Bardzo stare dziecko

Po co wycinać puszczę? Po co niszczyć stadninę? Po co kupować gorsze helikoptery? Po co likwidować gimnazja? Po co kazać rodzić niezdolne do życia płody? Dobre sobie. Zapytajcie dziecko, po co wsadza gumkę do nosa

istock_000003418292xsmall

Tak, tak, moi drodzy, wszyscy mamy go na głowie. Wszyscy. Nie myślcie, że jak jesteście singlami, to wam się upiekło. Nic z tych rzeczy. Wszyscy mamy dziecko. Dziecko jest małe, mniejsze od Wołoskiej, choć ma już 67 lat. To chłopiec. Są z nim problemy. Najprawdopodobniej ząbkuje. Każda matka wie, jak to jest z ząbkującym dzieckiem. Kaprysi. Jest złośliwe. Krzyczy. Piąstką wygraża. Jest mu markotno, bo mimo tak potężnej liczby odpowiedzialnych za jego wygibasy – jest samotne. Mówicie, że to żaden problem, siedzieć samemu z kotem? Może dla niektórych tak. Może dla mnie tak. Ale ja nie jestem dzieckiem. A żadne dziecko nie lubi być samotne.

Od pewnego czasu chłopiec ma jednak zabawę. Dorwał się do sterów i bawi się w Polskę. Z wielkim upodobaniem rzuca do mikrofonów (wyobraźcie sobie, mikrofon, jaka frajda!) wszystko, co go tam gryzie. Najbardziej go gryzie, że ktoś mu kiedyś zabawki nie dał, a jednak powinien dać. Nie może darować! Znacie ten upór, gdy mały wam krzyczy z fotelika, że chce poprowadzić auto? Weźcie mu odmówcie. Płacz i zgrzytanie zębów. Nasze dziecko skarży się i zgrzyta, mimo że już za kierownicą siedzi od roku. Sarka i tupie, chociaż nie ma po co. Po co? – naiwnie pytacie dzieciaka. Po co Rosjanie mieliby rozbić Tupolewa? Po co robić ekshumacje? Po co wycinać puszczę? Po co niszczyć stadninę? Po co likwidować gimnazja? Po co kupować gorsze helikoptery? Po co psuć relacje zagraniczne? Po co kazać rodzić niezdolne do życia płody?

Dobre sobie. Zapytajcie dziecko, po co wsadza gumkę do nosa. Albo w jakim celu podpala wersalkę. Syn Ewki, mając dwa lata, zjadał martwe muchy z podłogi. Po co? Bo chyba nie z głodu. Jak już jesteśmy przy muchach, Whisky podpalał je w locie za pomocą dezodorantu i ognia. Po co? Trudno powiedzieć, bo zamiast much spłonęły firanki. Rudy Rysiek z kolei znalazł na budowie granat i bez większego namysłu wrzucił go do ogniska. Po co? No może po to, żeby stracić oko i stać się bożyszczem dziewcząt. Nasze dziecko też wrzuca granaty do ognia. I też jest bożyszczem dziewcząt. Ostatnio słyszałam, że połowa Polski go kocha. Normalna sprawa, dziecko trzeba kochać. Ale czy trzeba mu na wszystko pozwalać?

Nowy wspaniały świat

Zakładając, że zdobędziemy wehikuł poruszający się z prędkością światła, będziemy lecieć tam tysiąc czterysta lat. Mówicie, że nie dożyjemy spotkania z nową planetą? Bzdura, wręcz przeciwnie

Kepler-186f_Tierra_Earth_NASA2

Parę tygodni temu gruchnęła cudowna dla całej ludzkości wiadomość. Nie musimy już o nic się martwić. Niczego naprawiać, sprzątać. Nie musimy spłacać żadnych długów, ani rekonstruować tego, co zniszczyliśmy. Ale po kolei.

