Morderstwo doskonałe

czyli gdzie jest pies pogrzebany?

horror001Bierzemy zwłoki i po cichu, żeby nikt nie zauważył, wrzucamy je do budy…

Skończmy już z tym zabijaniem! I tak zderzyłam się z falą protestów. Obrońcy Praw Zwierząt chcą mnie aresztować. Obrońcy życia chcą mnie zabić. Mam pisać dalej? Boję się, że zginę. Ale dobra, napiszę. Bo historia jest warta śmierci. Rzadko tak uważam, tym razem wiem na pewno. Wolę zginąć, niż nie opisać tego, co się przytrafiło pewnego weekendu, tydzień przed końcem świata.

A więc jest sobota. Sobota ma to do siebie, że następuje po piątku. A piątek ma to do siebie, że nie wiadomo co było. Sobota jest zatem wypadkową: nie wiadomo co było i nie wiadomo co będzie. Stoję więc nad ranem w sobotę pod drzwiami, bez kluczy, szukam panicznie telefonu i zastanawiam się jak mam na imię.

Klucze – przepadły. Telefon – nie istnieje. Jedyne, co istnieje na tym świecie tego dnia to przyjaciółka sąsiadka, ta jedna jedyna, która nie złożyła jeszcze skargi na zbyt głośną zabawę pod moim adresem. I jeśli chcę żyć, powinnam jak najszybciej udać się właśnie do niej. Daleko nie mam. Może przeżyję.

Przychodzę do Ewki, a u niej na wycieraczce siedzi labrador. Duży i silny Pies Pańci, ten sam, co upodobał sobie dmuchawce i w rytmie melancholijnym kolebie się przez życie, patrząc mętnie na niepojęty gnający obok świat. I, czy z braku dmuchawców, czy z racji niezgłębionej przez nikogo tajemnicy, spokojny do tej pory jak kamień Pies Pańci najwyraźniej przekroczył Rubikon wieku średniego.

Zgadzam się, jeśli kryzys środka życia to czerwone Mitsubishi Lancer. Ok., jeśli to żółte Lamborghini. Nie ruszają mnie białe macintoshe. Wszystko rozumiem, ale szaleństwo Psa Pańci przyprawiło mnie o (nie tak trudne do uzyskania w moim stanie) torsje. Otóż Pies Pańci postanowił zostać mordercą. I Pies Pańci faktycznie zamordował. I teraz Pies Pańci siedzi na wycieraczce Ewki z ofiarą w pysku.

– Ewka, otwieraj! Pies Pańci zagryzł psa sąsiadki! Nieszczepiony na bank! Nieubezpieczony! Ewka, otwieraj! Ewka! Ewka…!

Ewka wychodzi z gęsimi piórami we włosach  i patrzy nierozumnie. Przytomność jednak przychodzi szybko, Ewka zaczyna nagle wrzeszczeć, więc rzucam się na nią, zatykam usta i pokazuję wymownie na czoło. Po chwili już zupełnie opanowane wciągamy do garażu mordercę z trupem i pilnie ustalamy plan. Najpierw telefon do Pańci. Jak słusznie przypuszczamy, Pańcia również wpada w histerię. Chwilę potem, ku naszemu zaskoczeniu, przytomnie postanawia ukryć zwłoki i udawać, że nic się nie stało.

– Bez sensu – zauważa Ewka. – Zaczną się alerty, poszukiwania, listy gończe. Rozkleją po osiedlu zdjęcia, apele. Dzieci będą płakać, niekończąca się historia. Mam lepszy pomysł.

I tu Ewka przechodzi inny Rubikon. Ewka posiada pewną zdolność. Jest to chyba najbardziej pożądana zdolność w dziejach ludzkości. Zdolność do obmyślenia perfekcyjnego planu. Planu, jakiego nie rozgryźli najwięksi detektywi wszech czasów. Mordercy światowej sławy przy tym leżą i płaczą. Tak, moi Państwo, Ewka przekracza Rubikon MORDERSTWA DOSKONAŁEGO.

– Bierzemy zwłoki i po cichu, żeby sąsiadka nie zauważyła, wrzucamy je do budy. Sąsiadka jutro znajduje zdechłego psa, robi mu pogrzeb i po sprawie.

Patrzymy z Pańcią na Ewkę przepełnione podziwem i nie mówimy ani słowa. Chwilę później truchtamy z martwym psem ku jego, niedawno jeszcze ciepłemu, legowisku. Ręką zgrabiałą ze strachu dotykam klamki od furtki sąsiadki, furtka groźnie zgrzyta.

– Cii! Nie obudź psa! – szeptem krzyczy Pańcia, ale chwilę zaraz się uspokaja, bo pies jak zabity – faktycznie milczy.

Sąsiadka jak zaklęta, też milczy, choć najwyraźniej żyje. W domu siedzi przed telewizorem, jej głowę w niebieskiej poświacie zanurzoną – wszystkie gorączkowo obserwujemy. Serca nam dudnią, tętnice kruszeją. Migrena moja wraz z psem sąsiadki czeźnie. Niech mi ktoś powie, że w obliczu śmierci ma migrenę! Ja nie mam. Jest trup, nie ma sprawy. Plan doskonały Ewki wypełniamy z szacunkiem i pietyzmem. I tylko zmarmurowiałymi ze strachu wargami:

– Ja pier…ę, ja pier…ę, ja pie… ę – szepczemy.

Jest buda! Sztywne truchło siłą trzech współ-morderczyń wciskamy, ocieramy czoła od lodowatego potu i mkniemy do furtki, furtkę: „zgrzyyyt”, zamykamy i teraz zgodnym, równym galopem – do sklepu po wódkę.

