04.03.2012 Alchemia słów

Dawno temu byli sobie król i królowa. Królowa chciała mieć dziecko (typowe), ale jemu jakoś chyba nie szło. W końcu cudem (są sposoby) urodziła im się córka. Władcy wyprawili huczną bibę, na którą zaprosili kilka wróżek. Jak na złość, zapomnieli o jednej. Ta, o której zapomniano, przyszła więc wściekła i rzuciła czar na maleństwo, właściwie na dziewczynę piętnastoletnią, bo w tym właśnie wieku miał ją trafić szlag. Dalej – wiadomo – królewna ukłuła się wrzecionem i zapadła w stuletni sen, a zamek porosły ciernie. Jedyne, co mogło ją uratować to pocałunek księcia.

W tej bajce nie ma wygranych, nie ma też przegranych, ot samo życie. Zła wróżka dokonała zemsty za roztargnienie królewskie, nie zyskała jednak nic. Ofiara intryg – królewna – zasnęła bez świadomości, a obudziwszy się po stu latach, równie bez świadomości wyszła za mąż.

Rodzice królewny niby dostali nauczkę, ale właściwie nic złego ich nie spotkało – w końcu każdy ma frajdę, gdy dzieciak śpi, choćby i sto lat.

Królewicz nie walczył ze smokiem, nie narażał życia, za to wymłócił nieprzytomną, takie rzeczy dzieją się od początku świata, z tą tylko różnicą, że nikt się zaraz z wymłóconą nie żeni. A królewicz owszem. Niby mu się spodobała. Swoją drogą nie mam pojęcia jak takie piętnastoletnie czuczło może się spodobać, ale o gustach się nie dyskutuje. Tak czy siak wesele, a potem szare życie jakich wiele. Wypadałoby jeszcze wyłuszczyć morał, a trzeba przyznać, morałów mamy w tej opowieści aż nadto.

Po pierwsze: nie ma co świrować z tym in vitro, dzieci to tylko kłopot. Po drugie, najlepiej nie robić żadnych imprez i nikogo nie zapraszać. Zawsze znajdzie się jakaś zapomniana siódma woda po kisielu, która wytryśnie jadem zemsty.

Po trzecie, spać trzeba czujnie. Stare porzekadło: nie śpij, bo ci dziecko podrzucą, nabiera tu nowego, o wiele groźniejszego znaczenia: nie śpij, bo ci podrzucą męża. No to ja pierdzielę.

No i ostatni morał: w pewnym wieku (patrz dwa wpisy poniżej) nie wypada już czytać bajek dla dzieci. W pewnym wieku trzeba sięgnąć po prawdziwe książki. Dla dorosłych.

Koleżanka polecała mi przykładowo taką, podobno świetną książkę Paulo Coelho o dziewczynie, która wprowadzona w arkana magii przez mędrca duchowej przemiany, postanowiła walczyć  z własnym cieniem.

Brzmi o wiele poważniej niż Śpiąca Królewna, nieprawdaż?

28.02.2012 Ofiara w hołdzie dla Nirvany

Jestem strasznie stara. Tak, proszę Państwa, prawda jest taka, że jestem potwornie stara. Niewyobrażalnie. Właściwie, gdyby się tyle rzeczy w moim życiu nie działo, dawno bym już nie żyła. Jednak w moim życiu tyle się dzieje, że nie mam czasu na śmierć. Jest taka piosenka Marii Peszek, pt. „Nie mam czasu na seks”. Maria Peszek nie ma więc czasu na seks, ja nie mam czasu na śmierć.

I kto się lepiej bawi?

Jestem zatem stara i jest to dla mnie właściwie zupełna nowość. Jeszcze niedawno myślałam zupełnie coś innego, mianowicie myślałam, że jestem młoda. Ale sprawy przybrały nieoczekiwany obrót.

Jadę samochodem (jejku, ja w kółko jeżdżę samochodem jak jakiś stary człowiek), słucham Trójki, a tam jakiś facet mówi, że według niego najfajniejsze piosenki powstały w czasach jego studiów, to znaczy, w latach osiemdziesiątych. Na to redaktor Niedźwiecki, że owszem fakt, w czasie studiów powstały najfajniejsze piosenki, tylko że w czasie jego studiów, czyli w latach siedemdziesiątych.

