Najlepszy dzień w moim życiu

Z każdego spotkania wynosimy plan uwiedzenia wszystkich mężczyzn tego świata

faceci

Tysiąc razy spotkałam Ewkę i Wołoską, za każdym spotkaniem objawienie. Objawienie objawień. Niewyczerpana studnia olśnienia. Głębia głębi. Wanna Archimedesa.

Za każdym razem wszystkie wynosimy z tych wspólnych spotkań teorię podboju kosmosu. Receptę na szczęście doczesne. Receptę na szczęście wieczne. Złoty środek na bezrobocie. Przełom w ekonomii. Sens życia. Plan uwiedzenia najwspanialszych mężczyzn świata. Algorytm na udany z nimi związek. Konspekt szczęśliwego z nimi rozwodu. Filozofię radosnej samotności, jaką jest ten wspaniały stan, gdy już najwspanialsi mężczyźni tego świata sobie pójdą. Albo raczej: gdy już z nimi zerwiemy (ale o tym za chwilę). Dalej. Projekt stuprocentowej pomyślności w interesach. Biznesplan multimilionerek. Scenariusz najpsotniejszych wakacji świata. Kamień filozoficzny. Święty Graal.

I żeby was nie zmylił geniusz naszych odkryć! To nie są efekty mozolnych obliczeń, ślęczeń nad tabelami, zawiłych wykresów, czy wyczerpujących badań. O nie! To są, moi Państwo, bardzo proste sprawy. Proste sprawy wynikające z życia codziennego. Niech mi ktoś powie, że w życiu codziennym nie można dokonać odkryć. Niech mi ktoś powie, że Archimedes wchodził do wanny od wielkiego dzwonu. Niech mi ktoś powie, że autor podwalin nauk fizycznych, Isaac Newton siedział pod jabłonią z jakiejś potężnej niecodziennej przyczyny! Niech mi ktoś wreszcie powie, że wybawca ludzkości, Aleksander Fleming, w pocie czoła zapuścił laboratorium do tego stopnia, że mu próbki spleśniały!

Największe wynalazki tego świata powstały przez przypadek, na skutek wygodnictwa, lenistwa i niechlujstwa. Na skutek nic nierobienia. Albo – jak w przypadku moim, Ewki i Wołoskiej – na skutek nieposkromionej zabawy. Spotykamy się w różnych okolicznościach, ale te okoliczności zawsze są preludium wszetecznej zabawy. Podczas wściekłych imprez opracowujemy przełomowe teorie. Przerobiłyśmy już wszystko. W kwestii związków jesteśmy absolutnymi ekspertkami. One są ekspertkami w dziedzinie moich związków, a ja mogę właściwie już robić doktorat na ich związkach. Jeśli zaś chodzi o związki innych ludzi na tej planecie – wszystkie zrobiłyśmy na nich profesurę.

Psychologia. Analiza zachowań od kołyski po dziś dzień. W małym palcu. A raczej: w trzech małych palcach. Wszystko mamy rozpracowane. Punkt po punkcie usprawiedliwiłyśmy swoje i nieswoje (prawdę mówiąc: tylko swoje) odchyły.

Kariera. Jakże paraliżujące rozwiązania powstają w naszych kuchniach! Nie ma komisji rekrutacyjnej, która (gdyby tylko się w którejś kuchni pojawiła) nie padłaby trupem z zachwytu nad ustaloną przez nas strategią.  Odpowiedź na każde pytanie? Odpowiedź?! Riposta cięta jak brzytew, nóż w sercu konkurentów z całego świata! Ile stanowisk zajęłyśmy! Ile szczebli kariery przeskoczyłyśmy! Ile awansów! Inna sprawa, że zwalniamy się z pracy na potęgę. W kwestii konstruowania wypowiedzeń jesteśmy mistrzyniami.

Mistrzyniami jesteśmy także w zrywaniu. Wciąż zrywamy. Nie ma osoby na tym świecie, z którą byśmy w nie zerwały. Zrywamy krwawo! Bojowo! Bezlitośnie. Z satysfakcją i dumą. Albo nie. Z OBOJĘTNOŚCIĄ! Jezu, jakie my jesteśmy okrutnie obojętne! Jak my obojętnie przez wiele godzin o przedmiotach swej obojętności rozprawiamy!