Dwie godziny i cztery wściekłe – nomen omen – psy później siedzimy wesoło przy kominku, i gładząc Psa Pańci, bawimy się historią, raz po raz przerywając debatę śmiechem.

Gdy nagle do drzwi rozlega się pukanie.

Pukanie początkowo słabe, jednak coraz odważniejsze, przeradza się wreszcie w łomot. Zastygamy w  poczuciu nieczystego sumienia. I nagle przypominam sobie o wszystkich tych znajomych, z którymi się umówiłam na sobotnie „nie wiadomo, co będzie”. To na pewno któryś z nich! – wołam. Ale to nikt z nich.

To SĄSIADKA.

Stoi w drzwiach i patrzy stalowym wzrokiem, wyraźnie czymś poruszona. Głuchy jęk przechodzi przez przedpokój, Pańcia chowa się za kominek.

Ewka chrząka, wstaje z podłogi, podnosi głowę i stalowemu spojrzeniu stawia czoło. Wszak ona plan wymyśliła! Niech się tłumaczy! Niech mówi, co za pomysł?! Kto psa zabił? Dlaczego? Jak? Gdzie narzędzie zbrodni!? Czemu jeszcze żyje?! Czemu bestia wściekła po okolicy biega?! I kto za to wszystko zapłaci?! A w ogóle, co za żarty z pogrzebu, ze śmierci jaja, co za picie wódki?!

Ewka milczy, sąsiadka milczy, wzrokiem się krzyżują, mierzą i wreszcie ta druga ożywa:

– Widziała pani może kogoś, że się kręcił? Koło domu gdzieś, mojego? Przy budzie? Psa?

– Nie!

Krótkie, żołnierskie, piękne. Sąsiadka z miejsca mięknie, żołnierskiemu duchowi Ewki ulega, głowę zwiesza i słabym głosem mówi:

– Jacy ludzie, wie pani, jacy ludzie są… Pies mi zdechł wczoraj, zakopałam za działką, a dziś ktoś psa odkopał i do budy mi wrzucił…

———————————————————————————–

Publikacja wznowiona, tekst ze zmianami opublikowany był także w miesięczniku  Magazyn Be

Panie doktorze tnij pan, bo się spieszę

Wystroiłam się w sukieneczkę, buciki, wsiadłam w samochód i przy dźwiękach wesołego radia pomknęłam na stół operacyjny

?????????

Tak jak mi kazałeś, Panie Boże, poszłam się przebadać, a właściwie poszłam od razu pod nóż. Nóż chirurgiczny, który ostatnio gościł w moim ciele, gdy miałam dwanaście lat i zapadłam na zapalenie wyrostka robaczkowego. Po tamtej operacji ustaliłam ze sobą, że tego typu przygody w żadnym wypadku mnie nie interesują. Do dziś udawało mi się więc noża unikać jak ognia. Ale Słowo Boże się rzekło, musiałam poddać się oględzinom i wyszło jak wyszło. A wyszło dość tragicznie, bo mój organizm najwyraźniej podzielał moją awersję do noża i w żaden sposób nie chciał dziś pogodzić się z jego ingerencją w zamknięty dotąd obieg. Noże sprawiają, że to co powinno być w środku, nagle znajduje się na zewnątrz. Zdecydowanie kojarzy mi się to z wywróceniem do góry nogami porządku świata.

Oczywiście ja o tym zapomniałam na śmierć (a przynajmniej stan jej bliski) i rano wysztafirowałam się wiosennie w sukieneczkę, buciki, a jakże, dodatki te i śme, bransoletkę, kolczyki, makijaż, fiu, fiu, wzięłam kluczyki, wsiadłam w Punto i przy dźwiękach wesołego radia pomknęłam beztrosko na stół operacyjny. Nie muszę chyba mówić, że w międzyczasie zdążyłam się umówić na kilka spotkań służbowych za maksymalnie dwie godziny, bo przecież ile może trwać jakaś durna operacja? Jedyne, co mnie martwiło to ewentualne czekanie pod drzwiami na zabieg, wszak życie i media pokazują światu jak to z tym czekaniem bywa. To mnie naprawdę niepokoiło, to spędzało z moich ust wesołą melodię, to mogło zagrozić moim spotkaniom służbowym za maksymalnie dwie godziny, to w końcu było największym moim zmartwieniem tego dnia, gdy jechałam pod nóż.

„Durna operacja”, ku mojej wielkiej radości rozpoczęła się punktualnie o wpół do dziewiątej rano, zatem nawet ciut wcześniej niż była planowana. Ogromnie mnie to ucieszyło, wielki mi to dało rezon i gdy się gramoliłam na stół operacyjny oznajmiłam stanowczo: panie doktorze, szybko, bo się spieszę, tyle do zrobienia, więc bardzo proszę, szast prast!

Od tego momentu opowieść będzie tylko mniej wesoła, od tego momentu wszystko faktycznie wywróci się do góry nogami, bo choć lekarz faktycznie stanął na wysokości zadania i dzieląc mój zapał do nieprzyhamowanego nawet na sekundę pędu życia, bez zbędnego ociągania się wykonał kilka zdecydowanych cięć, mój pęd życia rozpoczął hamowanie.

