Category: Mama

Księżniczka

Nieszczęsny żywot księżniczki polega na tym, że ona sama NIC nie może, bo urodziła się w takiej kulturze, gdzie wpojono jej, że sama NIC nie może 

Sytuacja jest taka. Spotykasz faceta, on cię podrywa, ewidentnie wpadłaś mu w oko. Poznajecie się, potem czekasz na jego telefon. Sms. Email. Cokolwiek. Pierwsza, rzecz jasna, nie napiszesz. To jego robota. No i tak się to zaczyna. Tak się zaczyna twój nieszczęsny żywot, księżniczko.

Nieszczęsny żywot księżniczki polega na tym, że ona sama NIC nie może zrobić, bo urodziła się w takiej kulturze, gdzie wpojono jej że sama NIC nie może zrobić. Bo od dziecka jej wmawiano, że ma być księżniczką, bierną i dumną męczennicą, ofiarą własnego odczłowieczenia. Wiedzie więc księżniczka żywot łodygi na wietrze, łodygi wprawdzie bezwolnej, ale jakże uroczej! 

Zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego nie możesz pierwsza zadzwonić? Czemu nie możesz do niego napisać ty, zanim on napisze? Dlaczego pozwalasz decydować o sobie komuś innemu? Czemu uzależniasz swój los od czyjegoś widzimisię? Bo jesteś kobietą?

Nie. Bo jesteś księżniczką.

To ci się bardzo podoba, zwłaszcza na początku. On cię tak nazywa. Księżniczka. Jakie to słodkie, jakie romantyczne! Chcesz być tą księżniczką. tylko ona właściwie, oprócz urody i bycia słodką, nic nie ma. Nie ma władzy, nie ma woli, nie ma nic, nawet nie ma takiej mocy, by zarządzić, że jak jej się ktoś spodobał, to ONA bierze sprawy w swoje ręce. Albo: jeśli jest jakaś różnica zdań, może problem zwykły, cokolwiek, to się nie obraża i tym samym nie skazuje siebie na samotność w wieży, tylko bierze telefon, DZWONI i wyjaśnia. Hej, facet, dogadamy się, czy nie? Możemy negocjować. Możemy coś ustalić. Nie, nie będę czekać w wieży, aż zechcesz do mnie przybyć na koniu. Ja pierdolę twoje kwiaty po tygodni męczarni milczenia. Ja chcę decydować.

Ale nie. Żadnych takich. To co ja piszę, jest straszne, tak przyziemne, tak chłopackie, no takie nie-księżniczki, to nie kobiety przecież. Kobieta musi mieć swoją DUMĘ (co to, kurwa, w ogóle jest?!) i sama siebie skazywać na bierność i samotność. Na więzienie nie-sprawczości. Ona będzie się zwijać w męczarniach, ona będzie czekać jak spragniona roślina na deszcz, ona będzie TRWAĆ i konać, karać siebie biernością, ale pierwsza nie zadzwoni, ona pierwsza nie może przecież, bo jest pieprzoną KSIĘŻNICZKĄ. W porywach: królową.

Królową z drewna wystruganą, jedną z figur szachowych. Którymi gra ON.

Nie szukaj mnie więcej i nie dzwoń, tej nocy stałam się wiedźmą

Z całej siły kopnęłam w świętą szybę. Szyba rozleciała się koncertowo i niech żałuje każdy, kto tego nie widział. Tysiące szklistych kawałków poleciało z hukiem w otchłań nocy, a ja wleciałam bez przeszkód do wieży kościelnej z wesołym pozdrowieniem: Hej, Bóg! 

 

Zasnęłam nagle, przywieziona przez taksówkarza o imieniu Michał do domu, sama jakaś rozgorączkowana, roztrzęsiona i taka słaba, że ledwo dotarłam do łóżka. I przyśnił mi się sen.

W tym śnie taksówkarz o imieniu Michał przyprowadził mnie do swojego wielkiego domu, w którym podał mi jakieś zioło, być może lekarstwo, a być może truciznę, jedno jest pewne: to nie była aspiryna.

Sam też wziął, jak sądzę.

Stał się wtedy jakiś taki młody, szczeniacki, coś jak student, pilny uczeń, chudy nerd, taki patyczak, najlepszy z matmy, każdy zna ten typ. No więc nerd, eks taksówkarz Michał i ja zaczęliśmy mówić w jakimś niezrozumiałym dla nikogo języku i to było szalenie zabawne. Byłam tak bardzo oczarowana tym, że mówię w innym języku, że nie zauważyłam, jak ktoś nowy do tego domu przyszedł. A to był chyba jego brat. A może syn? Już taki dorosły, grubszy od własnego ojca, roślejszy. Starszy na pewno.

