Category: BABA.COM.PL

Uwaga, wirus! BaBardzo niebezpieczny…

Do tej pory nie wynaleziono leku. Logiczne czynniki są przez organizm zupełnie ignorowane

Jeśli jesteś zakażona/y wirusem, odwiedź stronę

Miłość – jednostka chorobowa wywołana przez wirusa zakochania, charakteryzująca się skłonnościami do zachowań nieracjonalnych.  Istnieje niezbadana ilość odmian wirusa.  Najważniejsze kliniczne mutacje choroby to, m.in.:

–  Miłość od pierwszego wejrzenia – choroba niezwykle groźna. Profilaktyka – brak. Rokowania – brak.

– Miłość do grobowej deski – jednostka, jak sama nazwa wskazuje: śmiertelna.

– Miłość ślepa – wariant wywołujący ślepotę, groźna zwłaszcza dla otoczenia ludzi widzących. W rzadkich wypadkach uleczalna, niestety z nawrotami.

Zakażenie:

Istnieją różne możliwe drogi przenoszenia wirusa miłości. Zanotowano: grom z jasnego nieba, pierwsze wejrzenie, a także metodę gastryczną, mianowicie przez żołądek do serca. Najczęściej jednak choroba jest po prostu przenoszona drogą płciową.

Objawy choroby:

  1. Nadmierna częstotliwość wykonywania połączeń telefonicznych.
  2. Monotematyczność.
  3. Potliwość i podenerwowanie.
  4. Niekontrolowane wyrzuty hormonów do krwi, w tym dopaminy, adrenaliny, paranoidyny, histeriodyny, kompletnozidioceniodyny.
  5. Chodzenie po ścianach.
  6. Zaburzenia widzenia, mowy, słuchu, koordynacji ruchów.
  7. Bezsenność.
  8. Demencja w dziedzinie rachunkowości, skłonność do bankructwa.

Pierwsza pomoc:

W przypadku zdiagnozowania miłości należy zastosować natychmiastową kwarantannę. Co ciekawe – kwarantanna obowiązuje tylko osoby zarażone. Osoby chore powinny być od siebie odizolowane, w przeciwnym razie ich choroba pogłębia się. Obserwuje się zjawisko turbo rażenia wirusem miłości w przypadku kontaktów dwóch chorych na wspólnej przestrzeni. Chorzy okazują toksyczne zainteresowanie sobą, siadają sobie na kolanach, piją napoje z jednego naczynia, jedzą posiłki z jednego talerza, wyciskają sobie nawzajem pryszcze, ubierają się w jeden sweter, jedne spodnie i jedną spódnicę. Grzebią sobie w różnych otworach, wymieniają się płynami fizjologicznymi, z przetaczaniem krwi włącznie.

Następstwa:

Nieleczona miłość ma bardzo ciężkie następstwa. Chorzy zaczynają przejawiać wielką niechęć do osób zdrowych. Niechęć jest wywołana zaburzeniami poczucia własnej wartości, niepewnością i obawami, czy aby na pewno zarażony towarzysz jest nadal chory. Lęk przed wyleczeniem towarzysza jest równie duży, jak lęk przed zarażeniem jego chorobą osób trzecich.  Zjawisko to jest określane zazdrością  i może prowadzić do wielu tragedii.

Leczenie:

Do tej pory nie wynaleziono leku na miłość. Choroba mija samorzutnie, bez żadnych logicznych przyczyn. Logiczne czynniki są zupełnie ignorowane przez organizm i tylko wzmagają syndromy.

Powikłania:

Powikłania występują zawsze, w każdym przypadku i w każdym stadium choroby. Miłość składa się właściwie z samych powikłań.

Nawroty:

Wyleczony pacjent jest dręczony nawrotami do końca życia. Obserwuje się nawroty zarówno u osób młodych jak i starszych.

Statystyka:

Choroba dotyka 100 procent populacji ludzkiej. Znakomita większość zarażonych mimo diagnozy nie decyduje się na wyleczenie i tkwi w chorobie na stałym poziomie wyniszczenia. Chorobliwe bycie razem z osobą zarażoną zmniejsza statystycznie szansę na wyleczenie. Niestety, izolacja również w niczym  nie pomaga.

Skutki uboczne:

Najpopularniejszym skutkiem ubocznym choroby jest pojawienie się na świecie potomstwa. W związku z tym, że miłość jest nierozerwalnie związana ze wzrostem populacji ludzkiej, można zaryzykować stwierdzenie, że skutkiem ubocznym miłości jest życie.

