Wystarczy nie być

Gdy zmarł Stach hulaka, zamówiłam wieniec. Chciałam na szarfie napisać: „Królowi Kętrzyna”, ale się powstrzymałam. Całe szczęście. Okazało się bowiem, że w ciągu kilku godzin od zgonu do pogrzebu, Stachu stał się święty

chrystus
Mariusz Kapała/Gazeta Lubuska

Stach był utracjuszem i nicponiem. Otwierał drzwi kopniakiem i krzyczał: „Kto tu rządzi!” Był samozwańczym królem Kętrzyna, królem wszystkich awanturników. Wściekle agresywny i zaczepny, jako młody człowiek trwonił niewielki dobytek rodziny pod budką z piwem. Z biegiem czasu jednak dorósł jego syn i w wieku lat szesnastu stanął w obronie matki, rozkwaszając ojcu nos na framudze drzwi wejściowych.

Spektakularna porażka samca alfa zwykle kończy się dla niego nędznie. Stach utracił moc, skurczył się, złagodniał i z miejsca stał się pośmiewiskiem małżonki, dzieci i potem wnucząt. Głupi Stary – przywarło doń jak imię, Dziad – jak nazwisko. Głupi Stary Dziadygo!, krzyczała Jadźka, jego córka, rzucając w niego cukiernicą. Za tym szły obelgi i oskarżenia. Ech, Głupi Stary – wzdychała pogardliwie żona, znacząco pokazując wnukom kuku na muniu, gdy tylko się pojawiał. Ja sama, nasiąknięta niechęcią, czułam, że Stachu to prawdziwy Dziad, spodnie ma obwisłe, gacie obwisłe, buty rozklepane. Nikt go nie rozumiał, bo gadał jak potłuczony, w dodatku w jakimś dziwnym języku, mieszanką litewskiego, ruskiego i kompletnie pokaleczonego polskiego. Jeden Whisky go szanował. Nie pozwalał obrażać swojego dziadka, widział w nim kogoś więcej, niż Głupiego Starego. Ale ten i tak się kurczył, mówił już tylko do siebie, coś pod nosem, co nikogo nie obchodziło. W końcu umarł.

Zamówiłam wieniec. Chciałam na szarfie pogrzebowej napisać: „Królowi Kętrzyna”, ale resztką rozsądku się powstrzymałam. Całe szczęście. Okazało się bowiem, że w ciągu tych kilku godzin od zgonu do pogrzebu, Stachu stał się święty. I nie ma mowy, że ktoś kiedyś nazywał go Dziadem. Nikt! Nigdy! Ani Stary, ani Głupi. Takie rzeczy nie miały miejsca. Teraz szpaler w czerni boleśnie zgina rozpacz. Na cmentarzu jeden szloch. Dramat. Tragedia. Umarł święty człowiek. Tylko jeden Whisky nie płacze. Przygląda się ze smutnym zdumieniem rozpaczającej ciotce Jadźce, która od tej pory codziennie będzie ciągnąć na grób Stacha największe znicze w gminie, najbujniejsze chryzantemy w powiecie, największy w województwie pomnik. Chrystusa naturalnej wielkości.

Chrystus nie był zbytnio wysoki, chociaż w jego pomnikach dawno już zatracono skalę. Miał łagodne usposobienie i skłonność do filozofii. Głosił miłosierdzie i pewnie nie miał takich wyskoków jak Stachu. Ale podobnie jak on, został pokochany po śmierci. Męczeństwo dało mu splendor. To znaczy, niekoniecznie jemu, bo już nie żył, ale na pewno tym, którzy na jego śmierci zrobili kariery. I robią do dziś. Bo potrzebna jest czyjaś śmierć, by był przydatny. Czyż nie na tym opiera się nasza kultura?

