Chcemy wolnego wyboru! Ale nie całkiem…

Kurwa mać! Kobiety! Zdecydujmy, o co nam chodzi, czy ktoś ma rozporządzać naszym ciałem i czy chcemy, aby każdy Polak miał prawo osądzać nasze wybory! Nie stawajmy w rzędzie z tymi, którzy uzurpują sobie prawo do osądzania, do rozgrzeszania i potępiania, ważąc argumenty, jak bardzo jesteśmy WINNE. Bo zawsze będziemy!

????????????????????????????????????
fot. Marek Ryćko/Gdańsk

Polska jest krajem wybranym. To tu narodził się Bóg, stąd pochodzi jego Matka i Jan Paweł II. Ludzie urodzeni w Polsce są więc pomazańcami bożymi, dlatego każdy co żyw rwie się do roboty nad potępianiem, albo rozgrzeszaniem innych. Roboty mamy huk. Od świtu do nocy każdy Polak dźwiga obowiązek przeprowadzenia osobistego Sądu Ostatecznego nad tysiącem dusz. Mało tego. Bo żeby tylko sam sąd! Żeby tylko proces. To by się raz dwa potępiło jak leci i cześć. Można jeszcze się p trochę oburzać wieczorem, że jak tak można i pójść spokojnie spać. Ale obowiązek osądzania piętrzy obowiązek kolejny i to obowiązek kluczowy! Należy swój wyrok ogłosić światu! Niech wie! To ważne! Czy ktoś postąpił słusznie, czy źle, czy jest święty, czy podły, czy zasłużył na łaskę, czy na powolne męczarnie, czy jego dzieci mają być dumne, czy czeznąć ze wstydu w szkolnych ławkach? Cały kraj drży od tych wieści, świat ich wyczekuje! Bo przecież każdego OSOBIŚCIE obchodzi czyjś grzech. GRZECH! Rzecz z pierwszych stron gazet, brukowy młyn, siła prawicy, Kościoła i rządu. Siła każdego Polaka, każdej Polki, którzy od otwarcia powiek pędzą rozgrzeszać, albo NIE. Raczej NIE. Chyba że to ktoś kościelny, to tak. Proboszczowy na luzie TAK. Pedofilia? No trudno. Zresztą to pewnie dzieciaka wina. Dr. Chazanowi? Luz. 500 skrobanek? Nie czepiajcie się. Przecież ŻAŁUJE. Jak ktoś żałuje, to jednak Polak daje mu szansę. Gorzej, jak nie żałuje. Nie żałujesz? Kurwa, szmata, giń. Nie żałujesz Natalio? My cię urządzimy. Tak cię urządzimy za tego DZIDZIUSIA, co jeszcze nawet mózgu nie miał i nic nie czuł i wyglądał jak krewetka, bo nawet jeszcze nie jak żelek Haribo, tak cię urządzimy, że twoje narodzone dzieci, co już mają mózg i czują wszystko, będą miały piekło na tej Ziemi. My. Polacy. Polki. Pomazańcy Boży.

Kobiety. Strażniczki patriarchatu, kościelnego porządku. Wyszły na ulicę, żeby walczyć o wybór. Każdy chce mieć wybór, zwłaszcza gdy jest prawie Bogiem. Ale prawie Bóg ma przecież obowiązek potępić kogoś, kto wyboru dokonał. Musi wypunktować niegodziwość powodów, które do WOLNEGO wyboru kogoś skłoniły.

Zapytałam wczoraj kobiety, co by zrobiły, gdyby obecna ustawa antyaborcyjna jednak została zaostrzona? Usłyszałam potężny sprzeciw i ryk syren. Tylko że obecna ustawa to fikcja. Nie ma możliwości przeprowadzenia legalnej aborcji w Polsce. W szpitalach stanął mur pod tytułem „klauzula sumienia”. Kobieta w ciąży bez względu na powód może pożegnać się z własnym prawem. Tak jest i to od dawna. Czarny Protest został wykpiony, a my dałyśmy się wkręcić. Bo walcząc o wycofanie projektu radykalizacji ustawy, pokazałyśmy, że wierzymy w tę fikcję. To bujda na resorach, drogie panie. Martwe prawo, z którego śmieje się cała prawica widząc, jak się dziś miotamy, nie wiedząc do końca, o co nam chodzi. Bo o co nam właściwie chodzi? O wolność? Solidarność? – Nie o taki wybór walczyłyśmy! – wołają członkinie Czarnego Protestu, nawiązując do wyznania Natalii Przybysz. A o jaki? Jaki jest wolny wybór, gdy nie jest wolnym wyborem?

