Jak napisać powieść, czyli rzecz o kocie

Przez pół nocy układałam w głowie ten tekst, wstałam rano, pamięć: zero. Miałam chyba pisać o kocie, ale nie że mam kota, kogo to obchodzi. To miał być raczej kot przemykający przez tekst, skradający się jak do polowania, niewidzialny, przyczajony, dziki. Nieobecny. No i jak widzicie, idzie mi dość niesamowicie, kot jest nieobecny totalnie, od piątej już linijki nie istnieje w najlepsze, a przecież kończę akapit.

Nigdy nikomu specjalnie nie radziłam, jak pisać książki, bo to są zwykle porady z tak zwanej niewypowiedzianej D, ale teraz mnie trochę korci. A nuż widelec ktoś przeczyta, zrozumie i książkę popełni. Niechby to nawet była jedna osoba! Niechby jedna książka! Już świat trochę mniej podły.

Ale do rzeczy, bo mi się bohater liryczny zgubił. Ten, którego nie ma.

Kot.

Co ma kot do powieści? W dodatku: kot nieistniejący? W dodatku do powieści nienapisanej? Już wyjaśniam.

Zasada napisania powieści (nienapisanej, rzecz jasna) jest taka, że nie ma zasad. Nieraz bywam świadkiem szkolnej prelekcji na temat, słysząc nieśmiertelne: „wstęp, rozwinięcie, zakończenie”, zwiewam natychmiast.

Teraz też wiejmy.

A wstęp, rozwinięcie i zakończenie zostawmy polonistom. Jest to frakcja absolutnie poprzedzona wstępem, bardzo silnie rozwinięta oraz porządnie ZAKOŃCZONA. Takich powieści jest cały srempik, nota bene załamujący ręce, że nic się nie sprzedaje. Osobiście, jako autor, odebrałam mnóstwo tego typu informacji. Książka przez miesiąc w ścisłej TOP TEN, ale „się nie sprzedaje”. Ludzie autora na ulicy palcami pokazują, w Biedronce zaczepiają, korespondencją zasypują. Jednak „zastój”. Dramat po prostu. I tak z każdym tytułem, niestety. Tylko z torbami pójść. Czemu więc coraz to nowe srempiki w najdroższych punktach otwierają?

Nie dojdziesz.

Wróćmy do tematu. Jak już wspomniałam, sprawa jest dość prosta, zasada niezwykle łatwa do zapamiętania: ZASAD BRAK.

I byłoby po tekście, gdyby nie pewna zawiłość.

Otóż jest coś, co każdemu pisarzowi spędza sen z powiek, każdego pisarza męczy okrutnie, każdemu kłopotów w życiu przysparza. I dobrze się z tym zaznajomić, zanim się za pióro chwyci:

Rzeczywistość kontra fikcja literacka. 

Wypunktujmy dla ułatwienia.

  1. Rzeczywistość.
  2. Fikcja literacka.

Jak  zauważyliście, postawiłam oba zagadnienia w kontrze. I dopóki takie pozostają, dopóty nie rozwiążemy problemu.

Ale po kolei.

Są tacy, co skupiają się na punkcie 1. Kronikarze. Piszą jak leci, dzień za dniem, godzina za godziną. Jest jak jest. Zero polotu. W przypływie empatii (albo lęku) czasem imię zmienią. A potem znów richtig toczka w toczkę.

Życie, owszem, jest ciekawe. Owszem, pisze dobre scenariusze. Ale, no właśnie. Te scenariusze są ZA dobre. To w życiu dzieją się właśnie rzeczy niewiarygodne, szokujące, paraliżujące. I jak to się spisze, to potem czytać się nie da.

Życie nikogo nie rozpieszcza. Każdy przeżywa własne piekło. Czy zatem po przeżyciu swojego piekła, ma ktoś jeszcze ochotę na piekło autora? Toczka w toczkę spisane ciężkim drukiem, opasło wydane, z ceną makabryczną do makabry zawartej w tekście – adekwatną?!

Druga rzecz: znajomi. Rodzina. OTOCZENIE. Wszyscy obrażeni, nadąsani, niezadowoleni.  I to jak!