Kultura zmienia historię, wypacza fakty. Ktoś zginął w katastrofie, będzie że poległ w zamachu. Na żywego mówiono Kartofel, martwemu stawiają pomniki. Żonę mieszano z szambem, w trumnie stała się święta. Ofiarom oddają salwy, ocalałych lekceważąc. Nie ma się co dziwić w tym kraju. Tu super jest nie żyć. Nieżyjący, w przeciwieństwie do żywych, mają masę przywilejów. Miłość. Uwagę. Chwałę. Nikt nie liczy pieniędzy, jakie pochłania ich niebycie. Przemowy, transmisje w mediach, miesięcznice, spotkania, zebrania, tablice, rzeźby, szarfy, pomniki, wieńce, ulice, osiedla. Szkoły! Ich imieniem ponazywane, dla nich POŚWIĘCONE. Apele, publikacje, książki, traktaty. Filmy! Całe pokolenia nauki, kulturowe dziedzictwa! Co ja mówię! Wojny! Podboje! Rzezie!

Dla nieistniejących powstają idee i prawa. Nieistniejące dzieci decydują o życiu żywych. To ich, tych których nie ma, najbardziej kochają władze i kościoły. Im poświęca się wystawy, msze i wielkie pieniądze na niekończące się debatowanie na ich temat ich ochrony.

Wszystko. Dopóki się nie urodzą.

List, którego już nie ma

Nawet jeśli pisałeś słowa z pozoru błahe, a emocje tobą telepały – nic się nie ukryło. Rozdygotana ręka zawsze zdradziła prawdę

Teraz, kiedy milczeniem przegoniłam nawet psa z kulawą nogą, mogę pisać bez obaw, że ktoś to przeczyta. Właściwie to czemu miałabym mieć obawy? Jakiekolwiek konsekwencje z pisania w sieci – w świecie rzeczywistym nie istnieją. Co więcej, świat rzeczywisty również przestał istnieć. A przynajmniej przestał kogokolwiek obchodzić.

Kiedyś, dawno temu, gdy ktoś coś ode mnie chciał… nie mógł do mnie zadzwonić. Nie miałam telefonu. Nie było też komórek. Nie było Internetu. Musiał przyjść. Tak, drodzy Państwo. Były takie sposoby komunikacji. Ludzie zakładali kurtki, buty, wychodzili na zewnątrz, łapali pekaes, albo szli na piechotę, potem wspinali się po schodach na trzecie piętro, dzwonili dzwonkiem do drzwi. Jeśli mnie nie zastali, szli do miasta i faktycznie, gdzieś tam mnie wreszcie spotykali.

Jeśli jednak uporczywie się ukrywałam, mieszkałam zbyt daleko, albo gdy potencjalnego gościa zdjęła grypa, zaatakował paraliż nerwu siódmego tudzież wirus półpaśca – zawsze jeszcze była Poczta Polska. Instytucja ta kiedyś służyła kontaktom międzyludzkim o wiele bardziej serdecznym niż dziś. Nie przychodziły wówczas listy wyłącznie od Ikei, od urzędu skarbowego czy z banku.

Przychodziły listy od przyjaciół.

Listy od przyjaciół, prócz szalenie ciekawej treści, której emocji nadawały kształty liter, ich pochyłość, rozdygotanie, grubość kresek wykrzykników, wtopione w papier kropki zdradzające zamyślenie, czy podkreślenia oznaczające stanowczość – miały mnóstwo niebagatelnych cech, wnoszących do korespondencji dodatkowe wartości.

Tak więc koperta. Koperta mogła być szara, biała, kolorowa, duża, mała, albo – co się zdarzało dość często – robiona własnoręcznie. Każda z wymienionych kopert miała znaczenie. Jeśli była szara, znać było, że nadawcy się nie przelewa. Biała dawała nadzieję, że idzie ku lepszemu. Kolorowa koperta to już zupełne szaleństwo, koperta self-made zaś oznaczała, że mamy do czynienia z kimś nietuzinkowym. Znaczek. Znaczek odklejany nad parą trafiał często do klasera, ale bynajmniej na tym nie kończył kariery. Z klasera często wędrował w obieg, a historia związana z listem dodawała mu splendoru. Jeśli bowiem znaczek pochodził z korespondencji zagranicznej, to moi Państwo, nie było jaj. Nie było to, tamto. Znaczek zagraniczny miał potężny potencjał. Znaczek zagraniczny, to była międzynarodowa, ba! międzygalaktyczna opowieść.