Wczoraj dość dużo energii i czasu na Czarnym Proteście w Gdańsku zostało poświęcone kwestii logo Solidarności, komu wolno, komu nie wolno go używać. No i że jest źle. Tak ogólnie, bo kobiety mają gorzej. Że nie ma edukacji seksualnej. I znów że logo.

Kurwa mać! Kobiety! Obudźmy się, bo nic z tego nie będzie! Zdecydujmy, o co nam chodzi, czy ktoś ma rozporządzać naszym ciałem i czy chcemy, aby każdy Polak miał prawo osądzać nasze wybory! Przestańmy pieprzyć, że nie takie argumenty, nie o to chodzi, nie o mieszkanie, nie o półki, nie o  tamto, nie o sramto! Nie stawajmy w rzędzie z tymi, którzy uzurpują sobie prawo do osądzania nas, do rozgrzeszania i potępiania, ważąc argumenty, jak bardzo jesteśmy WINNE. Bo zawsze będziemy!

Chcemy wolnego wyboru? Jesteśmy solidarne? Walczymy o siebie? Wybór (jeszcze) należy do nas.

Pieśń o wkurwie polskim

Zapanowała atmosfera odwetu. Rozliczeń. Jawampokażyzmu. Trzeba zabrać tym, co mieli lepiej. Ale nie po to, żeby dać tym, co mieli gorzej. Nie. Żeby wszystkim było tak samo źle

img_9435-kolor-2Ludzie dzielą się na dwie grupy. Na tych, co chcą mieć lepiej oraz na tych, którzy chcą by inni mieli gorzej. Z racji ograniczonych możliwości wpływu na życie innych idzie to dość opornie, wszyscy więc są wiecznie wkurwieni. A im bardziej wkurwieni jesteśmy, tym bardziej w tym wkurwieniu jesteśmy zapalczywi. Aktywni złością. Dynamiczni frustracją.

Jak się okazuje, argument, że inni będą mieli co najmniej tak źle jak my, mobilizuje koncertowo . Na wkurwie można góry przenosić. Dlatego właśnie co jakiś czas wybory wygrywa jakiś ciężki frustrat, który lansuje stary, wyświechtany, a jednak niezawodny slogan, pt: wszystkim równo, tobie gówno i tobie gówno. Zwróćcie uwagę na retorykę tłumów popierających władzę. Nie ma tam mowy o tym, że nastaną czasy dobrobytu. Nic z tych rzeczy! Nikogo żaden dobrobyt nie interesuje. W ogóle nikogo nie interesuje, żeby było fajnie i wesoło. Ma być ponuro i na serio. Tylko że dla wszystkich tak samo ponuro. Zapanowała atmosfera odwetu. Rozliczeń. Jawampokażyzmu. Karierę robią narastająca w swym wyrazie groźba na przemian z hańbą. Rzucane w ferworze wściekłości słowa przypominają nieco język sztubacki, napisy w toalecie wydrapane w złości, gdy nikt nie patrzy.

Ale teraz patrzy. Wszyscy patrzą. I oto, drodzy Państwo, nadszedł czas sądu ostatecznego. Trzeba zabrać tym, co mieli lepiej. Ale nie po to, żeby dać tym, co mieli gorzej. Nie. Chodzi o to, żeby wszystkim było tak samo źle.

Żądza krwi. Mordercze akty na leśnych zwierzętach, ucięte głowy prosiąt. Apokalipsa. Złowieszczość, czarna woda, mroczny czas. A z tej grozy jedna droga, jeden mamroczący ratunek. Boże uchowaj. Boże pomóż. Boże zbaw. Ojczyznę wolną zwrócić racz. Amen.

