Category: Facet to świnia

Domyśl się!

– O co chodzi?, – O nic!. Odpowiedź ta jest zagadką ludzkości, nierozwikłanym wielomianem zmiennej. Nikt nie wie, co się pod tym kryje. Wiadomo tylko, że coś się kryje…

9a659e6669ed70c1626f2200c9670544

Ludzie generalnie mówią do siebie zagadkami. Gdy o coś chodzi, to ogólnie wiadomo, że nie wiadomo, o co. Jest taki dialog, dość powszechny: ”O co chodzi?, – O nic!”.  Odpowiedź ta jest zagadką ludzkości, nierozwikłanym wielomianem zmiennej. Nikt nie wie, co się pod tym kryje. Wiadomo tylko, że coś się kryje. Coś? Bezmiar znaczeń! Najczarniejszy pod słońcem X, szydercza niewiadoma, której żadne obliczenia nie wyjaśnią, żadne wykresy nie wskażą, żadne układy równań, ani wyciąganie pierwiastków – nie odkryją. Każda, najżmudniejsza próba dochodzenia kończy się tym samym, bolesnym dźgnięciem:

– Domyśl się!

Weź się domyśl. Weź się z tej plątaniny pretensji, że JESZCZE się nie domyśliłeś – wydobądź. Nie da się.Tym bardziej się nie da, że powietrze tężeje od ołowianego focha. Jeszcze się nie domyśliłeś? Co może oznaczać, że jeszcze się nie domyśliłeś?! To może oznaczać wszystko! Całe zło tego świata! Że masz w dupie. Że nic cię nie obchodzi. Pewnie. Każdy by tak chciał. O, jak fajnie jest mieć wszystko w dupie! Czemu ja nie mam wszystkiego w dupie? Czemu mnie musi wszystko obchodzić? Wszystko na mojej głowie! Ciężar życia na moich barkach! Ale, jasne. Ktoś musi nie mieć w dupie, żeby w dupie mógł mieć ktoś. W końcu wiadomo, kto tu jest moralnym zwycięzcą. W końcu wiadomo, kto ma sumienie. Bo chyba nie ty. Jakbyś miał sumienie, to byś się domyślił. Jakbyś miał odrobinę przyzwoitości, to byś chociaż się domyślił, czego domyślać się możesz! W którą stronę swój domysł skierować? Za jakiego rodzaju domysł się brać? Nie wiesz? To nie mamy o czym rozmawiać!

Tak to mniej więcej wygląda. Dlatego ja nie będę do was mówiła zagadkami. Jeśli pytacie o co chodzi, od razu mówię. Proszę bardzo. Skoro już muszę to powiedzieć, trudno. Kawa na ławę. Jakby nie można było się domyśleć. Ale skoro już nie możecie się domyśleć, to już lepiej zamknijcie laptopy, wyłączcie komórki. Zostawcie wszelkie urządzenia, za pomocą których czytacie ten blog. Idźcie sobie na trawkę, nad rzeczkę. Popuszczajcie sobie kaczuszki. Zagrajcie sobie w kometkę. Bez łaski. Sama sobie poradzę! A prawda jest taka, że aktualnie jestem w dupie kosmicznej. Tak się mówi, bo to niby śmieszne, ale właściwie nikt jeszcze nie widział kosmicznej dupy i nikt do końca nie wie, na czym ta śmieszność polega. Ja też nie widziałam, ale bynajmniej nie napisałam tego, żeby było śmiesznie, bo mi wcale nie jest do śmiechu! Może wam jest do śmiechu?! Pewnie, śmiejcie się! Dobrej zabawy. A ja tymczasem jestem w dupie kosmicznej. Wyję pod stołem. Leci na mnie sufit. Słońce ma kolor czarny. Kartka A4 waży tonę. Zapisanie kartki A4 znaczy wysiłek równy wyryciu w kamieniu własnego testamentu. Wrzucenie na blog zapisanej kartki A4 graniczy z zejściem śmiertelnym z powodu wycieńczenia. Ale spoko, poradzę sobie. Mówicie o ołowianym fochu? Nie rozśmieszajcie mnie. Ja cała jestem z ołowiu! Kiedyś byłam wesołą blondynką, a dziś jestem ołowianym odlewem blondynki! I przez kogo? No, zabijcie mnie, w życiu nie zgadnę. Wy też nie zgadniecie? To super, możecie sobie pogratulować. Pójść na trawkę kaczki puszczać. Fajnie. Ekstra. Winszuję. Kurwa, zaraz oszaleję z wrażenia. Dalej nie wiecie o co chodzi? To sorry, ale ja nie będę wam mówiła.

Domyślcie się.

Ojca nie ma – dziecko jest

Dzieworództwo polega na rozmnażaniu się bez udziału osobnika zapładniającego. Tak rozmnażać się mogą  warany, mszyce i… Polacy

Mówią w mediach o procesie kolejnej matki morderczyni. Tym razem kobieta zabiła (zostawiła bez opieki?) pięcioro noworodków i grozi jej za to dożywocie. Nie chcę tu się rozwodzić nad obrzydliwością zbrodni, nad zanikiem odruchów ludzkich i instynktu macierzyńskiego, nie chcę też używać wszystkich tych bardzo potrzebnych nam do humanitarnego postępowania i lepszego samopoczucia, haseł. Bo to w ogóle nie w moim stylu. W moim stylu jest jednak zwrócenie uwagi na zupełnie inną sprawę, na sprawę być może starą jak ten kraj nad Wisłą, a jednak wciąż zdumiewającą.