– W dupie mam.

– Pieprzę.

– Olewam.

– W ogóle się nie przejmuję.

– Daj spokój, nie gadajmy już o tym.

– Ani słowa.

– Najlepiej milczeć.

– Najlepiej olać.

– Olewasz?

– Jasne. W dupie mam.

I tak do późnej nocy. Olewamy wszystko. Na wszystko jesteśmy obojętne. Zwłaszcza na to (na tego), z czym (z kim) zrywamy. Ważną funkcję w obojętności pełni tzw. Plan Po Zerwaniu (w skrócie PPZ). Jest to rozbudowany harmonogram zachowań i zajęć, które powinny nastąpić po dokonaniu lodowato obojętnego zerwania. Konstruowanie PPZ-ta nie jest łatwe, w ferworze obojętności można bowiem zapomnieć o rzeczach kluczowych, jak na przykład:

1. Zgłoszenie na policję wszelkich prób odebrania wiary w siebie

2. Codzienne słuchanie piosenki Maleńczuka pt. „Kocham się”

3. Zakup obłędnego ciucha (co z tego, że kolejnego?)

4. I butów (nie będę tego komentować).

Konstrukcja tego planu często wymaga obecności Wołoskiej.  Ona ma umysł analityczny, nic się nie zapodzieje. Nic nie umknie. Żadna frajda, żadna przyjemność z PPZ-ta się nie wysmyrgnie. Kiedyś napiszę o tym bardziej szczegółowo, tymczasem muszę wreszcie dojść do meritum.

Koniec! Dość tych opowieści! Puenta jest gdzie indziej! Puenta jest, rzecz jasna, umiejscowiona w przyszłości. W przyszłości, której nie znamy, dopóki się nie spotkamy. A trzeba pamiętać, że nie ma takiej dziedziny, z którą byśmy sobie nie poradziły. Nie ma takiego pola, na którym byśmy poległy. Nawet (zwłaszcza!) z przewidywaniem przyszłości dajemy radę. Proroctwa to nasz konik! Wróżenie to nasza profesja. I teraz puenta. Ciężka, bo ciężka, ale jest. Oderwana od orbity tego tekstu, ale jest. Zaskakująca i bez związku, ale JEST. Otóż Najlepszy Blog na Świecie jest nominowany do Blog of Gdańsk 2014. I co? Nie mam pojęcia! Niech Ewka zajrzy w gwiazdy. Niech Wołoska przetrze szklaną kulę. Niech przerzucą fusy. Niech policzą płatki gerbery. Niech skalkulują rachunek prawdopodobieństwa. Niech mówią, czy wygram, bo nie wiem, czy robić imprezę?

I teraz Ewka, marmurowym głosem, z tym swoim zodiakalnym absurdem:

– Wygrasz. Na pewno kiedyś wygrasz. Czytałam twój horoskop. Napisali, że JUTRO jest najlepszym dniem w twoim życiu.

Ludzie! Kiedy będzie jutro?! Wołoska twierdzi, że jutro nie nadejdzie nigdy. Czy to możliwe, że może nadejść dziś?

———————————————————————————————–

Właściwa puenta jest jeszcze gdzie indziej. Chodzi o to, że możecie temu mojemu JUTRU pomóc i zagłosować klikając tu (prawa kolumna 20-sty od góry):

NBnS

Bez względu na wynik – JUTRO jest impreza.

Zróbmy wreszcie coś dobrego. Blog Forum Gdańsk 2013

Jeśli możesz zrobić coś dobrego, a tego nie robisz – robisz źle. To zdanie, którego autorem jest Maciek Mazurek uznałam za motto tegorocznej konferencji. Może nie wszyscy od razu rzucili się w wir filantropii, ale pasja, którą zaraził uczestników Jurek Owsiak zdaje się być początkiem nowego trendu w blogosferze, trendu pod tytułem: zróbmy coś dobrego. Popularność blogerów można przekuć w zakrojoną na szeroką skalę pomoc potrzebującym. Ta myśl chyba zrobiła karierę na Blog Forum Gdańsk 2013. Czy to oznacza koniec epoki pustego celebryctwa blogerów? Jestem za.

