Category: Feminizm

On by mnie zabił

Nieprawdopodobna tragedia. Mąż zabija żonę z powodu pomalowanych paznokci, nie ma komu ugotować obiadu, mężczyzna kona w straszliwych męczarniach z głodu…

1465223_469746026467156_1074216895_n

Słuchaj, mówi Teresa do Krysi, która wróciła z domu z przepustki. Słuchaj, jak ci coś powiem, to padniesz! Alicja leży zwinięta w kłębek na tapczanie i słyszy tę rozmowę, bo w słuchawkach skończyła się płyta. Od kilku dni bez przerwy słuchała starej płyty, która napawało ją jedynym bezpiecznym uczuciem – rozpadającym się smutkiem. Płakała po cichu pod kołdrą, a potem zasypiała. Gdy się budziła i słyszała ich paplanie, znów włączała w swojej komórce tę samą płytę i znów płakała i znów zasypiała. Tym razem poczuła w sobie kompletną, totalną bezradność, taką, która uniemożliwiała kliknięcie w komórce zapętlonej ikonki. Przez ciszę w słuchawkach słyszała więc rozmowę Teresy z Krysią i apatycznie rozważała ich słowa:

– Pojechałaś do domu z pomalowanymi paznokciami?!

– No coś ty! Teraz pomalowałam.

– A tamte zmyłaś?

– No jasne. Przecież by mnie zabił, idiota.

Znów wróciło wspomnienie, tamte dni, miesiące, lata ukradzione z jej życia, całe dzieciństwo i młodość pozbawione jej samej. Jakby ktoś pożyczył od niej ciało i duszę i siał w nich spustoszenie od pierwszych dni pojawienia się na świecie. Postać wypełniona pustką, bolesną, rozpadającą się na kawałki pustką, w której nie ma miejsca na nią samą, bo jej dawno już nie ma, nie ma i nie było. Zmyłaś paznokcie? Oczywiście, przecież by mnie zabił. Co za absurd, pomyślała. Co to jest za absurd, co to jest za wywrócenie jestestwa na drugą stronę! Ktoś odbiera ci ciebie, twoje prawo do własnego ciała, do własnych paznokci. Ktoś to zagarnia, a ty się na to godzisz. Zagarnia paznokcie, potem twarz, potem całe ciało, potem pamięć, pamiętniki, sumienie, wyznanie, poglądy, cały umysł, całe życie. Krysia jest niemłoda, ma już pod pięćdziesiątkę, może nawet więcej – a jednak nie ma nic swojego, nie ma nawet paznokci. Gotuje obiady na przepustce dla męża, na przepustce ze szpitala. Jedzie do niego nakarmić, przewinąć, ogarnąć, kurwa, a paznokcie musi zmywać, bo by ją zabił. Jak to zabił? A jakby zabił, to co? Umarłby z głodu? Co za paradoks, dwa trupy w mieszkaniu, TVN Uwaga, żółto czarna taśma wokół i spiker relacjonuje:

– Nieprawdopodobna tragedia. Mąż zabija żonę z powodu paznokci, nie ma komu ugotować obiadu, mężczyzna kona w straszliwych męczarniach z głodu.

——————————————————————————

(fragment książki „30 sekund”)

30-sekund-okladka-72dpi

Kobiety mówią dość. Ja mówię DOŚĆ!

Chodzi o PiS? To ja coś powiem, pani Ewo Kopacz, wierna od roku „przyjaciółko” kobiet. Pigułek szukałam za Platformy, szukałam za SLD, od 1993 roku chodzę i obijam się o drzwi aptek, gabinetów, o pogardliwe miny farmaceutów…

Sylwia Kubryńska - WO (4)

fot. Dawid H.Groński/Wysokie Obcasy

W środę o 17.00 w restauracji MiTo* w Warszawie odbędzie się debata organizowana przez Paulinę Młynarską, pt. „Kobiety mówią dość”. Zostałam zaproszona. Będę. Bo mam dość.

Mam dość moje drogie, kochane siostry, mam dość… was. Mam powyżej dziurek w nosie waszego narzekania, waszego utyskiwania. Mam dość waszej obłudy w walce z patriarchatem, waszych haseł o feminizmie, które rozbijają się przy pierwszym lepszym poklepaniu po udzie przez faceta z działu kadry kierowniczej.

Mam dość waszych oburzeń na temat przemocy domowej i równoczesnym rechotaniu z dowcipów o poprawianiu urody żony Michalczewskiego przez pięściarza.

