Category: Kobieta dość doskonała

Gwieździsta Noc a kwestia zmywarki

Przyjechał spec i jego brzuch. Obaj walnęli mi wykład, że są świetnymi specjalistami, pokręcili się niemrawo, po czym zniknęli. Na zawsze

Wraz z wiosną rozpoczęłam szaleństwo zmian. Pierwsza zmiana to podjęcie próby naprawienia zmywarki. Owszem, mówiło się o niej nieraz, nieraz się też powtarzało, że trzeba zadzwonić do speca, ba! nieraz się do speca próbowało zadzwonić, niejeden numer telefonu się na rogu gazety zapisało.

Bywały przypadki, że w końcu się gdzieś nawet dodzwoniło, nawet się umówiło, ale – jak to bywa na Kaszubach, niczego się nie doczekało.

Spec, choć raz się kiedyś tam pojawił, a trzeba zaznaczyć, że pojawił się od razu w drużynie ze swoim paraliżująco władczym brzuchem, a tacy mężczyźni lubią robić wokół siebie szalony rejwach, więc ów walnął wykład, że jest świetnym specjalistą OD DWUDZIESTU LAT, po czym zniknął. Na zawsze. A w domu zapanowała katatoniczna, tradycyjna metoda zmywania w tak zwanym ręku. I trwała. Trwała. Trwała. Pół roku trwała. 

I nagle: trach! Zmiana. Wstaję rano, biorę komputer, wpisuję „naprawa zmywarek”, wyskakuje mi elegancki numer, ja – uwaga! – nie zapisuję go na żadnej gazecie, tylko (szok!) wystukuję od razu w komórce, tam zgłasza się człowiek skromny i przejęty, po czym na drugi dzień zjawia się SAM, bez brzucha i po cichu bierze się do roboty.

Nie mówię, że mam skończony temat! Bo jeszcze nie mam. Wszystko płynie, panta rhei. Ale sami widzicie, rzucam się w wir tej wiecznie płynącej rzeki. I działam, działam. Wyszukuję telefonu do stolarza. A niech tam! Niech strugają dla mnie domek, schody, poręcze, meble! Niech mi moszczą życie, w którym działa zmywarka.

Dalej. Zapisuję się na rosyjski! Intensywny, nie ma to tamto. Rosyjski zbiega się z ukończeniem książki, nad którą kiwałam się od listopada, a teraz dostałam istnej szajby i piszę w trzy tygodnie. Oczywiście, mam w głowie miazgę, tu Putin, tam feminizm, tu wojna, tam aborcja, tu koniugacja, tam protest. Ale lecę! Pruję wiosenne powietrze nieustanną ekstazą! Kominek! Chcę kominek! Co tam! Dzwonię do speca, rób kominek! Jezu, pół roku stuporu, niemożliwości znalezienia gazety, na której jest numer do kogoś, kogokolwiek, a teraz łubu du!

To ja jeszcze sufit pomaluję.

Warsztaty! Poprowadzę warsztaty! Będę uczyć ludzi pisać! Będę z rosyjskiego zasuwać na wykłady, będę z wykładów pędzić do OBI, będę z OBI lecieć do IKEI, do Zieleni, do redakcji, na wieczór autorski, Warszawa, Kraków, Szczecin. 

Nie mam czasu, muszę biec. Muszę schudnąć! Jem tylko zupy! Kopię w ogródku!  Jeżdżę rowerem! Kupuję maskę do nurkowania i piankę! Morze się samo nie opłynie! Ziemia się sama nie okrąży!

Kiedy byłam w sanatorium, koleżanka z grupy PSYCHO namalowała mi obraz. Kopię obrazu Van Gogha, pt. „Gwieździste niebo”. Powiesiłam w pokoju. I gdy na niego patrzę, zastanawiam się, czy inni ludzie też potrzebują maniakalnej fazy, by naprawić zmywarkę?

