Category: Celebrity

Cannelloni z buraka, czyli Żony Hollywood

Mają w Ameryce posiadłość, gdzie jest osiemnaście basenów. Jeżdżą sobie tam we dwoje. I pływają naraz w tych osiemnastu basenach, bo przecież w jednym basenie pływać się nie da

Moja mama mówiła na to, że ktoś się „wygina”. Myślę, że to jest bardzo trafne określenie. Oddaje ono dokładnie to, co dana osoba robi ze sobą, ze swoim ciałem, ze swoim językiem, twarzą, osobowością.

Siedzi – dajmy na to – naprzeciwko was, ale jakby nie do końca siedzi, można powiedzieć, że niby to siedzi, niby to się kręci, niby to się trochę kładzie, a może nawet niby to tańczy. Trudno określić, co ta osoba robi w kwestii siedzenia.

Patrzy. Ale jednak nie patrzy. To znaczy niby patrzy, ale nie wiadomo gdzie. Język jest tu bezradny, bo jakże określić tak nieprecyzyjne patrzenie? Takie patrzenie, niepatrzenie? Ty niby widzisz, ten ktoś ma oczy, temu komuś się nawet wiele wokół tych oczu dzieje, a jednak oczy te zgasłe, nieprzytomne, nieczujne, puste. Wzrok rozbiegany, strzelający po ścianach, wokół, tu, tam, wszędzie, po wierzchu. Tylko nie wprost, tylko nie w duszę, tylko nie w prawdę.

Dalej. Można by się rzucić do określania stanu relacji, w jakim ta osoba się znajduje, ale tu też zasieki. Bo niby to rozmawia, a jednak nie do końca. Niby to mówi, ustami rusza, ale dokądś bieży, którędyś umyka, trochę coś w waszym języku, za chwilę to przeplata jakąś kompilacją innych języków, splata kompilacje, wyciąga z nich własne twory, znów coś tam dodaje, okrasza, zniekształca i właściwie nie wiadomo, co powiedziała, ale jednak musiała powiedzieć, bo przecież tak dużo to kosztowało, tyle energii, czasu, prychania, skrzywień, strzelania oczami, trzepotania rzęsami, wydymania warg!

A gdy się jednak próbujecie dokopać sensu, gdy się jednak uprzecie wyciskać treść, okazuje się, że, owszem, gdzieś przemknęła, ale tak zaszyfrowana, tak zakodowana tajnymi hasłami w innych językach, że przepadła nieodgadniona, albo może i nie przepadła, może i się pojawiła, ale zawiera właściwie tylko coś na kształt: „och”.

Albo: „ee”.

I to właśnie można wypatrzeć i wysłuchać na kanale TVN, śledząc cykl programów pt. „Żony Hollywood”.

I pewnie bym nie wpadła na to, żeby sprawić sobie tego rodzaju rozrywkę i wytrzymać jeden z odcinków tej wstrząsającej relacji (chociaż próbowałam, jednak mam w sobie coś w rodzaju instynktu samozachowawczego, tego samego, co mnie chroni przed kupowaniem karnetu na wesołe miasteczko w Kaletce, biletu do cyrku, czy na kabaret Kryszaka) – gdyby nie zaproszono bohaterów programu do programu innego, jaki, owszem, ku własnemu zdumieniu, zdarza się mi się oglądać, a mianowicie do niejakiego Masterchef.

Nie to, że jestem jakimś samorodnym, niespełnionym talentem kulinarnym, bo kto mnie zna, wie, że zawsze będę tak kombinować, żeby nie robić obiadu. Nie to też, że mnie jakoś kręcą zawody w obrabianiu kaczki. Mam jednak pewną słabość do Magdy Gessler, która robi w jeszcze innym programie tak przepiękną jatkę tym nadętym, zdzierającym kasę za własne nieudacznictwo polskim restauratorom, że nie mogę sobie odmówić przyjemności przebywania w jej towarzystwie, choćby przy okazji.

Tu warto podkreślić, że osobę kombinującej tak, żeby nie robić obiadu, serio frustruje spustoszała mapa przyzwoitych restauracji, w których nikt nie chce cię zrobić w tak zwanego chuja, nikt nie sadza cię przy brudnym stole, nikt nie wciska ci czegoś zamiast czegoś, nikt nie dolewa ci żadnych substytutów, nikt cię nie truje, nie dyma i na koniec nie przynosi bezczelnie bandyckiego rachunku za to wszystko.

No więc zobaczyłam żony Hollywood w Masterchef, który oglądałam ze względu na Kuchenne Rewolucje. Taka akrobacja. A niby do cyrku nie chadzam. A tu cyrk. Przy stole siedzi podstarzała para obwieszona diamentami. Facet nieco łysiejący, na resztce włosów ma balejaż. Na szyi wisior. Złoty. Koszula rozchełstana. Wygląda jak poważnie zniszczony Don Wasyl, tylko że gorzej.

Obok babka składająca się z dekoltu i warg. Wargi są tak napompowane, że zdaje się czuć zagrożenie wystrzelenia spod napiętej skóry jakiejś galaretowatej substancji wprost na podawane wykwintności. Kobieta operuje dziwnym językiem, jak sądzę: AMERYKAŃSKIM i choć wcale niedawno opuściła Polskę, za diabła nie może sobie przypomnieć, jak jest po polsku: jedzenie.