Zanim powiem, o co chodzi, pragnę przytoczyć nie tak dawne kruszenie kopii pod moim tekstem o gwałcie, gdzie sporo osób zauważyło, że gwałt zadają kobiety sobie same, bo przecież trudno winić mężczyznę za jego porywczość, skoro tak go natura ukształtowała. Pod tekstem swój cenny komentarz zostawił też niejaki Starszy Już (na szczęście) Pan.  Starszy Pan (pozwólcie, że tak go będę nazywać w skrócie) wyraził w nim obawę o zachowanie naszego gatunku, który jak rozumiem, bez gwałtów wyginie niczym gatunek dinozaurów. Starszy Pan żywi głębokie przekonanie, że jak tak dalej pójdzie (bez gwałtów?), dzięki feministkom pozostanie naszemu nieszczęsnemu gatunkowi jeno dzieworództwo, czyli innymi słowy: partenogeneza. Zjawisko to polega na rozmnażaniu się bez udziału osobnika zapładniającego. Wieje nudą?  Zaraz, zaraz. Starszy Pan jeszcze nie wie, ale te rzeczy już mają miejsce. Mają od dawna! I to wcale nie dzięki feministkom. Bo, choć dzieworództwo brzmi mało interesująco, działa i to bez zarzutu. Tak rozmnażać się mogą warany, mszyce i… Polacy. A raczej Polki.

Do czego zmierzam i co to ma wspólnego z artykułem o nieszczęsnych noworodkach? Otóż, jak się okazuje (nie pierwszy raz w Polsce), ofiary o których mowa, były pozbawione ojca. Miały tylko matkę. Matka je urodziła i porzuciła na pewną śmierć. Ojciec tego nie zrobił. Ojciec nie zrobił nic, bo go nie było. Ojciec nie istniał. Owszem, między wierszami newsa przemyka jakiś smutny pan-konkubent, ale przecież z pewnością nie ma on nic wspólnego z tym, że noworodki pojawiły się na świecie, po czym porzucone zmarły. Dlatego nie może być w tej sprawie oskarżony.

W moich obserwacjach powszechnego dzieworództwa w Polce posunęłam się nieco dalej i zajrzałam do kodeksu prawnego, by sprawdzić, jak się mają sprawy związane np. z nielegalnym przerywaniem ciąży w tym kraju. Otóż w zapisie art. 153 § 1 k.k. nie ma ani razu wymienionego słowa: ojciec, albo: mężczyzna. Niczym z automatu jest mowa o kobiecie, o kobiecie ciężarnej i o innych osobach podżegających do aborcji, bądź jej ułatwiających aborcję, ale ojca – mężczyzny w tym zapisie po prostu brak. Czy ojciec za coś odpowiada? Czy będzie ukarany? Jak będzie ukarany? Nic nie wiadomo.

Czemu nie ma słowa o ojcu, który, jak mnie na biologii uczono – zostawia 50 procent genów w każdym potomstwie (jeśli ktoś nie spał na matematyce to wie, że oznacza to równiuteńki współudział) i który jest – jak mnie nie tylko na biologii uczono – absolutnie niezbędny do zapłodnienia? Co więcej – jest niezbędny w stanie świadomym i nawet bardzo aktywnym. Więcej, coś mi podpowiada, że jak już się uprzemy i wyobrazimy sobie ten cały akt zapłodnienia, to prędzej zobaczymy nieświadomą/nieprzytomną/zniewoloną kobietę, niż takiego właśnie mężczyznę. Wniosek zatem wydaje się być prosty: facet jest równie odpowiedzialny za dziecko jak kobieta. To znaczy odpowiedzialny za to, czy JEGO dziecko się urodziło, czy żyje, czy nie żyje, czy jest krzywdzone, molestowane, głodne itd. Jeśli więc przykładowo dziecko nie żyje, na ławie oskarżonych powinni siedzieć oboje: matka i ojciec. Więc o co tu chodzi?!

Otóż prosta sprawa, moi drodzy. Znów wracamy do proroctw Starszego Pana i dajmy na to, wściekle ostatnio popularnej piosenki Domowych Melodii o niejakiej Grażce, co zrobiła SOBIE dziecko. Tak brawurowo opisany tu przeze mnie akt zapłodnienia w Polsce w ogóle nie występuje. Podczas tego całego ambarasu z plemnikami, komórką jajową i wszystkimi sprawami związanymi z tworzeniem się nowego człowieka, facet jest w ogóle gdzie indziej. On zajmuje się zupełnie innymi sprawami, dla mnie niepojętymi. On komponuje, politykuje, tworzy właśnie takie prawo jak wyżej… . Rzeźbi, skleja czołgi, łapie motyle, przegląda internet. No diabli wiedzą, co jeszcze robi. Jedno jest pewne – nie zapładnia. Nie zapładnia i nie ma z tym nic wspólnego. Dlatego niechciane dzieci są wynikiem dzieworództwa i tylko matka za nie odpowiada.

Nie pytajcie więc, czemu tylko kobieta ma zostać za czyn dzieciobójstwa skazana na dożywocie, czemu tylko na kobietę leje się strumień obelg, czemu tylko jej się zarzuca nieludzkość i na niej skupia się cała nienawiść społeczeństwa. I czemu w tym samym czasie o ojcu ani mru – mru.