Brak sukcesu i ostracyzm. I wtedy właśnie przychodzi ten moment dojrzałości artystycznej, kiedy autor jest już tak cholernie nieszczęśliwy, samotny i przymierający głodem, że umiera.

Po śmierci sprawa wygląda już zupełnie inaczej, autor staje się bohaterem, jego książki idą jak woda, wszyscy są zadowoleni, zwłaszcza gdy nie ma komu tantiemów płacić.

I teraz punkt drugi. Fikcja literacka. Pozornie bezpieczna forma ekspresji. Czemu pozornie? Bo jak odlecisz za bardzo, to ci schizofrenię zdiagnozują. A odlecieć łatwo. Bo przecież trzeba coś przeżyć, żeby napisać. Jak się nie przeżyje, to się nie napisze, bo się nie wie. A jak się nie wie, to się takie farmazony tworzy, że potem najwyżej już tylko dostać nagrodę literacką.

Bo trzeba wiedzieć, że nagradzane są głównie takie powieści, których nikt nie czyta. Bo się nie da. Z zawiłości niepodobna wygrzebać choćby szczątków akcji, bohaterowie są z tektury, a całość najeżona słowami z encykliki papieskiej. Czy czegoś tam. W każdym razie Kowalski nie pojmie.

Wtedy trzeba dać nagrodę, żeby się sprzedało, bo mieć na półce nagrodzoną książkę jest mega. (Mega też jest mieć brodę do pasa i za ciasne spodnie oraz biegać osiem maratonów tygodniowo, ale o tym później.)

Dobra. Byliśmy przy kronikarstwie i różowo nie było. Jesteśmy przy fikcji literackiej i też jakoś różowo nie jest. To co robić?

W przyrodzie zasada jest taka, że ideał zwykle powstaje przez połączenie dwóch pozornie niedoskonałych czynników. Przykład: deszcz i słońce. Jak pada, wszyscy sarkają, jak świeci słońce, też problem. Ale gdy na niebo wystrzeli tęcza, zachwyt ogólny.

Owszem, są tacy, co dławią zachwyt w sobie, żeby na „tych” nie wyjść. Ale i tak.

A więc połączenie. Wtopienie rzeczywistości w literacką fikcję. Wejście w skórę bohatera lirycznego. Otoczenie się ogrodem fantazji jak twierdzą. I RELAKS. Nic nie wymyślasz, samo się wymyśla. Śni się. Przychodzi. Rozsiada na kanapie. I czeka, aż opiszesz. Bo to po to jest.

Do mnie właśnie przyszło.

Należy do gatunku kotowatych.

Jest bohaterem lirycznym rodzaju żeńskiego.

I czeka na wydanie swojej pierwszej, a mojej ósmej powieści.

 

07226C43-0C64-4725-99D1-31F6648DBF0C
Noemi Susenbach

Pałac Myśli

Stefania mi poradziła, żeby zapalić białą szałwię. 

– Tylko tego nie pal, bo wyskoczysz przez okno! – zastrzegła z miejsca. Zapalić, ale nie palić!

Kadzić. 

Ok, tyle mogę zrobić. Tym bardziej, że (jak lojalnie uprzedziła) to DZIAŁA: 

– Zaczęłam kadzić, a po dwudziestu minutach Łysy miał wypadek. A wiesz, ja to tylko w internecie gdzieś coś, niespecjalnie. Czarownicą nie jestem. OSTROŻNIE więc wypowiadaj intencje podczas kadzenia, każde słowo jest tu traktowane jeden do jednego. 

Dobra. Zapaliłam. A raczej: zakadziłam. Ale po kolei. Bo zanim w ogóle cokolwiek się wydarzyło, wystrzelił mi płomień zapalniczki, zadzwonił telefon i dalej to nie pamiętam. 

Na pewno odpaliłam żar od płomienia i zaczęło dymić. A ja z tym dymem i słuchawką przy uchu, bo oto zadzwoniła Nogiłóżka i zapytała, co u mnie. 