Załóżmy, że dostaliśmy list z RFN. List wprawdzie przysłała ciotka Gudrun, ale nic nie stało na przeszkodzie, by ciotka Gudrun, po odklejeniu znaczka od koperty, przeistoczyła się w fan-club Neny, autorki niezapomnianego przeboju „Neunundneunzig Luftballons”.

Zapach. Listy, moi drodzy, miały zapach. Jeśli pochodziły od kobiety, zapach jej perfum pokonywał setki kilometrów, by przypomnieć te zbyt prędko uciekające chwile z nią spędzone, by przypomnieć jej kolor oczu, jej tembr głosu, by wreszcie się nim zachłysnąć, przymknąć oczy i zanurzyć we wspomnieniach pomieszanych z obietnicą zakodowaną w nieodczytanych jeszcze słowach.

Jeśli zaś pochodziły od mężczyzny, to nic nie powiem, bo weźmiecie mnie za świruskę.

Pochylone niczym trzcina litery, falujące od uczuć, od nagłych zmian nastroju – ileż było w nich znaczeń! Nawet jeśli pisałeś słowa z pozoru błahe, a emocje tobą telepały – nic się nie ukryło. Rozdygotana ręka zawsze zdradziła prawdę.

Listy miały po kilka stron, czasem kilkanaście. Gdy się już nadawało pocztę, szkoda było nie napisać więcej. Nikt nie marnował znaczka, koperty, spaceru, czasu związanego z całą tą operacją listową, by napisać: „elo, co tam?” Listy miały charakter. Każdy list to był inny charakter, tak jak każdy człowiek to inna historia. Charakter tkwił w piśmie, w sposobie tytułowania listu, w jego początku, rozwinięciu i końcu. W podpisie. W komicznych rysunkach, dymkach, szlaczkach, kolorach. W powściągliwej kresce, w temperamentnym zawijasie. W każdym akapicie, i w jego braku.

List to był oddzielny byt, to było wspomnienie, to był zwiastun, to była obietnica.

No i ta bliskość, którą się czuło, czytając. Bliskość, której nie zastąpi żaden mail, żaden Facebook, żaden czat. Coś, co się czuło na skórze i w nozdrzach. Coś na końcu języka. Tak, pamiętam fragment listu, jednego z tych najbardziej wzruszających, z pozoru banalnych, a sprawiających, że mimo stu sześćdziesięciu kilometrów odległości udało mi się zjeść z moim przyjacielem wspólną kolację:

„Wybacz mi tę plamę. Piszę do ciebie i gryzę kawałek  polędwicy. Podwędzanej na surowo, którą tak bardzo lubisz. Nie wiem, jak mam się nią podzielić, ale właśnie mi spadła na papier. Może niech ta plama będzie namiastką poczęstunku?”

19.09.2012 Diabeł w pudełku

Gdyby człowiek był pewny, że książka jest dobra, zapłaciłby każde pieniądze. Ale nikt tych pieniędzy nie chce

Fot. Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta

Codziennie budzę się z przerażająca myślą, że to już koniec, że nic nie napiszę. Nie zdołam wymyślić żadnego tekstu, nie stworzę choćby pół zdania. Widzę siebie jako kolebiącą się na wietrze czasu roślinę, zduszoną niemotą, wysuszoną milczeniem. Łapię wtedy za jakąś książkę, by się nasycić jej światłem, by nakarmić ten swój chlorofil kwantami oświecenia i wygenerować kolejną cząsteczkę tlenu, tego właśnie, dzięki któremu żyję.

Z książkami bywa różnie, jak różnie bywa z powietrzem. Czasem ich świeżość zatyka dech w piersiach, czasem ich gnuśność zatyka pory. Są dzieła niezwykłe, po których przestworzach fruwa się z wielką radością. Są także gnioty, przez których smog przebijać się trzeba maczetą. Ból brnięcia przez złą książkę jest tym dotkliwszy, że się na babol wydało pół bańki i to ostatnie pół bańki w miesiącu.