Jak to się mówiło w moich stronach – tak to już jest. Ojca nie ma – dziecko jest.

dziecko-milosc-ojciec

Mężczyźni są na Marsie. Nadal

CHILE-ASTRONOMY-NEW PLANET

Zanim zdążyłam ochłonąć po podróży, wyszli Marsjanie. Nie byli ani mili, ani szarmanccy, nie przepuszczali mnie w drzwiach, nie serwowali drinków…

Poleciałam w kosmos w poszukiwaniu faceta. Tak, moi drodzy, nie było wyjścia. Nie od dziś wiadomo, że prawdziwych mężczyzn już nie ma. Poczytajcie sobie w internecie. Ostatnio nawet redaktorki Wysokich Obcasów szukały. Dawały ogłoszenia, wertowały listy, na nic. Nie ma i koniec. Cóż było robić? Wsiadłam w statek kosmiczny i poleciałam tam, skąd podobno faceci pochodzą: na Marsa.

Po krótkiej chwili (moja rakieta osiągnęła siedmiokrotną przebitkę prędkości światła, co pozwoliło mi przy okazji spektakularnie odmłodnieć, nie oszukujmy się, żadne zabiegi Spa nie odmładzają lepiej niż cofanie się w czasie) znalazłam się w przedziwnej, choć pięknej scenerii planety Mars. Zanim zdążyłam ochłonąć po podróży, zza marsjańskich wydm zaczęli wychodzić Marsjanie. A co jeden to paskudniejszy. Oślizgłe ciała kosmitów pokrywały wypustki i brodawki, z których sączyła się galaretowata zielona maź. Nie byli ani mili, ani szarmanccy, nie przepuszczali mnie w drzwiach, nie serwowali drinków, a ich fizyczność napawała mnie wystarczającą odrazą, by nawet prezydentowi nie podać ręki na powitanie. Marsjański prezydent był bodaj najohydniejszą kreaturą, jaką kiedykolwiek widziałam. Zupełnie innego zdania były Marsjanki (swoją drogą niczego sobie kobietki), które go oblepiały jak gwiazdora filmowego, piejąc co rusz z zachwytu nad każdą wybełkotaną, najbardziej idiotyczną frazą.

Wrodzona kokieteria zwiędła we mnie w ciągu minuty, a ostatnie tchnienie wyzionęła ostatecznie, gdy na pytanie, czy wszyscy mieszkańcy planety wyglądają tak samo, usłyszałam, że owszem, są brzydsze przypadki, ale tych brzydkich, powszechnie uznawanych za potwory – kosmici mają w zwyczaju trzymać w lochach pod kluczem.

– Nie chcemy powodować zamieszek ani tym bardziej tragedii – tłumaczyli plując naokoło. – Ich wygląd faktycznie jest na tyle przykry, że co wrażliwsi Marsjanie rzucają się na widok tych paskud ze skały.

Pomyślałam, że jestem w dramatycznej sytuacji, na bank nikogo w tej podróży nie poderwę, a co gorsza, wkrótce sama rzucę się ze skały, bo ile można znosić wątpliwe zaloty roztrzęsionych tłustych zielonych meduz, którym kapie z otworów gębowych fosforyzująca ślina? Na nic były moje próby doprowadzenia ich do jako takiej formy. Wycieranie ze śluzu, czy zachęcanie do joggingu na marsjańskich plażach zakończyło się fiaskiem, co gorsza – wywołały niechęć i agresję.

– Jesteśmy prawdziwymi mężczyznami! – oburzali się Marsjanie. – Nie będziemy się wycierać jak dzieci. Druga rzecz, prawdziwy facet nie biega jak kot z pęcherzem tylko leży dumnie na piasku i tyje.

Nie dość, że Marsjanie wyglądali paskudnie, to jeszcze w ogóle nie grzeszyli intelektem. Ich rozmowy brzmiały jakby się gotowały jajka, a dowcipy miały tyle samo sensu, co niezwykle popularny w ich kręgach dźwięk naśladujący piard.

Z dnia na dzień konflikt między mną a kosmicznym gatunkiem męskim się zaogniał. Więcej. Marsjańskie kobiety również mnie znienawidziły. Zupełnie nie rozumiały, dlaczego się czepiam wyglądu ich facetów i robię jakieś niebezpieczne zamieszki z emancypacją. Wreszcie sytuacja stała się na tyle poważna, że Marsjanie postanowili zwołać coś w rodzaju sądu i zdecydować, co zrobić z kłopotliwą Ziemianką. Posadzili mnie na środku jakiegoś placu, zebrali się wokół i debatowali. Wreszcie tak wzgardzony przeze mnie kilka dni wcześniej prezydent dał upust swojej chęci odwetu i ogłosił wyrok:

– Do lochu. Do potworów!

Jezus Maria. Idę kochani, idę zakuta w kajdany przez marsjański rynek, idę i myślę o moich kochanych facetach z Ziemi, o ich dwudniowych zarostach, o ich wystających kościach policzkowych, o ich ustach suchych i spierzchniętych, o dłoniach silnych żylastych, o ich głosach wyraźnych nie-bełkotliwych, o ich skórze, która przecież nigdy, przenigdy, nawet po tygodniowej libacji nie nabiera aż tak intensywnej barwy zielonej. Myślę o tym idiocie Johnie Gray’u, który napisał książkę z hasłem o mężczyznach z Marsa, myślę o tych dziewczynach z Wysokich Obcasów. I chce mi się zawołać: przestańcie narzekać, przecież nie jest na tej Ziemi tak źle, nie jest aż tak źle jak tu! I jeszcze myślę, że zdawało mi się – gorzej być nie może, a jednak idę do lochu z potworami. No i wreszcie myślę: ludzie, skoro oni sami wyglądają jak potwory, to jak muszą wyglądać ich potwory!?

