Category: Magazyn BE

Chłopiec, który nie może być chłopcem

On się niczego nie boi, za nikim nie tęskni, nie ma żadnych skrupułów. Wykarmiony krwawym mięsem i stopami żelaza, wychowany na pięcioletnim Małym Powstańcu, młody twardziel idzie w bój na gołe klaty i nie pozostawia jeńców

Wszyscy chcą mieć chłopca. Jeszcze go nie ma na świecie, jeszcze żaden ultrasonograf nie może stwierdzić jego atrybutów, a już pojawia się w marzeniach, w życzeniach, w planach, w błękitnym kolorze śpioszków, w aplikacji naszytej na czapeczce, we wzorku tapety, w pierwszej, zadrukowanej samochodzikami grzechotce. Jakby kreska na teście ciążowym miała płeć, byłaby chłopcem. Córeczko, tak bardzo chciałabym, żebyś była chłopcem, śpiewała kiedyś Kayah i miała sporo racji. Większość ludzi od pokoleń w reprodukcji ludzkości dopatruje się jedengo, jedynego sensu. Chłopca.

Tymczasem, proszę bardzo, rodzi się chłopiec. I ani przez moment tym chłopcem być nie może. Dlaczego? Bo od razu musi być mężczyzną.

To się zaczyna już od pierwszych chwil istnienia, od pierwszego oddechu, od pierwszego krzyku. Pierwszym jego zadaniem, jakże trudnym, jest porządnie ważyć. Jak na faceta przystało. Kawał chłopa, tak się by chciało o tym upragnionym „chłopcu” powiedzieć. Celowo piszę w cudzysłowie, bo chłopiec urodzony z miejsca chłopcem przestaje być. No więc waga. Coś, na co rzecz jasna dziecko nie ma wpływu, a już jest jakimś oczekiwaniem. Drugie, potężne zadanie naszego młodego mężczyzny – i tak samo oddalone od zakresu jego sprawczości: to skala APGAR. Mój Boże, jak wysoko musi się ten kawał chłopa uplasować! A spróbowałby nie. Od razu sąsiadki, od razu koleżanka z łóżka obok, od razu ciotka Teresa. Od razu porównywanie, a ile miał Kubuś, a ile Zosia. No i nie mówcie ojcu! Ojciec młodego, jednodniowego mężczyzny będzie niezadowolony. I słusznie. Spodziewał się w końcu prawdziwego samca alfa, a nie jakiejś baby. Prawda?

No więc mamy już pierwszy, jakże karkołomny level za sobą, a to dopiero początek. Kolejne są jeszcze gorsze. I porównywalnie niemożliwe. A jednak. Chłopiec rośnie i dowiaduje się, że jak się na swoich miękkich jeszcze, bo niemowlęcych nogach wywróci, a po upadku odczuwa rozrywający ból w kolanie, to, kto by się spodziewał innej odpowiedzi, to NIE WOLNO MU PŁAKAĆ. Chłopaki nie płaczą. Chłopaki zaciskają zęby i są Bruce’ami Willisami. W Szklanej Pułapce wymagań.

Bądź mężczyzną. Oto jest zadanie. Masz dwa lata, nie miej lęku. Masz pięć lat, nie czuj smutku. Jesteś facetem, czy nie, do cholery?!

Ostatnio słyszałam pewną opinię, która należała do dorosłej kobiety, matki dwóch synów, przedstawiającej się jako wykształcona i niezależna, że FACECI NIE MAJĄ EMOCJI. Emocje mają tylko kobiety. Zatem jej dwóch synów należy do gatunku cyborgów, których mózgi stanowią tranzystory, ścieżki krzemowe, kabelki i druty. Żadnych tam emocji nie ma, żadnego żalu, smutku, żadnych łez. Oni się niczego nie boją, za nikim nie tęsknią, nie mają żadnych skrupułów. Wykarmieni krwawym mięsem i stopami żelaza, wychowani na pięcioletnim Małym Powstańcu, młodzi twardziele idą w bój na gołe klaty i nie pozostawiają jeńców.

Nikt od nich się nie spodziewa żadnych uczuć, bo przecież uczucia zostały już dawno, oj jak dawno, wyrzezane do szczętu, a tych uczuć brak jest jakimś dziwnym powodem do dumy. Tylko tak się nieszczęśliwie składa, że to jednak nie są żadne maszyny, to nie są cyborgi, ale istoty ludzkie. A człowiek, niezależnie od tego, czego się od niego wymaga, wciąż, ku rozpaczy ciotki Teresy i sztywnego od wieloletniego odgrywania roli prawdziwego faceta, ojca – swojego człowieczeństwa się nie pozbędzie. Jego mózg nie stanowią tranzystory, w jego mózgu wciąż pojawiają się emocje, upychane przez lata, ukrywane po kątach umysłu, w końcu wykipią. Takie są zasady fizyki, że tak po męsku się wyrażę. Wykipią. Ze smutku i strachu zamienione w gniew, dobiją do statystyk o przemocy domowej. Wpasują się w efekty bójek kibiców. Wyprowadzą na ulicę w marszach wystraszonych nieistniejącym uchodźcą, członków ONR. Rozbiją szybę baru z kebabem. Poprowadzą kopniak wycelowany w karoserię przypadkowego samochodu. Włożą do ręki karabin i zastrzelą dzieci na obozie w Norwegii. Wreszcie: wywołają wojnę.

Mężczyźni nie mają emocji, mówi z dumą mama dwóch chłopców i nawet im trochę zazdrości. Ja im nie zazdroszczę. Jestem kobietą. Ja mam przynajmniej feminizm, cały wielki ruch kobiet, które stoją po mojej stronie. A kto ich obroni? Kto ich przytuli, gdy zaleją się łzami na boisku? Kto pozwoli być sobą? Dziesięciolatkiem, który po prostu ma dopiero dziesięć lat? I musi udawać, że ma dwadzieścia?

Mam szczęście, że jestem kobietą. Nie muszę wstydzić się uczuć. Chłopcy są z ich powodu zawstydzani, wyśmiewani, obrażani. Mnie można nazwać babą, bo nią jestem. Dla nich to słowo jest klęską. Oni wciąż muszą kogoś przekonywać, że babami nie są. Tylko kogo przekonywać? Mamę? Tatę? Ciotkę Teresę? Nie. Cały świat.