W tych ciężkich chwilach człowiek myśli, że mógłby się zapożyczyć i wydać po stokroć tyle, gdyby miał pewność, że książka jest dobra. Gdyby miał pewność, wydałby fortunę. O pewność tę trudno, choć trzeba przyznać, że się zdarza. I właśnie ja mam tę pewność od wczoraj i od wczoraj się miotam w bezsilności, bo choć mam pewność stuprocentową i chcę wydać pieniądze – nikt tych pieniędzy nie chce, a ja książki wciąż nie posiadam!

Rano w pracy, przeglądając prasę i międląc w myślach poczucie bezsensu, trafiam nagle na całą stronę tekstu, z którego każda litera jest odlana z miodu. Miodu na moje serce. Gdy człowiek się cieszy, głupoty mu po głowie chodzą. Litery skaczą i tworzą anagramy, w głuchy telefon się bawią i komunikaty frymuśne plotą:

– A może to jakieś konszachty… mój Boże, takie są fakty… szatan napisał wersety… sza tam, napij się sety… książka od dzisiaj w księgarni… mąż Zdzisia spalił piekarnik…

Idę. Lecę. Nareszcie. Jak dobrze, że go muzułmanie nie zabili! Jak dobrze, że on żyje! Że pisze! Och, gdyby żył jeszcze Bułhakow! Ile bym dała, żeby coś napisał? A ten, proszę. Żyje i pisze. A ja sobie beztrosko wsiadam w Punto i jadę! Po na sto procent świetną książkę! I już wiem, co mam robić. Już mam plan. Przeczytam, a potem z zastygłego chlorofilu komórek zielonego pojęcia wystrzelę ten swój tlen. Tylko mi światła dajcie! Tylko pozwólcie oddychać!  Niezrozumiałe dla głów blaszanych wersy pokażcie. Dla palących książki niepojęte słowa mi zdradźcie. Dla fanatyków z nożami w zębach zbyt trudne historie powiedzcie. Dla zacietrzewionych złodziei wiary, gorejące jak ich czapki stronice otwórzcie!

– Dzień dobry, poproszę książkę pod tytułem: Joseph Anton, Salmana Rushdie.

– Jak to się pisze?

– J-o-s-e-p-h- A-n-t-o-n – S-a-l-m-a-n- R-u-s-h-d-i-e.

– No. W komputerze jest. Osiemnaście sztuk.

– Poproszę jedną.

– Ale to niemożliwe.

– Dlaczego?

– Bo na półce nie ma.

– A gdzie jest?

– W kartonie.

– To wyjmijcie z kartonu i wstawcie na półkę. Ja wezmę z półki i zapłacę.

– To niemożliwe.

– Dlaczego?

– Bo to nowość.

-?

– Nowości sprzedajemy tylko w środę.

– Ale dziś jest premiera tej książki. Na całym świecie.  We wszystkich gazetach o tym piszą.

– Ale to jest nowość. A nowości w Empiku są w środę.

Źle trafiłam. W Empiku bowiem premiery są, owszem, codziennie, ale są to premiery książek starych. Po nowość trzeba się udać w środę. Wreszcie jest środa. Jadę po książkę. Niestety, za wcześnie. Jeszcze jej nie postawili na półkę. Nadal jest diabłem w pudełku.

17.09.2012 Dyplomy jak pokemony czyli wiem, że wiem wszystko

Darmo dziś szukać człowieka głupiego. Człowiek głupi jest na wagę złota. Człowiek głupi – unikatem!

umysł wykształcony doskonale zamknięty

Od jakiegoś czasu obserwuję w naszym społeczeństwie brawurową skłonność do wysokiej samooceny własnej ogłady. Śmiałe, wręcz buńczuczne frazy o „świetnym wykształceniu” dopadają mnie na każdym kroku. Widzę je nie tylko w uszczypliwych felietonach dworujących ze zjawiska profesorów starej daty (których faktycznie mogę podejrzewać o świetne wykształcenie), ale w listach do redakcji, na grupach dyskusyjnych, słyszę także w wynurzeniach znajomych. Każdy, proszę Państwa, jest dziś mędrcem co najmniej. Specjalistą filozofem. Omnibusem. Poliglotą. Mentorem.