01
Udało mi się dowiedzieć, że tym roku będziemy zbierać na dziecięce SOR-y.

„Grubi mają gorzej, zwłaszcza, jeśli są kobietami”

Drogi Kominku, sympatyczny kolego Tomku! Dzięki za twoje plecy. Przydały mi się do skakania na trampolinie sławy!

Ten blog nie jest miejscem do uprawiania polemiki z najpopularniejszym blogerem, to jest raczej blog o wszystkim innym. Jeśli mnie jednak coś nieco poruszy, pozwalam sobie napisać parę słów nie oczekując w zamian żadnego szaleństwa, nie oczekując z pewnością takiego szaleństwa, jakie nastąpiło po publikacji mojego ostatniego postu. Kiedy więc przeczytałam w Natemat.pl, że jestem nie tylko „e-potępiona” (zabawne, ostatnio pisałam, że decyduję się na potępienie), ale też podła, ściśle podłe jest to co robię – postanowiłam wrócić i być może znów dotknąć tych kilka nerwów, tak do tej pory błogo osłoniętych otuliną aprobaty.

Mój ostatni wpis miał być komentarzem zjawiska, które ostatnio wzbudza mnóstwo emocji, o którym się mówi w superlatywach, czasem gani, w każdym razie – jest. I nie zawsze jest aż takie fajne, jak nam się wydaje. Ja to właśnie tak widzę. Nie jesteśmy aż tacy fajni, blogerzy. Owszem, są pasjonaci – ludzie, którzy robią świetne rzeczy nie przeliczając swojego zaangażowania na ekstrasy od reklamodawców. Ale nafaszerowane kryptoreklamami blogi, blogi z treściami, które mogą obrażać, krzywdzić – budują słabą opinię o blogosferze (poza gronem blogerów zachwyconych własnym poletkiem).

Szukając wartości właśnie na tych najpopularniejszych blogach, trafiłam na blog Kominka. Przeczytałam parę wpisów, które wydały mi się po prostu obraźliwe. Forma mentorska plus pogardliwe wtręty, wszystko to sprawiało ogólne wrażenie nadęcia i pozoru kontrowersji, która powinna wywołać burzę. Ale nie wywołuje, bo w komentarzach jest jedynie pianie z zachwytu. Dlaczego? Otóż dlatego, że negatywne komentarze są usuwane. I to jest wg mnie zagrożenie dla blogosfery. Zagrożenie polegające na zepchnięcie w kąt pasji na rzecz dobrze opłacanego kursu ku narcyzmowi.

Ale, ale. Jest coś, co trzeba z pokorą przyznać. Kominek stwierdził w Natemat.pl, że odbiłam się na jego plecach ku sławie. Powiem tak. Sympatyczny kolego Tomku! Dzięki za twoje plecy. Przydały mi się do skakania na trampolinie sławy! Byłam kiedyś zaproszona do udziału w popularnym programie TVN. Byłam też zaproszona do plebiscytu, który przeprowadzał jeden z najpopularniejszych portali internetowych. Ale zrezygnowałam, bo wiedziałam, że te parę milionów sprzed telewizora, czy monitora to betka. Wystarczy wrzucić kilka cytatów z bloga Kominka i sprawa załatwiona!

Może to kogoś szokować, ale popularność nie jest dla mnie wartością. Jak powiedział Oskar Wilde: „everything popular is wrong”. W dupie mam więc popularność, tak jak Kominek ma w dupie prawa mniejszości („To nie jest miejsce dla mniejszości”). Dlaczego więc napisałam krytyczny tekst o blogosferze i dla przykładu wrzuciłam te kilka cytatów? To też pewnie może być szokujące. Zrobiłam to tylko dlatego, że nie zgadzam się z poglądami wyrażonymi na jednym z najpopularniejszych blogów. Na blogu Kominka. A blog to jest efekt pracy. Nie komentuję więc sympatycznego kolegi z Blog Forum Gdańsk. Krytykuję jego pracę.