Tym językiem zwierza się, że oto mają u siebie w Ameryce posiadłość, gdzie jest osiemnaście basenów. Jeżdżą sobie tam odpoczywać na weekend, do tych osiemnastu basenów – rzecz jasna – we dwoje. Jak rozumiem, bo tego już bohaterka nie wyszczególniła, a jednak mnie to ciekawi, pływają naraz w tych osiemnastu basenach podczas jednego weekendu, bo przecież w jednym, choćby nie wiem jak dużym i bajeranckim basenie pływać się nie da. W głowie się nie mieści, że są na świecie ludzie, którzy pływają w jednym basenie. To jak opowieść z krajów Trzeciego Świata, lepiej to zostawmy!

Przy okazji nasuwa mi się ostatnia aferka z sesją zdjęciową pewnej celebryckiej pary (kobieta zrobiła karierę na sprzątaniu, a facet kiedyś grał [średnio] w piłkę), która postanowiła podzielić się swoim kompleksem pod tytułem: o jeny, jak nas kręci kasa, tarzanie się w złocie, pieniądze, pieniądze, musimy to pokazać! I nastrzelali fotek na osiemnaście stron pod hasłem: królowa i lokaj bzykają się w Bombaju. Czy gdzieś tam.

No, ale do rzeczy. Pies. O tym nie można zapomnieć. Siedzi ten biedny pies przy stole, skrępowany jakimiś cudacznymi fatałaszkami, karany niepowstrzymywanymi pocałunkami i wyściskiwaniem – no i musi zżerać „special diet”, czyli… canelloni z buraka. A jak nie, to skaczący nad nim kucharze wylecą z programu.

Nie je.

Szanuję ogromnie pisarzy, którzy potrafią opisać rzeczywistość bez używania brzydkich słów. Ja też się bardzo staram. Staram się od lat i jest coraz lepiej. Ostatnio naprawdę idzie mi dość niesamowicie. Mam jednak słabsze chwile. Czasem nie mogę. Wtedy sobie tłumaczę, że te słowa nie są brzydkie, tylko adekwatne. No więc adekwatnie zakończę ten tekst.

JA PIERDOLĘ.

Jestem zdeformowana

Pomyślcie, jaki żal tłucze się w naszym narodowym skrybie Ziemkiewiczu, gdy na ulicach, a nawet w Wiadomościach widzi kobiety tak zdeformowane, aż w tym jego jedynym odstającym organie (brzuchu) ściska? Zakładam maskę na twarz, żeby po ludzku oszczędzić mu cierpień

maska1

Rafał Ziemkiewicz, znany z błyskotliwości na Twitterze, tym razem dał czadu. A jak ktoś daje czadu, to coś to musi znaczyć. Owszem, kiedyś na jego zwierzenia o wykorzystaniu nietrzeźwej, czy o seksie z kaszalotem wprawiały opinię publiczną w gwałtowne stany, ale dziś Rafał Ziemkiewicz się koncertowo rozpruł. Rozpruł się, bo nazywając Annę Dryjańską „zdeformowaną”, dał wyraz swojej frustracji, swoich lęków i bezbrzeżnego żalu, że jak by nie patrzeć, nie jest ani trochę zdeformowany, jest płaski jak monitor, gładki jak lustro, w którym szuka się choćby śladu mężczyzny, pusty jak papierowe pudełko i jedyne, co mu odstaje to ten brzuch, którym zawadza o tancerki. Ale to się nijak nie ma do kształtów kobiety, bo problem polega na tym, że RAZ nie jest ani trochę kobietą, nie jest nawet kaszalotem.

A pewnie by chciał. Chciałby, bo jednak forma pofałdowana jest o wiele ciekawsza od formy płaskiej, co można zaobserwować choćby na zdjęciach mózgu homo sapiens. Trudno powiedzieć, że mamy tu do czynienia z jakimś rodzajem homo, a tym bardziej sapiens. Zapytajcie samego pisarza. On na pewno na jedno z tych słów zareaguje w swoim stylu, czego dowodem będzie kolejny „utwór literacki” na platformie Twittera, bo głównie tam ostatnio literat publikuje.

Wszystkie jesteśmy zdeformowane. Każda z nas ma inny kształt twarzy, inną sylwetkę, inny nos, inne uszy. Mamy wady i zalety. I właśnie to jest kwintesencją naszych „Ja”. Cieszmy się więc kochane, że jesteśmy kobietami, że jesteśmy zdeformowane, mamy to i tamto, mamy mózgi i fałdy w nich, mamy uśmiech i gniew, mamy o wiele więcej od nieszczęsnego pana Ziemkiewicza, któremu już tylko rozpaczliwe szyderstwa pozostały, bo jak się okazuje w kwestii jakichkolwiek odkształceń: nic, nic, nic.

I teraz pomyślcie, jaki żal tłucze się w naszym narodowym skrybie, gdy codziennie musi na ulicach, a nawet w Wiadomościach oglądać kobiety, tak zdeformowane, aż w tym jedynym odstającym organie (brzuchu) ściska? Jakie to jest uczucie, moje drogie, gdy w celach uciech, trzeba tropić nietrzeźwą, bo na trzeźwą nie ma szans? Co się dzieje w tym niezdeformowanym umyśle, gdy desperacko myli się gatunki i rano budzi w łóżku z kaszalotem? Żałujmy go, bo jednak szkoda chłopa. Ja zakładam dziś maskę na twarz, żeby po ludzku oszczędzić mu cierpień. Niech nie widzi. Niech odpocznie.