Natychmiast pomyślałam, że faceci tkwią w smolistej nieświadomości, bo prawda jest taka, że najlepsza muzyka powstała w latach dziewięćdziesiątych (moje studia).

A za chwilę usłyszałam, że tak właśnie (o najlepszej muzyce z czasów studiów) mówią ludzie starzy. Potwornie starzy.

05.12.2011 Paczka

Na paczkę chodzi się z dwóch, wykluczających się wzajemnie powodów. Faceci na przykład, chodzą głównie po to, by przybrać masę. Z masą jest tak, że należy ją budować stopniowo, wyciskając kolejno coraz większe ciężary, by tym mięśniom dać popalić, by je rozszarpać, zniszczyć, a potem napompować przy pomocy takiej odżywki Mutant Mass. Ważne jest, żeby nie przegiąć z tym pakowaniem, bo jak zerwiesz kabel (biceps), lub co gorsza, czterogłowy, to potem chodzisz przyczajony  jak Tyranozaurus Rex i tyle z twojego lansu.

Kobiety mają zupełnie inne potrzeby. Przychodzą i z miejsca oświadczają, że chcą masę ZGUBIĆ. Trener im tłumaczy, że spalanie tłuszczu gwarantują tak zwane aeroby. Laski mijają więc bez zainteresowania maszyny do wyrabiania masy i przywierają do bieżni. Okładają się gazetami o modzie i gwiazdach, telefonami komórkowymi (z których bezustannie wysyłają esemesy), po czym ustawiają maksymalną prędkość. Kwadrans później leżą bez ducha na łóżkach solarnych, przyznając ze skruchą, że się wygłupiły, bo przecież nic tak nie wyszczupla, jak porządna opalenizna.

11.11.11 Ki

Najpierw ten dzieciak. Mój syn. Dwuletnie żywe srebro z włosami w kolorze pieczarki. Rozgadany, ufny, towarzyski, bez dystansu do obcych. I tłum studentów, przyjaciółek, mam przyjaciółek, sióstr przyjaciółek, kolegów, dziewczyn kolegów, znajomych z pracy – jego opiekunów.

A potem ja. Popielata grzywka, kolorowy sweter. Łączę wątki życia w jedną chwilę i choć wszystko wskazuje na to, że świat się zawali, że już dłużej nie da się tego łatać, bo w robocie na ostrzu noża, a do tego ten rozbrykany maluch, którego nie mam z kim zostawić, więc zabieram do pracy i gówniarz skacze po szefie, który z pewnością zaraz wybuchnie… ja wymykam się na zakupy do lumpeksu.

Chaos. Wieczne zapominanie terminów, zapominanie telefonu, dokumentów, kluczy, zapominanie przyjmowania leków. Lekceważenie rad, poleceń, rozkazów. Bałaganiarstwo.

– Sprzątam po tobie – mówi przyjaciółka z wyrzutem.

– A, dzięki – odpowiadam i wybiegam spóźniona, nieuczesana i zupełnie nieprzygotowana na jakieś cholernie ważne spotkanie.

Mój Boże, jaka jestem nieznośna! Nie mogę już dłużej na to patrzeć, a dopiero połowa filmu. W myślach błagam reżysera, żeby się zlitował, żeby coś schował, ukrył, tak jak ja ukrywam. A on pokazuje, proszę: porozrzucane ciuchy, dziecięce zabawki,  kosmetyki. Ładowarki do telefonów na kuchennym blacie, bielizna na podłodze. Skłębione rzeczy jak skłębione myśli, które gnają na złamanie karku, jakby chciały prześcignąć czas, przestrzeń, te wszystkie absoluty, reguły, aksjomaty, liczby – stojące w miejscu kamienie. Kamienie, które trzeba obejść, przeskoczyć i gnać dalej, szybko, lecieć, żyć, co ja mówię żyć: zjeść to życie, wypić, połknąć.