Nic do Kominka nie mam. Tak jak on nie ma nic do Murzynów, Żydów i grubych. Ale nie podoba mi się, gdy pisze: ludzie otyli są sobie winni, bo za dużo żrą. Tak na marginesie. W mojej rodzinie żyła (już nie żyje) piękna młoda kobieta o imieniu Ela. Ela była zawsze szczupła, wysportowana. Któregoś dnia okazało się, że jest bardzo poważnie chora. Że musi przyjmować leki, które mają skutki uboczne, między innymi powodują tycie. Ela przytyła, ale dzięki lekom żyła jeszcze przez cztery lata. Jak myślicie, gdyby wtedy przeczytała:

„Grubsze było, jest i pozostanie brzydsze, samotniejsze i wyśmiewane.” (…) Grubi mają gorzej, zwłaszcza, jeśli są kobietami. (…) Nie ma co ich brać w obronę, oni wcale nie są tacy biedni. Człowiek zawsze tyje, bo żre i przywalę z liścia każdemu, kto mi tu zaraz napisze, że czasami otyłość jest wynikiem choroby. Może i jest, ale ja się mniejszościami nie zajmuję. Jeśli ktoś ma nadwagę, to musi ponosić konsekwencje z nią związane, a jeśli nie chce mieć nadwagi, to wystarczy mniej żreć. („Kiedy-grube-schudlo”)”

– naprawdę by pomyślała, że coś tu jest wyrwane z kontekstu?

Każdy ma prawo do swoich poglądów. Ale też musi się liczyć z krytyką. Swoją drogą, ja krytyki oszczędziłam, wrzucając tylko fragmenty tekstów. Napisałam, że to są fragmenty. Nie żadne wyjęte z sentencji słowa, ale całe zdania. Jego autorstwa. Gdzie tkwi problem? Problem polega na tym, że na moim blogu są negatywne komentarze dotyczące tych tekstów. I ja ich nie kasuję.

Inna rzecz, o której chcę na koniec wspomnieć rzucając to moje światło na blogosferę, to reakcja blogera na krytykę. Kiedyś napisałam prześmiewczy wpis na temat tekstu Segritty o Nikonie Złym. Chyba każdy bloger zna tę historię. Pośmiałam się we wpisie, że też bym chciała to i tamto. Jak to rozpieszczony bloger. I co się stało? Rozbawiona Matylda nazajutrz przesłała mi maila, bez żadnej urazy. Czy zatem można przyjąć krytykę z klasą? Można. O ile ma się jaja. I tu kobieta ma znacznie większe jaja niż facet.

Kończąc już ten temat: lejtmotyw tegorocznej konferencji Blog Forum Gdańsk to „Inspiracje, pasja, zmiany”. Cieszę się zwłaszcza na te: „zmiany”.

04
Możecie mi nie wierzyć, ale opieram się (plecami) o kominek.

„Żadna gwałtu nie lubi, ale każda by chciała”

Szlag mnie trafia, gdy widzę te „gwiazdy” blogosfery, których gwiazdorstwo nie polega na dzieleniu się  jakimiś wartościami, ale na wciskaniu reklam wszytych grubymi nićmi w jakiś pseudo-post

Czasem mnie ktoś pyta, jakie blogi czytam i czy w ogóle czytam. W tym tekście niestety, nie będę pisać o rzetelnych blogach (które faktycznie czytam), gdzie czytelnik traktowany jest jak istota rozumna, a nie dymany kolejną reklamą wszytą grubymi nićmi w jakiś pseudo-post. Każdy w miarę inteligentny człowiek szybko orientuje się, kiedy ma do czynienia z uczciwym traktowaniem. Problem polega na tym, że inteligentnych ludzi jest coraz mniej. Dlatego rzucę swój jupiter na blogi popularne, w których – choć są w świetle skąpane – merytorycznych wartości trzeba długo, długo szukać.

Blogerzy publikują w sieci informacje o wszystkim, czy to ważne, czy nieważne. Z pewnością taka jest ich potrzeba. Potrzeba bycia celebrytą. Niejeden marzy o tym, by na temat jego porannych spacerów po bułki trzęsły się portale plotkarskie. Owszem, każdy może się któregoś dnia stać gwiazdą i nie ma w tym nic złego. Ale szlag mnie trafia, gdy widzę te „gwiazdy”, których gwiazdorstwo nie polega na dzieleniu się jakimiś wartościami (publicystyką, fotografią, wiedzą o świecie egzotycznym, może o kolarstwie, o paralotniach?), ale na wciskaniu czytelnikom kolejnych sponsorowanych recenzji marek jakichś produktów, bez żadnej merytorycznej wartości.