Idą więc w ten świat, przerażeni, mali powstańcy. Chłopcy, którym nigdy nie pozwolono być chłopcami. Dzieci, którym nigdy nie pozwolono być dziećmi. Może właśnie dlatego na zawsze nimi pozostaną?


opublikowano w Magazyn Be, nr 8/ Be BOY? http://www.bemagazyn.pl/#home

 

Skrzydła, zboczeniec i lew

Dziecko wyłazi z becika, otrząsa się, skacze na poręcz i przybiera postać kota. Jaki to gatunek? Myślę gorączkowo, muszę sprawdzić w googlach, ale teraz nie mam czasu, bo dzieciak mi ucieknie, więc łapię kota i ciągnę z powrotem do łóżeczka…

Najpierw latałam. Latałam właściwie przez większość swojego dzieciństwa, dopóty, dopóki nie zaczął mnie gonić zboczeniec.

Ale po kolei. Moje latanie nie było zwykłym lataniem – jak ptak. Nie było też w żaden sposób skażone techniką, żadnymi wspomagaczami typu motolotnia, spadochron, czy nie daj Boże, samolot. Ja nauczyłam się latać w taki sposób, jak się pływa. Stylem żabki. To proste. Wystarczy się nieco wysilić, zwłaszcza na początku, gdy człowiek musi pokonać barierę grawitacji. Zazwyczaj ten moment jest dość trudny, pojawia się lęk i chwilowy brak wiary w siebie, ale to mija. Mocny, zdecydowany ruch ramion, miarowe odepchnięcie nogami mas powietrznych daje imponujący efekt. A potem już się zapomina o strachu, o zasadach fizyki, o wszystkim. Potem się ogląda świat, potem się podziwia widoki.

Z początku latałam na małych przestrzeniach, na przykład w pokoju. W szkole. Na strychu. Kicałam po sprzętach, lądowałam na piecach kaflowych i szczytach szaf. Szybko mi się to jednak znudziło,  zaczęłam więc skakać z okien ku suchego przestworowi oceanu. Tam była odpowiedź na pytania o sens życia. Tam była cała radość i zachwyt, jakiego tak trudno dopatrzyć się na jawie. Tam była prawda, jakiej potem każdy człowiek próbuje odkryć  po siódmym kieliszku. Nie odkrywa. Nie odkryje. Po alkoholu źle się śpi, po alkoholu się nie lata.

Ja spałam trzeźwa jak anioł i wciąż latałam. Ludzie dreptali po chodnikach miast, jeździły tramwaje, autobusy, ciężarówki. Tam i ówdzie przejechał jakiś rower i wszystko toczyło się swoim rytmem. A ja latałam. A ja patrzyłam na przestrzenie między dachami, ja widziałam iglice kościołów. Drzewa i gołębie wśród liści, jeziora, lasy i rzeki. Tak sobie latałam beztrosko, gdy przyszedł ten cholerny zboczeniec. Facet w prochowcu, twarz zakryta, idzie za mną, a ja nagle nie latam. Biegnę jak szczur do klatki schodowej zdyszana, przerażona, niema. Nie umiem już latać, już jestem za ciężka, za słaba, za głupia. Już jestem kobietą, której życiową misją nie są widoki, radość i zachwyt, ale ucieczka. Ukrywanie siebie, umykanie do klatki przed facetem w prochowcu. Facet w prochowcu jest wielki i groźny, facet w prochowcu jest mocny i straszny. Ja słaba. Ja żadna. Ja marna.

Zboczeniec wracał tak uparcie, że wyparł całkowicie latanie. Wbił mnie w ziemię klątwą nielota, zabrał mi moc moich ramion. Jak w tej baśni o Czarownicy Diabolinie, której zazdrosny kochanek odciął skrzydła, gdy spała. Która bez skrzydeł straciła moc. Ja też straciłam moc. Bałam się zasnąć każdej nocy, wiedząc że znów będę uciekać, że będę się bać, że strasznie będę wstydzić. Bo trzeba wiedzieć, że gdy uciekałam, zawsze te drzwi do klatki były zamknięte, wtedy biegłam do następnej klatki i tam też było zamknięte, a gdy szukałam schronienia w trzeciej – dziwnym zrządzeniem sił robiłam się goła. I ludzie, których kiedyś oglądałam z góry – teraz patrzyli na moje nagie ciało, patrzyli z naganą, z odrazą i gniewem. A ja skurczona, wpół zgięta, pokracznie osłaniałam swoje wstydliwe miejsca i kluczyłam w kierunku jakiegokolwiek schronienia.

I tak, w tej sromocie dorosłam. Ale dorosła nie stałam się silna. Skrzydła mi nie odrosły, ubrania mnie nie zakryły. Tylko ten lęk w prochowcu ciągle za mną podążał. A panorama świata, panorama uczuć – wciąż niedostępna.  Aż przyszła kolejna noc. Dziwna i straszna, lecz trochę też miła. Jak film, jak teatr, w którym niby gram rolę, a jednak to się dzieje naprawdę.

Tej nocy urodziłam dziecko. Dziecko, którego się nie spodziewałam. O którym, być może – zapomniałam? Którego nie znałam, o którym nie wiedziałam wiele, prócz tego, że oto – bach i jest. Jest i rób coś z tym. Matko Polko, zajmuj się i martw. Dźwigaj, karm i kochaj. A ja nie kochałam. Ja patrzyłam z boku i oceniałam. Jak wygląda? Ile waży? Normalnie? Kto wie, skoro nie mam wagi? Trzeba iść do innych kobiet, do matek Polek, przeciętnych normalnych, które rodzą normalne dzieci i NORMALNIE się nimi zajmują. Patrzę za parawan, jest tam jakaś matka, ona też ma dziecko, ale jej dziecko jest jakieś mniejsze. Dużo mniejsze. Wszystkie są mniejsze. Tylko moje wielkie. Ogromne. Niezwykłe. Nienormalne.  I nie wiem, co z tym dzieciakiem teraz. Co teraz? Chowam się zakłopotana, boję się, co powiem rodzinie. Co powie lekarz? Ale, ale. Tylko patrzcie! To dopiero początek! Wielkie dziecko wychodzi z becika, otrząsa się, skacze na poręcz i przybiera postać zwierzęcia. Kota! Dzikiego, wielkiego i w prążki. Kawał drapieżnika. Jaki to gatunek? Myślę gorączkowo, że muszę sprawdzić w googlach, ale teraz nie mam czasu, co ludzie powiedzą, po porodówce skacze kot?! Druga rzecz, że dzieciak mi za chwilę całkiem ucieknie, więc łapię go na ręce i ciągnę z całej siły z powrotem do łóżeczka. Ale nie mogę, bo kocisko, gepard to, tygrys, czy lew? – jest większe ode mnie, w dodatku drapie i gryzie! Fukam na niego, bądź grzeczny, ale on na mnie gwiżdże i wcale grzeczny nie będzie. Nie będzie! On ma pazury i zęby, on ma mięśnie ze stali. On ma złotą sierść. On pieprzy kołyskę i becik!