Miasto bez kobiet

Pamiętajcie dziewczyny. Nie kupujcie facetom sukienek z frędzlami. Nie będą nosić. Jak facetowi się nie podoba, to nie założy. Tacy są faceci

00070mWchodzę do sklepu odzieżowego w małym kaszubskim miasteczku. Wchodzę do butiku, rozglądam się, przy wieszakach jakaś młoda dziewczyna zachwyca się sukienką z frędzlami.

– Ja tak lubię te frędzle, tak mi się to podoba, tylko mojemu się nie podoba.

– A.

– Nie podoba mu się, mówi: nie mogę na to patrzeć! – wyjaśnia ekspedientce dziewczyna i dalej kwili. A może lepiej go przyprowadzi, może go przekona? Sprzedawczyni skwapliwie popiera pomysł, dziewczyna się zbiera do wyjścia, ale jakby z góry wiedziała, że to nic nie da, jeszcze wraca dotknąć kiecki.

– Tak mi się podoba, tak bym chciała…

– No ale co zrobić – melancholijnie wzdycha sprzedawczyni.

– No właśnie. Już mu nieraz mówiłam, ale on jest uparty.

– No mój też nie lubi tych frędzli. Też chciałam wziąć, ale nie mogę.

– Tacy są faceci.

Pamiętajcie dziewczyny. Tacy są faceci. Faceci nie lubią frędzli. Może same frędzle lubią – jak widać na poglądowym zdjęciu – ale sukienek z frędzlami już nie. Nie kupujcie  więc sukienek z frędzlami, nie będą nosić! Jak facetowi się nie podoba, to nie założy. Nie może nawet patrzeć! Mąż ekspedientki też nie może. Całe szczęście, że nie wzięła, bo przecież już chciała wziąć.

Czy co? Czy to może ona ma zakładać tę kieckę? Skądże! Bo jak ona by miała ją zakładać, to wszystko byłoby super, bo jej się podoba i to bardzo. Nie byłoby problemu. A przecież jest i to duży.

Zapamiętuję tę lekcję, w życiu mężczyźnie nie kupię kiecki z frędzlami. Dobrze jest czasem wyjść do ludzi, czegoś się nauczyć. Idę więc dalej po zakupy, tym razem na obiad, sklep z wędliną prosto ze wsi. Staję w kolejce, kolejka poważna, w kolejce same kobiety. Patrzę na asortyment i widzę kiełbasę kaszubską za piętnaście złotych. Cena wydaje mi się niska, zaczepiam więc klientkę i pytam, czy kiełbasa jest dobra.

– Dobra ta kaszubska?

– Mężowi smakuje!

W pierwszym momencie jestem oszołomiona, bo tyle informacji na raz po jednym pytaniu nikt się nie spodziewa! Człowiek pyta, czy kiełbasa dobra, a tu łup, że ona ma męża, łup! – że mąż lubi kiełbasę, łup! – siedzi z kiełbasą na kanapie i zajada ze smakiem. Łup! Łup! Łup! Zaraz, zaraz, ale ja nie pytałam o męża żadnego, nic mnie żaden mąż nie obchodzi, ja nawet nie chcę wiedzieć, nie chcę go widzieć z tą kiełbasą (i piwem?) na kanapie, nie chcę wizualizować sobie, czy ma brzuch, do którego tę kiełbasę wciska, czy mu smakuje, czy się oblizuje, czy nie ma gazów, czy żonę po następne pęta wysyła.

Ale już wiem, a czego się człowiek dowiedział, tego się już nie oddowie. Jest facet, jest kiełbasa, żony rzecz jasna, nie ma. Nie ma ani jej, ani żadnych innych kobiet, bo przecież gdyby były, to by czuły smak, to by nosiły, co lubią, to by oddychały własnym powietrzem. Jakby były, to by żyły swoim życiem, nie składały by się z dopasowań, przypodobań, usłużności i stania w kolejkach po mięso dla mężów. Jak by były, to by mogły kupić facetowi kiełbasę, ale na pytanie, czy dobra – odpowiedziałyby własną opinią. Bo przecież by wiedziały, czy dobra. Tamta nie wie.