Wszyscy jesteśmy obecnie w sytuacji tragicznej. Mieszkamy na zaśmieconej planecie, żywimy się trującym jedzeniem, wytłukliśmy mnóstwo gatunków, dzięki czemu zaburzyliśmy naturalny porządek przyrody i wkrótce zabraknie nam wody. Każdy z nas jest zadłużony. Ja też. Wy też. Nie wierzycie? Zajrzyjcie do„Pulsu Biznesu”. Kupcie sobie jakąkolwiek gazetę, albo po prostu otwórzcie Facebook. Przeczytacie, że geje do gazu, że Putin, wojna, kryzys i koniec świata. Zaleją nas Chińczycy albo Arabowie. Dowiecie się, że Włosi pożyczyli kasę od Francuzów, ci od Amerykanów, a oni od Chińczyków i nie ma co szukać tych pieniędzy w Europie, bo cała kasa Europy jest w Grecji.

Czyli jej nie ma.

Świat miał niedawno 40 bilionów dolarów długu. To liczba o wartości: 1 000 000000000 = 1012. Dla porównania: miliard to 1 000 000000 = 109 (tysiąc milionów). Przeliczając na liczbę ludności – każdy z nas ma sześć tysięcy baksów w plecy. Aby zrozumieć dramatyzm sytuacji, która dotyczy konkretnego Kowalskiego, należy dorzucić jeszcze sunącego w górę szwajcarskiego franka. Ktoś może wykręcać się frazesem, że pieniądze to nie wszystko. Oczywiście, że nie wszystko. Dlatego w każdej gazecie możecie sobie przeczytać o zamachach, terrorze i Państwie Islamskim. O molestowaniu, gwałtach, zagładzie. O rzezi wielorybów na Wyspach Owczych i wyciętych lasach tropikalnych. O czym chcecie.

W każdej dziedzinie jest źle.

I lepiej nie będzie, bo każdy z nas jest dotknięty wirusem narcyzmu. Gwiżdżemy na niedolę bliźniego, gwiżdżemy na wieloryby i lasy tropikalne; jedyne co potrafimy, to oceniać innych i zbierać lajki. Ludzkość wkręciła się we własny kołowrotek i zjada swój ogon. Całą planetę zamieniliśmy w pieniądz, a ten zamienił nas w dłużników. Ziemia jest dla nas za mała, stała się pułapką, którą sami sobie urządziliśmy. Ale spoko. Nie musimy się tym przejmować. Przecież od paru tygodni wiemy, że jest gdzieś we Wszechświecie miejsce, dokąd możemy stąd uciec. I tu wracam do pierwszego akapitu. Do najwspanialszej wiadomości na tym padole. Do nowego wspaniałego świata.

Nazywa się on Kepler-452b. Naukowcy z NASA, którzy analizują dane z kosmicznego teleskopu Kepler, donieśli w lipcowy czwartek o odkryciu planety, która jest łudząco podobna do Ziemi. Obiega bardzo podobną do naszego Słońca gwiazdę w ciągu 385 dni. Z pewnością jest na niej woda, więc pewnie również jakaś fajna plaża i bardzo dużo lasów tropikalnych. Z pewnością nie ma tam Putina, kryzysu, ani Facebooka. Wszystko przed nami. Jedziemy!

A raczej lecimy. Zakładając, że zdobędziemy wehikuł poruszający się z prędkością światła, będziemy lecieć tam zaledwie tysiąc czterysta lat. Mówicie, że nie dożyjemy spotkania z naszą nową ojczyzną? Bzdura. Wręcz przeciwnie. Wystarczy przypomnieć sobie teorię względności Einsteina i już wiadomo, że czas jest wartością względną. Obiekt poruszający się z prędkością większą od prędkości światła cofa się w czasie! Dlatego, gdy wylądujemy na Keplerze, JESZCZE nas tam nie będzie. Urodzimy się w przyszłym tysiącleciu, w raju. W innej rzeczywistości, na nowej, dziewiczej, nietkniętej ręką człowieka planecie.