Fajerwerki w noc poślubną

Patrzę na most, na moście saper, wokół niego ładunki wybuchowe. Pół ciężarówki trotylu, dynamity z lontem, bomby atomowe. Arsenał, jakby miał most wysadzić. Pytam strażnika, co tu się dzieje? Ślub.

fajerwerki

Jest coś, co za mną od narodzin się snuje i mnie na krok nie opuszcza. Jest to nieprzewidywalność.  Wszystko, co mi się w życiu przytrafia jest nieprzewidziane z góry. Choćbym nie wiem, jak się starała – pojęcia nie mam, jak spędzę najbliższy weekend. Wyjdę na randkę z brunetem, a spotkam się z blondynką. Podróż pociągiem? Przestańcie! Do lokomotywy wpadnie bocian, lokomotywa spłonie, a ja będę się tłuc autostopem.

Czas (bolesny, bo nienawidzę tych internetowych poszukiwań biletów, hosteli i pensjonatów) spędzony przy komputerze w celu zabukowania noclegu w Łebie jest zawsze czasem straconym. Mam bowiem jak w banku, że jeśli w odpowiedzi na najbliższy urlop wpadła mi do głowy Łeba, to z całą pewnością Łeby w tym roku nie zobaczę. W ostatniej chwili, odwołując wszelkie rezerwacje, wyjadę na południe Niemiec.

Kiedyś wylądowałam w Barcelonie tylko dlatego, że postanowiłam zwiedzić Londyn. Weszłam na tanie loty, już, już kupowałam bilet, gdy mignęła mi w rogu ekranu stolica Hiszpanii i w jednej sekundzie zmieniłam azymut. A skoro już byłam jedną nogą w Madrycie, to czemuż bym miała nie być dwoma w Barcelonie?

Na urodziny zaangażowałam kompanię z trzech powiatów do wspólnego wylotu na Węgry. Węgry zmieniły się zaraz w Mediolan, stamtąd powędrowaliśmy Polskim Busem do Pragi, zaraz jednak zmieniliśmy kurs na Litwę, do Wilna, a nie, może jednak do Szwecji – statkiem. W międzyczasie pojawił się Toruń, była i Warszawa, wreszcie, trzeba przyznać, gdzieś w ułamku sekundy mignęła też Lizbona. Towarzystwo zaczęło się wykruszać, niektórzy się w głowę pukali, inni podnieśli larum, jeszcze inni w panice pierzchli, a ja zostałam na swojej wsi sama, rozpaliłam ognisko i upiekłam kiełbaskę.

Tak. Jeśli słyszycie, że planuję Maroko we wrześniu, to możecie być spokojni, że nigdzie się nie ruszę. Im bardziej spektakularne plany, tym mizerniejszy efekt. I odwrotnie – im mniej planów, tym więcej się dzieje. Najstraszliwsze są chwile, które następują po przerywanym ziewaniem oświadczeniem:

– W weekend siedzę w domu. – Nazajutrz bowiem piję whisky w smoczej jamie pod Wawelem i postanawiam zrobić sobie tatuaż. Oczywiście, w kształcie smoka wawelskiego.

Możecie się umawiać ze mną do woli, z wyprzedzeniem miesięcznym, los i tak nas rozłączy. Zrobi to w ostatniej sekundzie. I to nie będzie moja wina. Sami to zrozumiecie, gdy pędząc na spotkanie złapiecie gumę, połamiecie nogę, wpadniecie pod samochód. Autobus będzie miał awarię, samolot spadnie, pociąg się wykolei.  Nie wiem, co będzie. Wiem tylko, że na pewno COŚ będzie. I to nie byle co.

Tak sobie pomyślałam dzisiaj, gdy znów się okazało, że nie jadę tam gdzie jadę. Otóż nie jadę nad morze, choć to planowałam, jadę, moi państwo, w góry, do Szwajcarii, nad wodospad.  Zanim tam jednak wyruszę (wiele się może zmienić), opowiem wam historię. Historię nieprzewidywalną, jak całe moje życie.

Dwa dni temu wyszłam wieczorem do teatru. Jest Festiwal Szekspirowski, a  w jednej ze sztuk gra mój syn rodzony. Trzeba zatem iść. Rzecz się dzieje Gdańsku, na Starówce. Ludzi tłum. Jarmark Dominikański. Bursztyn, wata cukrowa. Obwarzanki. Pozytywki. Blaszane zegarki. Pierzaste koguciki. Baloniki i druciki.

Przemierzam stragany, lecę na spektakl. Godzinę później, wzruszona (nie będę się jednak rozpływać tu nad talentem syna, bo mu się w głowie przewróci, co mu się jeszcze jakimś cudem nie przewróciło) ze sztuki wychodzę i w postanowieniu, że mijam tę jarmarczną próżność, biegnę Ogarną, przez bramę do samochodu, który mam po drugiej stronie Motławy. Tymczasem most zamykają! Czerwono białą szarfą zatrzymana przez Straż Miejską patrzę, na moście saper z laptopem siedzi, a wokół niego… ładunki wybuchowe. Ale jakie! Pół ciężarówki trotylu, dynamity z lontem, bomby atomowe. Arsenał, jakby miał most ten nieszczęsny wysadzić. A ja tu. A samochód tam!

– Co się dzieje?! – pytam strażnika.

I ten mi na ładunki, na sterującego komputerowo eksplozją wskazuje i mówi:

– Ślub.