Nie mówicie mi, że jest wegetarianką, bo nie jest! Nie jest, bo kupiła całą torbę mięsiwa, nie wierzę, że ten brzuchaty facet sam tak daje czadu.  Musiałby być wagonem mężów, a przecież ona mówi o jednym.

– Mężowi smakuje!

Mężowi smakuje i to jest proszę państwa ten ton, którym się człowiek powołuje na największe autorytety. I ona łup, z grubej rury tym mężem mi odpala. No pewnie, że dobra, mężowi smakuje! A skoro mężowi smakuje, to musi smakować i jej, choć ona tego nie wie, ona wiedzieć tego nie może, a nawet gdyby wiedziała, to nie będzie się tak tu ze sobą wyrywać, bo kogo interesuje, że ona coś tam, skoro jej nie ma…?

Warszawa. Próba mikrofonu.

Kiedyś miałam spotkanie autorskie, przyszły dwie osoby. Miałam mówić przez mikrofon i choć miałam lekkie poczucie absurdu, trzymałam się dzielnie. Nawet zaczęłam się w pewnym momencie pocieszać, że w niektórych okolicznościach dwie osoby to poważny tłum..

kubrynska

Gdańsk, spotkanie autorskie, Kobieta dość doskonała. Nie, na tym spotkaniu było więcej ludzi, ale jak widać, nic mi nie przeszło… (fot. Maciej Jawornicki)

Czemu człowiek nie umie się cieszyć tym, co ma? Od pierwszych chwil, od wschodu słońca szuka powodu, dla którego nie może się rozsznurować, nie może się uśmiechnąć i nie martwić. Włazi na Facebook i sprawdza, kto ma lepiej. Żeby się od rana wkurwić.

Ja się bardzo staram, żeby w chwili gdy „Kobieta dość doskonała” ma dodruk, jest w TOP Empiku, recenzje są bardzo dobre i codziennie dostaję pełne wzruszeń listy od Czytelniczek – wchodzić na FB i sprawdzać, ile osób przyjdzie na spotkanie autorskie z Małgorzatą Halber, a ile na moje. A potem w rozdzierającej frustracji wchodzić pod wannę.

Kilka lat temu miałam spotkanie, na które przyszły dwie osoby. Zgodnie z ustaleniami organizacyjnymi, mówiłam przez mikrofon. I choć miałam lekkie poczucie absurdu, trzymałam się jednak niezwykle dzielnie. Nawet zaczęłam się w pewnym momencie pocieszać, że w niektórych okolicznościach dwie osoby to poważny tłum. Może nie? Kiedy idziecie do lekarza i stoją przed wami w kolejce? Albo biegniecie na pociąg, a przy jedynym czynnym okienku w kasie biletowej liczą bilon? To co? Mało ich?

Wtedy jedna z tych dwóch osób wyszła.

Jutro – 5 listopada w Empiku Arkadia o godzinie 18.00 czekam na Czytelniczki i Czytelników z Warszawy. Spotkanie ze mną będzie prowadziła Paulina Reiter, redaktorka naczelna Wysokich Obcasów. Nie wiem, jak Paulina, ale ja bym bardzo chciała mieć powód do pogadania przez swój mikrofon. Kiedy byłam dzieckiem, śpiewałam do szczotki do włosów, ale bardzo słabo nagłaśniała. Teraz bym sobie odbiła.

Poza tym, w Arkadii są sklepy z ciuchami, żelki i soki wyciskane. Każda kobieta z dzieckiem będzie mile widziana, a każdy ochroniarz przypierdalający się o karmienie piersią w miejscu publicznym: martwy. Także – wpadajcie, będzie fajnie!

PS. Małgorzata Halber też być może będzie.