Nie ma dziś ludzi wykształconych średnio. Nie ma też niedouczonych. Nie ma szukających, nie ma pytających. Wszyscy wszystko wiedzą. Wszyscy wiedzą świetnie. Mają na to papier. Co tam papier! Skład makulatury! Pół lasu zamienione w zacne ich dyplomy. Podyplomy dyplomów. Wyróżnienia wyróżnień. Doktoraty. Certyfikaty. Tytuły tytularne, profesury nadzwyczajne. Listy, mianowania. Laury, honory, zaszczyty.

Darmo dziś szukać człowieka głupiego. Człowiek głupi jest na wagę złota. Człowiek głupi – unikatem! Człowiek głupi, którego  głupota niesie ze sobą nadzieję na skromność, ciekawość, wnikliwość – nie istnieje. „Wiem, że nic nie wiem” – kto to powiedział? Czyżby szaleniec, samobójca, co publicznie i na wieki obnażył swą ignorancję? Z pewnością. Dziś bowiem są tylko „świetnie wykształcone młode polki”, są świetnie wykształceni w długim okresie czasu swej edukacji”, są też tacy, co „zrobili bynajmniej dwa fakultety” i tacy, co „mają w każdym bądź razie magistra”.

Co za śmietanka! Towarzyska ambrozja! Kwiat polskiej inteligencji, nadzieja narodu. Wielkie umysły w młodocianych zwojach, mistrzowie pióra i erudycji. Tylko dlaczego na bezrobociu?

Adepci pióra piszą z obowiązkowym dąsem, bo (w domyśle) żaden wydawca z pewnością nie pozna się na ich sztuce. Jeszcze im zwróci uwagę! Jeszcze im każe coś zmienić! Albo, co gorsza, wyrzucić! A dzieło zamknięte w swej doskonałości jest niczym jajo zgniłe, nie do ruszenia. Z kolei kandydaci na pracowników wysyłają swoje życiorysy, śląc jednocześnie spod nosa mrukliwe fumy wywołane wróżbą porażki, która przecież wynika li tylko z głupoty potencjalnego pracodawcy. Setne odrzucenie podania nie jest, broń Boże, powodem do tego, by pogmerać w swojej ofercie, zmienić taktykę, poszukać dodatkowego zajęcia, przekuć wykształcenie w działanie i może wreszcie przestać kolekcjonować dyplomy, te martwe papierki, z których największy pożytek zrobiłby mistrz origami?

Abiturienci, którym słabo poszło na maturze – są wkurzeni na testy, ministra oświaty i ławkę krzywą. Kursanci szkół jazdy –  na pogodę i przecinający im drogę tramwaj. Prawda jest bowiem taka, że wszytko wokół jest winne, wszystko się uwzięło, wszystko jest głupie i złe.

Jechałam niedawno przez Warszawę. Student z plecakiem łapie mnie na stacji benzynowej i prosi o podrzucenie do domu. Tłumaczy jak jechać. To prosta droga, zapewnia, nie da się zabłądzić. Lituję się nad chłopcem, zabieram manatki, jedziemy.

– Prosto, prosto, prosto, a potem w lewo i już.

– Tu w lewo?

– Nie, jeszcze kawałek.

– Tu?

– Nie, za chwilę.

Za chwilę jest skręt, ale w prawo. Przejeżdżamy. Pasażer wstrząśnięty woła:

– Tam w lewo trzeba było!

– Nie było w lewo drogi, skręt był tylko w prawo…

– No przecież mówię!

10.09.2012 Nieznośna lekkość powietrza

Redaktor twierdzi, że scena erotyczna to małe arcydzieło. Skoro książka ma trzysta stron, a scena erotyczna dziesięć, to udało mi się… w  trzech procentach?

Bez Cenzury 2011, Park Heweliusza, Gdańsk. Jak widać, idzie mi dość niesamowicie. Leżenie.

Oderwana od Dzieła Mojego Życia jak rzekotka od drzewa, nadal na ślepo (choć z nadzieją, bo dziś do okulisty idę) – szybko relacjonuję, jak się mają sprawy.