Ślub! Ślub, fakt, sprawa niebezpieczna. Nie ma co się dziwić, że wymaga broni. Pytam z ciekawości, co ich czeka. Wojna?

– Pani zaraz zobaczy.

Odeszłam więc przezornie, odeszłam parę kroków. I jeszcze trochę. I jeszcze dalej. E, co się będę narażać. Przebiegłam na drugi most, ten przy Długim Targu. Stoję więc na moście, patrzę w kierunku bomb i nagle, jak nie wybuchnie! Jak nie wystrzeli! W niebo tysiąc gwiazd raz za razem, buch! I jeszcze raz! I znowu! Kolorowe! Srebrne! Złote! Strzały tysiąckrotne, paciorki świetlane. światłotryski! Deszcze brylantowe, rubinowe burze! Szafirowa ulewa! Nawałnica turkusów!

O fontanno świetlana, iluminacjo potężna, czyjaś ty tej nocy?! Kto, jakaż para ślub biorąc wypuściła cię nad miasto?!  Do czarownic na miotłach, do baśni tysiącletniej, kto wysłał ślubne zaproszenie? Kto światłem na niebie datę ślubu zapisał? Kto, kto ma taką fantazję, co to są za ludzie?! Chcę ich poznać! Chcę zapytać! Jak się nazywa miłość, o której dziś w niebie gadają?! Jak się nazywa namiętność, która ogniem swym niebo nad Gdańskiem zapaliła?

I kogo, u diabła, na piętnastominutowy kosmiczny pokaz, o jakim miasto Gdańsk kończąc Jarmark Dominikański może tylko pomarzyć – stać?!

Zbiegam z mostu przy Długim Targu, biegnę w dół, tam przy jachcie luksusowym jakiś tłumek stoi, ktoś „Sto lat” śpiewa… jest! Jest panna młoda, jaka piękna! W białych tiulach, z diademem, w brylantach, królowa tej nocy! Cóż za cudo, blond włosy, po królewsku upięte, twarz roześmiana, zęby białe, usta duże, piękność! Piękność słowiańska jak z obrazu, mój Boże! Dziewczyna jeszcze młodziutka, lat dwadzieścia parę, z kieliszkiem szampana sama sobie śpiewa „Sto lat”, a obok ktoś po niemiecku coś mówi, też śpiewa… Kto to? Pan młody?

– Viva Polonia…!

Patrzę na nich, na weselników, rozglądam się bez zrozumienia, oczy przecieram, jeszcze raz: – Pan młody…? – pytam. Mężczyzna kurczowo trzyma się małżonki, lekko się uśmiecha. Wiek około 70.

Tak, kochani. W noc poślubną fajerwerki gdzieś być muszą. Choćby na niebie.

Księżycowy Anioł

Człowiek myślał, że się czegoś w życiu nauczył. Guzik się nauczył. Bo czymże jest zwykła proza wobec poezji Patrycji Markowskiej?

trasa koncertowa Radia ESKA i Telewizyjnej Dwojki

M.N./FORUM

Byłam na koncercie Patrycji Markowskiej. Nie wiem, jak to wytłumaczyć. Właściwie chyba tego nie wytłumaczę. Po prostu znalazłam się w nieodpowiednim czasie w niewłaściwym miejscu. Rzecz w tym, że to był przypadek, jak zderzenie dwóch planet, meteorytów z dwóch odległych kosmosów. Przypadek przypadkiem, lecz – jak to z przypadkami bywa – wywrócił on do góry nogami porządek mojego świata i nic już nie będzie takie jak kiedyś.

Nie, to nie tak jak Państwo myślą. Moja obecność nie została najprawdopodobniej w ogóle zauważona przez Patrycję Markowską. Ona, niczym wielka Melancholia trzasnęła w mój maleńki świat bez mrugnięcia okiem i pomknęła nienaruszona dalej. Ja z kolei, spokojnie do tej pory krążąca po swojej orbicie drobnica, zostałam starta na kosmiczny pył, na miał marności, którego brak znaczenia, siedząc w kącie, pijąc whisky i obserwując szalejący tłum, z trwogą zrozumiałam.

Słowa. Bo o tym rzecz. Słowa Patrycji Markowskiej, których nie pojmuję i nigdy nie pojmę. Tajemny kod wpisany w czerń kobiecej mutacji głosu Grzegorza Markowskiego, co jeszcze bardziej podnosi stopień niedostępności dla takiej osoby jak ja. Kobieta śpiewa głosem swojego ojca, a śpiewa tak:

Kiedy noc spłoszy dzień
Zmieni imię swe, już czas
Czas już iść, założy więc
Czerwieni słodki wdzięk, już czas

Zapach obietnicy ma

Piję już drugą whisky, jednak ni w ząb nie rozumiem. Na początku niby jakoś idzie. Noc spłoszy dzień. Proste. Proste? Cha. Cha. Tak się tylko wydaje! Bo kto tu kogo płoszy? Noc jest płoszona, czy dzień jest płoszony? Noc jest płoszona. Ale głowy nie dam. Bo czemu niby noc jest płoszona, skoro równie dobrze mógłby to być płoszony dzień? Że niby w czym noc jest lepsza?