Sztuka makijażu

Ile osób przyjdzie na spotkanie z YUTUBERKĄ? Tysiąc pięćset. Siedemset niezdecydowanych. Na spotkanie ze mną zdecydowało się… 38.

sztuka1

Zbieram w znoju tych Czytelników, zapraszam na spotkanie autorskie i ściągam mozolnie z Facebooka gości, gdy nagle moja nastoletnia córka pyta, kiedy to? Już się cieszę, że chociaż dziecko przyjdzie, zawsze to jakiś tłumek, zawsze to jakaś przyszłość, może koleżanki przyciągnie, może się w klasie pochwali, tak sobie naiwnie myślę. Tymczasem ona, że wiesz, sorry, ja nie o tym, ściśle ona o tym, że jest taka – uwaga! – JUTUBERKA, która w tym samym dniu ma spotkanie ze swoimi czytelnikami, tylko że w innym Empiku. I tu właśnie o nią chodzi.

– Czy ta JUTUBERKA napisała książkę?!

– Tak.

– Jaką?

–  „Sztuka makijażu”.

– Hm. A ile ludzi przyjdzie do niej?

– Nie wiem, zobacz na Facebooku.

Patrzę. Tysiąc pięćset. Siedemset niezdecydowanych.

Obecność na moim spotkaniu zadeklarowało 38 osób. Dwanaście jest niezdecydowanych.

Kopanie grobu. Wiwisekcja psychiki. Depresyjne przepaści. Nieprzespane noce. Włosy wyrwane. Ściśnięty żołądek. Rodzinne dramaty. Opus magnum. Pot i łzy.

Sztuka makijażu.

—————————————————————————————————-

Jeśli jednak ktoś, miast zgłębiać kunszt pacykowania się, zdecyduje się jednak na spotkanie ze mną, serdecznie zapraszam 29 października 2015 r. do Empiku w Galerii Bałtyckiej na godzinę 18.00. Będę przynudzać okrutnie o takich dyrdymałach, jak życie kobiet w Polce, wychowanie, spełnianie oczekiwań, poczucie wartości i zaklęty krąg męczeństwa. Bąknę coś o mojej najnowszej książce, pod tytułem, wybaczcie: „Kobieta dość doskonała”. Ale obiecuję, wezmę pędzelki!

Kobieta sukcesu (fragment Kobiety dość doskonałej)

Po jaką cholerę były mi te wszystkie piątki? I gdzie jest moja odznaka „wzorowy uczeń”? Byłam stałym elementem wystroju tablicy w szkolnym holu. Ja i mój wiersz. Nie pamiętam, co to było. Pewnie jakiś pompatyczny bzdet o ojczyźnie. Dziś bym napisała coś bardziej trywialnego. Dziś bym napisała o ZUS-ie i kontroli skarbowej…

zalamana_podatki_tsp640

Wynajęłam nieogrzewany barak przy auto handlu i dopadły mnie gęste jak smoła wątpliwości, po jaką cholerę były mi te wszystkie piątki, broń Boże nie: cztery plus. I gdzie jest moja odznaka „wzorowy uczeń” – to też mi przyszło na myśl. I jeszcze to, że byłam stałym elementem wystroju tablicy w szkolnym holu. Ja i mój wiersz. Nie pamiętam, co to było. Pewnie jakiś pompatyczny bzdet o ojczyźnie. Dziś bym napisała coś bardziej trywialnego. Dziś bym napisała o ZUS-ie i kontroli skarbowej.

Ale cóż. Nie czas i miejsce na literackie rozterki. Czas i miejsce jest na przetrwanie.

Trwam więc.

Siedzę w baraku opatulona trzema puchówkami, cała się trzęsę i dzielnie obdzwaniam trójmiejskie firmy, intonując na wszelkie sposoby głos, zadaję nieśmiertelne pytanie: „Czy nie powinni państwo w swojej firmie okleić czegoś folią samoprzylepną” Bo właśnie uruchomiliśmy (my, znaczy: ja) studio reklamy, dysponujemy najnowocześniejszym sprzętem (farelka, kalkulator), zapewniamy profesjonalną obsługę (mnie), najdogodniejsze terminy (w najbliższej przyszłości) oraz konkurencyjne ceny (co łaska)?.