Mam dość waszych pikiet, waszych haseł na transparentach o wolnym wyborze, skoro już dwa tygodnie później odcinacie się od wolnych wyborów. Niedobrze mi się robi na wasze komentarze, że nie o to wam chodziło w proteście „aborcyjnym”. A o co wam chodzi? O wycofanie fikcyjnej ustawy i zostawienie fikcyjnego prawa?

Bo przecież i tak nie można dokonać aborcji w Polsce w „gwarantowanych” przypadkach. Nie wierzycie, obdzwońcie szpitale. Fajnie jest? O to wam chodzi? O taki „trochę” wolny wybór? O takie trochę równouprawnienie? O trochę wolności i to tylko na papierze?

Mam dość trochę wolności. I mam dość tych, które jedyne co potrafią, to walnąć focha na źle urządzony świat, ale nic w sobie nie zmieniać.

Kiedyś napisałam tekst o niedostępności antykoncepcji. O swoich wędrówkach po mieście w poszukiwaniu apteki, w której ja – dorosła kobieta, udokumentowana, normalna, zdrowa – będę mogła kupić sobie pigułki antykoncepcyjne bez recepty. Nie, nie chodziło o TĘ pigułkę „morderczą”, mówię o zwykłych pigułkach. I co? Oprócz nadętych min nie spotkało mnie nic dobrego. W tym samym czasie dowiedziałam się, że viagra jest bez recepty.

Pod moim tekstem zaroiło się od pełnych oburzenia komentarzy kobiet, że bez przesady, pigułki to nie tiktaki, nie można tak se kupić, nie można o sobie decydować, każdy by kupował bez tołku, recepta jest konieczna, droga pani, pani jest kobietą, a kobieta ma tylko fragment czynnego mózgu i bez recepty kupi wagon pigułek z których zrobi bombę jądrową i wysadzi planetę w kosmos. Żaden facet nie włączył się do dyskusji.

PiS? Chodzi o PiS? Ok, to ja coś powiem, pani Ewo Kopacz, wierna od roku przyjaciółko kobiet. Ja tych pigułek szukałam za Platformy, ja ich szukałam za SLD, ja od 1993 roku chodzę i obijam się o drzwi aptek, gabinetów, o pogardliwe miny farmaceutów, lekarzy, pielęgniarek. Przez całą waszą, pani Ewo Kopacz, kadencję nie zmieniło się NIC w kwestii traktowania kobiet.

Udostępniliście pigułkę „PO” bez recepty, a pigułki antykoncepcyjne zostawiliście, tak jak były, niedostępne. Pani premier, pani sama wymyśliła rewelację, że ellaOne można kupić w wieku od 15 lat, ale już kwestia dostępu nastolatek do antykoncepcji, do ginekologa, zostawiła pani radośnie nietkniętą, co skonstruowało bodaj najbardziej niedorzeczne prawo w Europie, z którego wynikało, że piętnastolatka może stosować antykoncepcję awaryjną, ale normalnej nie.

Kolejny absurd polegał na tym, że dziewczynki, pozbawione prawa do antykoncepcji, pozbawione edukacji seksualnej (heloł, czy za PO była jakaś edukacja seksualna? Bo ja mam dwoje dzieci i żadne nic sobie w tej kwestii nie przypomina!), MAJĄ RODZIĆ?!

Nie mogę się doczekać naszego spotkania na debacie w środę, pani premier. Nie mogę się doczekać pani odpowiedzi na moje pytania. Na pytanie o ochronę ofiar przemocy domowej też. Dlaczego kobieta, którą spotkałam miesiąc temu w ośrodku leczenia depresji, ofiara swojego męża, od lat nie może doprosić się sądu, żeby przyznał jej mieszkanie, a zapijaczonego kata usunął z jej życia? Dlaczego to ona ma się wyprowadzić do jakiegoś przytułku, który zresztą oferuje lokum tylko na trzy miesiące?

Podobno została ratyfikowana Konwencja o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. A tu proszę, czy jest konwencja, czy jej nie ma, stara baśń. I powiem jeszcze jedno. Wszystkie kobiety w mojej grupie chorych na depresje, leczyły się z przemocy domowej. Nie do dziś. Nie od nastania kadencji PiS. Szpital to ich ostatni ratunek. Witamy w Polsce!