Myślę, posłucham dalej i się rozjaśni. Ale dalej tylko mrok gęstnieje. Bo ni z gruszki ni z pietruszki wyskakuje mi jakieś imię! Imię jest, lecz nie pada. Imię tajemnica, imię kod. W dodatku to imię się zmieni. Jeszcze nie padło, a już inne. Co za karuzela! I ja, ja na niej, zagubiona, zdezorientowana, a niby (kurde jaki wstyd), a niby literatka. Zagubiona literatka na karuzeli dnia i nocy z kalejdoskopem tajemniczych, nieodgadnionych nigdy imion, fruwam.

Spokojnie. Czas już iśćCzas już iść, śpiewa Patrycja, a ja myślę, cholera, nic nie zrozumiałam, a już czas iść, ale dalej nagle: ktoś się ubiera. W coś czerwonego, jak mniemam. Ale kto się ubiera? Nie wiem, znów nie rozumiem. Imię się ubiera? Zmieniło się i wskakuje w kieckę? Nie, to noc. A może dzień? Dzień w czerwieni. To by było nawet niezłe. Dzień przegania nockę, zakłada kieckę i zmienia imię. I nagle: eureka! Przecież to logiczne. Wczoraj niedziela, dziś poniedziałek. W dodatku ten zapach obietnicy. No, kochani, co jak co, ale poniedziałek zawsze obfituje w niespodzianki. Jaki mądry tekst! Już się cieszę, już lecę po nową whisky, gdy nagle jak grom z nieba:

Zerwany nocą kwiat, już czas
Pod rzęsami skryła się
Winem zmywa grzech

Jak świat światem, język językiem, prosty mój mózg dniowi przypisywał do tej pory rodzaj męski. Nie wiem, może to faktycznie pomyłka. Może dzień jest kobietą? A może przedwczesna moja radość? Może to jednak noc przegnała dzień, noc się ubrała w kieckę i zmienia imię? A teraz zrywa kwiaty i skrywa pod rzęsami się (sama się skrywa?!), w dodatku winem coś pierze, jakiś grzech, jasna cholera…

Spytaj ją co czuje gdy,
Gdy nadejdzie trzeźwy świt
Spytaj ją czy o czymś śni.

A jednak. Rzecz się dzieje w nocy. I należy ją spytać, ona wszystko wyjaśni. Ja tam nie wiem, może Patrycja umie gadać z nocą, mi się nie zdarzyło, co tylko potwierdza moją ułomność, moją marność.  Szanowni Państwo, dalej jest tylko gorzej. Gorzej, oczywiście, dla mnie:

Ona kochać chce,
Bo po nocy nawet dla niej wstaje dzień
Ona kochać chce,
Księżycowy Anioł, krucha tak jak szept

Żadna whisky nie pomoże, gdy do akcji wkracza Księżycowy Anioł. Kruchy, notabene, jak szept. Swoją drogą, pojęcia nie miałam, że szept jest kruchy. Ciasto kruche, ok. Bombka. Kieliszek, szklanka, szklanka z whisky, kruche to wszystko, aż strach. Ale szept? W moim prymitywnym pojęciu szept mógł być niewyraźny. Albo przeciwnie: bardzo wyraźny. Dobrotliwy, lub złowieszczy. Jadowity, przenikliwy, ba, przeszywający! Mógł być też bełkotliwy. Odwrotnie: precyzyjny jak laser. Szept ulotny. Szept ledwie słyszalny. Mój Boże, szeptów jest nieskończoność, szeptów jest jak psów! Ale żaden z nich nigdy nie był kruchy.

A jednak.

Tajemnicy słodki smak
Nasyci wiele dusz i ciał
Kochać chce, lecz dobrze wie
Daleko stąd do gwiazd

Może i słodki jest smak tajemnicy, ale teraz już wiem, już rozumiem w całej rozciągłości, że im więcej między mną a Patrycją lat świetlnych, tym lepiej dla mnie. Są ludzie, którzy stronią od rzeczy, których nie pojmują. Ja do nich należę. Nie pojmuję tajemnicy słodyczy sycących dusze i ciała, zwłaszcza ciała. Tak czy owak, jedno jest jasne, aż nadto zrozumiałe: daleko mi do gwiazd. Zwłaszcza do takiej gwiazdy jak Patrycja Markowska. I już jestem w domu, już mi się zdaję, że pogodzona ze swoją marnością, rozumiem. Spokojnie więc dopijam whisky, gdy na koniec słyszę:

Księżycowy Anioł dobrze zna, dobrze zna swój grzech

Kiwam głową. Księżycowy Anioł dobrze zna swój grzech. Ziemski człowiek go nie zna. Ziemski człowiek błąka się we mgle, w kruchych szeptach słodkiej tajemnicy sycącej ciała i dusze, w czerwieni wdzięku nocy się błąka, a nic nie widzi, nic nie rozumie. I nie zrozumie, dopóki nie otrze się o gwiezdny pył, dopóki nie spotka Księżycowego Anioła, dopóki nie spotka Patrycji Markowskiej.

————————————————————————————–

Be_famous

Tekst opublikowany w najnowszym Be Magazine, Be Famous, maj 2013.

Wszyscy jesteśmy celebrytami

Jolka, nasza podwórkowa celebrytka zapytana czy ma majtki, odpowiedziała, że owszem ma. Ale nie nosi……

MODELKA PARIS HILTON

Paris Hilton, źródło: East News

Kiedy byłam mała, ojciec mówił mi, że ludzie dzielą się na dwie nierówne grupy. Jedna z nich to nieliczna grupa ludzi znanych, występujących na scenie życia, oglądanych, śledzonych, naśladowanych. Do tej grupy należą artyści, ludzie nietuzinkowi, utalentowani, wielcy. Druga grupa to cała reszta maluczkich, grzecznie siedzących na widowni i po cichu w duchu marzących, by może przez ciężki upór, nieodkryty dotąd talent i ciężką nad nim pracę – wejść kiedyś do świata pierwszej grupy.