Przez telefon nikt nie widzi, że siedzę w baraku i się trzęsę, więc lans. Mija tydzień, strach zwany ZUS-em chucha mi lodowatym oddechem w kark. Mam już zamarznięty szpik kostny. Warczę desperacko te swoje propozycje przez telefon i czekam na przelew. To drugie, jak się później okaże, będzie mi towarzyszyło do końca dni mojego studia reklamy. A więc dzwonię, powtarzam sobie, że w końcu coś się wydarzy, gdy nagle faktycznie coś się wydarza i w jednej chwili zmienia mnie i moje życie. Do baraku wchodzi on.

Diabli wiedzą skąd, z nieba nagle spadł, anioł, szatan, w długim płaszczu, rozchełstany, przystojny, cholera, bogaty. Patrzę, pod oknem beemka. Zielona. W środku, zaplątany o lusterko, jeszcze się kołysze od niedawnej jazdy – święty Krzysztof.

– Studio reklamy?

Ludzie kochani, mój znój, trud codzienny, walka zamarzniętych stawów skostniałych palców na klawiaturze oblodzonego telefonu, wreszcie moja wiara, że kiedyś wreszcie ciepły podmuch nadziei przywieje pierwszego, pełnego miłości klienta, nie poszły na marne.

Z czym do mnie przychodzi? On nie chce byle tabliczki, szyldu, naklejki. On, uwaga, chce okleić całego tira, do którego wsadzi akwarium z rekinem! Co tam jedno akwarium, co tam jeden tir! Tego będzie więcej, cały kompleks akwariów, tirów, rekinów! (…)

– Zimno – zauważa. I zaraz dodaje, że to już koniec mojego ubóstwa, wkrótce sobie biuro otworzę w Zieleniaku, w Proremie, gdzie zechcę, w szklanym domu, w samiusieńkim środku gdańskiej starówki, na dole, na górze, na dachu.

– Mój Boże, ale ma pani szczęście!

Jezu, ale mam szczęście!

(…) Zamawiam na kredyt (pięć tysięcy netto) trzydzieści metrów wydruków na folii ze zdjęć czterysta euro sztuka i jadę na stocznię, do hangaru, gdzie stoi ta przyczepa wspaniała i przez tydzień kleję dwanaście metrów długości z jednej i dwanaście z drugiej, dwa i pół wysoką plus owiewki plus te osłony na koła rybami wyklejam. Żeby pęcherzy nie było, takie duże płachty wydruków kładę na wodę. Pryskam litrami, ręce drętwieją, woda zamarza?

Ach, gdzie te moje ryby pojechały? Na jakim tournée w świecie dalekim tak przepadło moje oceanarium, że nigdy nie wróciło? Ach, gdzie pierwszy klient studia reklamy? Już nigdy, żadna instytucja ani sąd, ani komornik, nikt nie odnajdzie inicjatora głębinowych projekcji w przyczepie tira, prezesa chrześcijańskiej fundacji, człowieka, który, przyjmując fakturę przelewową, wraz z rybami zamilkł na zawsze.

Nie zamilkł, niestety, urząd skarbowy, który od nigdy nieopłaconej faktury zażądał podatku VAT. I jeszcze jednego. Nazywa się dochodowy. Od słowa: DOCHÓD.

————————————————————————-

Tu kupisz książkę „Kobieta dość doskonała” (kliknij w okładkę):

StLS03OTk4NDUtS29iaWV0YURvxZvEh0Rvc2tvbmHFgmFfb2vFgmFka2EuanBn

W niedzielę (18 października) w Radio Gdańsk, o godzinie 22-ej będę mówić o swojej książce, o tym jak być dość doskonałą kobietą w Polsce i o wielu trudnych sprawach. Polecam.