Pierwsze znieczulenie w ogóle nie zadziałało, trzeba było dowalić końską dawkę. Od tych kłuć straciłam nieco ochotę do rozmowy, choć ciągle jeszcze się spieszyłam. Dlatego, mimo ostrzeżeń i łagodnych perswazji lekarza, zerwałam się po zabiegu jak oparzona, ubrałam się (nie pamiętam, czy zachowałam dress code z rana, żywię pewne obawy), pożegnałam przemiły choć pewnie nieco zdumiony personel, po czym wystrzeliłam do windy, z windy na parter do rejestracji  (po co tracić czas na zapis w celu zdjęcia szwów?), po czym elegancko, w tej swojej kiecuni, w tych kolczykach i bransoletach, w fiołkach i fidrygałkach – poleciałam jak kometa przez całą długość korytarza, ściśle zza pulpitu rejestracji ku majaczącej leżance, która właśnie w tej chwili zdała mi się światłem w tunelu mrocznej  tajemnicy mojego organizmu tak przedziwnie nieodpornego na cięcia nożem i podwójną dawkę znieczulenia.

Lecąc swój kosmiczny lot komety obserwowałam też inne loty, w tym lot mojej indiańskiej torebki z frędzlami oraz rozczłonkowany lot jaskrawo odstających od okoliczności utensyliów:

–  karty członkowskiej klubu fitness,

– okularów przeciwsłonecznych,

– gumowych rękawków (nienapompowanych!),

– nie mogę napisać, czego jeszcze.

Lecąc swój kosmiczny lot komety myślałam też mętnie, żeby oprócz skarbów z torebki nie stracić też głowy, nie była jednak to myśl nazbyt precyzyjna, nie była to w żadnym wypadku myśl konsekwentna, nie miała ta myśl zbyt wiele wspólnego z moją wolą, która równoległym lotem znalazła się poza wszelkim zasięgiem.

Gdy kwadrans później leżałam półprzytomna na kozetce, zwołany personel lekarski przez długą chwilę zastanawiał się, skąd ja się tam wzięłam i czemu półżywa? Zanim pewna starsza pielęgniarka rozkodowała mój bełkot: „Jestm pzajegu… jesm po zbiegu… jestem po zabiegu…” – padały różne podejrzenia. A to, że wyfiokowana przyszłam na pobranie krwi, do którego nie doszło, bo zemdlałam ze strachu (chi, chi, chi!); a to, że lekkomyślna nie zjadłam śniadania, zanim tu odwiozłam chorego z rodziny (mama? tata? dziadek?); a to, że wreszcie, rozkojarzona nimfa blond, zabłądziłam w takie miejsce i nerwy mi siadły.

Przeżyłam. Przeżyłam, choć uratowana na stole operacyjnym, o mały włos nie roztrzaskałam sobie głowy poza nim. Całe szczęście wokół znajdowało się kilka przytomnych osób, które na onkologii znajdowały się z powodów nieco innych niż mój powód, bo z powodów naprawdę poważnych. Rzecz w tym, że gdy ludzi dotyka choroba, a mówię tu o prawdziwej chorobie, takiej chorobie, co sama jej nazwa wywołuje lodowaty lęk, takiej chorobie, co jest dotykiem zła, kąsaniem bestii, wampirycznym pasożytem – ludzie ci mają w sobie więcej przytomności, dobra, uśmiechu i serdeczności niż cała zdrowa ludzkość na tej planecie.

Właśnie takich ludzi spotkałam w Wojewódzkim Centrum Onkologii w Gdańsku. Tacy właśnie ludzie, łapiąc mnie w locie śmierci, uratowali mnie od pędu życia.

———————————————————————————

PS. Wołoską, co zabrała mnie ze szpitala oraz koleżanki i kolegów z mojej pracy uściskam osobiście, gdy tylko wstanę na nogi. Oni wiedzą, za co.

Kobieto, ożeń się!

A wkrótce będziesz zachodzić w głowę, co znów zrobiłaś nie tak 

bride-in-mirror

Jeśli masz ciągły żal, że facet cię nie rozumie, a kiedy się wściekasz, płaczesz, rzucasz talerzami po ścianach, on nic, tylko patrzy jak cielę i zachodzi w głowę, czemu jesteś zła na niego o:

1. chrzan na półce, kapcie w przedpokoju, wiatr, poranek, zmierzch, artykuł w gazecie, mrukliwe: „uhm”, niezadane pytanie, zbyt cichą odpowiedź, brak odpowiedzi jakiejkolwiek, ból głowy, nerwy w strzępach i ciśnienie słabe…

2.  nieczytanie w myślach, nieopiekowanie się wystarczająco skwapliwe, zbyt małą liczbę esemesów, esemesów za dużo, za krótką rozmowę, rozmowę za długą, brak telefonu, telefon nie w porę, telefon zdawkowy, przez telefon ziewnięcie, lakoniczny mail, post zbyt szczegółowy, w treści ukrytą złośliwość…

3. egoizm…

4.  niezaplanowanie rocznicy w przyszłym roku, niewyjechanie na wakacje rok temu, w odpowiedzi na zarzut ignorujące spojrzenie, spojrzenie zimne, spojrzenie zbyt roszczeniowe, spojrzenie obojętne, spojrzeń za dużo, spojrzenia brak…

5. czubek jego własnego nosa…

6. za mały zachwyt nad tobą w bluzce zielonej, komplement o bluzce zielonej bez komplementu o żółtej, komplement o bluzce zielonej starej jak łajza – nieszczery, wyświechtany komplement o bluzce zielonej starej jak łajza zamiast bluzki nowej, komplementu w ogóle brak…

7.  inne, podstępne, niepożądane istnienia, którymi on chce się zająć, z którymi on chce się spotkać, które mają czelność, być może, okazać się ważniejsze od ciebie…

8.  zbyt letnie wyznanie miłości, pytanie, zagadnienie wszech czasów, odwieczny dylemat każdego związku zawarty w słowach: „o co ci chodzi?”, na które przecież jedyna słuszna odpowiedź brzmi: „O NIC!”…

9. brak domyślności o co w „O NIC” chodzić może…

… ożeń się!

