Dziękuję. I to długie, bo opowiadam co było dalej

To zdjęcie zrobiła mi Agnieszka Malinowska w 2006 roku. A może wcześniej? Bardzo je lubię. Jakoś mi tu dziś pasowało.

Powiem wam, co było dalej. Powiem więcej. Dużo więcej.

Wczoraj ryczałam przez pół dnia, potem leczyłam się z migreny. Nie kupiłam tej flaszki za 118, bo nie miałam siły wstać z łóżka. To uratowało mi życie. Wieczorem ledwo żywa pojechałam do Joanny, która kupiła ode mnie Samum i to dwa egzemplarze, żebym miała na gorącą czekoladę. Siedziałam u niej półprzytomna z bólu i zmęczenia, kiedy pomału zaczęło do mnie dochodzić, co się właściwie wydarzyło. Otóż wydarzyło się bardzo dużo. Bo oto dowiedziałam się, że są Ludzie, którzy zupełnie bezinteresownie, z dobrego serca wspierają mnie jak mogą, przysyłają słowa otuchy, kupują książki na BaBie, oferują prawdziwą pomoc bez tych wielkich haseł o feminizmie i ch.. wie czym jeszcze na plakatach, na posągach i w memach na fejsbuniu.

Nie. Oto są Ludzie, którzy pomagają innym ludziom, są Kobiety, które NAPRAWDĘ pomagają innym kobietom, a nie pieprzą o tym na panelach. To kobiety nieuwikłane, wolne, niezależne. Bardzo dużo jest wśród nich Polonii. Ale też są tacy, którzy mieszkają w Polsce, ale się nie boją, mimo swoich zależności, pracy, układów. Wszystkim najserdeczniej w świecie wielkie DZIĘKUJĘ. Jesteście wspaniali. To dla Was piszę swoje książki.

No i właśnie. Co było dalej. A propos pisania książek. Zerwałam się o pierwszej w nocy, założyłam kapcie i siadłam do komputera. Kot w szoku. Chociaż z tym to nigdy nie wiadomo. Mam wrażenie, że emocje wyrażone przez kota należą do zupełnie innego wymiaru emocji, z takiego niedostępnego dla mnie – przynajmniej na razie – wymiaru emocji, w którym panuje szacunek wzajemny tak zaawansowany, że sorry, ale niczym nie będziemy tu szastać. Zwłaszcza emocjami. Ja się wciąż tego uczę, zwłaszcza kwadrans po tym, gdy znów wydrę mordę tylko z takiego powodu, że chciałabym już bardzo powiedzieć to, co mi przyszło do głowy. Bo kurde, zniknie.

No więc siadłam do tego komputera i łajając się w duszy na wszelki wypadek, gdyby mi do łba strzeliło wchodzić na Facebooka – weszłam na Facebooka. I dostałam zawału serca. I szybko stamtąd uciekłam. Bo takich rzeczy to się może kiedyś spodziewał Mansztajn, jak otwierał Make Life Harder i rano wstawał półprzytomny, zaglądał do fejsa i (cytuję, albo robię coś w rodzaju cytowania) „musiał przetrzeć mopem ekran z niedowierzania”. Że tam tysiące lajków. Podobny scenariusz. Co miałam robić? To nie jest łatwe zmierzyć się z szokiem, dlatego zwiałam stamtąd w te pędy, choć znając siebie, aplikacji nie zamknęłam. Tak na wszelki wypadek. Żeby nie stracić kontaktu z rzeczywistością.

I zaczęłam pisać. To wcale nie jest takie proste: zacząć pisać. Ale jak się zacznie, to naprawdę, dzieją się rzeczy straszne. Nie wiem, może to nie to słowo. Może nie straszne. Ale wiekuiste na pewno. W każdym razie jesteśmy na razie przy „zaczęłam pisać”, co jest jeszcze kawałek przed czynnością właściwą. To jest ten moment, w którym jeszcze jest szansa, żeby bez nadmiernego wyrażania emocji (pamiętacie tamten poziom?) przerwać pisanie. Logiczne. Można przecież przerwać coś, czego się jeszcze nie zaczęło. Na luzie. Gorzej potem.