I tam będziemy mogli spokojnie od początku wszystko spierdolić.

—————————————————————————————-

Tekst opublikowany w Magazyn BE.

http://www.bemagazyn.pl/#home

Mroczna przepowiednia. Horoskop na 2015 rok

Mam przepowiednię. Proroctwo na nowy, 2015 rok. Nie wyczytałam go z gwiazd, ani z fusów, nic nie wymyśliłam. Po prostu wiem. Dokładnie wiem. Co gorsza, przepowiednia nie jest dobra. Rok 2015-sty to prawdziwy Czas Apokalipsy. Tragicznego absurdu i straszliwych niedorzeczności. Kliknijcie w zdjęcie i przeczytajcie, co was czeka:

z17198027Q,Wrozba

Zagłada ludzkości na cztery litery

Kobiety, w przeciwieństwie do mężczyzn, mają w sobie zawsze coś fajnego do obśmiania

cellulit2

Z wielkim zainteresowaniem czytam doniesienia portali internetowych o stopniu zaawansowania cellulitu na tyłkach poszczególnych gwiazd płci żeńskiej i, rzecz jasna, wielkości tych tyłków. Czytam z zainteresowanie, bo po pierwsze informacja ta jest niezwykle ważna. Trudno dyskutować z tym, że misją dziennikarską jest pilne zawiadomienie społeczeństwa o tym, jak fatalnie wygląda pupa Natalii Siwiec i co wyszło spod spódnicy Magdzie Mołek.

Druga sprawa, problem nieatrakcyjnego tyłka faktycznie dotyczy tylko kobiet, a z kobiet zawsze warto się pośmiać. Kobiety pod tym względem nigdy nie zawiodą. One, w przeciwieństwie do mężczyzn, mają w sobie zawsze coś fajnego do obśmiania. Dlatego nie dziwię się, że fotografowie z taką sumiennością uwieczniają na portalach te śmieszne rzeczy, aby, walając się po podłodze ze śmiechu, mogli je zobaczyć najpiękniejsi panowie na świecie. Polscy mężczyźni uchodzą bowiem na całej kuli ziemskiej za najprzystojniejszych, ich atrakcyjność jest legendarna w świecie, jak bigos i kiełbasa. Żaden z naszych panów nie ma zbyt dużego tyłka, czy choćby fałdki nadprogramowego tłuszczu, a wszystko to, co się panom wylewa znad spodenek trzy czwarte – to dar niebios i czysta poezja.

Z kolei tym paniom, którym na widok cellulitu u innych kobiet grymas obrzydzenia wykręca twarz, szczerze zazdroszczę. Są to bowiem niechybnie kobiety bez skazy, bez jednego dołeczka na tej, tak pilnie obserwowanej części ciała. Są to zapewne nie ludzie, a przepiękne cyborgi żywiące się jedynie muzyką Bacha. Przecież żadna z tych nimf – gdyby była żywą kobietą – nie skręcałaby się z drwin na temat pupy innej, którą los pokarał tą straszliwą przypadłością.

Przeczytałam gdzieś, że 85 procent kobiet jest „dotknięta tą chorobą”. Co gorsza, jak podaje Wikipedia – leku jeszcze nie wynaleziono. Oczywiście wielu leków na inne choroby nie wynaleziono, ale pal sześć inne choroby! Mamy wszak do czynienia z 85-procentowym zakażeniem! Toż to pandemia! Nie wiem, czy ludzkość przetrwa.

Jedyna nadzieja w facetach.