Kobieta za parawanem głową kręci, ale jakoś bez nagany, raczej z podziwem. To ci dopiero! – mówi. – Ty miałaś taką moc?!

Ja miałam taką moc. Zawsze, od dziecka miałam moc. Ktoś mi po drodze wmówił, że facet w prochowcu miał większą. A weźcie faceta w prochowcu postawcie przed tygrysem? Dajcie go do lwa. Kto kogo będzie gonił? Kto po klatkach będzie się chował? Kto, gdy tygrys zedrze zeń płaszcz, na golasa będzie biegał? Kto zgięty wpół, jedną ręką niezdarnie zasłoni swe wstydy i będzie kluczył po mieście? Błagam! Pośmiejmy się.

I siadam rozbawiona i zupełnie goła obok kota na poręczy. Już nie boję się faceta w prochowcu, nie boję się niczego. Nie wstydzę się ani trochę. Mam dzikość w sercu, mam pazury i zęby. Przytulam się do miękkiego futra swojego „dziecka”, mojego „zwierza”. On jest mój, on jest częścią mnie, on mi nie grozi, on mnie obroni.

Wczoraj znów latałam. Wyskoczyłam przez okno połaciowe, co jest największym wyczynem. Coś jak bungee, tylko bez lin. Najpierw się wdrapałam na dach, odbiłam się od framugi okna, a potem: hop! – pofrunęłam. Leciałam nad Stocznią Gdańską, wzdłuż gdańskiej Starówki,  nad wieżą Mariacką, nad łbami żurawi, nad morze. Widziałam ludzi w wiosennych ciuchach i kwiaty wśród traw. Widziałam świat wzdłuż i wszerz, to co widzialne i to, co nie. Widziałam moje sny. Widziałam moje życie.

12932576_1186859328005026_2085088500317797483_n

 

Nowy wspaniały świat

Zakładając, że zdobędziemy wehikuł poruszający się z prędkością światła, będziemy lecieć tam tysiąc czterysta lat. Mówicie, że nie dożyjemy spotkania z nową planetą? Bzdura, wręcz przeciwnie

Kepler-186f_Tierra_Earth_NASA2

Parę tygodni temu gruchnęła cudowna dla całej ludzkości wiadomość. Nie musimy już o nic się martwić. Niczego naprawiać, sprzątać. Nie musimy spłacać żadnych długów, ani rekonstruować tego, co zniszczyliśmy. Ale po kolei.

Wszyscy jesteśmy obecnie w sytuacji tragicznej. Mieszkamy na zaśmieconej planecie, żywimy się trującym jedzeniem, wytłukliśmy mnóstwo gatunków, dzięki czemu zaburzyliśmy naturalny porządek przyrody i wkrótce zabraknie nam wody. Każdy z nas jest zadłużony. Ja też. Wy też. Nie wierzycie? Zajrzyjcie do„Pulsu Biznesu”. Kupcie sobie jakąkolwiek gazetę, albo po prostu otwórzcie Facebook. Przeczytacie, że geje do gazu, że Putin, wojna, kryzys i koniec świata. Zaleją nas Chińczycy albo Arabowie. Dowiecie się, że Włosi pożyczyli kasę od Francuzów, ci od Amerykanów, a oni od Chińczyków i nie ma co szukać tych pieniędzy w Europie, bo cała kasa Europy jest w Grecji.

Czyli jej nie ma.

Świat miał niedawno 40 bilionów dolarów długu. To liczba o wartości: 1 000 000000000 = 1012. Dla porównania: miliard to 1 000 000000 = 109 (tysiąc milionów). Przeliczając na liczbę ludności – każdy z nas ma sześć tysięcy baksów w plecy. Aby zrozumieć dramatyzm sytuacji, która dotyczy konkretnego Kowalskiego, należy dorzucić jeszcze sunącego w górę szwajcarskiego franka. Ktoś może wykręcać się frazesem, że pieniądze to nie wszystko. Oczywiście, że nie wszystko. Dlatego w każdej gazecie możecie sobie przeczytać o zamachach, terrorze i Państwie Islamskim. O molestowaniu, gwałtach, zagładzie. O rzezi wielorybów na Wyspach Owczych i wyciętych lasach tropikalnych. O czym chcecie.

W każdej dziedzinie jest źle.

I lepiej nie będzie, bo każdy z nas jest dotknięty wirusem narcyzmu. Gwiżdżemy na niedolę bliźniego, gwiżdżemy na wieloryby i lasy tropikalne; jedyne co potrafimy, to oceniać innych i zbierać lajki. Ludzkość wkręciła się we własny kołowrotek i zjada swój ogon. Całą planetę zamieniliśmy w pieniądz, a ten zamienił nas w dłużników. Ziemia jest dla nas za mała, stała się pułapką, którą sami sobie urządziliśmy. Ale spoko. Nie musimy się tym przejmować. Przecież od paru tygodni wiemy, że jest gdzieś we Wszechświecie miejsce, dokąd możemy stąd uciec. I tu wracam do pierwszego akapitu. Do najwspanialszej wiadomości na tym padole. Do nowego wspaniałego świata.

Nazywa się on Kepler-452b. Naukowcy z NASA, którzy analizują dane z kosmicznego teleskopu Kepler, donieśli w lipcowy czwartek o odkryciu planety, która jest łudząco podobna do Ziemi. Obiega bardzo podobną do naszego Słońca gwiazdę w ciągu 385 dni. Z pewnością jest na niej woda, więc pewnie również jakaś fajna plaża i bardzo dużo lasów tropikalnych. Z pewnością nie ma tam Putina, kryzysu, ani Facebooka. Wszystko przed nami. Jedziemy!