Ale spokojnie, wciąż jesteśmy przy rozpoczynaniu. Szukam więc w tym cholernym komputerze jakiegoś programu do pisania, a przecież ja wam do tej pory nic nie powiedziałam o tym, że już się rozstałam z Acerem bez klawisza F8. No więc od pewnego czasu mam inny komputer (kupiony na olx, więc używka, a ja jako wytrawna artystka uwielbiam używki), który dodatkowo ma zupełnie inny system operacyjny i weź mi tu, kurwa, znajdź worda. To trwało. Trwało. Wifi miała szansę wejść i wyjść z chałupy, miała też swoje pięć minut skoków na klawiaturę, coś tam nawet dostała do żarcia. Wiedziała, co robi. Wiedziała, że za chwilę przyjdzie ten niekończący się moment zastygnięcia czasu, bez-oddechu, bez-szmeru, bez-żadnego-niczego. Bo inaczej nie odpowiadam za siebie.

No i piszę. Piszę dla was, kochani, nową książkę, a w międzyczasie nie mogę przestać pisać. Ale wiem jedno. To będzie prze-za-je-bi-sta książka, która stanie się odpowiedzią na wszystkie pytania. A przynajmniej na te, które mi przyjdą do głowy.

To będzie moja pierwsza książka, która przyjdzie na świat w DOMU. Nie w żadnym, kurwa, szpitalu, który ma ci niby pomóc, a tak ci dowali, że z ledwością o własnych siłach wyjdziesz. Tak jak ja wyszłam. Ale żyję.

Wszystko przede mną.

Prosimy o cierpliwość

A matka mówiła, żebym na medycynę poszła. Wynalazła szczepionkę na raka. Na wszystkie raki. Spoko. Byłoby łatwiej.

Albo to. Czas między wysłaniem książki do redakcji a odpowiedzią na maila. Wyjątkowy trening cierpliwości. Niezwykła przygoda emocjonalna. Skok na bungie z naderwaną liną. Runiesz o skałę, czy przeżyjesz? Roztrzaskasz się na ziemi, czy polecisz w kosmos? Dotkniesz gwiazd, czy będą cię zeskrobywać z chodnika?

Wysłałam. W poniedziałek. Zeszły! Nie żebym się tu chwaliła, bo nie ma czym. Od zeszłego poniedziałku ani słowa. Ani nic. Zero zachwytów, zero omdleń. Żadnych: rewelacja! Żadnych: rewolucja! Moje męki na nic. Albo, co gorsza: na coś. Coś tam. Tak letnio. TAK SOBIE.

Czy ja się godzę na: tak sobie? Czy ja w ogóle chcę to wydać? W życiu. Ja chcę wszystko albo nic. A tu wygląda, że NIC. Wszak, jeśli ktoś by dorwał książkę w poniedziałek, jeśli by go wbiło w fotel, w kanapę, w plastikowe siedzisko w tramwaju, w ławkę, w psa, przecież jakby szarpały nim stronice jedna za drugą, jakby frazy wyciskały łzy i napadały śmiechem, czy ów ktoś czekałby z wyrażeniem emocji do dziś? JUTRA? POJUTRZA?!

Tamten poniedziałek. To było tak dawno! Wieki temu.  Ledwo pamiętam. Zdaje się, że rozmawiałam z Pauliną, napisała o mnie na Facebooku, dostała dwieście lajków. Co tam lajki! Co tam dwieście! Co tam tysiąc! Nie ma takiej nagrody, która by mnie uspokoiła. Matka mówiła, żebym na medycynę poszła. Została lekarzem, naukowcem. Wynalazła szczepionkę na raka. Na wszystkie raki. Spoko. Byłoby łatwiej.

Ledwo chodzę, ledwo dycham. W łazience wpada mi w ręce miesięcznik „Książki”. Dostaję szału na widok tych wszystkich PISARZY. PISAREK. Pisarek bardziej. Najbardziej nienawidzę tych z NIKE. Pokażcie mi, który pisarz nie nienawidzi sukcesów drugiego?! Która uśmiechająca się na eventach blerwa nie utopiłaby w łyżce wody tej drugiej? Ja topię. Gazetę w wannie. Przynajmniej to.