Zdjęcie na Facebooku (Kobiety dość doskonałej)

To zdjęcie przedstawia nie tylko mnie. Obok siedzi prześliczna dziewczyna. Ta dziewczyna jest nieznośnie piękna i mądra, tak piękna i tak mądra, że mnie na tym kadrze po prostu deklasuje. Nie, ona mnie nie deklasuje – ta chuda suka mnie w tym kadrze MORDUJE

Ktoś zrobił mi zdjęcie podczas imprezy firmowej i wrzucił na Facebook. W dodatku mnie oznaczył. Wyglądam na tym zdjęciu jak stara, gruba ciotka. Nie mogę na siebie patrzeć. Nie mogę patrzeć, a patrzę. Wpatruję się w monitor jak zahipnotyzowana, jakbym zobaczyła pająka, struktury wywołujące fobię, smoka z siedmioma miliardami par oczu, wampira Nosferatu.

To zdjęcie przedstawia nie tylko mnie. Obok siedzi prześliczna młoda dziewczyna, która wygląda jak świeżość wszystkich poranków świata. Ta dziewczyna jest nieznośnie piękna i mądra, tak piękna i tak mądra, że mnie na tym kadrze po prostu deklasuje. Nie, ona mnie nie deklasuje – „deklasuje” to eufemizm. Bo prawda jest taka, że ona, ta chuda suka, mnie w tym kadrze ściśle: MORDUJE. Ona mnie morduje, zjada na śniadanie w ten swój piękny poranek, połyka jak kawałek prosiaka z chlewika mojego dziadka. Ona mnie, bezimienną świnię, pożera, po zbyt tłustym posiłku wzdycha, ociera swoje piękne usta finezyjną chusteczką skropioną paryskim zapachem. A obok ja. Gruby baleron, pękata torba rozlana na krześle. Na dwóch krzesłach, bo na jednym się już nie mieszczę. Mam nabrzmiałą twarz, czerwoną, spoconą, włosy w nieładzie, rozjeżdżający się żakiet. Ten żakiet nie może ukryć otłuszczonych wałków, wylewających się piersi, ukradkiem wypitych trzech piw, wypalonych siedmiu papierosów, niewyspanej nocy, niewykorzystanego karnetu na siłownię, nieodłączonej wściekłości na samą siebie, na rozdygotaną niepewność, na szare włosy, na drugi podbródek i wory pod oczami.

Fotografia jest właśnie jak to bezlitosne lustro. To obnażająca, straszliwa dziedzina, którą ludzkość wymyśliła tylko po to, żeby siebie unieszczęśliwić. Taki fotograf jest jak niedyskretny ginekolog. (…) O ile resztki przyzwoitości się w nim telepią, łaskawie choć przez edytor przepuści, zanim zmęczone i pomarszczone truchło rzuci tłumowi na pożarcie. Niestety, ten fotograf nie zrobił nic, żeby mnie upiększyć. Nie odchudził. Nie wysmuklił. Nie wygładził. Zwis sflaczałej skóry i smutek z opadniętej twarzy wydobył. Podgardle jak u zwierza pokazał. Gębę szeroką obwieścił. Nos krzywy odtajnił. Na dobitkę tę chudą blerwę umieścił obok. I, kurwa, wrzucił to wszystko na Facebook.

(…) Boże, czemu jestem taka beznadziejna, czemu taka byle jaka? Co będzie, jak zobaczą to zdjęcie? Jak się dowiedzą? Jeszcze nie widzą, jeszcze mogę udawać, że jestem ładna, jeszcze się kreuję, jeszcze się miotam, jeszcze mam w CV dwa fakultety, jeszcze piszę felietony dla gazety, jeszcze zbieram lajki. Ale zaraz, za chwilę, cała ludzkość zobaczy to zdjęcie na Facebooku i będzie jasne. Wszystko wyjdzie na jaw. Okaże się, że tak naprawdę jestem gruba i brzydka, głupia, beznadziejna i nie umiem pisać.