Sprawy się mają nienadzwyczajnie, bo już jednak wrzesień, a we wrześniu jak w garncu, opadają liście i leżą na leniwej, rozgrzanej jeszcze latem ziemi. Wśród liści i to w miejscach publicznych i to notorycznie, bo rok w rok – leżę również ja. I Jakub Noga. I Barbara Piórkowska. I parę innych jeszcze osób, którzy – cytując przechodnia sprzed roku: „nudzą się, sami nie wiedzą co mają ze sobą zrobić, leżą i piszą, popierdoleni artyści.”

Mówię to, bo zbliża się akcja BEZ CENZURY, która polega właśnie na tym, ze w najbliższą sobotę o 13.00 w Parku Oliwskim w Gdańsku będziemy leżeć na ziemi, ściśle na kilometrowym arkuszu papieru i pisać  te swoje duby smalone. A co z tego wyjdzie – jak zwykle diabli wiedzą.

Poza tym? DMŻ. DMŻ. DMŻ. DMŻ. Ściśle i kompletnie jestem w nim zanurzona.

Pół nocy dziś nie spałam, pół nocy myślałam, słońce na dworcu kętrzyńskim świeciło, burakiem cukrowym pachniało. Kto zna Kętrzyn ten wie. W całym mieście czuć było kiedyś, z ulicy w ulicę, jak szło się od Babci do Małpy Tarzana, to tak: słodem, chlebem, paluszkami, rozgrzanym karmelem, wreszcie cykorią, piernikiem, bitą śmietaną i majonezem kętrzyńskim.

Gdzie są te zapachy, pytam!? Gdzie zapachy miasta? Czemu zniknęły? Czemu zostało puste, przeźroczyste powietrze, zmętnione li tylko podróbką perfum przechodniów? A przemysł, a wytwórnie? Piekarnie? Cukrownie? Nie mówię o jednym Kętrzynie. Mówię na przykład, daleko nie szukać, o Gdańsku! Mój Boże, jeszcze niedawno w całych Kuźniczkach pachniało z Browaru, Moi Drodzy, Heweliusz! A teraz co?!

No więc w mojej książce pachnie dalej w najlepsze.

Więcej nic nie zdradzę, więcej nie napiszę, w końcu to ma być książka, a nie powieść w odcinkach. Potem pies z kulawą nogą do księgarni się nie pofatyguje. O ile do księgarni DMŻ w ogóle trafi, bo wieść branżowa niesie, że książka się kończy, książka to przeżytek, dzisiaj nikt nie czyta, za to wszyscy piszą.

Świadomość tę mam wręcz bolesną i słuchając czasem wesołych wywodów aspirujących skrybów, którzy roztaczają wizję swego bogactwa i sławy z racji napisania dwóch rozdziałów zapierającej dech w piersiach historii swojego życia, w milczeniu jeno ciężko wzdycham.

Tak więc nie wiadomo jak będzie. To, że nie wiadomo jak będzie napisałam w uroczystym oświadczeniu, gdy DMŻ rozpoczęłam. Paradoks polega na tym, że nigdy nie wiadomo, czy to co zaczynamy tworzyć, tymże się w rezultacie stanie, a dowodem na to niech będzie wałkowany ostatnio reżyser, który twierdzi, że każdy film rozpoczyna z myślą o arcydziele, w efekcie uzyskuje arcydzieła jakieś czterdzieści procent.

Jakiż ogrom sukcesu!

Gdy dostałam Last Minute po redakcji, w mailu Redaktora wyszperałam zapis: „Scena erotyczna to małe arcydzieło.” Objętościowo scena erotyczna zajmuje jakieś dziesięć stron, cała książka ma ponad trzysta – można zatem zaryzykować brawurowe stwierdzenie, że udało mi w ponad trzech procentach.

Tak czy owak, mierzyć należy wysoko, a gdy się w finale uzbiera choćby promil – znaczy, że warto było. Najważniejsza jest bowiem droga. Cel, jako rzecze Kundera, jest zawsze niejasny.