Owszem, pamiętam Izabelę Jarugę Nowacką, która chyba jako jedyny polityk, walczyła o zmianę w prawie na korzyść ofiar. Niestety, zginęła w samolocie, który z jakiejś dziwnej przyczyny, za rządów PO, stał się własnością zupełnie innej partii i zaczął służyć do zupełnie innych celów. To też nie wasza wina?

Mam dość zakłamania, bezradności, wzruszania ramionami. Nie wierzyłam, że Czarny Protest to tylko happening parasolkowy, nie wierzyłam do chwili, gdy zobaczyłam tekst celebryckiej feministki, Karoliny Korwin Piotrowskiej, w którym (po co?!) wyraża swoje zniesmaczenie argumentami Natalii Przybysz, że z powodu małego (60 m2) mieszkania, dokonuje aborcji i się jeszcze do tego szczerze przyznaje w wywiadzie dla WO. Ha! „Czasami trzeba myśleć” – wyzłośliwia się publicystka.

Bo co? Powinna mieć co najmniej raka, pół kawalerki i siedmioro chromych dzieci dla pani pojęcia feminizmu? Nie wystarczy, że nie chciała mieć dziecka? Nie wystarczy, że takiego właśnie dokonała wyboru i to jest jej sprawa? Gdybym nie chciała dziecka, to nawet dwieście pięćdziesiąt metrów kwadratowych by mnie nie przekonało, a panią? I co, teraz znów wyjdziemy na ulicę pokrzyczeć, że „solidarność kobiet”? Solidarność, droga pani, to jest co innego niż pisanie na siłę oryginalnych tekstów. Solidarność to walka o wolność i uznanie wolności innych.

Napisałam kiedyś: jeśli nie możemy zmienić świata, zajmijmy się sobą. Skoro tak się dzieje, zróbmy swoje, zróbmy to, co możemy. Nie ma edukacji w szkole, Anna Zalewska szaleje, trwa jakaś pojebana wojna edukacyjna – ok, zróbmy swoje „tajne komplety”. Uczmy dzieci. Edukujmy w domach, zakładajmy stowarzyszenia, fundacje edukacyjne. Albo po prostu uczmy własne dzieci. Chociaż tyle. Aż tyle. Bo co, edukujecie? Rozmawiacie z dziećmi o seksie? Czy macie focha na szkołę? Wypisaliście dzieci z religii? Czy macie focha na księdza? Kupiłyście już swoim córkom pigułki? Synom – prezerwatywy? Czy wierzycie, że nie są potrzebne? Że oni to na pewno NIE?

Wyprawiacie ich w świat, w życie, uzbrojonych w wiedzę, czy czekacie, aż skończy się kadencja PiS i wszystko się zmieni? Dbacie o to, żeby ich nie skrzywdzono? Żeby niezależnie od rządów byli bezpieczni, uświadomieni, zdrowi? Aha, zaszczepiłyście córki przeciw HPV?

Ha! I tu znów bomba atomowa, bo przecież, moje kochane nowoczesne mamy zjadły mnie na swoje wegańskie śniadanie z powodu jakichś (jakich?) okrutnych zagrożeń wynikających ze szczepień. Dostałam mnóstwo linków do YT, gdzie zapłakane nastolatki opowiadały o dziwnych chorobach i lekach, które muszą teraz przyjmować do końca życia, bo coś tam. Odebrałam całą masę publikacji, z których, o dziwo, każda była przygotowana przez autorów związanych z katolickimi organizacjami.

A więc nie wierzymy w Boga, wierzymy za to w kościelne gusła. Ślepo ufamy „czemuś tam”, nie sprawdzając nawet badań dostępnych u pierwszego lepszego internisty. Bo ja sprawdziłam. Zapytałam, dostałam odpowiedź. I zaszczepiłam córkę. Żyje. Problem w tym, że żyje w zapadłym od zabobonów kraju, w którym największymi strażniczkami patriarchatu są kobiety.

Każda z nas została wychowana w duchu poddaństwa, oddania, poświęcenia dla mężczyzn i rywalizacji z innymi kobietami. Tylko od nas zależy, czy dalej będziemy w tym tkwić, czy będziecmy to przekazywać kulturowo jak chorobę dziedziczną. Czy wzmocnimy konflikt, czy zadbamy o siebie? Facet, który dba o siebie nazywany jest egoistą i to słowo zwykle ma seksowny wydźwięk. Bądźmy egoistkami, jak oni. Bądźmy silnymi, solidarnymi ze sobą, egoistkami. Mądrzy mężczyźni naprawdę nie mają nic przeciwko temu, żebyśmy miały równe prawa. Coraz więcej facetów deklaruje feminizm.