Jak już wspomniałam, postanowiłam poszukać merytorycznych wpisów na blogach tych celebrytów. Przeczytałam kilka wpisów niekwestionowanej gwiazdy blogosfery, niejakiego Kominka. Blogera, który na konferencjach Blog Forum Gdańsk bryluje w roli głównej. W zeszłym roku byłam świadkiem jego prezentacji, na której przedstawił blogerom sylwetki Adolfa Hitlera i Józefa Stalina jako ludzi… z charyzmą do naśladowania. Zastanawiałam się, skoro ten gość ma coś takiego do powiedzenia, to co może mieć do napisania?

Kominek nie oszczędza ludzi, którzy wg niego nie są wystarczająco fajni. Pozwolę sobie jednak w ogóle nie krytykować jego tekstów. Po prostu wkleję tu kilka jego złotych myśli. Niech się same bronią.

O ludziach otyłych:

Człowiek zawsze tyje, bo żre i przywalę z liścia każdemu, kto mi tu zaraz napisze, że czasami otyłość jest wynikiem choroby.

O mniejszościach:

Miałem sen, że pewnego dnia wszystkich czarnych wywiozą z powrotem do Afryki, żydów zagazują, rudych spalą, a niepełnosprawni będą trzymani w gettach. Miałem sen, że pewnego dnia wszystkich gejów wyleczy się z ich ciężkiej choroby, a feministkom siłą wytłumaczymy, że szmata do podłogi jest naturalnym przedłużeniem ich prawej ręki.”

O kobietach „łatwych”(?):

Wielu marzy o seksie z nieznajomym, ale jak tu dać się nieznajomemu bzyknąć, skoro nie jest się tzw. łatwym. To jak z gwałtem. Żadna gwałtu nie lubi, ale każda by chciała.”

Pamiętam jak Figurski z Wojewódzkim wywołali kiedyś burzę szowinistycznymi żartami na temat Ukrainek. Teksty rasistowskie i obraźliwe często są przedmiotem ostrej krytyki ze strony mediów. Ale żarty (choć to chyba nie są żarty) Kominka wzbudzają tylko zachwyt. Gawiedź rozpływa się w komentarzach – samych pozytywnych, a blogerzy wyskakują ze skóry, by naśladować tego człowieka sukcesu. Tak na marginesie, ciekawa jestem, co na to organizatorzy Blog Forum Gdańsk, w tym Urząd Miasta Gdańska. Chciałabym usłyszeć.

Na wspomnianej konferencji Blog Forum Gdańsk co roku spotykają się blogerzy, którzy przekazują sobie tak zwany know how. Mają poczucie, że są opiniotwórczy, że coś od nich zależy. Nie mylą się. Blogerzy mają dziś ogromny wpływ na rzeczywistość. Są takimi nowoczesnymi dziennikarzami. Podobnie jak dziennikarze, opisują fakty, komentują zachowania polityków, budują światopogląd. Tym się jednak od dziennikarzy różnią, że wbrew pozorom często brakuje im pewnego obiektywizmu. Zawierane na konferencji relacje sznurują im usta. Skupiają się na „fajnej imprezie”, a nie na wyrażaniu niezależnych opinii. Po powrocie z BFG nie potrafią spojrzeć krytycznie na blogosferę. Jakby nagle stali się jedną wielką rodziną. Brzmi sekciarsko? Owszem. Dlatego blogerzy nie krytykują kolegi, choćby jego teksty raziły głupotą i chamstwem. Nasuwa mi się znów to porównanie z dziennikarzami. Znam paru dziennikarzy. Nieraz widziałam, jak się wzajemnie ścierali, krytykowali w mediach. A przecież znają się – między innymi właśnie z branżowych eventów. Cóż, może swoją pracę traktują poważniej niż imprezę?