Ożeń się. Ona ma tak samo jak ty. Ona jest jak twoje lustro. Dzięki niej wkrótce też będziesz zachodzić w głowę, czemu ona rzucając talerzami po ścianach, ma żal do ciebie o:

1. chrzan na półce, kapcie w przedpokoju, wiatr, poranek, zmierzch, artykuł w gazecie, mrukliwe: „uhm”, niezadane pytanie, zbyt cichą odpowiedź, brak odpowiedzi jakiejkolwiek, ból głowy, nerwy w strzępach i ciśnienie słabe…

2.  nieczytanie w myślach, nieopiekowanie się wystarczająco skwapliwe, zbyt małą liczbę esemesów, esemesów za dużo, za krótką rozmowę, rozmowę za długą, brak telefonu, telefon nie w porę, telefon zdawkowy, przez telefon ziewnięcie, lakoniczny mail, post zbyt szczegółowy, w treści podobno ukrytą złośliwość…

3. egoizm…

4.  niezaplanowanie rocznicy w przyszłym roku, niewyjechanie na wakacje rok temu, w odpowiedzi na zarzut ignorujące spojrzenie, spojrzenie zimne, spojrzenie zbyt roszczeniowe, spojrzenie obojętne, spojrzeń za dużo, spojrzenia brak…

5. czubek twojego własnego nosa…

6. za mały zachwyt nad nią w bluzce zielonej, komplement o bluzce zielonej bez komplementu o żółtej, komplement o bluzce zielonej starej jak łajza – rzekomo nieszczery, wyświechtany komplement o bluzce zielonej starej jak łajza zamiast bluzki nowej, komplementu w ogóle brak…

7.  inne, podstępne, niepożądane istnienia, którymi ty zamierzasz się zająć, z którymi chcesz się spotykać, które mają czelność być ważniejsze od niej…

8.  niewrzące wyznanie miłości, pytanie, zagadnienie wszech czasów, odwieczny dylemat każdego związku zawarty w słowach: „o co ci chodzi?”, na które według niej słuszna odpowiedź brzmi: „O NIC!”…

9. na brak domyślności o co w „O NIC” może chodzić.

Wtedy porzucisz wszelką filozofię, wyrzekniesz się darcia włosa na czworo, pamięć sprzed roku wykasujesz, planów na zbyt daleką przyszłość zaniechasz, mail długi i krótki zaakceptujesz, esemes po prostu przeczytasz,  na spojrzenie – odpowiesz, chrzan na półkę postawisz, kapcie wsuniesz, przed wiatrem okno zamkniesz, tabletkę na ból głowy łykniesz, a za komplement podziękujesz.

Zredukujesz swój mózg do prostych połączeń, do jeno lewej i prawej półkuli mózgowej. Z lewą i prawą półkulą, bez żadnych między nimi labiryntów zapragniesz kontynuować dalszy a prosty żywot. Jak facet. Z tą duszy lekkością, że facetem, dzięki Bogu, nie jesteś. I nie musisz się żenić.

Jaki wynik? Każdy wygrał

Ja może nie jestem na plusie, ale przynajmniej nie jestem na minusie. Wygrałam? 

Polska to jest taki kraj, którego nikt nie pokona. Jakby okiem nie sięgnąć, jakby historii nie przekopać – Victoria. Wojna? Sama chwała. Że o Powstaniu Warszawskim nie wspomnę. Tak im kota pogoniliśmy, że tylko się chełpić.

Każdy mecz – wygrany. Co by się nie działo, ile byśmy bramek nie wpuścili, duma. I zawsze ten sam komentarz: należy się cieszyć ze zwycięstwa. Moralnego, jakiegoś tam. Ale zawsze zwycięstwa. Bo było blisko. Bo lepiej niż ostatnio. Bo się zapowiadało nieźle. Bo jak na dziewięćdziesiąt minut, to jednak trochę pobiegali. Bo słupek. Bo o mały włos.

Tak było z wczorajszym referendum w Warszawie. Siedzę, patrzę w telewizor, myślę, co mnie to do cholery obchodzi, ale jednak, sami rozumiecie, co nie wypowiedź to zabawa. Bo jaki jest efekt tego głosowania? Wszyscy wygrali! Pokazali, że można! Dali radę! Zwolennicy odwołania prezydent? Wygrali. Przeciwnicy? Wygrali! Wygrał PiS i wygrała PO. Pani prezydent? No, wygrała. Ale ona to jeszcze małe miki. Piotr Guział – ten to dopiero wygrał!

Siedzę, słucham, pojmuję! Ej, zaraz zaraz. Skoro unieważnione referendum to zwycięstwo jego inicjatorów, to moi drodzy, umówimy się co do jednej sprawy. Ja może nie jestem na plusie, ale przynajmniej nie jestem na minusie. Mnie te dwa procent w plecy nie dotyczą. No to chyba jeszcze bardziej wygrałam, niż ci, co stracili? Choć trzeba przyznać, że oni też wygrali.