***

Dla tych kobiet, które należą do 85 procent „dotkniętych chorobą”, podaje przepis na zniknięcie tyłka (jest to jednocześnie przepis na zniknięcie całej kobiety, ale co zrobić, takie są koszty):

Śniadanie:

1 opakowanie

1 łyżeczka

1 szklanka (przy większym apetycie dopuszcza się butelkę)

Obiad:

1/3 miski

1 paczka (niecała)

Pół siatki

Szczypta

Podwieczorek

1 pucharek

Dwa łyki

Kolacja:

I tu można jeść do woli wszystko, pod warunkiem, że to co jesz, nie rzuca cienia.

Ranna

Nie ma boleśniejszej prawdy niż ta, że po nocy przychodzi dzień

6001_464621726961015_1526563842_n

Rano, gdy wstaniesz, poszukaj ciemnych miejsc. Tam czas może się zatrzymać. W najczarniejszych zakamarkach przystają pędzące dotąd minuty. Poranny pośpiech zastyga, ty zastygasz, zastyga każdy mięsień i każda myśl. Gdy się skulisz w sobie, gdy się w sobie zapadniesz i przestaniesz oddychać – możesz nawet dotknąć wieczności.

Uciekaj od światła. Światło to sztylet w oku. Nie ma boleśniejszej prawdy niż ta, że po nocy przychodzi dzień. Warstwa ozonowa to mit. Promień słoneczny wypala dziurę w tobie, toczy cię promieniowanie alfa-beta-gamma, promienie rentgena, radioaktywny miks wysusza ci mitochondria, laser poranka przecina wiązania wodorowe par zasad komplementarnych każdej twojej komórki. Jest rano – jesteś ranna. Zasztyletowana. Wyjdziesz na słońce – trup. Niechby jeszcze przez minutę, dwie, kwadrans, niechby jeszcze się schowało, a jedyny istniejący ozon, wolne cząsteczki tlenu spokojnie wdychane przez sen – otoczą cię powłoką odporności.

Uciekaj od dźwięków. Budzik, telefon, głos zza ściany, wszystko to boli, drapie, wbija się w skórę igłami decybeli. Każdy ton jest jak młot udarowy, maszyna krusząca cię na miał. Wesoły śpiew sąsiada to Indian love call, piosenka zagłady. Ty jesteś z Marsjaninem, a twój mózg jest na ścianie. Budzi się kolejny dzień. Ile kolejnych dni obudzonych możesz jeszcze znieść? Ile zrywów porannych, brutalnego rozdarcia ciszy wytrzymasz?

Ciemność. Ciemność wszeteczna, smoła nocy, studnia snu. Komórka na szczotki, szuflada pod łóżkiem, czarna woda w wannie. Nie zapalam świateł. Nie wytwarzam dźwięków. Nienawidzę poranków.

W oczekiwaniu na koniec świata

Oko cyklonu

Czarna dziura emocji kosztuje najwięcej, żadna materialna podnieta nie jest w stanie jej wypełnić

422316_2604521108290_1472114101_nAni przejmujące zimno, ani jogurt własnej roboty, ani burbon z Biedronki, ani kolejne centymetry opadającego puchu nie są w stanie zasypać pustki, jaka panuje w moim świecie od kilku dni. Pustka, która wdarła się nad ranem w sobotę  (a sobotnie poranki mają swoje prawa, które bynajmniej nie powinny mieć nic wspólnego z pustką), tak się rozgościła, tak się we mnie rozpanoszyła, że wyparła szpik kostny, grupę krwi zredukowała do zera i wyrugowała czynnik RH. Wymiotła przy okazji z moich żył hemoglobinę, hematokryt, leukocyty i każdy promil tego, co odpowiada w organizmie za jakikolwiek wigor. Snuję się więc już trzy dni blada, żadna, przeźroczysta i nie szukając już nawet sensu życia, trwam.