Tylko my mamy z tym problem.


MiTo

Waryńskiego 28 (Metro Politechnika), 00-650 Warszawa

Jestem zdeformowana

Pomyślcie, jaki żal tłucze się w naszym narodowym skrybie Ziemkiewiczu, gdy na ulicach, a nawet w Wiadomościach widzi kobiety tak zdeformowane, aż w tym jego jedynym odstającym organie (brzuchu) ściska? Zakładam maskę na twarz, żeby po ludzku oszczędzić mu cierpień

maska1

Rafał Ziemkiewicz, znany z błyskotliwości na Twitterze, tym razem dał czadu. A jak ktoś daje czadu, to coś to musi znaczyć. Owszem, kiedyś na jego zwierzenia o wykorzystaniu nietrzeźwej, czy o seksie z kaszalotem wprawiały opinię publiczną w gwałtowne stany, ale dziś Rafał Ziemkiewicz się koncertowo rozpruł. Rozpruł się, bo nazywając Annę Dryjańską „zdeformowaną”, dał wyraz swojej frustracji, swoich lęków i bezbrzeżnego żalu, że jak by nie patrzeć, nie jest ani trochę zdeformowany, jest płaski jak monitor, gładki jak lustro, w którym szuka się choćby śladu mężczyzny, pusty jak papierowe pudełko i jedyne, co mu odstaje to ten brzuch, którym zawadza o tancerki. Ale to się nijak nie ma do kształtów kobiety, bo problem polega na tym, że RAZ nie jest ani trochę kobietą, nie jest nawet kaszalotem.

A pewnie by chciał. Chciałby, bo jednak forma pofałdowana jest o wiele ciekawsza od formy płaskiej, co można zaobserwować choćby na zdjęciach mózgu homo sapiens. Trudno powiedzieć, że mamy tu do czynienia z jakimś rodzajem homo, a tym bardziej sapiens. Zapytajcie samego pisarza. On na pewno na jedno z tych słów zareaguje w swoim stylu, czego dowodem będzie kolejny „utwór literacki” na platformie Twittera, bo głównie tam ostatnio literat publikuje.

Wszystkie jesteśmy zdeformowane. Każda z nas ma inny kształt twarzy, inną sylwetkę, inny nos, inne uszy. Mamy wady i zalety. I właśnie to jest kwintesencją naszych „Ja”. Cieszmy się więc kochane, że jesteśmy kobietami, że jesteśmy zdeformowane, mamy to i tamto, mamy mózgi i fałdy w nich, mamy uśmiech i gniew, mamy o wiele więcej od nieszczęsnego pana Ziemkiewicza, któremu już tylko rozpaczliwe szyderstwa pozostały, bo jak się okazuje w kwestii jakichkolwiek odkształceń: nic, nic, nic.

I teraz pomyślcie, jaki żal tłucze się w naszym narodowym skrybie, gdy codziennie musi na ulicach, a nawet w Wiadomościach oglądać kobiety, tak zdeformowane, aż w tym jedynym odstającym organie (brzuchu) ściska? Jakie to jest uczucie, moje drogie, gdy w celach uciech, trzeba tropić nietrzeźwą, bo na trzeźwą nie ma szans? Co się dzieje w tym niezdeformowanym umyśle, gdy desperacko myli się gatunki i rano budzi w łóżku z kaszalotem? Żałujmy go, bo jednak szkoda chłopa. Ja zakładam dziś maskę na twarz, żeby po ludzku oszczędzić mu cierpień. Niech nie widzi. Niech odpocznie.

Dzieci zapomniane przez Boga

Skoro Bóg był tak drobiazgowy w Dekalogu, że pamiętał o nakazie dygania do kościoła czy o zakazie igraszek na boku, to dlaczego nie wspomniał o tym, jak traktować dzieci?! 