Nie przeżyję tego, nie przeżyję. Rzucę się ze skały. Tylko dajcie mi jakąś skałę! I właśnie wtedy dostrzegam, że z tym całym zrzucaniem się ze skały na widok marsjańskich potworów to blaga, ściema na całego, bowiem jak okiem sięgnąć, na Marsie nie ma ani jednej skały. Tu są tylko czerwone piaski, niekończące się wydmy i plaże, na których wylegują swoje odrażające trzęsące się galaretowate tyłki durnowaci Marsjanie.

O miłości! Poszukiwana w rozpaczy po całym kosmosie, wytęskniona! Ty, którą tak skąpi Ziemia, a której Mars wyzbył się całkowicie!  Gdzie się ukryłaś? Czemu po zakamarkach podziemnych, wśród szczurów kosmicznych przemykasz? Czemu przed całym kosmosem skromną twarz chowasz? Albo też: czemuś więziona? Czemu spętana, w łańcuchy skuta? Przecież miłość jest jak ptak, co ja mówię, jak statek kosmiczny! W przestworzach powinna fruwać. A tymczasem w mrocznej scenerii lochów, wśród kapiących rur kanalizacyjnych odprowadzających ścieki galaretowatych Marsjan, siedzą więźniowie. Potwory marsjańskie. Mrok rozrzedzony przez adaptację wzroku nagle ich odsłania i oto, wtrącona do lochów, widzę… najpiękniejszych mężczyzn w życiu.

Najpierw ten z ciemną czupryną, wysoki, o oczach jak otchłań piekielna, z twarzą wprost modelową, z wystającymi kośćmi policzkowymi, z lekkim dwudniowym zarostem, z wytatuowanym smokiem na muskularnych ramionach, o dłoniach jak pianista i rozmarzonych ustach – wynurza się z ciemności i na mój widok zadaje takie oto pytanie:

– Czyżby nad Marsem pękło niebo…?

Oniemiała wydobywam z siebie tylko nędzne beknięcie, że niby o co cho…? A ten mi swobodnie, choć szczerze kończy:

– … że spadają anioły?

Inny jaśniejszą ma twarz, oczy błękitne, delikatne rysy, pisze wiersze, na gitarze gra, a gra rozdzierające akordy tych utworów, co mówią o twardym życiu, o braku zrozumienia ze strony ludzkości, o lękach i tęsknotach, o pękniętym sercu, w którym, uwaga: zawsze, ale to zawsze będę… ja!

Długo by opowiadać o urodzie wszystkich więźniów. Wybitne to były piękności, istne cuda męskie, których marne słowa tu nie zdołają opisać. Wybitne były też ich umysły, wiele godzin, nocy i dni wspólnie rozprawialiśmy o sensie życia, o literaturze, o filozofii, o sztuce, o impresjonizmie, ale też o zagadkach genetyki, o wielkim wybuchu, o rysach linii papilarnych, o losie utraconym, wreszcie o horoskopach i o metodach zwalczania celulitu…

Gdy ja mówiłam, oni siadali wokół, wzrokiem spijali każdą moją głoskę i wciąż, wciąż im było mało opowieści. Ta ich tęsknota, ten głód w spojrzeniu! Jezu, ludzie, w podziemiach, do lochów strącona, znalazłam się nagle w niebie! Za nic nie chciałam opuścić więzienia, a gdy z góry dotarły pogłoski, że Marsjanie chcą mnie wypuścić i odesłać na Ziemię, postanowiłam działać. I bez namysłu powiedziałam więźniom, że kobiety na Ziemi ich poszukują, że jak ich zobaczą to oszaleją z radości i żeby najlepiej uciekli razem ze mną. Patrzyli nieruchomo przez chwilę, a potem się naradzali, by ostatecznie się zgodzić.

Plan był doskonale prosty. Gdy Marsjanie wypuszczą mnie z lochów, kradnę tym jełopom klucz do celi, wracam o zmroku i chwilę potem biegniemy wszyscy do mojej rakiety. A potem hops, na Ziemię. Tam szczęśliwe kobiety pokochają ich, prawdziwych mężczyzn z Marsa, a mnie będą czcić do końca mojego ziemskiego żywota i jeszcze dłużej.

W przeddzień ucieczki, gdy spałam w hamaku splecionym z dłoni współwięźniów, przyśnił mi się sen. Zobaczyłam w nim moich pięknych towarzyszy, ale w jakże innych okolicznościach! Pierwszy z nich siedział przed telewizorem z piwem w ręku, a smoczy tatuaż rozlał się po jego otłuszczonych plecach tak, że przypominał żabę. Jego żona zbierała z podłogi przepocone skarpetki. Drugi gitarę oddał dziecku, a sam przyklejony do play station obrósł nieregularnym zarostem (bynajmniej nie dwudniowym) i siorbiąc podaną przez żonkę pomidorówkę, pobekiwał jak koza. Mam opowiadać dalej?

Wypuszczona z lochów wsiadłam w statek kosmiczny i wróciłam na Ziemię sama.

Facet kontra fajlus*

Polska kobieta dobrze wie, że jej facet jest rozpieszczonym nieudacznikiem, trawi czas na grach playstation i wygląda jak ostatnia łajza, ale ma jedną zaletę…

Samotne wieczory kuszą kanapą i telewizorem, tudzież perspektywą leniwego przewracania się po puchatym dywanie. Dzięki temu można obejrzeć jakieś dwa tuziny amerykańskich filmów z gatunku komedia romantyczna i dowiedzieć się zdumiewających rzeczy o relacjach damsko-męskich w wielkim świecie.