Zbliża się kolejna edycja Blog Forum Gdańsk. Zastanawiam się, czy podczas tej konferencji dojdą do głosu pasjonaci, którzy dzielą się w sieci prawdziwymi wartościami? Którzy robią kawał świetnej roboty w Internecie i potrafią myśleć niezależnie bez skupiania się na ekstrasach od firm sponsorskich i voucherach na trzygwiazdkowy hotel? Czy może zobaczymy panteon „gwiazd”, wyniesionych na piedestał za publikowanie reklam i bzdur?

—————————————————————————–

Cytaty pochodzą z: kominek.in

224450_419588681440282_1199252912_n
Blog Forum Gdańsk 2012. Fot. http://www.facebook.com/BlogForumGdansk

Blog Forum Gdańsk 2013. Dzień wszystkich urodzin

Jeśli chodzi o Blog Forum Gdańsk, to nie pamiętam, kiedy ma się odbyć, ale pamiętam z Facebooka, że w ten właśnie dzień jakieś trzydzieścioro pięcioro blogerów z całej Polski świętuje urodziny. Inni blogerzy mają urodziny trzy, albo cztery, albo jakieś siedem dni wcześniej. Lub później. Są też tacy, którym kot się urodził w pobliżu tej daty, albo tacy, których urodziny ma pies. Parę osób świętuje przyjście na świat swojej myszofretki.

O ile mnie pamięć nie myli, spora grupa szalejących w sieci twórców urodziła się na prostej wypadkowej po drugiej stronie kalendarza od daty Blog Forum Gdańsk 2013. Wiem też, że parę osób dyktujących tak zwany life style w sieci, ma urodziny w ogóle ni przypiął ni przyłatał. Ale to wcale nie oznacza, że sprawę należy bagatelizować. Ciężkie i żmudne obliczenia każdemu cierpliwemu czytelnikowi blogosfery dadzą zaskakujący wynik. Wynik, dzięki któremu co zmyślniejszy pojmie, jakiego stopnia pierwiastek, które zapętlone równanie z ilorazem sinus przez cosinus – wyprowadzi ludzkość z mroku niezrozumienia w przejrzystą jak bałtycka toń zależność:

–  Jak data Blog Forum Gdańsk 2013. ma się do urodzin każdego blogera?

– Bardzo.

Super, że mogę się tego dowiedzieć.

Bloger wie wszystko

Bloger nie potrzebuje dyplomu. Popularność to jego kompetencja. Bezczelność to jego habilitacja

IMG_9634Przeczytałam dziesiątki wpisów topowych blogerów, zapoznałam się z analizami, opiniami na ich temat. Widziałam nawet paru w telewizji i wysłuchałam, co mają do powiedzenia. Jedno jest pewne. Oni wiedzą wszystko.

Z niezbędnej definicji blogera (o której wprowadzenie do Wikipedii kategorycznie wnioskuję), powinno wynikać, że bloger to ktoś kto wie. Kto doradza. Kto jest ekspertem. Kogo precyzyjna wiązka kompetencji wiedzie do sukcesu. Tak, bloger swoją kompetencją przyćmiewa wiarygodność mediów, specjalistów dziennikarzy, dotychczasowo uznawanych znawców. Bloger zrzuca z piedestałów autorytety. Bloger chrzani autorytety. Bloger wie lepiej. Bloger wam powie. Bloger powie wam, jak się ubrać, co zjeść, z kim iść na randkę, z kim do łóżka. Bloger was nie zostawi z rozterką, z pustą głową, z myślą zbłąkaną, z pytaniem czy z trudem poszukiwań odpowiedzi. Bloger wam podyktuje rozwiązania, zanim powstaną problemy. Bloger powie, jak żyć.

Skąd wiadomo, że bloger się na tym wszystkim zna? Też mi dwumian Newtona. Bloger wie, bo jest popularny. To właśnie jest gwarancją jego kompetencji. A jeśli tak się cudownie złoży, że jest dodatkowo bezczelny (bezczelność to jego habilitacja) – mamy do czynienia z profesjonalizmem na mur beton.