Mijają dwa dni, jest rozpacz. Jak strasznie spieprzyłam rękopis, że takie milczenie wywołał? Ile można przeczytać w dwa dni? Jak ciekawe, to wszystko! Jak nieciekawe, to nic. Wniosek: NIECIEKAWE. Puszczam marsz żałobny. I  na wszelki wypadek Bauhaus.

Trzy dni, cztery. Zastygam w lodowatym stuporze. Nie podoba się! Nie podoba się! Mało. Nie da się czytać! Przecież przez cztery dni można przeczytać co najmniej dwie książki. Jak dobre to i trzy. A tu jedna stoi w gardle. Moja.

Umrę. Zabiję się. Dzwonię do Wołoskiej. Opowiadam. Mówi, że jestem pierdolnięta. Rozważam i to. Nie kłócę się. W końcu musi kiedyś przyjść odpowiedź! Jutro! Śmierć albo życie!

Nazajutrz nic. Mija tydzień. NIC! Zero odpowiedzi. Wypatrując tłustego druku w skrzynce mailowej, popadam w obsesję. Jeszcze się próbuje podeprzeć kotem. Ten ma marzec. Urwanie ogona. Ucieka, gdy tylko mnie widzi i cudem jakimś, z resztek po dawnej zażyłości, gdy był jeszcze małym kotkiem i lazł co chwila na ręce – teraz rzuca pełne politowania spojrzenie. Sekundę później zapomina o łaskach i prycha ostrzegawczo: radź sobie sama. To sobie radzę. Nie wytrzymuję i piszę alarmową wiadomość:

CO JEST, KURWA?!

– Prosimy o cierpliwość.

Kończy się środa. Jutro czwartek. nie czekam, pierdolę. Już wiem. Wiem to na pewno. Mój życiowy wybór, moja nieśmiertelna zajawka, moja walka z matką: to był błąd. Babcia mawiała: kto nie słucha ojca, matki, ten posłucha psiej kołatki. Trzeba było na medycynę iść. Wynaleźć ten lek na raki. Nic prostszego. I nerwy w spokoju. I ludzkość ocalona.

Pies czyli mysz, a więc twórcza niemoc

To bardzo rasowy pies. Podobno na zewnątrz nie wychodzi, trudno się dziwić, na Kaszubach wieje, potem szukaj czterech tysięcy w polu. Zresztą bym się bała, że koty go rozszarpią, albo co gorsza: nietoperze

Najpierw wstaję o szóstej dwadzieścia i niosę w sobie obietnicę, że od rana będę pisać Dzieło Mojego Życia i wyjdę z tego impasu, z tego, że jestem ciągle w dupie z terminem. Z tą myślą brnę przez śniadanie, drugie śniadanie, herbatę i kawę, kąpiel, mycie głowy, suszenie głowy i dwa rozdziały nowego ebooka. Potem nagle okazuję się, że śpię, więc bardzo mi przykro, ale nie piszę. Gdy się budzę, jest jedenasta, więc się zrywam, ogarniam jakiś dres, znów robię kawę i bawię się z kotem. Potem oboje wychodzimy na zewnątrz, bo od kiedy spadł śnieg, mój kot nie ma zaufania do klimatu i gdy chcę go wypuścić samego, patrzy na mnie wzrokiem: „pojebało cię?”.

Kiedy znów jestem przy biurku, okazuje się, że nie napaliłam w kominku, a nawet nie podrzuciłam nic. Wtedy przenoszę się z laptopem do kuchni, tam trochę cieplej, więc znów szykuję jedzenie, tym razem coś słodkiego. Potem otwieram laptop, chciałoby się powiedzieć: pracuję, ale zaraz, zaraz, muszę przecież sprawdzić, czy ktoś nie napisał, może coś na fejsbuczku się dzieje, może jest koniec świata, może leci meteoryt, może PiS się rozwiązał, może Ewa Kopacz ich przekonała, żeby oddali władzę, może na świecie zapanowały pokój i szczęście? Ale nie, kto by pomyślał, świat się kręci dalej wokół Słońca, a ludzkość dalej zapierdala po równi pochyłej, pikuje bez skrzydeł prosto w otchłań.

