nie jest to wcale powszechne zjawisko społeczne wymagające interwencyjnych artykułów, żaden palący problem do opisania w gazetach, żadna plaga. Tylko pojedynczy incydent. W odróżnieniu od: braku warunków dla matek z dziećmi, psich gówien na placach zabaw i publicznego bluzgania przy dzieciach, które to pojedynczymi incydentami nie są. Wiele razy zwracałam uwagę dorosłym i młodzieży, aby ze względu na małe dziecko w pobliżu nie darli gęby ogłaszając całemu światu, że: „Kurwa, ja pierdolę, wyjebane mam jak chuj”.

Nikt mnie nigdy nie poparł.

Wracając do pampersa. Bo wciąż nie pojmuję, czemu służy ta wojna. Wciąż zastanawiam się, jak wyglądała naprawdę ta scena we włoskiej restauracji i pytam panią Agnieszkę Kublik: czemu pani nie powiedziała nic tej kobiecie ? Czemu pani nie zwróciła uwagi, że zaraz pani zemdleje? Zwymiotuje? Opisze to w Gazecie Wyborczej i wywoła wojnę przeciwko matkom (bo choć ojciec też był obecny, pani – feministka – go oszczędziła)? Może dlatego, że jako matka doskonale pani wie, że kobieta, mając na głowie dwójkę maluchów, zero warunków do przewijania, zero stopni na zewnątrz i atopowe zapalenie skóry z odparzeniami w perspektywie, które leczy się kilka tygodni – ma w takiej chwili panią i pani eleganckie towarzystwo z Ameryki głęboko w dupie. Kładzie dzieciaka gdzie może i przewija.

Drzwi wyrwane z zawiasów

Anna Przybylska broniła prywatności jak lwica. Teraz już nie broni. Wyciąga się więc wszystko: rodzinę, lekarza, księdza, Pana Boga i drzwi z zawiasów

1234412_616916131693047_5790341_n

Tyle się dzieje, że nie nadążam wszystkiego przemilczeć. Najpierw intensywnie przemilczałam konflikt pewnego pisarza z pewną feministką. Boże, jak ja to przemilczałam! Intensywność mojego milczenia niemal dorównywała intensywności żenady tej sprawy. Niemal. Bo jednak wciąż nie dorównywała. Tym dramatyczniej nie dorównywała, że przedmiotową żenadę podsycały wszystkie media świata. Dopóki rzecz wyciekła w jednym ścieku, miałam jeszcze szanse. Jeszcze moje milczenie mogło odnieść sukces. Jednak nie. Z jednego ścieku wyciekło zaraz dalej, do drugiego, do następnego, aż falą sensacji zebrało się w rzekę zalewając rozpaczliwie broniącą się ciszę.

Nawet jak się człowiek chce odciąć, zawsze znajdzie się ktoś, kto go w rzekę sensacji wciągnie. Milczysz, ale inni nie milczą. Nie mówisz, ale inni krzyczą. Nie piszesz, ale inni pytają. A, co myślisz? Co sądzisz? Jak, he, he, oceniasz? Jak he, he, oceniasz ich dokonania łóżkowe? Kto na górze, kto na dole? Kto winien? Kto komu? I jak?!

Ej, dajcie taśmę! Nie nagraliście siebie w łóżku? Nic straconego. Są jeszcze podsłuchy. Redaktor z gazety Wprost się w tym specjalizuje, zadzwońcie do niego. Widziałam w empiku, książkę wydał, zna się. Niech was też nagra. Niech kelnera wyśle. Może już wysłał? Niech upubliczni! Wrzuci na Youtube! Na Facebook! Twitter! Niech wszyscy zobaczą jak to było dokładnie. Kto na górze, kto na dole. Kto winien. Kto komu i jak.

Pamiętacie takie pismo „Przekrój”? Co tydzień można było przeczytać na wstępie, o czym Przekrój nie pisze. I właśnie tam widzę tę sprawę. Ale „Przekroju” już nie ma. Pewnie właśnie dlatego go nie ma, że takiej sprawy by nie opisał. Głupi Przekrój. Jak bardzo mi brakuje tego głupiego Przekroju!