06.09.2012 Hollywood Ending

Czy to syndrom neurotycznego twórcy, co mając szansę jedną na milion, kładzie wszystko z powodu nagłej utraty wzroku?

Cały dzień mościłam się na ten wieczór, w którym napiszę kolejne rozdziały DMŻ (Dzieła Mojego Życia). A teraz siadłam, rozłożyłam Acera i ściskam powieki, raz, dwa, trzy, wgniatam palcami gałki oczne, i znów mrug, mrug, mrug, pokrętła w mózgu się grzeją, litery skaczą, jeden wniosek z tego taki: jestem zgubiona. Straciłam wzrok.

Nie mogę pisać. Nic nie napiszę. Na nic pies przewodnik. Choćby labrador. Wszak pisać za mnie nie będzie.

Czy to syndrom neurotycznego twórcy o żydowskich korzeniach, który mając szansę jedną na milion – wyreżyserowania filmu z gwiazdorską obsadą pod okiem hojnego producenta – kładzie wszystko z powodu nagłej utraty wzroku? I czemu nie dziwi to jego syna, który otwiera mu drzwi po latach i jednym miotnięciem intuicji:

– Oślepłeś psychosomatycznie – bezbłędnie stawia diagnozę?

Bo jest taki sam. I ja mam to samo. I mnie los postanowił sprzątnąć sprzed nosa wygodę, wpędzając w zaułek ironii:

– Mało miałaś czasu? Narzekałaś na  chaos, obowiązki, brak weny? To masz teraz ślepotę. Jeszcze trochę ponarzekasz, to ci urwę rękę. Prawą.

Dlatego siedzę cicho. I piszę DMŻ. Val Waxmann też po cichu kręcił swój film. Jak wyszło tak wyszło. Jeszcze w liceum filmy się oglądało na taśmach wideo. Chodziło się do Beverly Hills, brało się kasety. Idę więc z kumplem, patrzymy, szukamy, co by wypożyczyć. Wreszcie trafiamy na Woody’ego Allena. Ja chcę już brać, już mnie moja pokręcona natura korci, lecz kumpel mnie trzeźwo:

– Daj spokój, to półka dla zjebów – ze ścieżki tej krętej zawraca.

Bez skutku. Bo od lat, choć po omacku, kolebię się na tę półkę.

05.05.2012 W starym kinie

Ja rozumiem, że fajnie by było usłyszeć Rotę z przebitką Pavarottiego w refrenie, tudzież Sępie Miłości dla oprawy, bo co duma narodowa to duma narodowa – niezbędny jest patos, a nie jakieś Koko Koko Euro Spoko. Jednak ten ludyczny, niezbyt mądry (a wpadający w ucho) kawałek najlepiej oddaje stan kondycji narodowego futbolu, zamiast więc zawracać głowę całemu światu, który rzekomo umrze ze śmiechu słysząc przaśną melodię, a nie umrze widząc naszą reprezentację w pierwszym lepszym starciu – radzę lepiej odpalić grilla.

Albo pójść do kina.

Ja poszłam i od dwóch dni siedzę w starym kinie na festiwalu Gdańsk Doc Film i oto stwierdzam, że kondycja polskiej kinematografii dokumentalnej zasługuje co najmniej na We Are The Champions.

A facetowi, który nakręcił historię moich rodziców (Mama Tata Bóg i Szatan) chcę podziękować za to, że wyprzedził Dzieło Mojego Życia jego adaptacją filmową. Szczególnie bliski memu sercu wydał mi się cytat  bohatera opowieści:

– W pewnym wieku chciałem poczytać coś dobrego, ale nic nie znalazłem, więc zostałem pisarzem…

Szczególne podziękowania kieruję także do faceta, który sprezentował mi karnet na ów festiwal. Dzięki niemu uniknęłam kolejnego przebimbania weekendu w łóżku z sześcioma sezonami „Sex And The City”.

Jutro ostatni dzień festiwalu. Informuję niniejszym, że zamierzam wygrać ten odtwarzać Blu Ray, także wszystkim głosującym dobrotliwie odradzam udział w losowaniu nagrody publiczności.