Powiem więcej, moi drodzy. Wszyscy wygraliśmy. Wołoska, Tebebe, Baronowa! Sztala, chłopie! Bracie! Dobra nasza! Warszawa, Gdańsk, Poznań, Białystok i Szczecin! Jesteśmy zwycięzcami! Ja pierdzielę, nareszcie! Albo może: znowu? Tak czy owak, nikt nam nie podskoczy. Panie premierze! Panie prezesie! Dawajcie następne referenda! Będziemy głosować do ostatniej kropli krwi. I do ostatniej kropli nie będziemy w ogóle na nie chodzić. Ja w ogóle uważam, że powinniśmy się zajmować wyłącznie głosowaniem. Wyborami. Przyspieszonymi, jakimikolwiek. Co by z nich nie wynikło, jaki by nie był procent w tę czy we w tę, będziemy się budzić z tym słodkim smakiem zwycięstwa, będziemy czytać o kolejnych triumfach, będziemy codziennie słuchać fanfar. I nikt nas nigdy nie pokona. Zwłaszcza my sami.

#NBnŚ

Rzucam niepalenie

Nie od razu, nie od dziś. Od Nowego Roku

Nie to, że koniec września, czy choćby koniec lata. Nie, że noworoczne postanowienia. Że coś ze sobą trzeba zrobić. Ważne, że wszyscy wokół to robią, wyznaniem o tym się dzielą, tą przysięgą obdarowują. Rozpina się wszechobecna obietnica jak olbrzymia markiza nad Internetem. Nad Facebookiem, nad fejsbuniem kochanym. Tak się happy friendly zrobiło, tak się wszem i wobec zalajkowało, tak się to wszystko ostatnio skleiło lubością, że nic – tylko wreszcie rzucić palenie. Bo o tym tu mowa. Tak moi drodzy, chodzi o to, żeby wyleczyć się z odruchu sięgania po ten cudowny gadżet, ten wypełniacz pustki, ten nieodłączny, nieodparty towarzysz poważnych rozmów, dyskusji o sensie życia, polemik i zmagań charakterów. Po ten jesienny, przystankowy, ach! literacki symbol samotności. Po ten ognik piekielny, tę żagiew ciemnych myśli, ten przedmiot pożądania i wątpliwości:

papieros.

Wszyscy wokół rzucają palenie. Wspaniale. Gratuluję. Też bym chciała. Też bym to zrobiła. Tylko że… ja nie palę. A skoro nie palę, to co mam rzucić? O czym napisać? Że co? Że niby: nie palę? Że nie palę od dawna? Że od pięciu lat? Od dziesięciu? Nie pamiętam od ilu? Że w ogóle nigdy się nie wciągnęłam? Że owszem, może i czasem mi się zdarzy od wielkiego dzwonu, ale właściwie mam to gdzieś? Że papierosy mogą dla mnie nie istnieć? No i co z tego? Kogo to obchodzi? Kogo to zajmuje? Na czyj lajk można w ogóle w tej sytuacji liczyć? Czyjego wsparcia wymagać? Wybaczcie.

Dlatego właśnie postanawiam to zmienić. Nie tak od razu, nie dziś, nie jutro. Bez przesady. Zmiany trzeba wprowadzać spokojnie. Do zmian się trzeba przyzwyczajać. I tak ja postanawiam palić od Nowego Roku. Od pierwszego stycznia 2014. Chrzanię sylwestrowy kac, otwieram oczy i wyciągam fajkę. Nie ma zmiłuj. Palę. Co tam palę. Jaram! Dymię! Kopcę!

Będę palić dużo. Intensywnie. Teatralnie wręcz. Ludzie, jak ja będę palić! Nie sporadycznie, nie od czasu do czasu. Nie przypadkowo. Nie częstowane. Własne będę palić! Swoje. Już dziś zaczynam kupować. Już dziś zaczynam puszczać fortunę na swój perspektywiczny nałóg. Już dziś składam wszystkie zdobyte chyłkiem papierosy (bo będę też wydębiać) na noworoczną kupkę.

Już dziś mi się biodra kołyszą w rytm wdechów substancji smolistych.

O Boże, jak ja będę palić! Będę snuć się z papierosem po korytarzach waszych zgłodniałych nikotyny myśli. Dymem pamięci będę wybudzać was, niepalących, ze świeżych niezabliźnionych jeszcze ran abstynencji. Będę was drażnić i kusić, będę się z wami droczyć. Będę się zaciągać, będę pomału i z sadystycznym rozmysłem puszczać dymne kółeczka! W kieszeniach płaszcza będę nosić resztki tabaki i zapalniczki. Kiepy wzbogacą podeszwy moich butów. Osmalone drzewce niedopałków obrosną mój dom. Będę mroczna i dumna. Dekadencka. Poetycka. Tajemnicza. Wsobna.

Będę śmierdzieć, będę żółknąć. Będę kaszleć i rzęzić. Będę się gwałtownie starzeć. Będę mieć codziennie migrenę. Co tam migrenę, astmę! Albo lepiej: raka. Raka krtani. Ust. Języka. Do diabła, będę mieć raka wszystkiego. Płuca mi się zasmolą, zasklepią, zapadną. Żaden pieprzony tlen nie wniknie w ani jedną czerwoną krwinkę mojego zatrutego obiegu. Żadna niezadymiona knajpa mnie nie zachęci do spędzenia tam jednej świeżej minuty. I żaden niepalący facet już mnie nigdy nie pocałuje.

A wtedy, najspokojniej w świecie i z czystym sumieniem będę mogła zająć się zakrojoną na szeroką skalę akcją rzucania palenia.

Pomożecie?