Jak byłam mała, strasznie się bałam wampirów. W nocy zaciągałam kołdrę pod brodę, nie patrzyłam w okno. I choć nigdy żaden wampir nie przyszedł, wciąż przywoływałam go w myślach i drżąc ze strachu, wciąż modliłam się, żeby sobie poszedł. Człowiek sam sobie najlepiej przysparza problemów. Sam zwołuje demony, od których w wielkim znoju musi się opędzać. Walczyć z wrogiem, którego sam sobie stwarza. Tkwić w złości i pomstowaniu na niedolę, której sam sobie nie żałuje i, co najważniejsze, innym sowicie życzy.

Mając świadomość, że lepiej nie będzie, trudno się rozczarować. Nie ma więc mowy o jasnych uśmiechach, nie ma szans na beztroskę. Czeka nas lodowaty Ereb, skute nieufnością rządy, marmurowa powaga nadchodzących Świąt. Tak mnie ta ponurość fascynuje, że o tej ponurości napisałabym pieśń. Hymn narodowy. O zaciśniętych ustach przechodniów. O zgrzytaniu zębów. O tych wszystkich bluzgach odbijających się o mury przy polskiej ulicy. O zaciśniętych pięściach. O intrygach i zemście. O dopatrywaniu się w każdym słowie ataku na nasze polskie przeolbrzymie JA. O cierpieniu, że innym się powiodło. O zawiści, bo ktoś ma lepszą emeryturę. O zazdrości, że ktoś wydał lepszą książkę. O wściekłości, bo ładniejszy samochód.

O nieustępliwości. O zacietrzewieniu. O mentorstwie. O „moja racja jest mojsza”. O tym, że świat nas nie rozumie. O tym, że nikt nas nie docenia. O nas. O wkurwionych Polakach.

Napisałabym tę pieśń i śpiewała codziennie rano, właśnie wtedy, kiedy jestem niewyspana, skacowana, rozżalona, umęczona, zmarznięta, głodna i kurwa, czuję, że jeszcze moment, jeszcze tylko jeden news w radiu, jeszcze tylko słowo o Macierewiczu, Pawłowicz, Kaczyńskim, Tusku, Kopacz, Szydło, Kempie – i zaraz wybuchnę. Trafi mnie szlag, wpadnę w tę moją wielką, bolesną, martyrologiczną polską furię i wpierdolę sama sobie na dzień dobry.

————————————————————–

W tej ciemności jest jedno migotliwe światło, a jak na świetlistość przystało, ma ona rodzaj żeński. Ściśle jest kobietą. Dość doskonałą. W promocji. Na święta. Na prezent. Na dobry czas.

Bo każdą zmianę uwierającej niesprawiedliwości, która drąży ten wiekuisty smutek i żal do całego świata, można zacząć od siebie. Czego przez swoją Kobietę dość doskonałą i każdą następną książkę – z całego serca Państwu życzę!

„Dżisas, kurwa, ja pierdolę”

Jestem opanowana, jestem kulturalna, zaraz pójdę do kierownika sklepu i rozkażę tego klienta wyrzucić na zbity pysk!

zzz

To się stało w sklepie. W kolejce do kasy. Przede mną stał starszy facet, jakaś kosmiczna pierdoła, guzdrzący się niemiłosiernie gość. Coś tam w nieskończoność liczył, wybierał, szukał, pakował, rozpakowywał, no cuda robił, podczas gdy ja literalnie wychodziłam z siebie i wędrowałam po ścianach. O Jezu, jak ja się wściekałam. Moje wewnętrzne przestrzennie wypełniła kipiąca czarna smoła. Zabić! Udusić! Rozszarpać! Nie, sorry, jestem opanowana, jestem kulturalna, zaraz kurwa pójdę do kierownika tego sklepu i rozkażę mu klienta wyrzucić na zbity pysk! Ja się spieszę! Ja nie mam czasu na gmeranie po zapchlonych kieszeniach przez flegmatycznych typów! Ludzie! Jest dwudziesty pierwszy wiek! Są statki kosmiczne i kosmiczne prędkości! Samoloty ponaddźwiękowe! Pendolino! Światłowody! Karty z czipem, pay pass-y! Gdzie, do cholery, jest miejsce na takie guzdralstwo? Gdzie czas na ściubienie bilonu? Nie ma! Nie ma, ja się nie zgadzam! Ja się gotuję, ja wrę!