A raczej lecimy. Zakładając, że zdobędziemy wehikuł poruszający się z prędkością światła, będziemy lecieć tam zaledwie tysiąc czterysta lat. Mówicie, że nie dożyjemy spotkania z naszą nową ojczyzną? Bzdura. Wręcz przeciwnie. Wystarczy przypomnieć sobie teorię względności Einsteina i już wiadomo, że czas jest wartością względną. Obiekt poruszający się z prędkością większą od prędkości światła cofa się w czasie! Dlatego, gdy wylądujemy na Keplerze, JESZCZE nas tam nie będzie. Urodzimy się w przyszłym tysiącleciu, w raju. W innej rzeczywistości, na nowej, dziewiczej, nietkniętej ręką człowieka planecie.

I tam będziemy mogli spokojnie od początku wszystko spierdolić.

—————————————————————————————-

Tekst opublikowany w Magazyn BE.

http://www.bemagazyn.pl/#home

Sześć sekund wielkiej miłości

Siedzę nad talerzem, a po sali krząta się ON. I maniakalnie na mnie patrzy. Albo chce mnie zabić, albo się ze mną przespać

handsome-waiterJeśli ktoś patrzy ci prosto w oczy dłużej niż sześć sekund, to znaczy, że chce cię zabić, albo się z tobą przespać. Ten facet nie patrzył mi w oczy sześć sekund. Ten facet patrzył mi w oczy bity miesiąc każdego dnia mojego pobytu w tajskiej restauracji.

Nie wiem, jak u was, ale tu nad Bałtykiem istnieje albo przystań rybacka ze świeżym dorszem w okresie połowu i śledziem po kaszubsku, albo dla odmiany restauracja tajska. Ta ostatnia ma to do siebie, że jest bliżej mojego domu. Dlatego w każdy dzień zgarniania jakiegokolwiek honorarium, pindrzę się odświętnie i ruszam do tajskiej restauracji na wyśmienitą zupę TOM YUM KOONG. Zupa ta ma wszystkie zupy pod sobą i składa się z miliona przecudownych smaków. Dzieją się tam niestworzone rzeczy, niebo z piekłem w jednej misce, totalna apokalipsa, którą zwykle muszę gasić potężną butlą wody z cytryną. Oprócz egzotycznych traw i tajemniczych grzybów, w zupie tej hojnie pływają krewetki tygrysie, co zawsze przyprawia mnie o przyjemną iluzję pławienia się w luksusie. Co z tego, że są to krewetki z hurtowni mrożonek, ja widzę wykwintne rarytasy zanurzone w kokosowym niebiańsko-piekielnym eliksirze.

No więc i tym razem trafiam do tajskiej restauracji, i tym razem zamawiam zupę, i tym razem siedzę nad tym wiekuistym daniem. A tymczasem po sali krząta się kelner. I maniakalnie na mnie patrzy. Patrzy tak, że nie sposób być obojętnym. Jest niewiele rozwiązań tej sytuacji. Albo facet chce mnie zabić, albo się ze mną przespać. Jeśli chce mnie zabić, muszę myśleć ściśle precyzyjnie. Co mi grozi? Jakim sposobem zginę? Jak zabić może ktoś taki jak kelner? Luksusowa krewetka tygrysia na wpół przełknięta staje mi nagle w gardle pionowo. Boże, to przerażająco logiczne. Otruje mnie! Mało tego. On już mnie otruł. Patrzę w miskę na tajemnicze grzyby. Diabli ich, tajskich grzybiarzy, wiedzą co to jest. Żeby to jeszcze sromotniki były, człowiek by wiedział, na czym stoi. Ale to jakieś farfoclowate cudaki, psie porosty, skąd mam wiedzieć, jak szybko ścinają z nóg? Czy wyjdę stąd żywa? Czy dojdę do parkingu? Kiedy zaczną się męczarnie? Czy morderca zaplanował śmierć na miejscu, czy rozłożoną w czasie? Czy jego stanowczy, świdrujący wzrok coś ma mi powiedzieć? Jaki komunikat w tym gapieniu się mam wyłapać? Czy – wreszcie – dalej jeść?

Spróbujcie nie jeść. Spróbujcie w największym głodzie zamówić swoje ulubione danie, rzecz absolutnie obłędną w smaku i z niej zrezygnować. Proszę bardzo. Gratuluję. Ja osobiście w takiej sytuacji gwiżdżę na śmierć. Wolę umrzeć zatruta, niż umrzeć z głodu. Chrzanię. Jem.

A on patrzy. Mija stolik z hałaśliwą rodzinką, kłania się gościom, zbiera zamówienia, ba! nawet coś w notesie pisze, ale ciągle PATRZY! I zważywszy, że jest zabójczo przystojny, decyduję się wreszcie na pogodzenie z wariantem drugim. On chce się ze mną przespać. To pewne. Co w końcu dziwnego, ze chce się ze mną przespać jakiś obcy młody mężczyzna? Statystycznie rzecz biorąc każdy młody mężczyzna chce się przespać z jakąś obcą kobietą. W moim życiu natknęłam się na tłumy młodych mężczyzn, którzy chcieli się przespać z obcą kobietą. Ale czy każdy z nich się tak gapił?!

Płacę, wychodzę, to wariat. Piekielnie przystojny, ale wariat. Psychopata. Świr. Nigdy więcej tu nie wrócę. Do końca życia będę zasuwać na przystań do Sopotu, żeby zjeść rybę. Postanowione.

Ha, ha, dobre sobie. Spróbujcie do końca życia zasuwać na drugi koniec Trójmiasta! Gdy macie pod nosem ambrozje! I tylko dlatego, że morderczo przystojny kelner uważa was za obłędną piękność! Tak, sorry, nie będę owijać w bawełnę. Musi tak uważać, skoro się tak gapi. Pokażcie mi faceta, który nie może oderwać wzroku od kobiety, tylko dlatego, że coś tam. Nie ma mowy. Poraziłam go urodą. I gracją. Może zupę jadłam wyjątkowo? Może emanowałam aurą? Nie wiem, nie wiem, nie zrezygnuję z krewetek tygrysich za żadne skarby świata. Idę tam znów. Niech sobie patrzy.

Wchodzę, rozglądam się, jest. Stoi przy barze. I, oczywiście, od baru się odrywa, podchodzi do stolika, uśmiecha się. I świdruje mnie wzrokiem, aż czuję w szpiku kostnym. Mój Boże! Tysiące głębi niewysłowionych! Tygrysie nie są krewetki, tygrysi jest on! Oczy jak dwie przepaści, a w nich moje konanie! I co ja mam teraz zrobić? Jak wzrokiem własnym odpowiedzieć na taki wzrok? Co w spojrzeniu wyrazić, o co spytać?!