A więc piszemy. Piszemy, ale jak tu pisać, kiedy ma przyjechać kurier, kurier swoją drogą jedzie do mnie od czwartku, a ja od czwartku na niego czekam, a kiedy człowiek czeka, nie może się skupić, bo tyle myśli w głowie, na przykład, czy do tego nowego laptopa, co go zamówiłam, powinnam kupić etui z pianki, czy z filcu, bo z pianki tańsze i chińskie, a z filcu drogie, ładne i własnoręcznie robione, w dodatku w Polsce, bądźmy Polakami. Druga rzecz, co warto nadmienić, znów kupiłam laptopa z outletu, to już tradycja. Poprzedni, z wystawy, bez klawisza F10, służył mi, proszę sobie wyobrazić, przez ostatnie siedem lat. I chociaż zdobywał coraz więcej rys i ułamań aż do gołych kabli, bardzo sobie przypadliśmy do gustu. Ewka mówi, że ja przygarniam laptopy jak psy ze schroniska. W kwestii psa, mój ojciec ostatnio zapragnął psa rasowego z hodowli niejakich papilonów i to był, moi państwo, pies za cztery tysiące złote. Prawie jak macbook. Polecił mi go obejrzeć, taki i taki adres, taka i taka godzina, pojechałam. Zobaczyłam. I policzyłam, że na jeden centymetr kwadratowy psa (?) przypada jakieś dwieście złotych. To są, moi drodzy, koszty równe kosztowi mieszkania w przyzwoitym miejscu w środkowej Europie. Nie wiem, jak wy, ale ja bym się wahała. Pies wielkości osełki masła może wywoływać wątpliwości co do słuszności nazywania go psem. Znów myślę, że ludzkość pikuje w przepaść, wygenerować coś tak cherlawego za takie pieniądze, to jest qui pro quo wieczności. W czasach bojówek o niemodyfikowaną roślinność, której podobno dzieje się krzywda, wykwitają takie frankensztajny genetyki? I po co? Przecież tego nawet jeść się nie da.

Pytam więc z naiwnością dziecka, po co taki pies i słyszę, że dla towarzystwa. Jest to zaiste luksusowe towarzystwo, myślę patrząc z żalem na swojego zupełnie nieluksusowego kota, którego przytargałam do domu za darmochę spod Lewiatana. – I co, świerwo? – zagajam prowokacyjnie, ale on wcale tego nie bierze do siebie, rzuca mi spojrzenie tłumaczone w wolnym przekładzie jako: „Chyba ty”. Jakby nie patrzeć, jest kotem, a nie ma na świecie kota, który by nie patrzył na ciebie z góry i osobowością nie udowadniał, że jest chodzącym (a raczej: stąpającym) luksusem. W odróżnieniu od tamtej uszatej myszy, która się cała trzęsie. Podobno na zewnątrz nie wychodzi, trudno się dziwić, na Kaszubach wieje, potem szukaj czterech tysięcy w polu. Zresztą strasznie bym się bała, że koty go rozszarpią, albo co gorsza: nietoperze. 

Kiedy nie mogłam pisać, musiałam pisać. Pisałam po kryjomu, na Sesji Rady Miejskiej, na zebraniach, w gabinecie burmistrza. Pisałam na imprezach gminnych Piękna Wieś i Turniej Kół Gospodyń Wiejskich. W tramwaju i na wywiadówkach. Pisałam w trakcie zakupów i przez sen. Pisałam jak w transie, bez przerwy, zakazane wersety. Teraz, kiedy nic nie muszę robić, nic absolutnie oprócz pisania – pisać nie mogę. Gdybym tylko mogła wyrywać kartki z zeszytu i zwijać w kulki, robiłabym to. Ale mam właśnie nowego laptopa, przygarniętego z reklamacji, jak kota spod Lewiatana i oprócz klawisza F10, nie da mu się nic poważnego wyrwać.