I planuję wściekle, zapalczywie rozmyślam, co zrobię gdy to się już wreszcie skończy. Gdy z tego sklepu wyjdę. Karmię się tą myślą, pożeram ją, chłonę. Napiszę. O Jezu, jak ja napiszę! Na Facebooku napiszę! Ludzie! Znajomi moi! Też tak macie? Też stoicie w wiekuistych kolejkach za marudzącymi dziadami i babami? Przecież! Pamiętacie Adasia Miauczyńskiego? Pamiętacie jego dramat w kolejce po gazetę? I te baby wybierające to i śmo, rozciągające mu przed nosem gacie? Dżisas, kurwa, ja pierdolę! Och, jak ja napiszę! Och, jak mnie świat zrozumie! Och, jak mnie poprze! Jak się wszyscy razem festiwalowo wkurwimy na te nieprzystające do naszych rozpędzonych osobowości cielęta!

I czując moc wyimaginowanej wspólnoty, z ładunkiem atomowym w oczach podnoszę wzrok i tym wzrokiem zamierzam zabić ofiarę. Niech skona. Niech się w swojej ciapowatości rozpadnie. Niech się z tych klusek nie pozbiera. Niech sczeźnie na zawsze pod ciężarem mojego tytanowego spojrzenia.

Patrzę.

I on podnosi wzrok. Owszem, patrzy mi w oczy. Nie umiera. Nie kona. Nie czeźnie. On się, drodzy Państwo, uśmiecha. Uśmiecha się! Bezinteresownie pozdrawia mnie w ten piękny, majowy poranek, na zakupach śniadaniowych, gdzieś w środku mojego galopującego życia. Nic nie wie o moim straszliwym problemie, który właśnie wyżarł mi cały zapas magnezu w tkankach, który boleśnie mną miota po ścianach marketu i którym zamierzam krwawo hejtować na forach. Patrzy łagodnie, kiwa głową na do widzenia i odchodzi. Pogodny, spokojny staruszek.

Kobieta, która nienawidzi

Jesteś kobietą? Pamiętaj, najgorszym twoim wrogiem jest druga kobieta

Jak już wspominałam, prowadziłam kiedyś własną działalność, a ściśle agencję reklamową. Opisywałam już, jak to na wpół zamarznięta siedziałam przed sklejonym taśmą monitorem, a moje zredukowane do kredytu z urzędu pracy konto ograbił Facet od Ryb. No cóż, trudno, życie to nie bajka, nie było co się załamywać. Trzeba było wziąć się w garść, wyprowadzić na prostą, telewizor kupić, dom zbudować, w ogóle się w tej rzeczywistości odnaleźć. Ale ja w gruncie rzeczy nie o tym. Chciałam napisać, jak to się któregoś dnia napatoczyłam na pierwszą w swym życiu kobietę, która nienawidzi.

Ale po kolei.

Nie bez przyczyny zaczęłam opowieść od agencji reklamowej. Gdy się bowiem już dźwignęłam z rybnego impasu (a było się z czego dźwigać – sprawa miała swoją odsłonę w sądzie, sprawę nawet wygrałam, co nic jednak nie znaczy, bo pieniędzy od człowieka z różańcem w BMW nigdy nie odzyskałam), gdy wyprowadziłam się z lodowatego baraczku do poważnego biurowca, otrzymałam lukratywne zlecenie z poważnej firmy międzynarodowej na druk ulotek i zaczęłam współpracować z pewną drukarnią.

Drukarnia miała same zalety. Była blisko, miała świetne ceny i przyzwoitą jakość. Personel i szef drukarni – wspaniali ludzie. Uczynni, pomocni, do rany przyłóż. Żadnego zawalania terminów. Elastyczność. Zaradność. Dyżur choćby i w święta.

Jedna była zadra w tym wszystkim. Niepojęta dla mnie do dziś, do dziś niewyjaśniona. A tak bolesna, tak znacząca, że wszystkie powyżej opisane zalety drukarni razem wzięte, niestety, nie zdołały jej zabliźnić i musiałam zmienić kontrahenta.

Tą zadrą była żona drukarza.