Poleciały straszliwe wyzwiska, gromy i przekleństwa. O dymie, rzecz jasna, zapomniałam, kto by zwracał uwagę na jakiś dym co się wokół intensywnie kłębi i kłębi i kłębi i jest go coraz więcej i jest coraz bielszy i bardziej realny, tak bardzo realny, że ZMATERIALIZOWANY w Białą Damę, która rozsiadła się na fotelach i z wielkim zainteresowaniem wysłuchuje wyrzucanych w Kosmos życzeń.

Nie wiem. Nie mam pojęcia. Jakie są straty – też nie sprawdzałam. Stefania wypowiedziała jedną a konkretną intencję, intencję policzalną, zatem łatwą do zweryfikowania. W moim przypadku trudno cokolwiek stwierdzić. Niewiadoma. X, Y, Z. Do potęgi X. Albo Y. Albo Z. 

Wydaje mi się, że poszkodowanych może być więcej niż w jej przypadku. Grupa osób. Nie wiem, czy zaraz pięć, żywcem z Listy ZŁO przepisanych? Nie pamiętam. W ogóle nic nie pamiętam. Gdy się zorientowałam, że od dwudziestu minut czaruję – szybko rzecz ugasiłam. Biała Dama snując się leniwie, z wielkim ociąganiem opuściła lokal. 

Ale swoje wie. 

– KURWA MAĆ – tak jakoś powiedziałam do Nogiłóżki, po czym wyjaśniłam, że podczas tej rozmowy kadziłam białą szałwią. A ona, że ojej. Po tonie czuć było, że to „ojej” wcale nie zapowiada co niektórym bukiecika fiołków.

– No trudno.

Ja właściwie nie o tym. 

Chciałam dziś napisać o Pałacu Myśli. Wiecie, co to jest Pałac Myśli? To jest takie piękne lokum (moje jest piękne), w którym znajdują się pokoje z urzędującymi w głowie sprawami. Każdy człowiek ma do dyspozycji swój pałac, nie każdy jednak z niego korzysta. A szkoda. Pałac bowiem pozwala zapamiętywać niezliczone ilości informacji, doskonale orientować się w faktach, błyskawicznie i bezbłędnie wyszukać zapomnianą myśl, a uporządkowany stwarza wyśmienite warunki dla rozwoju umysłu. 

Pałacu Myśli używał Sherlock Holmes. 

No i od dzisiaj ja. 

Ale po kolei. 

Mój Pałac Myśli w kółko mi się śnił, gdy dryfowałam samotnie po bagnach Piekła. Czasem był to jakby hotel, czasem dom z wieloma pokojami. Raz chyba nawet wylądowałam w akademiku. Zabrałam się stamtąd klasycznie: przez okno, schodami pożarowymi. 

No a dziś wreszcie połączyłam sny z jawą, stanęłam wobec problemu twarzą w twarz i oto jest. 

Zbudowałam go. 

A raczej: odkryłam. 

I tam się dzieją rzeczy niesamowite. 

Przede wszystkim: remont. Malowanie ścian, dobieranie kolorów, antyczne szafeczki, komódeczki, biblioteczki. Szaman dobiera oświetlenie. Tu się nie wtrącam, mam zaufanie. Obstawiam lampy naftowe z wymienną funkcją na prąd. Ciepłe światło nastrojowe. Miękkie, aksamitne sztory. Dywany perskie. 

Kwiaty! 

Owszem, istnieje obawa, że mi wszystkie zaraz padną, ale przecież kogoś obsadzę do podlewania. Bo w moim Pałacu rozdysponowałam pokoje i funkcje. Roz-dys-po-no-wu-ję. Rzecz jest dynamiczna. Wszystko się jeszcze może zmienić. 

Wszystko się ZAWSZE może zmienić. 

No i chciałam właśnie napisać o tym, że… NIE MOGĘ SIĘ DOCZEKAĆ, kiedy ci opowiem, kim jesteś w moim Pałacu Myśli.

Nie mogę się doczekać, kiedy ci opowiem, jaką masz w nim funkcję.

Nie mogę się doczekać, kiedy ci opowiem, który jest twój pokój.

I czy jest w nim stolik.

 

Noemi. 

dym