Dlaczego tak patrzysz, pytam w myślach rozpaczliwie.

– Jest zupa z krewetkami? – mówię na głos.

Umieram z zachwytu, krzyczą jego oczy.

– Oczywiście – mówi on.

I tak sobie rozmawiamy, dwoje rozbitków na kawałku Azji, na magicznej wyspie morza Andamańskiego, na zawsze obcy kochankowie. Mówimy językiem nikomu niepojętym, dla nas najprostszym na świecie. Niby zwykłe słowa, a tyle znaczeń! Pieczona kaczka: płonę z pożądania. Chrupiący kurczak: usycham z tęsknoty. Wołowina w sosie: bez ciebie się rozpadam. Ryż jaśminowy: na drobne!

Miesiąc trwał ten romans. On mnie karmił krewetkami, ja mruczałam z rozkoszy. Ja mrugałam rzęsami, on patrzył. To był piękny związek. Nigdy się nie pokłóciliśmy, nie było żadnych scen. Zero zazdrości i niesnasek. Żadnych rozczarowań. Do tego pamiętnego dnia, kiedy zechciałam zapłacić za rachunek kartą.

Długo wpatrywał się w dokument. Myślałam, że upaja swoje oczy pięknem mojego imienia (przez ten miesiąc nasze imiona owiane były tajemnicą). Myślałam, że może teraz wreszcie zechce mi mówić na „ty”? W końcu jesteśmy już od miesiąca w związku! Tyle patrzenia nie może sczeznąć na wiecznym „paniowaniu”! Ale nie. Nie przeszliśmy na „ty”. Nie przeszliśmy wtedy, ani nigdy potem. Bo gdy on wreszcie oderwał wzrok od mojej karty, podniósł ręce do góry jak jakiś młokos i nagle triumfalnie wykrzyknął:

– Już wiem, skąd panią znam! Prowadziła pani w zeszłym roku warsztat dziennikarski!

A potem uniósł głowę i z dumą rzekł:

– Byłem tam pani studentem.

————————————————————————————

Ten tekst, a także mnóstwo innych znajdziecie w Magazyn Be

Historię dedykuję Wołoskiej, która mnie kiedyś poinformowała o tym, że gdy ktoś patrzy w oczy dłużej niż sześć sekund, chce zabić, albo zaciągnąć do łóżka. Ta wiedza pozwoliła mi przeżyć ów piękny romans.

Morderstwo doskonałe

czyli gdzie jest pies pogrzebany?

horror001Bierzemy zwłoki i po cichu, żeby nikt nie zauważył, wrzucamy je do budy…

Skończmy już z tym zabijaniem! I tak zderzyłam się z falą protestów. Obrońcy Praw Zwierząt chcą mnie aresztować. Obrońcy życia chcą mnie zabić. Mam pisać dalej? Boję się, że zginę. Ale dobra, napiszę. Bo historia jest warta śmierci. Rzadko tak uważam, tym razem wiem na pewno. Wolę zginąć, niż nie opisać tego, co się przytrafiło pewnego weekendu, tydzień przed końcem świata.

A więc jest sobota. Sobota ma to do siebie, że następuje po piątku. A piątek ma to do siebie, że nie wiadomo co było. Sobota jest zatem wypadkową: nie wiadomo co było i nie wiadomo co będzie. Stoję więc nad ranem w sobotę pod drzwiami, bez kluczy, szukam panicznie telefonu i zastanawiam się jak mam na imię.

Klucze – przepadły. Telefon – nie istnieje. Jedyne, co istnieje na tym świecie tego dnia to przyjaciółka sąsiadka, ta jedna jedyna, która nie złożyła jeszcze skargi na zbyt głośną zabawę pod moim adresem. I jeśli chcę żyć, powinnam jak najszybciej udać się właśnie do niej. Daleko nie mam. Może przeżyję.

Przychodzę do Ewki, a u niej na wycieraczce siedzi labrador. Duży i silny Pies Pańci, ten sam, co upodobał sobie dmuchawce i w rytmie melancholijnym kolebie się przez życie, patrząc mętnie na niepojęty gnający obok świat. I, czy z braku dmuchawców, czy z racji niezgłębionej przez nikogo tajemnicy, spokojny do tej pory jak kamień Pies Pańci najwyraźniej przekroczył Rubikon wieku średniego.

Zgadzam się, jeśli kryzys środka życia to czerwone Mitsubishi Lancer. Ok., jeśli to żółte Lamborghini. Nie ruszają mnie białe macintoshe. Wszystko rozumiem, ale szaleństwo Psa Pańci przyprawiło mnie o (nie tak trudne do uzyskania w moim stanie) torsje. Otóż Pies Pańci postanowił zostać mordercą. I Pies Pańci faktycznie zamordował. I teraz Pies Pańci siedzi na wycieraczce Ewki z ofiarą w pysku.

– Ewka, otwieraj! Pies Pańci zagryzł psa sąsiadki! Nieszczepiony na bank! Nieubezpieczony! Ewka, otwieraj! Ewka! Ewka…!

Ewka wychodzi z gęsimi piórami we włosach  i patrzy nierozumnie. Przytomność jednak przychodzi szybko, Ewka zaczyna nagle wrzeszczeć, więc rzucam się na nią, zatykam usta i pokazuję wymownie na czoło. Po chwili już zupełnie opanowane wciągamy do garażu mordercę z trupem i pilnie ustalamy plan. Najpierw telefon do Pańci. Jak słusznie przypuszczamy, Pańcia również wpada w histerię. Chwilę potem, ku naszemu zaskoczeniu, przytomnie postanawia ukryć zwłoki i udawać, że nic się nie stało.

– Bez sensu – zauważa Ewka. – Zaczną się alerty, poszukiwania, listy gończe. Rozkleją po osiedlu zdjęcia, apele. Dzieci będą płakać, niekończąca się historia. Mam lepszy pomysł.

I tu Ewka przechodzi inny Rubikon. Ewka posiada pewną zdolność. Jest to chyba najbardziej pożądana zdolność w dziejach ludzkości. Zdolność do obmyślenia perfekcyjnego planu. Planu, jakiego nie rozgryźli najwięksi detektywi wszech czasów. Mordercy światowej sławy przy tym leżą i płaczą. Tak, moi Państwo, Ewka przekracza Rubikon MORDERSTWA DOSKONAŁEGO.