Gość w dom, Bóg wie po co

Wielki, uginający się pod wódką i bigosem stół powinien być naszym godłem zamiast tego cholernego konfliktogennego orła

Czas urlopów to czas goszczenia się, odwiedzin, najazdów, przedłużających się w nieskończoność weekendów i (Boże, uchroń!) grillowania. Ze wszystkich wspomnianych form relaksu najbardziej nienawidzę tej ostatniej, nie ma bowiem w historii mojego życia ani jednego kawałka karkówki, który po wielogodzinnym dopiekaniu na ruszcie z surowego mięsa nie przeistoczyłby się w zwęgloną podeszwę. Jasne, zaraz się odezwie jakiś kulinarny mądrala ze swoimi receptami na życie. Jednak proszę zrozumieć, nie wierzę w żadne cuda, a hasła typu: peklowanie i marynata tkwią nietknięte w ciemnej czeluści nigdy niezwiedzonej przeze mnie części Wikipedii.  Inna sprawa, grillowanie angażuje pół dzielnicy, swąd spalenizny kazi środowisko, a jednostki z plastikowymi talerzami w jednej ręce i ciepłym browarem w drugiej snują się po ogrodzie i mordują towarzystwo opowieściami na temat ostatniej wycieczki z dzieciakami do Sharm El Sheikh. Zgroza.

Ale do rzeczy. Tekst ma być o gościach, bo tego tałatajstwa w czasie urlopowym mamy najwięcej. O gościach już wprawdzie pisałam nieraz, co mi za moment ktoś wytknie, ale nie ma rady – temat rzeka. Po każdych wakacjach przybywa mi wątków i typów wszelkiej maści przybyszów. I tak, oprócz tych wszystkich, których gdzieś już kiedyś wymieniłam, na usta w pierwszej kolejności ciśnie mi się gość należący do grupy RODZINA.

Z rodziną każdy wie, jak się wychodzi i jest to ten słynny interes opiewany sloganem o Zabłockim i mydle z perspektywą wspólnej fotografii w finale. Jednak nie mamy tu do czynienia z żadną ekonomią, tu nie chodzi o racjonalność, tu wszak chodzi o wakacje. Nikt nie liczy hektolitrów zużytej wody i potłuczonych przez rozbrykane pociechy kuzyna, kryształów.

W zależności od temperamentu pobratymców, mamy do czynienia z gośćmi biernymi i czynnymi. Oba rodzaje są straszne. Goście bierni zajmują kanapę, włączają Kryszaka i wypełniają rechotem cały dom na wiele bolesnych dni. Jeśli jednak nie mają poczucia humoru – ziewają leniwie i w pomrukach nudy przerzucają w nieskończoność kanały. Ostatnio pojawiła się też grupa biernych gości nowoczesnych, którzy nie oglądają telewizji, tylko przyklejają się do swojego smatfona i śledzą przebieg wydarzeń na Facebooku. Zdawać by się mogło, że to wszystko da się przeżyć. Niestety, jest ciężko.  Goście zalegają jak hipopotamy, jedzą, tyją, pęcznieją, zawadzają, a czas z nimi spędzony snuje się bez postępu i przybiera cechy wieczności.

Druga grupa, kto wie, czy nie gorsza, to goście czynni. Są to z pozoru sympatyczne istoty, które od progu zakasują rękawy i rzucają się w wir pomagania gospodarzowi. I tak – nie bacząc na zmywarkę – tłuką talerze myjąc je w ręku i w ciągu dwóch godzin zalewają szambo. Przestawiają meble, by „wreszcie porządnie odkurzyć” i rysują przy okazji dębowy parkiet. Zatykają filtr w pralce, piorąc chodniki z gumowym podbiciem. „Uszczęśliwiają” na każdym kroku. Pamiętam te słynne wakacje, gdy moja babcia, goszcząc drugi dzień, wyszła na ryneczek i w przypływie troski kupiła mi w prezencie czterdzieści pięć kilo truskawek. Musiałam odwołać wszystkie imprezy na najbliższe cztery dni (urlop trwał dni pięć), a w zamian zajęłam się:

  1. Transportem truskawek
  2. Odrywaniem od nich szypułek
  3. Zasypywaniem ich cukrem
  4. Wyciskaniem z nich soków
  5. Gotowaniem z nich kompotów
  6. Smażeniem z nich konfitur
  7. Pakowaniem ich do słoików.

A wszystko po to, by je rozdać po okolicy, bo przecież mam uczulenie na truskawki.

Sama nie wiem też, co gorsze – gość obojętny, czy gość wnikliwy. Abstrahując bowiem od rodzinnych konotacji, stwierdzamy przecież gości do rodziny podobnych. Jest zatem:

  1. Gość Lampa. Gość ów, stojący w kącie, odmawiający jedzenia i picia, niby nie wadzi. Nie stroi min, niczego nie komentuje,  pytań nie zadaje. A jednak JEST. I szarpie sumienie. Nie daje o sobie zapomnieć. Stoi jak lampa i tym swoim jestestwem po oczach świeci. I ani go usadzić, ani z nim pogadać. Ani się z nim napić, ani go wyrzucić (o tym będzie później). Ani pożartować ( z żartów się nie śmieje!), ani się posmucić. Pytacie, czego chce? On nic nie chce. On zaraz wychodzi. Ale nie wychodzi! Dla Gościa Lampy czas nie istnieje. Nie istnieje też wymiar. Żadnych fizycznych wartości on nie uznaje. Stoi i tyle. A wy się martwcie.
  2. Gość Laparoskop. Jaka jest różnica miedzy Gościem Lampą a Gościem Laparoskopem? Każdy zna ten typ, który wchodzi do domu, zagląda w każdy kąt i w każdy kąt wtrąca swoje pięć groszy. Po trzech sekundach wie już jaki masz rozstaw mieszkania, gdzie stoi toster i jakiej marki jest twój wibrator. Ty proponujesz pół litra, a on śrubuje cię pytaniami: ile watów zużywa ta pralka? kafle kładliście na cekol? kiedy odkurzałaś pod łóżkiem…? Chyba jednak wolę Lampę.
  3. Gość Generał. Tak, spośród tych straszliwych skrajności wyłania się gość, który natychmiast po zdobyciu twierdzy (waszego domu), przystępuje do manewrów. I tak organizuje wam czas od pierwszej minuty wizyty po wyjazd. Nieważne jakie macie plany, on ma lepsze. On żąda, by zobaczyć oddalony o sto dwadzieścia kilometrów zamek, do którego walą tłumy z całego świata, jest więc potworna kolejka, a bilet (ulgowy) kosztuje siedemdziesiąt pięć złotych. Pomijając, że zamek widzieliście już dwadzieścia pięć razy, a obecnie dwie kondygnacje są w remoncie – trzeba jechać.
  4. Gość Pasjonat. Jest to gość, który pojawia się w waszym domu z całym ekwipunkiem sportowym i ekipą znajomych z Facebooka, którzy również pojawiają z ekwipunkiem sportowym. Macie więc zawalony dom rowerami/deskami do surfingu (uroki mieszkania nad morzem)/ latawcami do kitesurfingu/wędkami/kaskami motocyklowymi/aparatami fotograficznymi/kamerami podwodnymi/zestawami do nurkowania i diabli wiedzą czym jeszcze. Pasjonaci zwykle taszczą ze sobą namioty, ale tylko po to, by rezygnować z poszukiwania pola namiotowego, wszak mają was. Warto dodać, że z racji sportowego trybu życia gość wraz z towarzystwem są wiecznie głodni i pałaszują wszystko, co się w domu rusza. Pozostałości po energetycznych batonikach znajdujecie w okolicach gwiazdkowych porządków w zagłębieniach sofy.
  5. Gość Impreza. Gość Impreza po trzech minutach od powitania puszcza Gary go Home Boney M, formuje pląsającego węża i tańczy z sąsiadami wokół domu. Po kwadransie ściąga wam na głowę straż miejską, która niestety, również dołącza do węża, radośnie paląc przy tym blanty. Co gorsza, wy sami tańczycie na własnym, kupionym za ciułane siedem lat pieniądze kryształowym stole, względnie bujacie się na żyrandolu à la Ludwik XVI, a szkło z rozbitej zastawy doprowadza was do spazmatycznego śmiechu. Tydzień później siedzicie na kozetce u psychoterapeuty.
  6. Gość Wiekuisty. Niby wszystko ok., niby było fajnie, waza niestłuczona, reputacja pod kontrolą, ale… kiedy on wyjedzie?! Od pierwszego dnia po wieczność jest to wielką tajemnicą, której zgłębić nie sposób, Gość Wiekuisty bowiem strzeże jej gorliwie i żadnym, najmniejszym znakiem nie zdradza. Mijają dni, mijają tygodnie, ale żadne chrząknięcia, żadne aluzje – no nic nie jest w stanie wydobyć z niego tej potężnej prawdy. Gość Wiekuisty zdaje się być od zawsze i, co gorsza, na zawsze.

A teraz najważniejsze. Nie można Gościa Wiekuistego wyrzucić. Żadnego gościa, moi kochani, nie wolno wyrzucić, choćby się nam wspinał po firankach. Wiem, co mówię. Wyrzucanie gości odbija się konsekwencjami gorszymi niż przebycie choroby Heinego Medina.

Ja osobiście kocham mieć gości. I kocham się gościć. Kocham wszystkie tych gości grzechy i kocham grzeszyć w gościach. Kocham te nasze polskie biesiady i za żadne skarby nie chciałabym mieszkać, przykładowo w Niemczech, gdzie gościa się podejmuje paluszkami z solą, wymownie patrząc na zegarek. Broń Boże! Wielki, uginający się pod wódką i bigosem stół powinien być naszym godłem zamiast tej kości niezgody, tego cholernego konfliktogennego orła. Wszak tu się kończą (i zaczynają) wszystkie waśnie! Wszak tu się rozgrywa historia! Wszak tu następują zmiany i tu właśnie podejmowane są decyzje! Nic nie zastąpi wspólnego śpiewania przy zero siedem. Nic nie zastąpi niekończących się niespodziewanych wizyt. Nic nie zastąpi przedłużających się w nieskończoność wpadnięć na chwilę po szklaneczkę cukru. Dlatego właśnie gość w dom – w naszej kulturze – to Bóg w dom. Choć, jak wszystko w naszej kulturze – Bóg wie, po co.

SONY DSC

Cointreau wersja

Nie mogę w kółko umierać

Pływam w wannie i słyszę, jak obcy ludzie chodzą po mieszkaniu, widzę jak chwytają za noże, jak szarpią za klamkę łazienki, jak chcą mnie zabić 

05Patrzcie, patrzcie jak fajnie jest być blogerką. Siedzę w robocie, a tu przychodzi paczka. Paczkę otwieram, tam Luksemburg chata szkło.

Cointreau.

Plus dwie limonki. I życzenia noworoczne, całkiem do rzeczy. No to, myślę, koniec moich problemów. Już nie będę musiała kupować alkoholu w Biedronce. Już nie muszę kombinować na Jim Beana. Czasy Leżajska się skończyły. Nie interesuje mnie Calsberg w promocji. Mam to za sobą. Teraz zamierzam spijać śmietankę z literackiego piwa, które nawarzyłam. Tak, kochani. Rozpoczęły się złote czasy rozpieszczania blogerów.