Żona drukarza od pierwszej chwili mnie znienawidziła. Od progu, gdy tylko się pojawiałam, czuć było w powietrzu ołów. Jej chłód, jej docinki, jej niepohamowana niechęć do mnie odbierały mi coraz konsekwentniej ochotę na współpracę. Pojawiała się w drukarni często, czasem z małą córeczką, którą jakby mi machała przed nosem, zwłaszcza jak rozmawiałam z drukarzem. A gdy on próbował tę ciężką atmosferę rozrzedzić,  żona ją jeszcze okrutniejszą kąśliwością zagęszczała. Im bardziej ten niemłody przecież i poczciwy człowiek był dla mnie miły, tym bardziej zacięta stawała się twarz drukarzowej. Tym kategoryczniej jej usta zsuwały się w dziób. Tym straszliwsze wysuwała szpony.

Pojąwszy, że moja obecność nie jest tam wskazana, w celu załatwienia spraw zaczęłam wysyłać pracownika. Przystojny to był szalenie chłopiec, z urody do złudzenia przypominający Georga Clooney’a z czasów jego absolutnej świetności, czyli zawsze. Do tego miły był nieprzyzwoicie i ujmujący nie tylko starsze żony drukarzy. Sami Państwo widzą, były szanse ocieplenia stosunków między drukarnią a moją firmą. I faktycznie, nastał spokój. Nastał błogi czas niczym niezmąconej współpracy. Tak się działo przez kilka pięknych miesięcy. Aż do tego straszliwego dnia, gdy mój „George Clooney” poszedł na urlop, a nieszczęsny drukarz, gnany nieubłaganym terminem, nieopatrznie osobiście (i to sam!) przywiózł ulotki do mojego biura. Tak, kochani. Pracownik na urlopie, nikogo prócz mnie w biurze, i, bach, stary drukarz. Historia sama się pisze.

O niedoczekany końcu świata! Święta apokalipso! Czemuś się wtedy nie stała!

Nie będę rozwijać wątku, bo drżę na samo wspomnienie. Drukarnię zmieniłam, myśl straszną wyparłam, ale kobiety, które nienawidzą – niestety, nie zniknęły.

Są też takie, które nienawidzą inaczej, niż żona drukarza. Są takie, co nienawidzą skrycie. Czasem bardziej udany uśmiech, a czasem zbyt wymuszony, zawsze zdradza jednak z trudem hamowane pragnienie zadania ciosu. Ledwie się odwrócisz, a za rogiem usłyszysz o sobie wszystko, co najgorsze. Żeś leniwa, żeś głupia, że puszczasz się na wyjazdach. Że czego nie dotkniesz, to spieprzysz, a twoje teksty są słabe. Pisać nie umiesz. W ogóle nic nie umiesz. Psim swędem ci wszystko wychodzi. I „kurwa mać” powiedziałaś, a tak się nie mówi.

Nienawiść kobiety jest nieuleczalna, nigdy nie mija. Myślisz, że to już skończone? Że odeszłaś, a ona cię już zapomniała? Mylisz się. Możesz zmienić drukarnię, mieszkanie, pracę. Możesz wyjechać z miasta. Z kraju! Ona cię dopadnie. Ona cię wytropi. Ona już coś na ciebie znalazła. Ona dobrze wie, co ty tam wyprawiasz. Ba! Ona ma teczkę w szufladzie. Ona ją wyciągnie, gdy tylko przyjdzie czas.

Kobieta, która cię nienawidzi, ma na twój temat mnóstwo historii. Wiele spraw już wyjaśniła, na wiele pytań odpowiedziała. Pamiętaj, ona twoje życie zna dużo lepiej od ciebie. Ona twoje życie poniekąd tworzy. Ona je tka za twoimi plecami, by w nie kiedyś wbić zatrute wrzeciono i uśpić cię na wieki. Pamiętasz tę bajkę? Tak, jeśli jesteś kobietą, nie miej złudzeń. Najgorszym twoim wrogiem jest druga kobieta.

Nigdy nie spotkałam faceta, który nienawidzi. Nie wiem nawet jak to jest. Wyobrażam sobie, kombinuję z literatury, wyciągam z pamięci jakichś papierowych, niegroźnych, a śmiesznych chłystków, co mi na drodze kiedyś stanęli, co się czasem z czymś wygłupili, a potem za to przepraszali. Owszem, zdarzali się nieuczciwi (Facet od Ryb), niepoważni, nieodpowiedzialni. Bywali też zachłyśnięci sobą, nieznośni, gadatliwi. Durnowaci. Pijani. Zbyt pijani. Chamscy. Skąpi. Nudni. Nieatrakcyjni…

Ale nigdy nie spotkałam mężczyzny, który by nienawidził.