I tak na czterdzieści milionów Polaków, w pierwszej grupie mieliśmy dajmy na to, setkę celebrytów i trzydzieści dziewięć milionów dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięciuset ludzi nikomu nieznanych.

Owszem, świat przepołowiony na scenę i widownię miał miejsce w życiu małych środowisk. W każdym z nich bowiem znalazła się osoba, która swoim zachowaniem, ubiorem, urodą, wybijała się ponad przeciętną. Ją więc się obserwowało, o niej się mówiło, jej zbyt krótką spódniczkę w żółto barwne słońca się obgadywało. I taka lokalna gwiazda musiała wystarczyć, gdy odcięto prąd, telewizję, gdy w prasie czarno białej nie było już nic poza starszym panem w ciemnych okularach.

U nas celebrytką była Jolka. Jolka podobno kiedyś zapytana o to, czy ma majtki, odpowiedziała, że owszem ma. Ale nie nosi. Od tamtej pory nie schodziła z pierwszych stron plotkarskiego forum na osiedlowym podwórku, co – jak się zdawało – Jolce wielce odpowiadało.  Ale Jolka była jedna. Jedna odważna i nietuzinkowa. Szokująca. Niepowtarzalna. I faktycznie, miała fajny tyłek.

Jakże się wszystko zmieniło! Ledwie minęło kilka lat, ledwie się nieco realia zacyfrowały, ledwie się nieco technologia posunęła, a tu proszę! Nikt nie nosi majtek!*

I oczywiście, wokół same sławy. Gdzie nie spojrzysz, gwiazda. Gdzie nie ruszysz, talent. Co tam talent! Geniusz! I wszyscy są na pierwszej stronie… swojej tablicy Facebooka.

Zdjęcia milionów celebrytów przewijają się codziennie przez niestrudzony Internet. Popularność i sława nie jest już efektem ciężkiej pracy i talentu. Popularność i sławę sami sobie stwarzamy. Nadmuchujemy tę bańkę mydlaną, zwaną profilem na Facebooku. I świetnie nam z tym. Wszyscy jesteśmy celebrytami. A celebryci nie czekają na swoich paparazzi. Oni ich wyręczają. Zdjęcie z dzieckiem? Bardzo proszę. Zdjęcie z kotem? Koniecznie. Zdjęcie w domu, w ogrodzie, w łazience, w łóżku, w wannie? Czemu nie? Wszak świat koniecznie chce nas zobaczyć. Każdy szaleje z ciekawości co tam u każdego. Stąd systematyczne doniesienia na Facebooku:

– Jem śniadanie. Dwa jajka na miękko z bułką paryską, kupioną w piekarni Rogalik, róg Puławskiej i Hożej, bo tam właśnie mieszkam.

– Myję furę. Najnowsze Audi.

– Dzieci mam dwoje, chłopiec i dziewczynka, a dziewczynka śliczności (zdjęcie). Codziennie ze szkoły, tak około siedemnastej, wraca sama przez las.

– Kupiliśmy psa! Sąsiadka ma hodowlę owczarków, ale chyba na lewo, bo bardzo tanio sprzedała.

– Zgubiłem parasol. W Wenecji, bo tam właśnie co rok jeździmy z całą rodzinką, druga połowa lipca, dom zostawiamy samopas i nie ma komu kwiatków podlewać.

Bardzo to wszystko ważne. A najważniejsze jest poczucie sławy, ta rozpierająca myśl, że wszyscy inni, a jest ich przecież niemało, jest ich co najmniej z pół tysiąca, a może i tysiąc, a może i znacznie więcej, bo dodajmy jeszcze ich znajomych (każdemu się przecież to może wyświetlić), więc wszyscy oni śledzą z wypiekami na twarzy nasze codzienne losy, losy naszych śniadań, losy naszego auta, psa i parasola.

Albo raczej to, co kupujemy i jakie nam można podsyłać reklamy. Albo też, gdzie mieszkamy, czym jeździmy, jak łatwo uprowadzić nam dziecko. Czy warto ograbić nasz dom. Przy okazji sprzedajemy ciekawe informacje na temat naszych sąsiadów.

Za czasów okupacji, ani to za Niemca, ani za Ruska, podpalaniem żywcem, najzmyślniejszymi torturami nikt, absolutnie nikt nie zdołał wyciągnąć tylu informacji, co nasz dobry kumpel Zuckerberg. Zupełnie świadomie i z wielką ochotą prężymy się przed kamerą Wielkiego Brata, nie myśląc o konsekwencjach odzierania się z prywatności.  Prywatność stała się dziś walutą wymienialną na najwyżej notowaną na giełdzie światowej wartość.

Wartość „lajka”.

————————————————————————————-

* a nie wszyscy mają fajny tyłek, patrz zdjęcie powyżej.

————————————————————————————–

Be_famous

Tekst opublikowany w najnowszym Be Magazine, Be Famous, maj 2013.