– Bierzemy zwłoki i po cichu, żeby sąsiadka nie zauważyła, wrzucamy je do budy. Sąsiadka jutro znajduje zdechłego psa, robi mu pogrzeb i po sprawie.

Patrzymy z Pańcią na Ewkę przepełnione podziwem i nie mówimy ani słowa. Chwilę później truchtamy z martwym psem ku jego, niedawno jeszcze ciepłemu, legowisku. Ręką zgrabiałą ze strachu dotykam klamki od furtki sąsiadki, furtka groźnie zgrzyta.

– Cii! Nie obudź psa! – szeptem krzyczy Pańcia, ale chwilę zaraz się uspokaja, bo pies jak zabity – faktycznie milczy.

Sąsiadka jak zaklęta, też milczy, choć najwyraźniej żyje. W domu siedzi przed telewizorem, jej głowę w niebieskiej poświacie zanurzoną – wszystkie gorączkowo obserwujemy. Serca nam dudnią, tętnice kruszeją. Migrena moja wraz z psem sąsiadki czeźnie. Niech mi ktoś powie, że w obliczu śmierci ma migrenę! Ja nie mam. Jest trup, nie ma sprawy. Plan doskonały Ewki wypełniamy z szacunkiem i pietyzmem. I tylko zmarmurowiałymi ze strachu wargami:

– Ja pier…ę, ja pier…ę, ja pie… ę – szepczemy.

Jest buda! Sztywne truchło siłą trzech współ-morderczyń wciskamy, ocieramy czoła od lodowatego potu i mkniemy do furtki, furtkę: „zgrzyyyt”, zamykamy i teraz zgodnym, równym galopem – do sklepu po wódkę.

Dwie godziny i cztery wściekłe – nomen omen – psy później siedzimy wesoło przy kominku, i gładząc Psa Pańci, bawimy się historią, raz po raz przerywając debatę śmiechem.

Gdy nagle do drzwi rozlega się pukanie.

Pukanie początkowo słabe, jednak coraz odważniejsze, przeradza się wreszcie w łomot. Zastygamy w  poczuciu nieczystego sumienia. I nagle przypominam sobie o wszystkich tych znajomych, z którymi się umówiłam na sobotnie „nie wiadomo, co będzie”. To na pewno któryś z nich! – wołam. Ale to nikt z nich.

To SĄSIADKA.

Stoi w drzwiach i patrzy stalowym wzrokiem, wyraźnie czymś poruszona. Głuchy jęk przechodzi przez przedpokój, Pańcia chowa się za kominek.

Ewka chrząka, wstaje z podłogi, podnosi głowę i stalowemu spojrzeniu stawia czoło. Wszak ona plan wymyśliła! Niech się tłumaczy! Niech mówi, co za pomysł?! Kto psa zabił? Dlaczego? Jak? Gdzie narzędzie zbrodni!? Czemu jeszcze żyje?! Czemu bestia wściekła po okolicy biega?! I kto za to wszystko zapłaci?! A w ogóle, co za żarty z pogrzebu, ze śmierci jaja, co za picie wódki?!

Ewka milczy, sąsiadka milczy, wzrokiem się krzyżują, mierzą i wreszcie ta druga ożywa:

– Widziała pani może kogoś, że się kręcił? Koło domu gdzieś, mojego? Przy budzie? Psa?

– Nie!

Krótkie, żołnierskie, piękne. Sąsiadka z miejsca mięknie, żołnierskiemu duchowi Ewki ulega, głowę zwiesza i słabym głosem mówi:

– Jacy ludzie, wie pani, jacy ludzie są… Pies mi zdechł wczoraj, zakopałam za działką, a dziś ktoś psa odkopał i do budy mi wrzucił…

———————————————————————————–

Publikacja wznowiona, tekst ze zmianami opublikowany był także w miesięczniku  Magazyn Be

Muszę napisać do BE!

– Nie dzwońcie, nie piszcie, siedźcie cicho, bo pozabijam!

291918_160230127394007_1893105668_n

Wydaje się, że cykl pisania felietonów do Magazynu BE trwa około miesiąca. W rzeczywistości trwa około paru mętnych dni, w których to czas odklejony od poczucia obowiązku skraca się jak sprężyna, by nagle wystrzelić dead – line’em w mailu:

– Hej, jak tam teksty?

Nie, wróć! Prawda jest taka, że dead – line zwykle mija niepostrzeżenie, a potem naraz, tydzień później, wyskakuje z maila porażające pytanie od naczelnego:

– Hej, jak tam teksty?

I zaczyna się TEN dzień. Dzień autora tekstów do Magazynu BE. Dzień autora tekstów do Magazynu BE to śnieżnobiała strona w wordzie, kawa, piwo, telefon, Facebook i wyrzut sumienia. Zanim autor tekstów do Magazynu BE zrobi podejście do tekstu do Magazynu BE, zrobi absolutnie wszystko, co nie jest podejściem do napisania tekstu do Magazynu Be. Jednak trzeba przyznać,  że po sprawdzeniu całego internetu (w tym kilku ponaglających wiadomości z redakcji Magazynu Be), przyparty do muru autor ogłosi wreszcie światu kategoryczny komunikat:

– Nie dzwońcie, nie piszcie, odczepcie się, siedźcie cicho, bo pozabijam ! Muszę napisać do BE!

Naturalnie, po dwóch latach obserwacji rytmu pracy autora piszącego do Magazynu BE – nikt, absolutnie nikt nie traktuje poważnie morderczych ostrzeżeń autora. Nikt poważnie nie traktuje tego, że prasa drukarska jest rozgrzana do czerwoności od minionego przed tygodniem terminu, a permanentne spóźnienia oznaczają w konsekwencji, że to już naprawdę tym razem przegięcie, że tym razem to już autor pojechał po bandzie, tym razem to już na pewno autor wyleci z pracy.