I zapomnieć.

Kończy się wreszcie ten cholerny film. Rozglądam się, czy oprócz mnie jest jeszcze na sali jakaś Ki. Do diabła! Przecież ja przesadzam. Jestem przewrażliwiona i tak mi się tylko wydaje. To nie jest film o mnie, ja aż taka nie jestem…. I nagle dzwoni telefon. Z pracy.

– W gazecie jest błąd, 28.12 zamiast 25.12! To ma być zapowiedź koncertu gwiazdkowego? Po świętach? Klient szajby dostał, chce nas podać do sądu.

31.08.2011 Babskie lato, czyli o tym, że jesień jest kobietą

Po pierwsze umówiłam się z Marcinem i problem z poprzedniego wpisu przestał istnieć. Po drugie: mamy jesień. Właściwie tu panuje permanentna jesień, ale ja nie o tym. Ja chcę napisać o tej prawdziwej jesieni, tej legalnej wrześniowo październikowej, polskiej złotej, marzycielskiej jesieni dla zakochanych. O tej porze roku, gdy już piasek plaży nie uwiera spalonego słońcem ciała, gdy już nie zaciskają się spocone dłonie na kierownicy, gdy stopy przestają puchnąć, a rozdygotane od upału powietrze zastępuje powiew refleksyjnego chłodu.

Chcę wspomnieć o butach botkach, o pończochach, o płaszczykach, apaszkach i szalikach. O walizkach w kratkę jesienną szkocką. O szkockiej whisky. O czerwonym winie. O srebrnych łyżeczkach  na Mariackiej. O deszczu, chmurach i poziomym świetle. O pająkach krzyżakach i apokaliptycznej zagładzie rozhisteryzowanych much. O zapachu liści. O popołudniowym kinie Helikon. O mokrym bruku gdańskiej starówki. O ciut za długich chwilach milczenia. I wreszcie – o herbacie z zatopionym słońcem.

Czy jest coś piękniejszego od barw jesieni? Nachalna pstrokacizna letnich fatałaszków nie ma startu do wełnianej elegancji. Wystarczy wejść do pierwszego lepszego sklepu, gdzie sponiewierane tandetne i tanie niedobitki lata wiszą pod ścianą z napisem WYPRZEDAŻ, kryjąc się jakby ze wstydu przed królującą wytwornością jesiennych kolekcji. Spokój szlachetnych materiałów tworzy aurę dostojności.

Patrzę na spowite srebrem pajęczyn arystokratyczne akacje i przypominam sobie jak w majowym słońcu sterczały z ich pni przycięte kikuty ledwo porośnięte niecierpliwym listowiem. Dziś wyglądają zupełnie inaczej. Piękniej. Jesień to duma i spokój. Jesień to pomnik przemijania, fotografia nietrwałości. Bursztynowe zaklęcie – czasu w nieskończoność, rozdygotania w bezruch.

Jesienią  mam wrażliwość artysty i zauważam rzeczy, których zazwyczaj nie widzę. Nosferatu na uchwycie parasolki. Słonia indyjskiego w filiżance kawy.  Mapę Himalajów w szpinaku.

Jesienią zawsze się zakochuję. Oczywiście, w sobie.

29.08.2011 Melancholia, czyli Zakopane kontra Sopot

Wspomnienie Zakopanego leżało mi na żołądku jak kac po podłym winie, który postanowiłam zażegnać starą wypróbowaną metodą klina. Wylądowałam więc przy monopolowym na końcu ulicy Monte Cassino w Sopocie. Oprócz wymienionego, miałam ku temu jeszcze dwa powody. Po pierwsze: moja przyjaciółka postanowiła opuścić Trójmiasto i wyjechać na Śląsk.

Już mi się to w życiu zdarzyło. Byłam na pierwszym roku studiów. Po kilku miesiącach samotnego kolebania się po korytarzach uczelni i snucia marzeń o plaży, poznałam wreszcie Pawła S. Tak, tego od tubifeksów.