I wtedy Michał mnie szturchnął, dał znak, że muszę się schować, że jestem tu persona non grata, powinnam więc zabrać swoje rzeczy i wracać do siebie. Ale ja nagle nie mogłam zrozumieć ani słowa z tego dziwnego języka, coś mnie nagle wybiło z pojmowania tej, przed chwilą tak logicznej i zrozumiałej mowy. Ciągle go nie rozumiałam, kręciłam głową, ale posłusznie wstałam i poszłam w ślad za nim.

On schodził do jakichś piwnic, do lochów, podziemi, gdzie być może miał swój własny świat, światek narzędzi, śrub i towotu, tych wszystkich męskich rzeczy i czynności, które się przed kobietami ukrywa w piwnicy, w garażu, gdzieś poza tym pięknym i kolorowym, kwiatuszkowym ustrojeniem życia.

Gdy tak schodził, znów coś do mnie powiedział, ale tym razem powiedział coś bardzo niepokojącego, poczułam lęk, że ja naprawdę nic nie rozumiem, co on do mnie mówi i że to moje niezrozumienie wynika właśnie z lęku. To strach zabrał mi mowę, zabrał NAM mowę, zabrał nam dopiero co rodzącą się przyjaźń. Dlatego ja nic nie rozumiem, a ja chcę rozumieć. Zawołałam więc do niego stanowczo: nic nie rozumiem!

A on spojrzał spokojnie, uśmiechnął się i powiedział, chodź. Minął lęk. I zrozumiałam. Zapragnęłam pójść za nim posłusznie w tę odchłań piwniczną, za cudem przyjaźni, więzi. Ale w tym momencie okazało się, że ja nie mam tam wcale pójść z nim, ale mam się tam UKRYĆ, jak mysz, jak niewolnica, jak ktoś kogo ma nie być, a ja przecież chcę być.

I zobaczyłam, a raczej usłyszałam kroki, takie kategoryczne groźne kroki, stuk obcasów Pani Nauczycielki, która jest bardzo niezadowolona, że ja tam jestem w tym domu i która mnie zaraz zdzieli linijką przez tyłek.

  • O, proszę! – powiedziała teatralnie Pani Nauczycielka. – Proszę, proszę, oto jest. Aferka.

Pojęłam, że to ja jestem tą Aferką, a ja wcale nie chcę być żadną Aferką, ja chcę być sobą i robić co chcę i nie mam najmniejszej ochoty na jakiekolwiek aferki z żadnej strony. I że wcale nie zamierzam się tłumaczyć, bo nie ja tu jestem uczniem, nerdem najlepszym z matmy, ulubieńcem Pani Nauczycielki, która jak ma ochotę to stawia piąteczkę, a jak nie, to wali linijką przez tyłek.

  • To ja lecę! – postanowiłam.

Chyba nawet tego nie powiedziałam głośno, a jeśli, to tylko do siebie. I wzbiłam się pod sufit pełen jakichś rur i stelaży, barier nie do pokonania. Poczułam, że to może być pułapka, że ja jednak od tej aferki nie ucieknę, że mnie zaraz Pani Nauczycielka drapnie i każe się tłumaczyć, co ja tu śmiem w ogóle robić, taka NIEPRZYGOTOWANA?

A ja nie mogę, nie chcę, ja swoje egzaminy mam pozdawane, albo też pooblewane, trudno, koniec. Jest jak jest, nie muszę być najlepsza w klasie, to nie ja, to nie moje, to może tego kujona Michała sprawa, ale ja, wybaczcie, w to nie wchodzę.

Spojrzałam w górę, w te zasieki rur, stelaży, kominów. I nagle ujrzałam szczelinę, wąską, trudną do wślizgnięcia się, tym bardziej, że przecież tak dawno nie latałam, nawet nie pamiętam jak się steruje, nie mówiąc już o tym, że przecież nie pomagam sobie ramionami, nie mogę się rozpędzić.

Wygięłam ciało – które się stało nagle nagie, pozbawione wszystkiego, co może stawiać opór – i zgrabnie prześlizgnęłam się wśród sprzętów w ową szczelinę. A potem znów. I znów.

I wyleciałam.