3

Dziecko ma czcić ojca i matkę. Nawet kiedy oboje wracają na ostrej bombie w środku nocy i krzyczą od progu coś, co się do druku nie nadaje. Nawet jak szantażują, obwiniają, wyśmiewają, kpią. Nawet jak biją. Nawet jak zdradzają. Nawet jak porzucą. (fot. miastojaslo.pl)

Od najmłodszych lat, od kiedy wykiełkowała we mnie jako taka świadomość i zaczęłam chłonąć mądrości naszej niezwykle „dorosłej” kultury, zachodziłam w głowę nad pewną sprawą. Otóż skoro Bóg  podał nam kodeks moralny w 10. przykazaniach, a w tym kodeksie był tak drobiazgowy, że nie zapomniał o zastrzeżeniu sobie wyłączności i licencji na swoje imię, nie zapomniał o nakazie dygania co niedzielę do świątyni, nie zapomniał nawet o zakazaniu igraszek na boku, czy plecenia dubów smalonych o sąsiadce z naprzeciwka – to dlaczego na – nomen omen – Boga, nie wspomniał o tym, jak traktować dzieci?!

Dziecko, owszem, ma zadanie czcić ojca swego i matkę swoją. Czcić, nawet kiedy oboje wracają na ostrej bombie w środku nocy i krzyczą od progu coś, co się do druku nie nadaje. Nawet jak kanapek do szkoły nie robią, śniadania nie robią, odłogiem leżą i karzą za nic. Nawet jak szantażują, obwiniają, wyśmiewają, kpią. Nawet jak biją. Nawet jak zrzucają na dziecko obowiązki, które do nich należą. Nawet jak odstawią ostrą bibę z dozwolonymi od lat osiemnastu ekscesami. Nawet jak nie chronią. Nawet jak zdradzają. Nawet jak porzucą. Czcij. Tak mówi Bóg.

I nie ma słowa, na które by się skrzywdzony, a już uświadomiony malec mógł wobec bigoteryjnych rodziców powołać. Nic. Jakby dzieci nie istniały, jakby nie były istotami ludzkimi. A może dziecko to nie człowiek? Może nic nikogo nie obchodzi? Może pojawia się na tym świecie niczym piesek, bez duszy, bez praw, bez szacunku, jakaś część wnętrza kobiety, która przecież według tej narracji, również człowiekiem nie jest? Bo kimże jest? Czy Bóg się do niej zwraca? Czy jest tego zwracania się godna? Nie. Żona, kobieta nie jest tu odbiorcą bożego komunikatu. Cały dekalog kierowany jest do mężczyzny, kobieta jest gdzieś tam obok jakiejś rzeczy. Której nie należy pożądać. No, ale jest. Czymś tam, nie podmiotem, ale jakimś elementem, którego należy pilnować.

Dziecka nie ma wcale. Do niego nie ma stosunku. Bóg, Mojżesz, czy jacyś inni nawiedzeni twórcy, nie raczyli o nim wspomnieć. Dziecko nie jest więc istotną sprawą w naszej kulturze. O płodzie nawet nie wspomnę. Jedyna, która spędza sen z powiek Kościoła, to kobieta. A więc ta polityczno-kościelna krucjata o nienarodzone życie, to wcale nie jest troska o dziecko. Guzik kogokolwiek to dziecko obchodzi. Guzik obchodzi ich płód, czy zarodek. Tu chodzi o władzę. Bezlitosną, wręcz krwawą władzę nad tą, co jest zaledwie o punkt wyżej od rzeczy.

Życie?

Według abp. Hosera za czasów PRL-u dokonywano 800 tysięcy aborcji rocznie. Coś musi o tym wiedzieć. Niezależnie jednak od jego fantazji, przyjmuje się, że np. w latach 60-tych przeprowadzono od 300 do 500 tysięcy zabiegów przerwania ciąży. To kto tego dokonywał? Opowiedzcie nam, świątobliwe matrony, obrończyni życia w moherowych beretach i wy, nawróceni lekarze z klauzulą CZYSTEGO sumienia.

1-tydzien-ciazy-zdjecia-ciazy-zaplodnienie-article_v-8009

1

6-tydzien-ciazy-zdjecia-ciazy-zdjecia-plodu-article_v-8047

2

kobieta

3

1. Nie to nie liść, to CZŁOWIEK

2. Nie, to nie krewetka, to CZŁOWIEK

3. Nie, to nie człowiek, to tylko KOBIETA.

Miasto bez kobiet

Pamiętajcie dziewczyny. Nie kupujcie facetom sukienek z frędzlami. Nie będą nosić. Jak facetowi się nie podoba, to nie założy. Tacy są faceci

00070mWchodzę do sklepu odzieżowego w małym kaszubskim miasteczku. Wchodzę do butiku, rozglądam się, przy wieszakach jakaś młoda dziewczyna zachwyca się sukienką z frędzlami.

– Ja tak lubię te frędzle, tak mi się to podoba, tylko mojemu się nie podoba.