Chciałabym pływać w ciepłym morzu, albo latać nad falami jak delfin…

Idę nakarmić kota.

chovatelska-stanice-papilon-anee-4

Sztuka makijażu

Ile osób przyjdzie na spotkanie z YUTUBERKĄ? Tysiąc pięćset. Siedemset niezdecydowanych. Na spotkanie ze mną zdecydowało się… 38.

sztuka1

Zbieram w znoju tych Czytelników, zapraszam na spotkanie autorskie i ściągam mozolnie z Facebooka gości, gdy nagle moja nastoletnia córka pyta, kiedy to? Już się cieszę, że chociaż dziecko przyjdzie, zawsze to jakiś tłumek, zawsze to jakaś przyszłość, może koleżanki przyciągnie, może się w klasie pochwali, tak sobie naiwnie myślę. Tymczasem ona, że wiesz, sorry, ja nie o tym, ściśle ona o tym, że jest taka – uwaga! – JUTUBERKA, która w tym samym dniu ma spotkanie ze swoimi czytelnikami, tylko że w innym Empiku. I tu właśnie o nią chodzi.

– Czy ta JUTUBERKA napisała książkę?!

– Tak.

– Jaką?

–  „Sztuka makijażu”.

– Hm. A ile ludzi przyjdzie do niej?

– Nie wiem, zobacz na Facebooku.

Patrzę. Tysiąc pięćset. Siedemset niezdecydowanych.

Obecność na moim spotkaniu zadeklarowało 38 osób. Dwanaście jest niezdecydowanych.

Kopanie grobu. Wiwisekcja psychiki. Depresyjne przepaści. Nieprzespane noce. Włosy wyrwane. Ściśnięty żołądek. Rodzinne dramaty. Opus magnum. Pot i łzy.

Sztuka makijażu.

—————————————————————————————————-

Jeśli jednak ktoś, miast zgłębiać kunszt pacykowania się, zdecyduje się jednak na spotkanie ze mną, serdecznie zapraszam 29 października 2015 r. do Empiku w Galerii Bałtyckiej na godzinę 18.00. Będę przynudzać okrutnie o takich dyrdymałach, jak życie kobiet w Polce, wychowanie, spełnianie oczekiwań, poczucie wartości i zaklęty krąg męczeństwa. Bąknę coś o mojej najnowszej książce, pod tytułem, wybaczcie: „Kobieta dość doskonała”. Ale obiecuję, wezmę pędzelki!

Kubryńska w krainie czarów

Zaczęłam się bać. Prawdę mówiąc, zaczęłam się bać już w tamten czwartek, gdy zatęskniłam do czasów bez prądu. Wracam do domu wieczorem i…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nawet nie wiem, kiedy to się zaczęło. Po prostu w pewnym momencie się zadziało. Najpierw w sprawach błahych, nieistotnych. Ot, po prostu jakaś zachcianka z rana spełniała się wieczorem. Kto by na to zwracał uwagę? Rzecz przypadkowa, nielogiczna. Mówisz do siebie przy śniadaniu: ciekawe co u Zenka. Dawno się nie widzieliśmy. I bach, dzwoni Zenek. Albo zastanawiasz się, jak tu skombinować parę dych na wieczór i przychodzi zwrot podatku. Dobra. Żadnej magii w tym nie ma. Ale kiedy na przykład mówisz nad ranem, że musisz wreszcie (wreszcie!) zadzwonić do redakcji i namówić ich (przekonać!), na publikację twoich tekstów w wersji papierowej, choć wiesz dobrze, że to niełatwe, każdy by tak chciał, trzeba by wymyślić naprawdę coś wyjątkowego, jakiś paraliżujący pomysł przedstawić, jakoś to uargumentować, a te argumenty muszą być z tytanu – i tak sobie myślisz cały ranek, po czym odkładasz sprawę na później, bo przecież nie ma hop siup, tak się pstryknięciem palcami nic nie wymyśli, na to trzeba mieć głowę wolną, trzy dni na zadumę i patrzenie w chmury, a potem jeszcze tydzień na bolesne próby i błędy, wykuwanie dłutem w kamieniu genialnych fraz, w pocie czoła to mozół, Jezus Maria. Odkładasz zatem sprawę i idziesz po drożdżówkę, po czym wracasz, siadasz do komputera i odbierasz taki oto mail:

– Cześć, Sylwia, chciałabym zaproponować ci stałą rubrykę w wersji papierowej naszego pisma.