A jak wyleciałam, rozpostarłam ramiona szeroko, bardzo szeroko, każdy ruch czując coraz bardziej zdecydowanie, jakby każdy mój ruch przynosił coraz więcej wiary w siebie, w moje latanie, z którym się przecież urodziłam, a o którym na śmierć zapomniałam.

Okazało się, że trzymam w ręku jakieś narzędzie, możliwe że to był młotek, a może wiertarka, a może jakiś po prostu kawał żelastwa? Chciałabym wiedzieć, co to było, choć to pewnie nie ma żadnego znaczenia, tym bardziej, że natychmiast po stwierdzeniu obecności tego narzędzia postanowiłam się z nim rozstać i wyrzucić go precz, w dół, na ziemię.

Oceniłam szybko, czy nikogo w dole nie ma, żeby nikogo tym po głowie nie zdzielić i trach, już byłam wolna.

Teraz przypominałam sobie swoją technikę latania, a przypominając sobie, na bieżąco odczuwałam satysfakcję i radość, która wlewała się w moje zastygłe dotąd mięśnie. Lecę! Lecę, śmiałam się do siebie i coraz silniej pokonywałam powietrze, coraz wyżej wznosiłam się, ponad domy, dachy, ulice. Było tak pięknie wokół, tak kolorowo i bajecznie, a ja zostawiłam gdzieś tam swoje zmęczenie, swoją niewiarę, swój lęk, swoje powinności. W ogóle się nie bałam ani przez moment, każde kolejne wzniesienie roznosiło mi serce z euforii. I tak mknęłam, aż nastała noc.

Wtem ujrzałam kościół.

Była to piękna biała wieża, cała przeszklona, z widocznym z daleka ołtarzem oświetlonym świecami.

Bóg!

Musimy się przywitać, postanowiłam z miejsca, ale jeszcze przez sekundę ważyłam decyzję, jak mam się do niego dostać. Czy stłuc szybę ramieniem, czy z kopa? Bo z kopa może być to odebrane jako niegrzeczne, ale też, proszę mnie zrozumieć, nie zamierzam pokaleczyć ramienia.

Postanowiłam więc z kopa. Jesli Bóg jest miłością, to też nie chce moich ran. Jeśli jest miłością – zrozumie. Obróciłam się więc w locie jak ptak, uniosłam tułów i z całej siły kopnęłam w świętą szybę. Szyba rozleciała się koncertowo i niech żałuje każdy, kto tego nie widział. Tysiące szklistych kawałków poleciało z hukiem w otchłań nocy, a ja wleciałam bez przeszkód do wieży kościelnej z wesołym pozdrowieniem:

  • Hej, Bóg!

W odpowiedzi ołtarz zapłonął gniewnym ogniem, w którym było coś z dumy i nieprzystępności. Ogień ten zdawał się mi czegoś zazdrościć, coś ograniczać, na coś się nie zgadzać. Że może nikt tu się ze mną nie będzie kolegował? Bo jestem czarownicą, czy kim tam, w jego mniemaniu, kto zgadnie? I mnie też, choć z daleka, dosięgnął ten płomień, zapiekło gdzieś w środku, we wnętrzu mojego nagiego ciała bolesnym zarzewiem. A paszoł na chuj! – oburzyłam się, kląc po rosyjsku i natychmiast opuściłam ten niegościnny przybytek.

A gdy już byłam poza wieżą, odwróciłam się, spojrzałam na te białe, pozornie przyjazne ustrojstwo, wyciągnęłam w jego kierunku ramię i z tego, pozbawionego przecież jakiekolwiek broni ramienia, wystrzeliłam salwę niszczycielskich pocisków. Biała wieża wybuchła gwałtownie na pomarańczowo i zapłonęła jak wielka latarnia. A ja energicznie wzbiłam się jeszcze wyżej, najwyżej i zobaczyłam bezkres czarnego nieba usianego miliardem gwiazd.

I to był najpiękniejszy widok w moim życiu.

Bo poczułam wolność i lekkość, nieprzynależność do niczego i do nikogo. Stałam się sobą, tylko sobą, bez żadnej roli. Bez stanowiska, jaka jestem i co MUSZĘ. Bez przeznaczenia. Bez konieczności. Bez określenia, jakie zajmuje miejsce i do czego można mnie zastosować. Bez zaprzęgnięcia w czynności, powinności, system. Bez funkcji: uczennica, bez funkcji: żona, bez dodatku: wierna.

Bez misji: MAMA.

Tylko ja. I moje prawdziwe imię.