Stałam przy kranie w laboratorium sali zajęć z chemii analitycznej i myłam probówkę. Coś mi się miało w niej wytrącić i przyjąć kolor błękitu paryskiego. W innym przypadku zajęcia były niezaliczone, co lokowało mnie w tak zwanej dupie kosmicznej. Takich niewytrąconych błękitów paryskich miałam już na swoim koncie kilkanaście, a zbliżał się koniec pierwszego semestru. Gdy okazało się, że znalazłam sie jednak w tej dupie kosmicznej, podszedł do mnie Paweł S. Nachylił się nad probówką, która dzieliła z moją głową zgodną pustkę i zapytał:

– Ty, Sylwia, a ile masz zaliczonych zajęć z tej chemii?

– Jedno – odparłam, instynktownie szukając w jego wzroku zrozumienia.

– Lecisz jak strzała – stwierdził z uznaniem. I dodał: – Ja żadnego.

Od tamtej pory staliśmy się nierozłączni. Świat przybrał barwę błękitu paryskiego, a studia stały się nieustającą zabawą. Do naszej kompanii dołączali kolejni studenci i już myślałam, że przeżywam najpiękniejszy okres swojego życia, gdy któregoś wieczoru Paweł zapukał do moich drzwii, oznajmił, że wyjeżdża i wyjechał i nigdy już nie było tak jak przedtem. A teraz, gdy Tatiana postanowiła się wyprowadzić na Śląsk, poczułam to samo.

Drugi powód mojej obecności na Monte Cassino, to Melancholia, planeta śmierci. Tak, w tym wpisie dominuje barwa błękitna, niebieski smutek i tęsknota do spraw ostatecznych. Wielkie oczekiwanie na odgórne załatwienie skomplikowanych ziemskich spraw. Na kategoryczny wielki wybuch zmiatający z powierzchni Ziemi wszystkie puszki po piwie, wszystkie pampersy i zdechłe koty. Oczekiwanie na koniec wprowadzający absolutny, idealny ład.

Stojąc więc na Monciaku i patrząc na gwiazdy, pomyślałam z nadzieją, że gdyby ta rozpędzona planeta uderzyła w Zakopane, sprawy ułożyłyby się nad podziw gładko. I choć Tatiana przekonywała mnie, że wraz z Zakopanem mógły ucierpieć na przykład taki Śląsk (na co, nie odrywając oczu od gwiazd, wzruszyłam ramionami), a może nawet i Sopot (tu spojrzałam na nią nieufnie przez moment), wyjaśniłam, że nie ma innego rozwiązania, a jeśli ktoś musi przy okazji ucierpieć, trudno, przy wielkich projektach zawsze są jakieś ofiary. Po czym wróciłam tęsknym wzrokiem ku niebu, wywołując z niego swoją Melancholię.

W tym momencie, gdzieś między skrzyżowaniem naszych spojrzeń a sklepieniem niebieskim, kątem oka ujrzałam kosmiczny błysk. Czy jeden? Bynajmniej. Było to zgodne, miarowe pulsowanie wielu skupionych na horyzoncie istnień, intensywnie niebieskich świateł połączonych w jedno niepokojące ciało, wewnątrz którego żarzył się czerwony ogień. Ciało zbliżało się z przerażającą prędkością kosmiczną, a na dodatek jęło emitować ultradźwięki składające się na jednostajny intensywny jazgot.

Zapomniałam o Melancholii, zapomniałam o Zakopanem. Apokalipsa miasta mającego podzielić los Sodomy i Gomory znikła mi gdzieś w zakamarkach umysłu, pojawił się za to czysty lęk. Pojawiła się też ciekawość. A ciekawość to pierwszy stopień do piekła, o czym miałam się za chwilę przekonać. Bo gdy pulsujące ciało zbliżyło się na umożliwiającą zidentyfikowanie odległość, okazało się że składa się ono z kuso odzianych, dźwigających na głowach migające królicze uszy uczestniczek wieczoru panieńskiego. Spośród nich wyróżniała się przyszła panna młoda, której głowę zdobiły rozżarzone czerwienią, diabelskie rogi.