Nie wiem, co się stało. Nie pojmuję tego. Zważywszy na to, że ostatnio moje życie przypominało stan permanentnej erupcji, podczas której raz po raz wybuchały kolejne niespodzianki. I tak: buch! wyjazd do Warszawy, buch! szkolenie pracowników ministerstwa, buch! hotel „Makowa Panienka”, buch! melanż z Siostrą Młodszą, buch! wyjazd do Torunia, buch! prelekcja na Uniwersytecie, buch! wykład na polibudzie, buch! przystojny brunet, buch! zgrabna blondynka, buch! chińska restauracja, buch! Polski Bus, buch! ruska załoga, buch! policja w autobusie, buch! gdzie moja walizka? buch! schowaj tę wiśniówkę, buch! spotkanie w Gdańsku, buch! kolacja w Sopocie, buch! koncert w Gdyni. Buch! czemu mam wciąż klucze od „Makowej Panienki”?! buch! idę spać. Buch! kurwa mać…

I nagle budzę się, a tu nic!

Budzę się, a tu pustka!

Rozdzierająca cisza, przepastny brak!

Żadnego: „buch”!

Idę coś kupić, jakoś się wypełnić. Zapchać się ciuchem, książką, płytą. Nic. Rzeczy wpadają w pustkę, niczym samobójcy w krater i znikają tam bez echa. Czarna dziura emocji kosztuje najwięcej, kosztuje kosmiczne pieniądze, żadna bowiem materialna podnieta nie jest w stanie jej wypełnić. Karta kredytowa jak szpachelka zdarta od syzyfowej pracy, gładzi wyrwy bez ich wypełniania. Niby jest jakieś spoiwo, niby coś się dzieje, jednak skutku brak. Pustka jak była tak jest. Pustka wieje, duje, wietrzy grudniowym przeciągiem zdumione moje „ja”.

Pracuję jak zombie, jak maszyna. Bez uśmiechu, bez smutku. Czarny golf i sprane dżinsy snują się po świecie bezpańsko, same chodzą beze mnie, bo przecież mnie nie ma, pustka mnie zjadła, pożarła nicość. Nawet mnie diabli nie porwali, jak tego nieszczęsnego Prochora Piotrowicza. Żeby chociaż! Wolałabym. Sam garnitur by siedział w pracy, a ja, nagusieńka, w piekle. Ale bym się bawiła! Tymczasem? Sama nie wiem, gdzie jestem, gdzie moja energia, gdzie mój zapał, gdzie lawa emocji, z których jestem złożona? Wszak, jeśli emocji nie ma, ja też znikam.

Śnił mi się dziś wulkan. Sprawdziłam w senniku internetowym. Szczególne przygody mnie czekają, nie to co do tej pory. Jeśli więc opisane wybuchy są jedynie pomrukami przyszłości, są tylko preludiami prawdziwej erupcji, nie ma sprawy. Moja pustka to cisza przed tornado, to oko cyklonu.

Czekam na jego mrugnięcie.

17.03.2012 Kolory wieczności, czyli: nie ma takiego czyśćca!

Mojej babci przyśnił się taki sen. Siedzi w pokoju modlitewnym (moja babcia ma pokój modlitewny), gdy nagle przychodzi do niej Jezus. Babcia oczywiście nie podnosi głowy znad różańca, ale zupełnie zawstydzona patrzy na Jezusa spod rzęs. No i patrzy, Jezus coś trzyma. Co On trzyma? Chleb. No dobra, podnosi więc głowę. Chleb nie jest cały. Małą część, może jedną dziesiątą ktoś odkroił jak porcję tortu. Reszta nietknięta. Jezus nic nie mówi. Stoi chwilę z tym chlebem, po czym go odkłada na babciny stół, wychodzi.

– I co, i co, babciu?

– Nic, obudziłam się.

– Ale co to miało znaczyć?

– Nie wiesz? Przecież to jasne. Chleb to hostia. Jezus mi powiedział, że za mało w życiu jej przyjęłam. Od tamtej pory przyjmuję codziennie.