Komplement kontra karta kredytowa

TURBO MODA ’80

Maciek jest miły, ale nie wiem, czy jest hetero. Siostra Młodsza to wyklucza. Podobno nie ma miłych mężczyzn heteroseksualnych…

A jednak poszłam do tego H&M. Stwierdziłam, że nie mam żadnego przyzwoitego czarnego swetra, więc muszę kupić. Oczywiście, nic tak ponurego, jak czarny sweter, nie znalazłam. Na dwie godziny utknęłam w centrum handlowym, przez co nabawiłam się:

  1. Przeziębienia
  2. Złudzeń
  3. Debetu.

Ostatnia przypadłość bynajmniej nie ma sprzecznej relacji z faktem, że nic nie kupiłam. Jedno z drugim wcale się nie kłóci, jedno drugiego wbrew pozorom, nie wyklucza. Jak jednak inaczej niż NIC nazwać kolczyki z blachy ciętej ocynkowanej, proszkowo maźniętej, z nadrukiem imitującym skórę węża? Albo, jak określić jadowicie niebieską kusą kurtkę à la lata osiemdziesiąte, styl Kajagoogoo? Czym mianować poszarpane kabaretki z kwaśno-żółtą nicią nad łękotką? I którego słowa użyć wobec wydartej puckiemu Kaszubowi sieci do połowu śledzia, podstępnie ukrywającej się pod etykietą: pulower?

Moje chwilowo wzlatujące emocje w przymierzalni, zręcznie podtrzymywane przez piejącego sprzedawcę – w domu zupełnie opadły. Co gorsza, zostały bezwzględnie przygniecione ciężarem wyrzutów sumienia. Wydałam fortunę i nie kupiłam ani jednego czarnego swetra. Nie było żadnego czarnego swetra. Nie było nic czarnego. W ogóle nie było nic, co w jakikolwiek sposób przypominałoby rodzaj ubrania.

Za to było zatrzęsienie budyniowo-mydlanych, upstrzonych neonowymi dodatkami firanek w dowolnych rozmiarach.

Mówicie, że mogłam nic nie kupić? Wykluczone. Nie mogłam nic nie kupić od tego sprzedawcy. Człowiek, którego spotkałam wczoraj w centrum handlowym, ma na imię Maciek i jest absolutnym geniuszem. On to właśnie w spazmatycznie zachwalał nie tylko wymieniony asortyment, ale przede wszystkim mnie, moje oczy, nos, fryzurę, nogi, Jezu, co tam nogi!, inteligencję, poczucie humoru, błyskotliwość, wreszcie, cytuję:

„TURBO OGARNIĘCIE”.

Czy ja muszę Państwu tłumaczyć, że gdyby ów człowiek wyciągnął spod lady odrapanego krokodyla ogrodowego do przypięcia w roli broszki, też bym go kupiła? Kupiłabym wszystko z jego rąk, każdą niepotrzebną pierdołę, każdy zdarty łach w neonowe gwiazdy, motyle, żaby, co tam jeszcze maszyna do odsmażania mody z lat 80-tych wygeneruje!

Owszem, próbowałam się bronić, mówiłam na przykład:

– Wie pan co… wiesz, Maciek…, ale to mi tak średnio…

Wtedy on szalał w znamiennych gestach „ Boże, natychmiast się z tym uporajmy!” i z miejsca rozdmuchiwał wszelkie moje wątpliwości. Gdy spytałam bez przekonania, czy aby na pewno powinnam nosić jaskrawo-różowo-złoty naszyjnik w stylu egipskim do jaszczurczej sukienki, Maciek stanowczo oświadczył, że po pierwsze, to jest W TURBO MODZIE, a po drugie wyglądam w tym jak Kleopatra. Co tam, Kleopatra! Wyglądam TURBO lepiej!

Nie wiem, skąd kierownictwo sklepu wytrzasnęło Maćka. Nie wiem, gdzie on mieszka i jaki jest do niego numer telefonu. Co gorsza, nie wiem nawet, czy Maciek jest heteroseksualny. Siostra Młodsza to wyklucza. Siostra Młodsza dobrze się na tym zna. I zapewnia też, że nie ma miłych mężczyzn heteroseksualnych. A on nie był miły. On był TURBO miły. On był rozkoszny. I ja też byłam. Przez chwilę. Dopóki nie wróciłam do domu i nie wyjęłam z przepastnej siatki byłej zawartości swojej karty kredytowej. * 

Szokujące, jak łatwo można wydębić od kobiety ostatni grosz, łechtając jej próżność. Ten prosty zabieg przeniósł mnie w lata 80-te (piękny czas, gdy faktycznie kusa kurteczka Kajagoogoo pasowała mi wyśmienicie) i przy okazji pozwolił Maćkowi zgarnąć niebagatelną prowizję.

Nie będę chodzić już po żadnych sklepach. Czarne swetry można kupić na Allegro.

Kajagoogoo

Kajagoogoo
fot. East News

* nawet nie próbujcie mi sugerować, że mam to wszystko zwrócić do sklepu. Maciek by mi nie wybaczył.

Być kobietą. Bogatą

Jak na kobietę bogatą przystało, obudziłam się dziś z poczuciem umiarkowanego szczęścia i spojrzałam na świat z góry

sylwia_kubrynska_

Wpis ten jest o czymś tak niepojętym, że zachodzę w głowę, kto go właściwie napisał. Trudno bowiem uwierzyć, że ja jestem w stanie pisać o czymś tak egzotycznym. Tak niespotykanym. Tak odległym, że w tym porównaniu Kepler-22b zdaje się plątać pod nogami. Szanowni Państwo, ten wpis jest o pieniądzach. Wiem, szok.