(…) Może jednak usunę ten znacznik? Może jeszcze nie cały świat się dowiedział? Ale nie, nie mogę. Jeśli to usunę, to zwrócę uwagę, to zaczną sobie wysyłać, zaczną się nabijać, robić memy. Już to widzę. Ze skrzynki na skrzynkę, cała firma ma ubaw: patrzcie jaka ta Kaśka jest brzydka? Widzieliście? Matko święta, jaki potwór, a myśleliśmy że całkiem ładna z niej laska. Wydawało się nam! Bo ona tak udawała i teraz jeszcze dalej udaje, a co gorsza, ona wszystkich nabiera, że coś niby umie, że mówi po angielsku, że po niemiecku i jeszcze po rosyjsku, a prawda jest taka, że nie zna żadnego języka, nawet dobrze polskiego nie zna, po prostu nie umie nic. No i brzydka jest.

Nie mogę usunąć znacznika ze zdjęcia. Nie mogę zrobić nic, siedzę jak sparaliżowana, bez czucia, bez ruchu, bez nadziei. (…) I okropnie, beznadziejnie boję się prawdy, a prawda jest taka, że jestem gruba i brzydka i nie umiem pisać. W tej chwili, zaraz, za moment cały świat się dowie o tym, już mi nie odpisują z redakcji na maile. Ha, ciekawe czemu? Na pewno dlatego, że się dowiedzieli, odrzucili mój tekst, to jasne, przejrzeli na oczy, każdy by przejrzał, jakby zobaczył tę fotę na fejsie.

(fragment książki „Kobieta dość doskonała”)

——————————————————————————————

Kiedy pisałam tę książkę, myślałam, że gdy już ona będzie, kiedy się narodzi, nic już do niej nie będę miała. Nie będę miała wpływu na to, jak będzie czytana, jak będzie rozumiana i jak jej się w życiu ułoży. No i proszę. Jutro premiera w księgarniach , a ta cholera już jest w pierwszej dziesiątce najlepiej sprzedających się książek na stronie Empiku. Przed skandynawskimi kryminałami, zaraz po tegorocznej laureatce NIKE…

Dlatego nic tu po mnie, jedyne co mogę zrobić, to życzyć Wam wrażeń. A kto chce te wrażenia przeżyć, niech kliknie w okładkę:

StLS03OTk4NDUtS29iaWV0YURvxZvEh0Rvc2tvbmHFgmFfb2vFgmFka2EuanBn

Recenzje:

„To jest dla wszystkich kobiet, które żyją ściśnięte własnym życiem. To jest szczere, złością pisane życie zwyczajnej Kasi, która bardzo chce być fajna i dosyć szybko orientuje się, że inne są prawa dla niej, a inne dla chłopców.
Kubryńska niczego nie udaje, nie stara się wymyślać losów i tła, tylko daje głos setkom, tysiącom kobiet. Przygody Kasi to przygody bez przygód, to właśnie ta szara szmata, w której żyją kobiety. Nie ma tu akcji z XIX wieku, kryminału i reportażu. Jest treść od której po prostu robi się lepiej. Że ktoś też tak ma.”

Małgorzata Halber

„Dziękuję ci za tę książkę, Sylwia. Dajesz w niej piękny, ironiczny upust naszym zbiorowym, stłumionym kobiecym frustracjom. Napisałaś dla nas katharsis. Sprawiasz, że absurd i humor sytuacji samoograniczających się kobiet stają się widoczne. A to, co widać, da się zmienić. Tym razem już po swojemu. Nareszcie!”

Zuza Ziomecka

„Często narzekamy na brak polskich odkryć. I oto jest. Największe polskie odkrycie tego roku: Sylwia Kubryńska.”

Paulina Reiter
redaktorka naczelna „Wysokich Obcasów”