Otóż, kochani, w świecie nowoczesnych związków jest na ogół tak, że jeśli dany facet jest, pozwolę sobie użyć takiego określenia, zapuszczonym fajlusem przyklejonym (nomen omen) do telewizora, względnie do playstation, a najczęściej do komputera, to sprawy mają się następująco. Fajlus przez jakiś czas tkwi w pasożytniczej symbiozie z partnerką, która na niego tyra, która go karmi, która go zabawia, która wreszcie ma po dziurki w nosie tej sytuacji, wobec czego z łagodną furią rzuca mu klucze na zapaćkany pizzą stolik i z dumą odchodzi. Zszokowany fajlus bierze się wówczas w garść, sprzedaje na eBay-u playstation, zaczyna biegać, chodzić na siłownię, pisać, dostaje nagrodę, wreszcie zostaje sławnym pisarzem, kobiety na jego widok mdleją, a przyglądająca się z daleka efektom swojej decyzji eks-partnerka z zadowoleniem rozpatruje ewentualność powrotu do fajlusa, który już dawno fajlusem nie jest.

Tak się dzieje na świecie, ale zupełnie inaczej sprawy mają się w Polsce. W naszym kraju żadna partnerka żadnego fajlusa nie opuści. Owszem, podczas gdy on w najlepsze będzie tkwił przy konsoli, będzie upatrywał sens życia w zabijaniu nieistniejących potworów,  pod poplamioną koszulą będzie hodował wypełniony piwem brzuch, będzie dla niej niemiły, będzie ją oszukiwał i lekceważył – ona tego stanu rzeczy nie ośmieli się zmienić. Polska kobieta załaduje sobie fajlusa razem ze wszystkimi jego potworami na plecy, do tego dorzuci dwójkę trojaczków, dziecięcy rowerek, pracę na dwie zmiany i dźwigając to wszystko przez życie, zdąży jeszcze kupić kilka przyzwoitych koszul dla męża fajlusa. Polska kobieta będzie z pokorą taszczyć swój krzyż, bo choć polska kobieta dobrze wie, że jej facet to rozpieszczony nieudacznik i wygląda jak ostatnia łajza, musi przyznać, że ma jedną podstawową zaletę:

JEST.

O ile faktycznie ostatnio w świadomości młodych przebojowych babek coś drgnęło, statystyczna Kowalska musi się jeszcze sporo nadźwigać, by wreszcie zauważyć w facetach potencjał innej niezwykłej zalety. Ta druga zaleta jest szczelnie ukryta, a jej stwierdzenie wymaga przejścia w odmienny stan świadomości, co przecież nie dzieje się tak hop siup. Dlatego kobieta musi przebrnąć przez wszystkie obowiązki życia: macierzyństwo, małżeństwo, pranie, sprzątanie, gotowanie, prasowanie, gnieżdżenie się na wspólnym łóżku i diabli wiedzą co jeszcze. Przy okazji, czy ktoś może mi wyjaśnić, czemu ludzie uparli się na to spanie w jednym łóżku? Jak to się dzieje, że szukamy sobie coraz większych apartamentów, organizujemy sobie coraz przestronniejszą przestrzeń do codziennego życia, budujemy ogromne domy, by pod koniec dnia zalec niby ryba w konserwie pod jedną kołdrą z chrapiącym partnerem? Wszak najbardziej interesujące rzeczy w związku nie dzieją się podczas snu, a na czas spania znalazłoby się chyba w naszym mieszkaniu metr dwadzieścia na drugie łóżko?

Wracam jednak do tej drugiej zalety u facetów, bo ona jest naprawdę niezła. Jest jak kamień filozoficzny. Zamienia naszego ciastowatego fajlusa w szlachetne złoto. A odkrycie tej cechy gwarantuje nam miłość najlepszą z możliwych – miłość do samej siebie. Owszem, trzeba oddać fajlusowi cześć. Trzeba mu przyznać, taki facet ma to do siebie, że faktycznie JEST. Ale uwierzcie, to tylko namiastka szczęścia.

Najlepszy jest bowiem facet, którego NIE MA.

Rozumiem, że to może wydawać się szokujące. I owszem, kobieta na początku trochę histeryzuje, nie chce się z tym zgodzić. Z czasem zaczyna jednak doceniać takiego faceta. Coraz częściej o nim myśli. Zaczyna tęsknić! I wreszcie nim się zachwyca.  A potem już za żadne skarby nie chce go stracić. Facet, którego nie ma, jest bowiem doskonały. Nie ma żadnych wad.  Nie siedzi przy konsoli, nie chłepce piwa, nie obraża, nie czepia się, nie krytykuje. Niczego nie wymaga, o nic nie pyta. Nie jest głodny, nie hałasuje, nie beka i nie chrapie. Wcale nie jest gruby. Nie jest też łysy. Nie podnosi deski klozetowej, a w związku z tym w ogóle nie zapomina jej opuścić. Nie rozrzuca skarpetek. Nie wraca po nocy, nie wychodzi w dzień. Nie zdradza! Nie pyta, co na obiad. Nie ma żadnych wkurzających kolegów. Nie ogląda meczów. Za to zupełnie bez żadnego sarkania pozwala obejrzeć dwa tuziny komedii romantycznych pod rząd.

Nic nie zastąpi faceta, którego NIE MA.

—————————————————————————————–

Fajlus – określenie wynikające z połączenia dwóch, mających tu szczególne znaczenie słów: Fajtłapa i Fallus.