Albo, jeśli załóżmy, nad ranem rozmawiasz ze znajomą przez telefon i, by rozwiać szarość poranka, bąkniesz coś o takim kolorowym pomyśle, jakim jest wydanie nowej książki, bo przecież od dawna to za tobą łazi, od dawna cię gniecie i tylko fakt, że wydawanie książki to smok siedmiogłowy nie do pokonania – cię przed tym całym procesem wstrzymuje. Ty już to znasz, ty wiesz jak to wygląda, nieprzespane noce, rozdygotane myśli, mokra od potu poduszka. Wysyłanie dwóch tysięcy maili do zaklętych milczeniem wydawnictw i upokarzające telefony. Odrzucenie! Chimeryczność! Widzieliście „Poznasz przystojnego bruneta”? Jak nie widzieliście, to zobaczcie. Obejrzyjcie i raz na zawsze wyleczcie się z pisania książek. Przynajmniej na razie. Ale kiedyś, owszem. Kiedyś, w przyszłości trzeba będzie napisać. Koniecznie. Jak będzie więcej czasu. Bo do tego trzeba strasznie dużo czasu. Rzeka czasu, ocean cierpliwości. Siedem gór i wodospadów. Za miesiąc. Za rok. Dwadzieścia lat. Dwadzieścia pięć.

I tak sobie mówisz, słuchawkę odkładasz i zajmujesz się wypełnianiem PIT-u. Zapominając na śmierć, że ty już TO powiedziałaś! Powiedziałaś, amen, nie ma odwrotu! Słowo się rzekło i gdzieś w rzeczywistości równoległej obraca w czyn! A ty sobie beztrosko PIT wypełniasz! Ty sobie spokojnie, jak gdyby nigdy nic, pod nosem przekleństwa na Ministerstwo Finansów rzucasz! A tymczasem na poczcie tupie nogą mail z wydawnictwa. A w nim przekaz, że oto, droga Pani, sprawy same się pozałatwiały. Góry i rzeki się same pokonały. Rwące strumienie, wodospady i oceany się rozstąpiły. Dżin z butelki wyleciał i siedmiogłowego smoka udusił. Chimerę zdławił. Uporczywe, nigdy nie zaistniałe milczenie rozwiał. Upokarzające, nigdy nie wykonane połączenia telefoniczne – rozłączył. A książka? Voilà! Gotowa. Tylko powiedzieć: tak.

Teraz już zaczęłam się bać. Prawdę mówiąc, zaczęłam się bać już w tamten czwartek, gdy opowiadałam Basi, jak to fajnie kiedyś było, gdy mi prąd odłączyli. Świeczki w Lidlu kupiłam, w kominku napaliłam. Straszne siupy. Nawet na blogu o tym napisałam. Ha, ha, ha. Mówię ci, Basia, warto było. Człowiek bez prądu docenia rzeczy niedocenione. Człowiek się staje wartościowszy. Przestaje pracować jak wariat, na chmury patrzy. Na księżyc i zorzę polarną. No, same plusy. Świetna sprawa. Mam mówić dalej? Mam tłumaczyć, co zastałam po powrocie z pracy?

Nie wiem, jak długo te czary będą działać. Zanim jednak się skończą, kupcie jutro Gazetę. Jeśli w jutrzejszym wydaniu Wysokich Obcasów będzie felieton w rubryce Kubryńskiej, to znaczy że jeszcze działają.

Arbeit macht frei?

Dzięki wynalazkom cywilizacji oszczędzasz codziennie kilka godzin. Czemu więc nie poopieprzasz się choćby przez minutę?

office-job

Bzdura! Wszystko to bzdura! Nie ma co pisać. Nie ma co pisać, zwłaszcza codziennie. Nie ma co pisania traktować jak pracy przy taśmie. Nie ma co pisania w ogóle traktować jak pracy. Łapy precz od klawiatur! Zostawcie puste kartki! Zostawcie puste dokumenty tekstowe! Dajcie odetchnąć zziajanym umysłom. Zluzujcie napięte cięciwy neurytów. I zabijcie mnie za poprzedni tekst.