Niecały tydzień temu pojawiła się w mediach wiadomość o śmierci aktorki Anny Przybylskiej. Smutna wiadomość. Tragiczna. I jak każda tragiczna wiadomość w tym kraju, natychmiast przeoblekła się w interes. I to wcale nie interes społeczny, bo o profilaktyce i diagnozie raka trzustki niby się mówi, ale ciszej, z boku, na marginesie. Prawdziwy interes jest inny. Ponadwymiarowy, ideologiczny, wszechpotężny. A nazywa się: klikalność. Media kręcą lody na tej śmierci. Od niemal tygodnia nie schodzą z pierwszych stron portali doniesienia o jej okolicznościach. I guzik kogo obchodzi, że Anna Przybylska broniła prywatności jak lwica. Teraz już nie broni. Wyciąga się więc wszystko: rodzinę, lekarza, księdza, Pana Boga i drzwi z zawiasów. Jest interes w tym, żeby rozpaplać, jak Przybylska cierpiała i co ściskała przed śmiercią. Że „wyła z bólu” i „ściskała przed śmiercią różaniec”. Brakuje już tylko zdjęcia umierającej aktorki, ale widok jest tak dokładnie opisany przez „zaufanego” lekarza i „zaufanego” księdza, że ta śmierć stała się wstrząsająco publiczna. A różaniec nieboszczki załatwia przy okazji interesy prawicowych mediów. Wystarczy dać tytuł „Niech jej ziemia lekką będzie” (Fronda), dokleić modlitwę i wysmażyć swoją propagandę.

Wczoraj przeczytałam, że ciekawscy pogrzebnicy tak bardzo chcieli zobaczyć nieżyjącą, że wyłamali drzwi z zawiasów. Przybylska, póki żyła, trzymała te drzwi rozpaczliwie. Teraz już nie może.

Czwarta władza rządzi

Wczoraj Latkowski miał wykręcone ręce. Rano: połamane palce. Z każdą godziną jego stan się pogarsza. Możliwe, że facet nie dożyje jutra

Bombastic newsSerdecznie współczuję redaktorowi Sylwestrowi Latkowskiemu. Myślę, że on już nigdy się nie pozbiera. Wczoraj w nocy miał wykręcone ręce. Rano: połamane palce. Teraz jest pobity. A z każdą godziną jego stan się pogarsza. Nie zdziwię się, gdy usłyszę, że ABW otworzyło do niego ogień. Całkiem możliwe, że facet nie dożyje jutra.

A człowiek jest kryształowy. Mucha nie siada. Prokurator niech spada. Niech spada, bo on jest DZIENNIKARZEM. Czytałam kiedyś w gazetach, że w razie podejrzenia popełnienia przestępstwa prokuratura powinna niezwłocznie zabezpieczyć materiały dowodowe. Komputery, nagrania. Skolko ugodno. Gdzie? No na przykład w szkołach, w szpitalach, na plebaniach, w urzędach. Ale, hola!, nie w redakcjach!  Redakcja to więcej niż świątynia. Dziennikarz to więcej niż święta krowa.

Dziennikarz własną piersią zasłania macintosza. Pendrive’a chowa, połyka, zjada. Walczy. Musi walczyć. To jego misja. Misja polegającą na dawkowaniu tego, co na kogo ma. Misja polegająca na powolnym zwalnianiu ładunków wybuchowych. Ujawnianiu krok po kroku efektów tajnego podsłuchu, bohatersko zamontowanego dla zbawienia tego kraju.

Dziwne, że podsłuchy  i dokumenty typu: „coś na was mamy, wyciągniemy w odpowiednim momencie” nie kojarzą się nikomu z latami zagrożenia wolności słowa, bombą zegarową, którą się szantażuje i manipuluje. Wręcz odwrotnie. Otóż, jak się okazuje, w tym kraju podsłuchy i szantaże są spoko. Super są! Zakładajmy więc podsłuchy. Wszędzie! Każdemu! W sypialniach i na dnie kieliszka! Niech mefistofelowe ucho nas dosięgnie! Niech się dowie, jakie piękne słowa padają z polskich ust! Niech się przekona, że Polak to bukiecik fiołków.

Dziennikarze będą mieli huk roboty. I jaki splendor! Już ten, co kręci lody na dawkowaniu efektów nielegalnych podsłuchów, uchodzi za bohatera. Nie ma sprawy, niech uchodzi. Trudno dyskutować z argumentem o połamanych palcach. Połamane palce Latkowskiego stały się relikwią. Myślę, że facet zasłużył na coś więcej, niż solidarność w branży. Jakakolwiek formacja polityczna  skorzysta na tej aferze, powinna walnąć Latkowskiemu pomnik.

Tylko problem polega na tym, że żadna formacja polityczna na tym nie skorzysta. Podsłuchy mają się świetnie, co z tego że są nielegalne? Na ich nielegalność gwiżdże cała Polska. Nielegalność podsłuchów leży i płacze w obliczu wszechmocnej tajemnicy dziennikarskiej. Wszystko leży i płacze w obliczu tajemnicy dziennikarskiej. Dlatego cokolwiek się nie wydarzy, wybory nie-wybory, dymisje, nie-dymisje, wkrótce znów usłyszymy wśród przekleństw podchmielone głosy nowych ministrów. Kwestia czasu. Kwestia stawki, o jaką będzie warto zagrać. A karty rozdaje władza. Ściśle: czwarta władza.