– A.

– Nie podoba mu się, mówi: nie mogę na to patrzeć! – wyjaśnia ekspedientce dziewczyna i dalej kwili. A może lepiej go przyprowadzi, może go przekona? Sprzedawczyni skwapliwie popiera pomysł, dziewczyna się zbiera do wyjścia, ale jakby z góry wiedziała, że to nic nie da, jeszcze wraca dotknąć kiecki.

– Tak mi się podoba, tak bym chciała…

– No ale co zrobić – melancholijnie wzdycha sprzedawczyni.

– No właśnie. Już mu nieraz mówiłam, ale on jest uparty.

– No mój też nie lubi tych frędzli. Też chciałam wziąć, ale nie mogę.

– Tacy są faceci.

Pamiętajcie dziewczyny. Tacy są faceci. Faceci nie lubią frędzli. Może same frędzle lubią – jak widać na poglądowym zdjęciu – ale sukienek z frędzlami już nie. Nie kupujcie  więc sukienek z frędzlami, nie będą nosić! Jak facetowi się nie podoba, to nie założy. Nie może nawet patrzeć! Mąż ekspedientki też nie może. Całe szczęście, że nie wzięła, bo przecież już chciała wziąć.

Czy co? Czy to może ona ma zakładać tę kieckę? Skądże! Bo jak ona by miała ją zakładać, to wszystko byłoby super, bo jej się podoba i to bardzo. Nie byłoby problemu. A przecież jest i to duży.

Zapamiętuję tę lekcję, w życiu mężczyźnie nie kupię kiecki z frędzlami. Dobrze jest czasem wyjść do ludzi, czegoś się nauczyć. Idę więc dalej po zakupy, tym razem na obiad, sklep z wędliną prosto ze wsi. Staję w kolejce, kolejka poważna, w kolejce same kobiety. Patrzę na asortyment i widzę kiełbasę kaszubską za piętnaście złotych. Cena wydaje mi się niska, zaczepiam więc klientkę i pytam, czy kiełbasa jest dobra.

– Dobra ta kaszubska?

– Mężowi smakuje!

W pierwszym momencie jestem oszołomiona, bo tyle informacji na raz po jednym pytaniu nikt się nie spodziewa! Człowiek pyta, czy kiełbasa dobra, a tu łup, że ona ma męża, łup! – że mąż lubi kiełbasę, łup! – siedzi z kiełbasą na kanapie i zajada ze smakiem. Łup! Łup! Łup! Zaraz, zaraz, ale ja nie pytałam o męża żadnego, nic mnie żaden mąż nie obchodzi, ja nawet nie chcę wiedzieć, nie chcę go widzieć z tą kiełbasą (i piwem?) na kanapie, nie chcę wizualizować sobie, czy ma brzuch, do którego tę kiełbasę wciska, czy mu smakuje, czy się oblizuje, czy nie ma gazów, czy żonę po następne pęta wysyła.

Ale już wiem, a czego się człowiek dowiedział, tego się już nie oddowie. Jest facet, jest kiełbasa, żony rzecz jasna, nie ma. Nie ma ani jej, ani żadnych innych kobiet, bo przecież gdyby były, to by czuły smak, to by nosiły, co lubią, to by oddychały własnym powietrzem. Jakby były, to by żyły swoim życiem, nie składały by się z dopasowań, przypodobań, usłużności i stania w kolejkach po mięso dla mężów. Jak by były, to by mogły kupić facetowi kiełbasę, ale na pytanie, czy dobra – odpowiedziałyby własną opinią. Bo przecież by wiedziały, czy dobra. Tamta nie wie.

Nie mówicie mi, że jest wegetarianką, bo nie jest! Nie jest, bo kupiła całą torbę mięsiwa, nie wierzę, że ten brzuchaty facet sam tak daje czadu.  Musiałby być wagonem mężów, a przecież ona mówi o jednym.

– Mężowi smakuje!

Mężowi smakuje i to jest proszę państwa ten ton, którym się człowiek powołuje na największe autorytety. I ona łup, z grubej rury tym mężem mi odpala. No pewnie, że dobra, mężowi smakuje! A skoro mężowi smakuje, to musi smakować i jej, choć ona tego nie wie, ona wiedzieć tego nie może, a nawet gdyby wiedziała, to nie będzie się tak tu ze sobą wyrywać, bo kogo interesuje, że ona coś tam, skoro jej nie ma…?