Nikt więc się nie przejmuje i nikt nie siedzi cicho. Wręcz odwrotnie. Ludzie dostają wtedy niezwykłej energii do podzielenia się z autorem najróżniejszymi informacjami na temat:

  1. Wstrząsającej relacji fotograficznej na temat stadium zaawansowania cellulitu u Magdy Mołek.
  2. Porównania, który z Bondów jest najprzystojniejszy.
  3. Zagadnienia, czy w tym roku podrożeją gofry.
  4. Dywagacji, czy w basenie ogrodowym można hodować żaby.
  5. Wreszcie: ustalenia, czy autor idzie może z pytającym na plażę, bo akurat dziś (w TEN dzień) jest wymarzona ku temu pogoda.

Każdy z tych palących tematów skonkludowany jest oczywiście niezmąconym kiwnięciem głową:

– Spoko, wiem, musisz napisać do BE.

Najbliżsi podsuwają autorowi różne rozwiązania. Do najpopularniejszych należy pisanie systematyczne, z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Pisanie systematyczne z dwutygodniowym wyprzedzeniem ma jednak to do siebie, że nie istnieje. I nie to, że nie istnieje w wydaniu autora tekstów do Magazynu BE. Pisanie systematyczne z dwutygodniowym wyprzedzeniem nie istnieje, moi drodzy, w ogóle. Nie ma takiej możliwości, żeby autor pisał cokolwiek z dwutygodniowym wyprzedzeniem, w dodatku systematycznie. Systematycznie to się autor może spóźniać. Z dwutygodniowym wyprzedzeniem to się autorowi może kasa skończyć.

Autorem sterują dwie zasady o czasie i przestrzeni. Jeśli chodzi o przestrzeń zasada jest taka, że ma wymiar kosmiczny. Autor pisze w różnych miejscach. Pisze więc w tramwaju, w kolejce na poczcie, w samochodzie na światłach, na imprezie ostatkowej, w saunie, na sesji, u dentysty, w sklepie, w urzędzie, na nartach, na orbicie Saturna.

Jeśli zaś chodzi o czas, zasada jest żelazna, niezmienna. Autor zawsze pisze PO CZASIE. I to się również tyczy tekstów do Magazynu BE. Do Magazynu BE pisze się wszędzie tam, gdzie czas się skończył, gdzie pod murem ostateczności autor zipie wściekłością na samego siebie, że znów nie zdążył, że znów zapomniał, że znów biega jak kot z pęcherzem w całość sklejając wiadomości, co gdzie kiedy dlaczego i najważniejsze: o czym???!.

Mówi się, że dobry artysta to głodny artysta. Definicja ta budzi we mnie wiele zastrzeżeń. Nie można bowiem zaraz się wyrywać z tym oceniającym przymiotnikiem. Skupmy się najpierw, kim jest artysta w ogóle? Artysta, moi drodzy, to człowiek, który po dwóch latach paralitycznych zrywów za pięć dwunasta w celu napisania tekstu do Magazynu BE – zrywa się za pięć dwunasta w celu napisania tekstu do Magazynu BE. I to ten sam człowiek, który cały w przeprosinach wysyła spóźniony tekst do redakcji szczerze przysięgając, że wprawdzie sumiennie spóźniał się przez dwa lata, ale teraz – po dwóch latach, już nigdy, przenigdy się nie spóźni.

Czego redakcji Magazynu BE – z okazji urodzin – serdecznie życzę!

Magazyn Be

Z Oslo do Barcelony via Rębiechowo

Wszelkie podobieństwa do zdarzeń opisanych w tym tekście są przypadkowe. Powiem więcej: wszelkie wydarzenia w tym tekście są przypadkowe. Ba. Wszelkie wydarzenia w moim życiu są przypadkowe

O tym, że dla Polaków kwestia turystyki to ciężki kaliber świadczyć może chociażby cena noclegu w okolicy Kokoszek oscylująca wokół sześciuset złotych polskich. Dla porównania uroczy hotelik w centrum Barcelony kosztuje 20 euro za dobę. Wiem, byłam, sprawdziłam. Ale ja nie o tym. Mój problem związany z podróżami polega na czymś zupełnie innym. Otóż nigdy, za żadne skarby świata nie udaje mi się podróżować spokojnie. Zawsze coś. Zawsze niespodzianki. Zawsze perypetie. Głupia podróż do Olsztyna: ban z autobusu. Pociąg? Błądzenie przez nieistniejącą Iławę. Kiedyś nawet mi bombę podłożyli w Tczewie. Ostatnio w trasie na Mazury bocian wpadł do lokomotywy. Bocian upieczony, lokomotywa spalona, w Morągu koniec trasy. Tłukłam się z plecakiem po mazurskich wsiach.

Wracając do tematu. W każdej peregrynacji wyskakuje mi szereg zupełnie niespodziewanych wypadków. Tak było i teraz, gdy się wybrałam z bratem zwanym Whisky, do Hiszpanii.

Wszystko zaczęło się od telefonu. Whisky zadzwonił  któregoś wieczoru i oznajmił, że pojechałby do Hiszpanii. Z drugiej strony urlop krótki, nie lada okazja, żeby odwiedzić przy okazji kumpla w Norwegii. Kumpel sam siedzi w lesie, nie ma co jeść, więc by wypadało pojechać, ale nie z pustymi rękami, więc trzeba coś zawieźć, w gruncie rzeczy chyba najważniejsze, żeby jakoś pomóc, aczkolwiek w Hiszpanii Whisky nigdy nie był, co tu gadać północ to nie południe (a właściwie odwrotnie), co robić, dobra, jedziemy do Hiszpanii. Ale do kumpla też.

– Ja nie jadę do żadnego kumpla – protestuję.

– No to – on postanawia – podrzucę kiełbasy i wrócę fru, fru a potem polecimy do Hiszpanii. Zdążymy. Jeszcze się z kumplem napiję.

Dobra, samolot do Norwegii piąta rano. Jedziemy na lotnisko, Whisky wyskakuje z samochodu, torbę z kiełbasami trzyma i biegnie na samolot. Ja z powrotem spać. Mijają dwie godziny, budzi mnie ojciec telefonem, co z tą waszą Barceloną?! W porządku, odpowiadam, lecimy jak tylko Whisky wróci, nie wpadaj w panikę, wszystko pod kontrolą.