Może właśnie dlatego „nienawiść” to rodzaj żeński?

Hejt w sieci czyli bramka piekieł

Nie pozostaje mi nic innego, jak zająć swoje miejsce w szeregu, w końcu mówi do mnie mężczyzna. Czy coś w tym rodzaju

dziecko_w_sieci
WIADOMO

No i doczekałam się. Mam swojego własnego, osobistego hejtera.  Facet, bo to (podobno) facet, ma straszną potrzebę, bym napisała na jego temat kilka słów. Proszę bardzo. Może nie będzie to jego wymarzona biografia, ale – na pocieszenie – zawsze to jakaś publikacja. Mam nadzieję, że podbuduję tym tekstem jego zachwiane ego, nakarmię jego medialny głód i napoję tego małego trolla, który w nim siedzi.

Mój hejter pisze do mnie bez przerwy maile. W mailach tych toczy własny, wściekle pokłócony ze sobą monolog – rozdygotany spór o to, co, jakim tonem i z jakiej racji mogłabym mu odpisać.

Gdybym do niego pisała.

Tworzy się więc niezwykła historia, rzecz zapierająca dech w piersiach, gdzie emocje nadawcy sięgają zenitu, gdzie rzeczywistość niczym plastelina w jego rękach, przybiera formy z piórnikowego świata Plastusia. Dostaję maile z wyrazami tęsknoty, rozczarowania, smutku, zawodu, gniewu, znów smutku i znów tęsknoty. Wobec braku odpowiedzi, pojawiają się małe pogróżki, większe groźby, wreszcie wyrzuty i wściekłość. Bywa, że zniesmaczony moim kolejnym wpisem na tym blogu, z czystego serca radzi mi, bym „nie szła tą drogą” i „zajęła wreszcie swoje miejsce w szeregu”.

Jako że meandry mojej wędrówki są mu doskonale znane (posiadł on bowiem wszelkie rozumy) – nie pozostaje mi nic innego, jak zająć swoje miejsce w szeregu. W końcu mówi do mnie mężczyzna.

Czy coś w tym rodzaju.

Kończąc wreszcie tę przydługą charakterystykę niezbyt dużego człowieka, który ma tyle czasu i energii, by od pół roku systematycznie pisać mi sążniste maile, informuję, że poczyniłam pewne techniczne ustawienia, w związku z czym:

  1. Każdy jego następny list trafi automatycznie do katalogu SPAM, skąd zostanie natychmiast usunięty, ergo: NIGDY nie przeczytany.
  2. Każdy komentarz jego autorstwa na tym blogu jest automatycznie blokowany, bowiem ja i IP jego komputera znamy się jak łyse konie.
  3. W Internecie NIKT NIE JEST ANONIMOWY, więc jego najróżniejsze pseudonimy pod komentarzami w sieci na mój temat są dziecinnie proste do rozszyfrowania.

A tak przy okazji, koleżanka dostaje porażające wiadomości… z bramki esemesowej. Jest to pewnego rodzaju egzotyka, fantazją bowiem jest niewydawanie piętnastu groszy na wiadomość z komórki. Podrywanie na bramkę esemesową wygląda jak potężny dowcip, dowcipne jednak nie jest. Na marginesie dodam, że w tym przypadku nadawca również jest do zidentyfikowania i z pozoru niewinna bramka esemesowa może zamienić się we wrota piekieł.

22.03.2012 NO babies on board

Każdy rodzic w pewnym momencie swojego życia dochodzi do wniosku, że wykazał się rażącym brakiem odpowiedzialności, lekkomyślnością graniczącą z przejawem choroby psychicznej w podjęciu niegdysiejszej decyzji o posiadaniu potomstwa.

Każdy rodzic w pewnym momencie swojego życia dochodzi do wniosku, że ma wystarczający kłopot z samym sobą, by nie dostawać jeszcze szajby na punkcie jakichś dzieci. Jemu samemu bowiem wystarczająco trudno się w razie czego schować w komórce na szczotki. A co dopiero wciągnąć tam rozwrzeszczaną dziatwę?

Tak, piszę ten wpis z duszą na ramieniu, bo będzie to wpis nieśmieszny. Tu się z kolei narażam potwornie, bo przecież zaraz znajdzie się jakiś hejter komentujący, że w wszystkie moje wpisy są nieśmieszne. W porządku, niech mu będzie. Ale ten wpis jest więc celowo nieśmieszny.