5facet

Facet JEST

Faceta NIE MA

Komplement kontra karta kredytowa

TURBO MODA ’80

Maciek jest miły, ale nie wiem, czy jest hetero. Siostra Młodsza to wyklucza. Podobno nie ma miłych mężczyzn heteroseksualnych…

A jednak poszłam do tego H&M. Stwierdziłam, że nie mam żadnego przyzwoitego czarnego swetra, więc muszę kupić. Oczywiście, nic tak ponurego, jak czarny sweter, nie znalazłam. Na dwie godziny utknęłam w centrum handlowym, przez co nabawiłam się:

  1. Przeziębienia
  2. Złudzeń
  3. Debetu.

Ostatnia przypadłość bynajmniej nie ma sprzecznej relacji z faktem, że nic nie kupiłam. Jedno z drugim wcale się nie kłóci, jedno drugiego wbrew pozorom, nie wyklucza. Jak jednak inaczej niż NIC nazwać kolczyki z blachy ciętej ocynkowanej, proszkowo maźniętej, z nadrukiem imitującym skórę węża? Albo, jak określić jadowicie niebieską kusą kurtkę à la lata osiemdziesiąte, styl Kajagoogoo? Czym mianować poszarpane kabaretki z kwaśno-żółtą nicią nad łękotką? I którego słowa użyć wobec wydartej puckiemu Kaszubowi sieci do połowu śledzia, podstępnie ukrywającej się pod etykietą: pulower?

Moje chwilowo wzlatujące emocje w przymierzalni, zręcznie podtrzymywane przez piejącego sprzedawcę – w domu zupełnie opadły. Co gorsza, zostały bezwzględnie przygniecione ciężarem wyrzutów sumienia. Wydałam fortunę i nie kupiłam ani jednego czarnego swetra. Nie było żadnego czarnego swetra. Nie było nic czarnego. W ogóle nie było nic, co w jakikolwiek sposób przypominałoby rodzaj ubrania.

Za to było zatrzęsienie budyniowo-mydlanych, upstrzonych neonowymi dodatkami firanek w dowolnych rozmiarach.

Mówicie, że mogłam nic nie kupić? Wykluczone. Nie mogłam nic nie kupić od tego sprzedawcy. Człowiek, którego spotkałam wczoraj w centrum handlowym, ma na imię Maciek i jest absolutnym geniuszem. On to właśnie w spazmatycznie zachwalał nie tylko wymieniony asortyment, ale przede wszystkim mnie, moje oczy, nos, fryzurę, nogi, Jezu, co tam nogi!, inteligencję, poczucie humoru, błyskotliwość, wreszcie, cytuję:

„TURBO OGARNIĘCIE”.

Czy ja muszę Państwu tłumaczyć, że gdyby ów człowiek wyciągnął spod lady odrapanego krokodyla ogrodowego do przypięcia w roli broszki, też bym go kupiła? Kupiłabym wszystko z jego rąk, każdą niepotrzebną pierdołę, każdy zdarty łach w neonowe gwiazdy, motyle, żaby, co tam jeszcze maszyna do odsmażania mody z lat 80-tych wygeneruje!

Owszem, próbowałam się bronić, mówiłam na przykład:

– Wie pan co… wiesz, Maciek…, ale to mi tak średnio…

Wtedy on szalał w znamiennych gestach „ Boże, natychmiast się z tym uporajmy!” i z miejsca rozdmuchiwał wszelkie moje wątpliwości. Gdy spytałam bez przekonania, czy aby na pewno powinnam nosić jaskrawo-różowo-złoty naszyjnik w stylu egipskim do jaszczurczej sukienki, Maciek stanowczo oświadczył, że po pierwsze, to jest W TURBO MODZIE, a po drugie wyglądam w tym jak Kleopatra. Co tam, Kleopatra! Wyglądam TURBO lepiej!

Nie wiem, skąd kierownictwo sklepu wytrzasnęło Maćka. Nie wiem, gdzie on mieszka i jaki jest do niego numer telefonu. Co gorsza, nie wiem nawet, czy Maciek jest heteroseksualny. Siostra Młodsza to wyklucza. Siostra Młodsza dobrze się na tym zna. I zapewnia też, że nie ma miłych mężczyzn heteroseksualnych. A on nie był miły. On był TURBO miły. On był rozkoszny. I ja też byłam. Przez chwilę. Dopóki nie wróciłam do domu i nie wyjęłam z przepastnej siatki byłej zawartości swojej karty kredytowej. * 

Szokujące, jak łatwo można wydębić od kobiety ostatni grosz, łechtając jej próżność. Ten prosty zabieg przeniósł mnie w lata 80-te (piękny czas, gdy faktycznie kusa kurteczka Kajagoogoo pasowała mi wyśmienicie) i przy okazji pozwolił Maćkowi zgarnąć niebagatelną prowizję.

Nie będę chodzić już po żadnych sklepach. Czarne swetry można kupić na Allegro.

Kajagoogoo

Kajagoogoo
fot. East News

* nawet nie próbujcie mi sugerować, że mam to wszystko zwrócić do sklepu. Maciek by mi nie wybaczył.

W poszukiwaniu idealnego faceta

Gotuje obiady, wynosi śmieci, wyprowadza psa i śpi na jego miejscu. To Cichy I Pomocny Adorator. W skrócie C.I.P.A.

123

Zbliża się …dziestka (w drastycznych przypadkach: …. siątka), a my ciągle szukamy idealnego faceta. Zastanówmy się zatem, przeanalizujmy dokładnie, co tam w matrymonialnym zanadrzu się kolebie i w czym właściwie pozostało nam wybierać?