Co zatem, jeśli bloger się pomyli? E tam. Nie przesadzajmy. Przecież to tylko bloger. Pisze sobie co chce i nie będzie się nikomu tłumaczył. Wszak jest niezależny (jak jego sponsorowana twórczość) i gwiżdże na konsekwencje pomyłek. Zresztą każda pomyłka prowadzi do napięć w sieci, do kruszenia kopii między fanami, do dyskusji, do polemik, zatem do jeszcze większej popularności. Tym samym jest tylko scementowaniem aksjomatu:

Bloger wie wszystko.

Tymczasem – przyznaję – ja nie wiem. Ja wątpię. Błądzę. Szukam. Ramionami wzruszam. Po prostu nie mam pojęcia. Nie powiem wam, co jeść, w co się ubrać. Za diabła nie wiem, jak uwieść faceta. Nie wiem, czy blondynki są głupie. Czy krem na zmarszczki pomaga?

Nie wiem.

Czy mężczyźni kochają zołzy? Czy może kury domowe? Matki Polki czy zimne suki? A może tylko siebie?

Nie wiem.

Co włożyć? Gdzie kupić? Jak schudnąć? Co gotować? W co wierzyć? W prawo? Czy w sprawiedliwość?

Nie wiem.

Czy to już koniec? Czy to zagłada? Czy świat się rozpadnie? Czy Bóg nas pokarze?

Nie wiem.

No i wreszcie nie wiem w czym tego bloga pisać. W jakim komputerze? Z jakim oprogramowaniem? Za pomocą jakiego tabletu fanpejdż sprawdzać? Jakim aparatem zdjęcia na bloga pstrykać? Komórką jakiej firmy połączenia fanów odbierać? I według jakiej taryfy? Czyjej sieci?!

Jezu, nie wiem, nie wiem!

Na nic się ja wam nie przydam. Nie rozwiążę zagadnień ludzkości. Nie podam wam sensu życia. Treścią mojego są pytania. Pytania, na które nie odpowiadam. A jeśli odpowiadam, to przewrotnie. Bo, zabijcie mnie, nie wiem. Gdybym wiedziała, też bym nie odpowiedziała. Czemu miałabym mówić? Jakim prawem miałabym pozbawiać kogoś przyjemności poszukiwań?

Dlatego nie piszę już bloga. Nie jestem blogerką. Kim zatem jestem?

Nie wiem.

W powietrzu jest hel

Drodzy reklamodawcy, drodzy internauci! Szanowna blogosfero!

Nie przysyłajcie mi już tego papieru toaletowego. Ja sobie go kupię. Kupię sobie też jogurt, krem do twarzy, kolację w restauracji i wycieczkę tam, dokąd chcę jechać. Nic mi nie przysyłajcie. Wszystkiego mam dość.

I wiecie, czego mam jeszcze dość?

Mam dość sączącej się każdego ranka pustki z komputera.

Mam dość fałszywych słów.

Mam dość internetowych filmików, stronek, sklejek, memów, apek.

Mam dość beznamiętnej rzeczywistości Facebooka z jego letnim „lubię to” zarówno pod zdjęciem kotka jak i śmiercią dziecka.

Mam dość „zabawnych” t-shirtów ze znakiem Polski Walczącej i rankingów, który z zabitych w wieku lat siedemnastu powstańców warszawskich był bardziej sexy.

Mam dość waszych hurra! – akcji protestacyjnych wobec spraw, o których nie macie zielonego pojęcia.

Mam dość komentarzy żadnych pod tekstami o niczym sklejonych razem w jedną papkę z dramatem innych ludzi.

Mam też dość waszych konkursów, ankiet, badań, promocji, gratisów i zdrapek, migoczących reklam środków na przeczyszczenie.

Mam dość kupionych postów sprzedanych autorów.

Mam dość rzeczy, które się nie dzieją naprawdę.

Mam dość wiary w to, czego nie ma.

W tym powietrzu brak jest tlenu. Świat stał się balonikiem z helem. Po wciągnięciu haustu trzeba zabawnie piszczeć. Inaczej oddychać się nie da.

Nie przysyłajcie mi więc papieru toaletowego. Nie przysyłajcie podpasek, wacików, lakierów do paznokci. Nie przysyłajcie kuponów na kręgle i voucherów na pizzę. Nie, nie napiszę o tym zabawnego tekstu.

Przyślijcie mi lepiej maskę przeciwgazową.

Inaczej się uduszę.

maska