Autora, który pisze bzdury należy zabić. Tak jak projektanta, który konstruuje niepojęte w obsłudze, mimo instrukcji, przedmioty. Jeśli w ogóle potrzebna jest instrukcja – zastrzelmy projektanta. Jeśli w ogóle potrzebny jest komentarz objaśniający – zastrzelcie mnie. (Tak, brak zrozumienia tekstu jest winą autora.) Ale jeśli namawiam was do codziennej wytężonej pracy, w dodatku do pracy przez pisanie – nie miejcie litości. Wyjmijcie bazookę.

W pisaniu, jak wiecie, można się zatracić. Traćcie się ile wlezie, dopóki pisanie nie stanie się pracą. Zatracić się w pracy? Normalna sprawa. Nienormalne jest nie zatracić się w pracy. Ale to właśnie jest najbardziej niepojęte. Ludzkość, która ledwo wyszła z ostatniej wojny przez bramę z napisem Arbeit macht frei, zamiast konsekwentnie zacząć się obijać – wszak bynajmniej praca jej do wolności nie doprowadziła – rzuciła się we wściekły wir tyrania.

Niemcy wojnę przegrali, ale ich złota myśl nie

Ludzie chełpią się jak bardzo są zajęci, ile mają na głowie i jak bardzo napięty jest ich grafik. Ho, ho! Gratulacje! Na pewno z tego powodu będzie im lepiej się żyło. A jak nie będzie się im lepiej żyło – przynajmniej umrą szczęśliwie. Będą wspominać na łożu śmierci, ile im się udało w życiu spraw pozałatwiać. Ile telefonów odebrać! Ile maili wysłać! Ile raportów wykonać! Ile nadgodzin wyrobić! Ile aplikacji jednocześnie każdego dnia uruchomić, żeby nic nie stracić i… nic nie zapamiętać.

Cóż za wspaniała śmierć – po wieloletniej orce od świtu do nocy. Cóż za wspaniałe życie – szczurzy pęd w korporacyjnym kołowrotku. Mam dziś do napisania pięć tekstów. Który z nich mnie uwolni? Może i Niemcy wojnę przegrali, ale ich złota myśl z obozowych bram zrobiła zawrotną wprost karierę. Ta kariera kwitnie coraz okazalej.

Nie ma takiej minuty, w której nie da się upchać więcej obowiązków

Dziś, gdy chcesz załatwić sprawę, nie musisz nigdzie jechać, nie musisz nawet lecieć do budki telefonicznej, ani odczekać w ogonku swojej kolejki na poczcie. Wystarczy że wyjmiesz z kieszeni telefon komórkowy i skorzystasz z jednego z kilku sposobów komunikacji.  Możesz zrobić przelew, wypełnić formularz, dostarczyć stos dokumentów. Dzięki cudownym wynalazkom cywilizacji oszczędzasz kilka godzin. Czemu więc nie poopieprzasz się choćby przez minutę? Czemu nie wyciągniesz się na ławce w parku i nie popatrzysz na drzewo? Czemu nie położysz się na kanapie? Bo nie ma takiej minuty, w której nie można byłoby upchać jeszcze więcej obowiązków.

Kto się opieprza, wcale się tym nie chwali

Jest takie modne powiedzonko: „jestem zarobiony”. Z dumą wypowiedziane obnaża jednak mało chwalebną skłonność do wpędzania się w stan niewolnictwa. Człowiek jest zarobiony jak mrówka w totalitarnym mrowisku. Poczucie nieustannego biegu daje mu iluzję sensu. W końcu zasuwa w pocie czoła po to, by jutro wstać i… zasuwać w pocie czoła.

Kto się opieprza, wcale się tym nie chwali. Choć, jakby nie patrzeć – ma czym. Nic nie musi. Nie spieszy się. Mówicie, że czas mu ucieka? Nic podobnego. Czas mu się dłuży. Czas się do niego dostosowuje. Ba! Czas stara się go dogonić. Ale jak tu dogonić człowieka zapatrzonego w drzewo? Jak dogonić lenia wylegującego się na kanapie? Gońcie sobie. Gońcie w piętkę. Wielkie rzeczy nie powstają w umysłach zaganianych. Wielkie rzeczy powstają w umysłach zamyślonych. A żeby się zamyślić, trzeba mieć chwilę. Choćby minutę.

PS. Zgadnijcie, czemu mając do napisania pięć tekstów – piszę jeszcze na blogu?