Weźmy dostępne na rynku typy mężczyzn:

Maczo. Zabójczy brunet, którego znamy ze studiów i przez lata wzdychamy do jego wspomnienia. Spotkany przypadkowo na zakupach w Biedronce, przy parówkach z kurcząt nieporadnie grzebie przerzedzone włosy. W zapuchniętych jego oczach szukamy odpowiedzi, co nas w nim kiedyś tak fascynowało i po jaką cholerę wystawałyśmy godzinami pod jego wydziałem? Ze smutkiem żegnamy młodzieńczą miłość, konkludując jednocześnie, że my, choć po kilku ciążach, mamy znacznie bardziej płaski brzuch, niż on.

Amator siłowni. Prężny jak Atlas, na pierwszy rzut oka, ciacho. Nie zna jednak Vermeera, a Almodovar kojarzy mu się z tropikalnym owocem. Po wypowiedzianych trzech drewnianych zdaniach, w pięć minut nam brzydnie. Bicepsy jakimś cudem opadają, nie mówiąc o innych członkach. Dajemy nogę, nie chcąc już wcale sprawdzać, jak tam u niego ze sprawnością.

Kolega. Coś potwornego. Rozkochuje nas w sobie, czarując opowieściami o niszowych filmach i flamandzkim malarstwie. Przepadamy na amen, a on podsyła nam zdjęcia fatałaszków z pytaniem o opinię. Gdy już piejemy z radości w przekonaniu że nas romans kwitnie, on kupuje fatałaszki żonie i dobija nas historią ich miłości. Podkreśla przy tym, jak bardzo się cieszy, że ma z kim o tym pogadać. Jakby nie patrzeć, sytuacja patowa.

Artysta. Z marmurową miną, w dekadenckim lokalu, patrzy godzinami w naszym kierunku, a w zapadłym wzroku czytamy obietnice piekła. Po siedmiu absyntach podchodzi do nas chwiejnie i zblazowanym głosem proponuje „wypad z tej beznadziejnej nory”. Oczywiście zgadzamy się na wszystko, cudem uchodząc z życiem po nocnej eskapadzie na balustradzie wiaduktu. Nazajutrz, sponiewierane, bez skutku czekamy na telefon, na mail, na cokolwiek, a w „beznadziejnej norze” znajdujemy wczorajszą namiętność w ramionach rudej blerwy.

Cycuś – Glancuś. Na randkę przyjeżdża nowiutkim mercedesem, robi wrażenie na koleżankach. Nam się roi, że będzie super. Ale nie jest. Facet najpierw wszczyna aferę w restauracji, bo na szklance od wina jest paproch. Potem znika w łazience i przez godzinę poprawia krawat. Gdy wreszcie lądujemy na jego nieskazitelnej kanapie, ten nagle się zrywa i biegnie do garażu pucować samochód. Masakra.

Cichy I Pomocny Adorator, w skrócie C.I.P.A. Gotuje obiady, wynosi śmieci, wyprowadza psa i śpi na jego miejscu. Wiecznie przepraszający, do obrzydzenia usłużny typ, którego gruczoły zapomniały o wytwarzaniu testosteronu. Świat nie ma pojęcia, jak brzmi jego głos, bo wciąż jest w stanie jęku. My z kolei nie wiemy, jak mamy na imię, bo słyszymy tylko jego przesadne zdrobnienia. W sumie nie ma się co dziwić, że do łóżka wolimy zabrać wspomnianego psa…

Młodzieniaszek. Trafia się nam wreszcie przystojniak. Wieczny student zachowany jak mumia, chłopiec z plecakiem po czterdziestce, który swój dowcip szlifuje na internetowych forach i chodzi w koszulkach  Star Wars. Zabiera nas do pub-u, bez przerwy gada o grach komputerowych, wreszcie znika z hostessą, nie płacąc rachunku.

Mądrala. Najpierw mu ulegamy, bo nam się zdaje, że trafiłyśmy profesjonalistę. Na wszystkim się zna i wszystko lepiej wie. Otoczenie przy nim blednie, niestety, w jego pojęciu. Gdy więc wysiada telewizor, rozkręca go na śrubki i zostawia na środku salonu, by potajemnie dzwonić po majstra. Majster się zjawia, wymienia baterie w pilocie, a nasz Mądrala peroruje, że lepsze są alkaliczne. Zwykle niewysoki, z nadwagą, dźwiga brzuszysko, ciągnie kapcie, garbi się i nie goli. Parska jednak na widok trzech siwych włosów Tomasza Kamela, a każdy zadbany facet, to według niego „pedał”.  Ulubiony temat: polityka. Wystarczy?

Plotkarz. Cecha charakterystyczna – gaduła. O ile jest inteligentny, początkowo sprawy mają się nieźle. Bawi nas rozmową, dowcipkuje, sypie anegdotami. Jest fajnie. Wypijamy więc kilka wódek, świetnie się bawimy, w końcu – raz kozie! – ulegamy tej paplaninie i przeżywamy całkiem zabawny wieczór. Rankiem pół miasta rozprawia o naszych pończochach.

Facet Idealny. Spotykamy go wreszcie. Mądry, przystojny. Roztacza czar, morduje urodą, przynosi kwiaty, sypie dowcipami. Komplementy nie cichną w jego namiętnych ustach. Latamy z nim w kosmiczne przestworza, aż wreszcie przychodzi ten straszny wieczór, gdy z zagubioną miną wyznaje, że nic z tego nie będzie. Bo w ogóle go nie obchodzą kobiety…

———————————————————————————–

562674_396620330362267_350319691658998_1409651_1216646367_nNapisałam ten tekst na zamówienie BE MAGAZINE. Zanim jednak wysłałam do redakcji, pokazałam go Wołoskiej. Bez namysłu stwierdziła, że… (tu daruję czytelnikom oryginalny cytat)…do sześćdziesiątki mam zagwarantowany celibat.