Jadę do Siostry Młodszej. Nie z pustymi rękami, o nie. Nie z czteropakiem z Lidla. Jadę, kochana, z luksusowym trunkiem 40 procent. Mów co chcesz. Jesteśmy kobietami z klasą. Nie pijemy byle czego. Mamy drinki z parasolkami z bibuły. Skalny lód w oszronionym szkle. I Cointreau.

Po małym drineczku, dla fasonu, przy malowaniu paznokci i siostrzanej paplaninie sobie lejemy i raczymy się elegancko, wymieniając smakowe wrażenia i planując wieczorną eskapadę. Godzinę później podłoga do tej pory nieruchoma, dziwnie się pod stopami obsuwa, faluje, od podłoża się odrywa, wędruje za okno, robi pętle, wraca i rzuca mną o kanapę.

– Nigdzie nie idę.

Siostra Młodsza ma podobną fazę, jednak nieco bardziej energetyczną, ciągnie mnie bowiem za nogę i woła, że nie godzi się spać o szesnastej, w dodatku po jednym drinku. Inna rzecz, że musimy iść na imprezę, ludzie czekają. I siłą mnie spod kołdry wyciąga. A jest silniejsza. Trafiamy więc (cudem) na melanż, ale bardzo przepraszam, nic nie pamiętam.

Następny kadr. Jestem w taksówce. Jezu, co ja robię w taksówce?! Wszyscy powszechnie wiemy, że taksówkarz jest mordercą. Boję się taksówkarzy! Kiedyś miałam stalkera taksówkarza, chciał mi odrąbać palec u nogi! Czemu Siostra Młodsza wsadziła mnie do samochodu z mordercą?! Za co?

Sparaliżowana strachem, próbuję wygrzebać telefon z kieszeni, by dzwonić do Siostry po wyjaśnienia, by dzwonić właściwie z alarmem, z ewentualnym pożegnaniem, no, sama nie wiem. Sił jednak na wygrzebanie telefonu z kieszeni nie mam, kapituluję więc i czekam na śmierć. I tylko chwilami mam jeszcze jakieś przebłyski nadziei, wtedy z jakąś beznadziejną rezygnacją, zdrętwiałymi od strachu ustami, szepczę:

– Błagam, niech mnie pan nie zabija.

Facet zerka przez ramię, zagadkowo milczy i sprawa jest wciąż niejasna. Nie wiem, jak to się skończy, nie wiem, co na to najbliżsi, nie wiem, jaki sposób morderstwa taksówkarz raczy wybrać, nie wiem wreszcie, jak strasznie będzie to bolesna śmierć.

W końcu taksówka zatrzymuje się pod domem, kierowca żąda jakiejś kwoty, z wielką wdzięcznością mu płacę i wytaczam się z auta. Wciąż nie wierząc własnemu szczęściu pełznę do domu, chwilę później pływam w wannie i z łazienki słyszę, jak obcy ludzie chodzą po mieszkaniu, widzę jak chwytają za noże, jak szarpią za klamkę łazienki, jak chcą mnie zabić. Dość! To koniec! Nie mogę w kółko umierać! Zbieram więc resztki odwagi, wychodzę z tej wanny i postanawiam rozprawić się z przeszłością. Muszę zadzwonić do Siostry Młodszej, powiedzieć jej, że ocalałam. Muszę podzielić się z nią radością, bo przeżyłam ten wieczór, przeżyłam dzień, w którym wypiłam jednego drinka z Cointreau.

Radość mi sił dodaje, więc tym razem udaje mi się wygrzebać komórkę z płaszcza i już, już dzwonię do Siostry Młodszej, gdy nagle miga mi koperta, wiadomość, SMS od kolegi:

„Endży, jutro, dżłendży, 12, Zapitki, dżłendży, Zakąski?”

Jezu, co to znaczy? Jezu, o co chodzi? Dlaczego? Jakie zakąski? Jakie zapitki? Nic nie mam! Nie wiem! Ratunku! Patrzę na wyświetlacz, czytam w tę i z powrotem, pomału układa mi się sens SMS-a, znikają chińskie znaki, znikają „endży dżłendży”, zostaje sens, a sensem jest pytanie, czy ja jutro o 12-ej mam czas, żeby się spotkać pod knajpą o wiadomej nazwie.

Rozumiem! Co za radość! Ale, dobra, muszę coś odpowiedzieć. Co mam odpowiedzieć? Znów problem. Nie mam pojęcia, jakie słowo tu pasuje? Jakie słowo oznacza, że mam czas jutro o dwunastej? Mózg mi się gotuje, warczy, wreszcie po długim kwadransie generuje pełne znoju, choć kategoryczne:

– TAK.

Wysyłam SMS. Ale zaraz panika. Czy napisałam poprawnie? Czy nie zrobiłam błędu? Sprawdzam, literuję. I logika przychodzi na ratunek, wszak wysyłam SMS-y używając słownika T9, nie ma głupich. Nie mogłam zrobić błędu, słownik mnie poprawiał. Dobrze jest, idę spać.

Pół godziny później budzi mnie komórka, Siostra Młodsza. Pyta mnie, czy żyję? Stekiem przekleństw odpowiadam, niech da spokój, wszak napisałam SMS-a, że TAK!

Mam dwa pytania:

  1. Co było w tej butelce?
  2. Czy będę dostawać takie trunki, gdy Najlepszy Blog na Świecie wygra Blog Roku 2012? Odpowiedź jest po Waszej stronie, drodzy Państwo. Żeby zagłosować, trzeba wysłać SMS o treści:

E00538

na numer:

7122.

I mam prośbę. Nie róbcie tego po Cointreau.