I faktycznie, babcia od lat chodzi codziennie na mszę. Koniec świata, jeśli nie może. Kiedyś przyjechała pilnować mojego brata i jakoś tak zeszło, że nie zdążyła na siedemnastą, koniec, mogiła, lament, różaniec do północy.

– Jakie jest niebo, babciu?

– Białe jak pościel.

– A piekło?

– Czarne jak porzeczka.

– A czyściec?

– Szary – odpowiadała z delikatną nutą zniechęcenia.

Babcię generalnie czyściec nie interesuje. Wydaje mi się, że jest zainteresowana wyłącznie niebem. Ma taki zerojedynkowy stosunek do wieczności. Trudno odmówić słuszności. Zawsze byłam pod wrażeniem babci rozumu. I dobroci. I tej finezji, z jaką, gdy byłam jeszcze mała, budziła mnie, śpiewając „Kiedy ranne wstają zorze”. Pokazała mi kiedyś pijawkę w jeziorku, gdy czerpała wiaderkiem wodę do kwiatów. Tak byłam zaaferowana tą pijawką, że po kilku dniach napisałam swoje pierwsze w życiu opowiadanie. O pijawkach. Nauczycielka się pochorowała, w zastępstwie przyszła jakaś młoda siksa praktykantka. Zawołała mnie do tablicy i kazała czytać na głos. Klasa, jak się można domyślać, rżała. Ale i tak dostałam piątkę. Może dlatego, że to była młoda siksa. A może dzięki babci. Zawsze myślałam, że to drugie.

Babcia wyszywała obrusy. I poszewki. Nawlekałam igłę, bo już oczy jej się psuły. Pościel babci była zawsze artystycznie ozdobiona, poszwy miały wycięte na środku romby. Czasem przepadałam w tych rombach, magicznych przestrzeniach między kołdrą a płótnem babcinego nieba. Gdy miałam siedem lat, uszyła mi sukienkę z materiału zwanego kreton. Ubrana w tę sukienkę wyszłam na wiosenne podwórko i zrywałam niezapominajki.

Niezapominajki to są kwiatki z bajki – śpiewała babcia. I jeszcze, gdy płakałam za mamą, która jak zwykle gdzieś znikała (ciotka Zuźka nazywała moją matkę: „wolna stówa”. Do tej pory nie wiem co to znaczy), no więc, gdy płakałam, że chcę do mamy, babcia mnie rozbrajała:

– Ja chcę do mamy, do mamy, do mamy, bo moja mama ma sukienkę z lamy…

No to ja zaraz, z wrodzoną ciekawością:

– A co to jest lama, babciu?

I zapominałam o tęsknocie.

Babcia podobno pisała wiersze. Do dziś je skrzętnie ukrywa w wypachnionej lawendą szufladzie.

***

Ojciec długo milczał, patrząc na ślubne zdjęcie babci i dziadka. (Ostatnio oglądaliśmy razem stare fotografie.) I nagle coś sobie przypomniał, pokręcił głową, chrząknął.

– Pamiętam jak dziadek remontował kuchnię – powiedział. – Cały dzień mieszał, malował, równał. Pomagałem mu przy tym. Gorąco było, sierpień, mieszkanie pod dachem, piekło. Jak już wymalowaliśmy całość, dziadek wałkiem szlaczek jeszcze picował, żeby się babce spodobało. Takie esy floresy w nieco innym kolorze. To był chyba kolor szary. Stonowany, elegancki szary deseń. Na białym tle ściany. Gdy dziadek skończył, pękał z dumy i czekał, gdy babka przyjdzie, zobaczy. Już nawet flaszkę z radości otworzył. Babcia dzień wcześniej nagotowała konfitur z porzeczki. Czarnej.

– A znam, moje ulubione.

– Więc babcia przyszła, złapała za słoik konfitur i rzuciła nim o ścianę. A potem za drugi, trzeci, następny… Właściwie cały nasz mozół zabryzgała.

– Jezu, czemu?!

– Kolor jej się nie spodobał.