Mężczyźni są z Marsa, a kobiety są z gruntu. Złe

Żaden mężczyzna nie ma brzucha

Facetowi NIE PRZESZKADZA podniesiona deska klozetowa, więc o co robić raban?

Całe dzieciństwo jakoś się przekolebałam w dobrych relacjach z płcią przeciwną, ściśle z płcią zupełnie odmienną (nie napiszę, że brzydszą, bo i tak się już naraziłam). No więc, nie powiem, było całkiem zabawnie. Lubiliśmy się, pożyczaliśmy sobie temperówki, graliśmy w piłkę nożną, zbudowaliśmy klub na strychu. Potem, na studiach, pędziliśmy sobie bimber, chodziliśmy na piwo, słuchaliśmy płyt i, co tu narzekać, nie było aż tak źle. Zwykłam myśleć, że chłopcy są całkiem w porządku, że w przeciwieństwie do dziewczynek nie wykazują skłonności do nabzdyczenia, a jak się dobrze trafi, to z takim chłopcem można ukraść kilka przysłowiowych koni.

Tu należałoby wspomnieć Krzysztofa K., inicjatora i głównego organizatora wyścigów ślimaków (z braku konia i ślimak dobry), który widząc mój niepohamowany apetyt, postanowił w trzeciej klasie podstawówki robić mi kanapki do szkoły. I robił!

Warto przywołać także wspomnienie Pawła S., wielbiciela tubifeksów, który przekonany o ich obecności pod skorupą lodu, w środku zimy urządzał imprezy na środku Jeziora Kortowskiego. Do dziś nie pojmuję, jakim cudem przeżyliśmy. W każdym razie – wszystko było ok.

Ale któregoś dnia dorosłam. I zaczęłam pisać. Na przykład o relacjach międzyludzkich. O wadach i zaletach obu płci (przysięgam, niejednej babie dokopałam). Ale gdy zaczęłam pisać, moje stosunki z mężczyznami się zmieniły. I nie chodzi tu bynajmniej o stosunki cielesne, ale relacje mentalne. Emocjonalne. Życiowe.  Moje pisanie, niczym klin, wbiło się między mną a mężczyzną i rozłupał naszą przyjaźń. Ściśle – faceci wpadli w furię. Bo, wybaczcie, żarty z anonsów panów na portalach erotycznych? Żarty z  impotencji? Żarty z otłuszczonych torsów plażowiczów? Żarty z dominacji? Z szowinizmu? Z żądzy władzy? Z przekonania o swojej wyjątkowości, z bycia pępkiem świata? Z braku samokrytycyzmu?

I tak, z całkiem przyjemnej blond trzpiotki zmieniłam się w brzydką, tłustą feministkę, przekuwającą swoją frustrację w pseudo literaturę, a problem polega na tym, że żaden facet mnie nigdy nie zechce, bo przecież jestem brzydką i tłustą feministką. Wszystko skiepściło się do tego stopnia, że – by ratować resztki swojej pozycji w poukładanym świecie – muszę odszczekać to co napisałam.

Tak więc odszczekuję i przyznaję, że:

  1. Mężczyźni, owszem, są z Marsa, ale kobiety są z Ziemi, a nawet z gruntu. Złe.
  2. Jeśli jednak kobieta będzie miła – facet, owszem, zabierze ją na orbitę, żeby sobie zobaczyła gwiazdy. A potem może nawet kupi jej mikser.
  3. Kobieta z racji punktu powyższego MUSI być miła, bo jak nie jest miła to normalnie,  sorry. Znaczy: lesba.
  4. Jak świat światem żadnemu facetowi NIE PRZESZKADZA podniesiona deska klozetowa, więc o co robić raban?
  5. Faceci są ogólnie rozkoszni. Jak dzieci. Dlatego pozostają tacy (jak dzieci) do końca życia. Nie muszą odnosić po sobie talerza, wycierać butów ani składać skarpetek.
  6. Żaden mężczyzna nie ma brzucha. Ani tym bardziej, cycków. Dlatego może sobie chodzić z gołym torsem po mieście, podczas gdy, umówmy się, kobieta powinna się jednak zakryć. (Jeśli mężczyzna ma ochotę popatrzeć na gołą babę, to se ją wygugla.)
  7. Faceci mają rację. Tak jest świat ułożony. Jeśli jednak jej nie mają, nie należy się z tym specjalnie wychylać, bo przecież każdy głupi wie, że facet musi być chwalony. To chyba ma rację, co?
  8. Każdy mężczyzna, bez wyjątku, jest świetnym kierowcą. Ty zaś jesteś babą za kierownicą. Jeśli więc on siedzi obok ciebie, gdy prowadzisz, przyjmuj pokornie wszystkie: „zwolnij”, „zmień bieg”, „szybciej”, „nie hamuj”, „pas lewy”, „pas prawy”, „jedynka”, „gaz”… i broń Boże, nie protestuj! Jeśli jednak masz wątpliwości, patrz punkt 7.
  9. Świat bez facetów byłby straszny. Znikłyby wojny, zbrojenia, przepadłaby polityka. Ale to jeszcze nic, to jeszcze jakoś by się dało naprawić. Największy dramat, aż strach pomyśleć – zniknąłby kler.
  10. Mężczyźni są piękni, inteligentni i mili. Wszyscy. Nawet ten szalenie uprzejmy pan z czarnego BMW, który wczoraj chciał zaparkować akurat w tym samym miejscu, gdzie ja wjechałam, więc wiadomo, miał rację, że opuścił szybę i krzyknął do mnie: SPIE…LAJ!