Szok, nie szok, czuję się zobowiązana publikować. Skoro tyle razy wspominałam, że mi się nie przelewa, że kupuję w Biedronce, że świeczkami z Lidla dom oświetlam, że mi prąd, telefon, gaz odcięli – muszę wyznać prawdę. Tak, drodzy moi. To wszystko przeszłość. To wszystko już za mną.

Jestem bogata.

Tu pragnę podkreślić, że mamy ogólnie kryzys, mamy czarcią zapadkę, epidemię zwolnień grupowych, pikowanie wykresów, bessę, płacz i zgrzytanie zębów. I trzeba też wiedzieć, że bycie bogatą w takich warunkach, to dopiero jest frajda. Ale po kolei.

Ewka zaprosiła mnie na mrożonego Smirnoffa. Mrożonego Smirnoffa z zasady się nie odmawia, na temat mrożonego Smirnoffa w ogóle się nie polemizuje. Inna rzecz, mrożony Smirnoff po ulicy nie chodzi. Cóż się zatem dziwić, skorzystałam z zaproszenia. Będąc już u Ewki, siedząc przy owym mrożonym Smirnoffie, gryząc ogórka kiszonego, nagle ujrzałam leżącą na parapecie grę planszową o znamiennej nazwie MONOPOLY.

Nie żebym jakoś specjalnie marzyła o spędzeniu wieczoru na transakcjach nieruchomościami, dotknęłam jedynie pudełka, bo lubię dotykać takich rzeczy jak pudełka, zwłaszcza pudełka nowe. Lubię je także wąchać, zapachem przypominają bowiem książki, więc dotknęłam, powąchałam i w tej samej sekundzie usłyszałam:

– Dawaj, gramy!

To zagraliśmy. A było nas pięcioro. Dwóch facetów (zarządzanie, architektura), Ewka (księgowość), ja (wiadomo, a raczej: nie wiadomo co) i Smirnoff. Smirnoff sprawę, że się tak brzydko wyrażę, olał. A raczej oblał.

Nie wierzyłam w sukces. Wręcz odwrotnie – z początku widziałam siebie na tarczy, kolebiącą się w hańbie ekonomicznej porażki z przyklejoną od zawsze łatką: looser. Grać zatem wcale nie chciałam. Nie rwałam się. Powiem więcej, ja się wręcz ociągałam!

Bogactwo jest jednak jak przeznaczenie, jak ślepy los, jak grom z jasnego nieba. Przed bogactwem nie uciekniesz. Nie miałam więc wyjścia. Puściłam współgraczy z torbami w mrok hipoteki, zgarnęłam wszystkie ich dobra, a  horrendalnym czynszem wycisnęłam ostatnie soki z ich niknących kont.

Jak na kobietę niewyobrażalnie bogatą przystało, wstałam nazajutrz z poczuciem umiarkowanego szczęścia i spojrzałam na świat z góry. Ani w lodówce, ani w szafie nie dostrzegłam nic dość wykwintnego, postanowiłam więc udać się do sklepu. Po przerzuceniu kilku reklamowych gazetek, wybrałam oczywiście najdroższe centrum handlowe w okolicy.

Najpierw wstąpiłam do sklepu z bielizną. Obejrzałam cudowne dessous w cenie 1299, 99 złotych. Cena wydała mi się doskonale adekwatna do jakości artykułu, więc oglądałam naprawdę z satysfakcją. Potem poszłam do salonu z kosmetykami, gdzie obejrzałam różne cuda, między innymi Trójfazowy Rekonstruktor Gładkiej Skóry i Inicjator Modelowania Sylwetki oraz Plastyczną Maskę oryginalnej francuskiej firmy, wszystko w zestawie za jedyne 1499, 99. Warte obejrzenia były także perfumy w cenie 789,99 złotych, tym bardziej że do flakonika producent dorzucił breloczek. Wszystko to skrupulatnie oglądałam. Pytania ekspedientek poruszonych moją skupioną acz dumną fizys, gasiłam dystyngowanym:

– Dziękuję.

Wychodząc ze świata piękna, poczułam się doskonale zadbana i udałam się po wiktuały. Bym, oprócz tego że bogatą, okazała się również modną – bardzo dokładnie obejrzałam półkę z produktami do sushi. Zajrzałam też na dział „Eko”, gdzie prześledziłam ofertę najdroższych pod słońcem piekarni, masarni, farm i pasiek. Spojrzałam ciekawie na szynkę parmeńską, długo obserwowałam francuskie pasztety. Sporą chwilę zajęło mi też oglądanie solankowego sera z suszonymi pomidorami za 69, 99 złotych kilogram. Ba!, dziabnęłam nawet odrobinę z tacki rozpromienionej hostessy.

Wyjeżdżając z centrum handlowego czułam się bardzo spokojna i usatysfakcjonowana. Ten rodzaj spokoju i satysfakcji mają tylko ludzie niezwykle bogaci, tacy właśnie bogaci jak ja – bogactwem, który jest stanem nie tyle fizycznym, co stanem świadomości.

Po drodze do domu miałam bardzo krótki epizod w pewnym żółtym markecie o jakiejś dziwnej entomologicznej nazwie, nie pamiętam jakiej. Ten epizod był tak krótki, że na śmierć go zapomniałam, ale przecież jestem tak strasznie bogata, że nie poświęcam uwagi błahostkom.