Tymczasem patrzę na komórkę, sms, Whisky: „Z torbą mnie nie wpuścili do samolotu, zostawiłem przy kiosku, wezmę jak wrócę”. Myślę mętnie, że niepotrzebnie poleciał, bo jak go nie wpuścili z kiełbasą, to poleciał z pustymi rękami, a miał kumplowi dać jeść, Co za bezsens, myślę zaspana, gastarbajterzy całe życie, kiełbasy wożą, pracują gdzieś po świecie, śpią w lesie i jeszcze ich do samolotu nie wpuszczają. Jakie to wszystko, myślę, smutne, jakie to biedne. A choćby i to, że gdzie byśmy nie byli, wszystko drogo. Na przykład taki precel: dwa euro. Weź daj dwa euro za precel. Z dziećmi jedziesz, dzieciak chce precla, ty chcesz precla, stary chce precla, drugi dzieciak też chce precla, bo jak ten pierwszy dostał, to drugi z automatu się drze. A każdy pieprzony precel dwa euro, w sumie osiem razy cztery, wychodzi trzydzieści dwa złote za durne precle, to my już dziękujemy, idziemy do Aldi po drożdżówkę.

Znów telefon. Whisky wraca. Łzy w oczach, na osobistą go wzięli. W Norwegii wysiadł bez torby, tylko dwie komórki i kalkulator w kieszeni. Podejrzany, w dodatku Polak. Kazali mu sikać do kubeczka, w brzuch gnietli, narkotyków szukali. Szalał ze strachu, że tyłek zajrzą.

– A gdzie torba?

– Jezu, zapomniałem!

Jadę na lotnisko, Whisky ręce rozkłada. Patrzył w kiosku, śladu po torbie, pewnie ktoś ukradł. Pytał, ale na zmianę kioskarka przyszła popołudniową. Coś bąknęła o straży granicznej, ale on po norweskiej kontroli ma uraz.

– To ja zapytam – mówię. No, co? Kiełbasa ulicą nie chodzi, z nieba nie spada. Idę do tej straży granicznej, walę w drzwi, otwiera strażnik i krótko:

– Proszę się rozejść.

Patrzę na brata, brat patrzy na mnie, w twarzy tej widzę obrazek sprzed lat, gdy zbieraliśmy kłódki do łowienia płotek. Kłódki to takie robaki, przynęty, a płotki to ryby. Ściśle: płocie. Mali jeszcze byliśmy. PKS-em nad jezioro pojechaliśmy. Uzbieraliśmy wiaderko, schowaliśmy pod drzewem. Nagle przyszedł jakiś wąsaty wędkarz, wziął wiaderko bez pytania i poszedł w las. Właśnie tę samą minę miał wówczas Whisky. Wzburzenie, bezradność, żal. I jednocześnie jakieś takie pogodzenie się z losem. Mądrość życiową, która przyświeca ludziom będącym ponad to całe emocjonalne rozdygotanie świata.  Pamiętam też scenę, gdy byliśmy już starsi. Któregoś lata zjechało do nas pół Wilna krewnych i siódmych wód po kisielu. Była wśród nich ciotka Patapowa. Ciotka Patapowa charakteryzowała się wyjątkowym brakiem finezji. Chodziła jak słoń, głośno bekała przy stole, drapała się po tyłku. Wszystko to darło serce mojego brata, który z byle powodu cierpi na migreny, nie znosi hałasu i chamstwa. Ale znosił. Znosił cierpliwie, bo go nauczyli, że gość w dom, Bóg w dom (o tym też już pisałam). Któregoś dnia jednak nie wytrzymał. Sam mi się zwierzył. Siedział z ciotką w kuchni. Ciotka nałożyła se śledzi i je. Mlaszcze, siorbie, kapie. Dziamga. Pluje. Mruczy przy tym i chrząka jak wieprz.

– Ja pierdzielę, mówię ci, myślałem, że oszaleję, już byłem bliski obłędu…

– I co?

– No, nie wytrzymałem.

– To znaczy?

– Nie wytrzymałem i…

– I…?

– Aż się na nią spojrzałem!

No, spojrzał. Spojrzał na ciotkę Patapową całą swoją wielką siłą protestu. A ona niewzruszona dalej jadła śledzie. Teraz z kolei spojrzał na drzwi Straży Granicznej, za którymi przepadła kiełbasa.

– To co my teraz będziemy jeść?

Prawda jest taka, że wcale nie zadał tego pytania. Jeszcze nie wtedy, jeszcze nie na lotnisku. Zadał je pod hiszpańską restauracją, w której porcja jedzenia kosztowała dwanaście euro. Niby drogo, ale knajpa miała jedną zaletę. Można było nałożyć na talerz, ile dusza zapragnie. Właściwie można było brać wszystko, czym kuchnia dysponowała. W dowolnych ilościach.  Makarony, sałatki, katalońskie kompozycje owoców, jagnię z miodem, cielę w śliwkach i kalmary. Dla wybrednych deser. Ciasta piętrowe, krosanty. Kawa, kola fanta sprajt. Skolko ugodno. Za dwanaście. No, nie raj? Wzięłam całą tacę, dwa widelce i niosę do stolika. Whisky się wreszcie uśmiecha:

– Pal sześć kiełbasy.

Zaczynamy jeść. Nagle podbiega do nas, a raczej do Whisky podbiega jakaś skośna porządkowa i krzyczy:

– Mister! Mister! Do not eat!

Tak oto wcieliłam się w postać Jacka z „Kwiatu Paproci”, który miał wszelkie bogactwo tego świata, lecz nigdy nie mógł się z nikim podzielić. Miałam kopiasty talerz żarcia i głodnego brata, którego nie mogłam nakarmić. A gdy postanowiłam jednak złamać zaklęcie i wbrew zakazom oddałam część porcji bratu – skośnooka wyrzuciła nas z knajpy. I wtedy właśnie powiedziałam to zdanie. Wypowiedziałam je głośno, bo wreszcie zrozumiałam swoje jestestwo. Może już na lotnisku, przed odprawą do Barcelony, gdy kątem oka ujrzałam w prasie codziennej artykuł o wczorajszej ewakuacji dwóch pięter lotniska z powodu porzuconej przy kiosku torby z kiełbasami, którą z kolei spacyfikowała i zniszczyła grupa saperska, przyznam – może miałam pewne podejrzenia co do tego, kim naprawdę jestem? Takie przeczucie zawiązania tej sentencji w głowie? Ale dopiero tu,  na barcelońskim bruku, wśród niepojmujących mowy polskiej tubylców, odważyłam się głośno przyznać:

– Jam częścią tej siły, która wiecznie dobra pragnąc, wiecznie czyni zło.

—————————————————————————————

Opublikowane w:

Be-travel

Be Magazine/Be Travel