Wracając do tematu. W obecnych czasach ludzkość nie żywi specjalnych obaw względem niektórych niebezpieczeństw. Jakoś nie zauważam powszechnego lęku przed dziką zwierzyną.  Przed kataklizmami. Meteorytem. Czarną ospą. Albo, na przykład, przed  gniewem Bożym. Z rzadka widuje się Justynę Pochanke relacjonującą wiadomość  typu: „Dziś rano gniew Boży zmiótł z globu trzy tysiące ofiar.” No nie. Za to bardzo często można usłyszeć Justynę Pochanke opowiadającą o psychopacie ostrzeliwującym szkołę w Tuluzie. O autobusie z dziećmi lądującym na ścianie tunelu w Szwajcarii. O rewanżu wojsk rządowych na dwulatkach w Syrii. O szaleńcu wybijającym do ostatniej nogi młodzieżowy obóz w Norwegii. O czystkach etnicznych na Kaukazie. O księżach pedofilach. Wszędzie.

Ludzkość zatem najbardziej drży ze strachu przed… ludzkością.

Kto więc, kto, pytam do cholery, kto o zdrowych zmysłach wydaje na świat pełny opisanego przez Justynę Pochanke towarzystwa, własne dziecko?! Kto własne dziecko naraża na te wszystkie niebezpieczeństwa? Kto własne dziecko wysyła na walkę o byt pośród… ludzi?!

Przeczytałam ostatnio złotą myśl mojego ostatnio ulubionego autora, Janusza Rudnickiego. Była to parafraza „homo homini lupus est”, w bardziej realnym przekładzie: „człowiek człowiekowi… człowiekiem”.

Trudno wobec powyższych argumentów nie zdecydować o całkowitym zaprzestaniu prokreacji. Przynajmniej, dopóki istnieje ludzkość. Dopóki plącze się po tym świecie ostatni człowiek, nie ma sensu ryzykować. Nigdy bowiem nie wiadomo, co temu ostatniemu na świecie człowiekowi do łba strzeli.

Jeśli jednak jakimś nieszczęśliwym trafem już się tym rodzicem zostało, trudno, trzeba się modlić, aby potomstwo w pośpiechu urosło. A jeśli już potomstwo szczęśliwie przetrwa i urośnie – niech go ręka boska broni! Żadnych dzieci. I tego się trzymajmy.

Choć czasem, przyznaję, w deszczowy wiosenny dzień, gdy taki rodzic usłyszy:

– E, mama weź parasol, bo leje jak zebra – może zacząć mięknąć…

21.02.2012 Koniec

Już, już miałam napisać o rozwadnianiu Nagrody Akademii Filmowej Nagrodą Twórców Ludowych*, gdy nagle spotkałam znajomą. I, po wymianie kilku z nią zdań, zdecydowałam naprędce, że nie będę pisać o rozwadnianiu Oscara Oskarem. Właściwie to postanowiłam, że nie napiszę już nic. Nic o, na przykład, Wielkim Jak Kurwa Mać Kocie. Nie napiszę też słowa o donosie. Ani o szamponie ogórkowym. Ani o truskawkach. O Kiwaczku, Szwagrze – też nie. O Ewce i o Mai w Ogrodzie: grób. Nawet o pierniku kętrzyńskim będę milczeć.

To koniec.

Szanowni Państwo, kończę pisać tego bloga. I to jest właśnie ostatni wpis. Ładnie się z Państwem żegnam, było mi bardzo miło przez te wszystkie lata, ale do widzenia.

Nie, nie odcięli mi Internetu. Nie wyjeżdżam też nigdzie, zwłaszcza nie wyjeżdżam tam, gdzie nie ma Internetu. Po prostu spotkałam znajomą. A było tak:

– Cześć, co słychać?

– A nic.

– Czytałam, że masz mało czasu.

– No tak, mam mało czasu.

– I sobie pomyślałam, że mam dla ciebie świetne rozwiązanie twojego problemu.

– O.

– Po prostu: przestań pisać bloga!

——————————————————————————-

*Nigdy nie miałam wielkiego mniemania o Amerykanach. Ale oni tak.