BaBa za kierownicą

Jeśli na horyzoncie majaczy cień motorynki, ona nie ruszy z miejsca. Nie ma szans. Poczeka, aż wszyscy zmotoryzowani… umrą.

Jeśli jesteś BaBą za kierownicą, odwiedź tę stronę 🙂

Dzwoni budzik, ja śpię. I tak do wpół do ósmej,  gdy nagle zrywam się w panice, bo właściwie już jestem spóźniona. Lecę więc na złamanie karku, odpalam samochód i… z poprzecznej uliczki wyjeżdża Toyota Yaris.

I tu następuje koniec mojej jazdy. Bo to, że wbiła się przede mną wymuszając pierwszeństwo, jest zaledwie preludium w jej wirtuozerii wkurzania. Zdławiona brutalnie prędkość mojego auta jest dla niej żelaznym argumentem, by wszystkie manewry na drodze wykonywać w tempie ślimaczym.

Siedzę jej na bagażniku. Czemu nie jedziesz, spieszę się, helooł!  – wołam retorycznie. Ona milczy, toczy się, ja za nią. Chcę trąbić, trąbka nie działa, chcę zabić, to też nie działa, światłami migam… nic. Piętnaście na godzinę. Na dwójeczce. Wrrr…, silnik się dławi, dławi się ta jej dwójeczka, że słyszę ją w swoim przyhamowanym do czerwoności aucie.  Wrrr…

I, kurde, ŚRODECZKIEM jedzie, żeby jej, broń Boże, nie wyprzedzić!

Kwadrans po ósmej, pokonałyśmy kilometr. Dojeżdżamy z podporządkowanej do szosy i tutaj następuję moment, w którym zaczynam rozumieć motywy wszystkich zbrodni tego świata. Proszę Państwa, jeśli na oddalonym dwadzieścia kilometrów horyzoncie majaczy cień motorynki – Toyota Yaris nie ruszy z miejsca. Nie ma szans. Ona czeka. Czeka, aż wszyscy zmotoryzowani umrą.

Mój samochód skacze jak rozwścieczony amstaff, ja płonę, krzyczę: jedź, jedź!, ona stoi. Myślę: wyskoczę, dopadnę! Myślę: wpół do dziewiątej, wyrzucą mnie z pracy, zamkną w więzieniu, aresztują, skażą. Myślę: błagam, zrozum, mam dzieci, rodzinę, przyszłość mam jakąś, nie zabieraj mi przyszłości, zlituj się, rusz z tego miejsca, nie mogę już, nie wytrzymam…

Zabiję!!!

Cały zapas magnezu szlag trafił. Ciągnę się za Toyotą, płaczę. Modlę się, by zechciała gdzieś skręcić, zniknąć. Nie znika. Popadam więc w stupor, rezygnuję, już mi wszystko jedno. Nie ma sensu walczyć, nic nie ma sensu. Przecież to jasne, że i tak nigdy nie dojadę do pracy.

Nie w tej wieczności.

Ale wszystko, jak wiemy, ma swój kres, mija więc i ta wieczność. Ląduję w końcu pod firmą, przede mną ląduje Toyota Yaris. Trudno właściwie określić, czy ląduje, zdaje się, że jej stan w ogóle nie ulega zmianie, jak stała tak stoi. Patrzę z umiarkowaną furią, cóż za to za blond pióropusz wysiądzie z auta? Jakaż to niewiasta zadała mojemu feminizmowi taki cios? Któraż powinna leżeć w Sèvres pod Paryżem jako wzór BaBy za kierownicą?

Metr dziewięćdziesiąt, w karku niewiele mniej. Komórka przy uchu, wzrok zgaszony, lecz groźny. Tak, proszę Państwa.

Ta kobieta to facet.

 

Każda BaBa to huragan

Wiecie, czym jest wiatr? To zakłócenie. Zmiana. Rozniesienie w pył starego porządku. Czy można wymarzyć sobie lepszą metaforę tego, co właśnie robię?

Baba na wysokosci

Rys. Agnieszka Malinowska. Właśnie tą kreską ilustrowana jest książka Samum.

Druga książka Spółdzielni Literackiej BaBa schodzi z maszyn drukarskich.
Samum, pustynny wicher zamknięty na 328 stronach powieści wkrótce uwolni się z niebytu. Historia opisana w tej książce kiedyś narobiła dużo szumu w Polsce, niestety, ja z tego nie skorzystałam. Dlatego budzę ją po raz drugi. Tym razem nadaję jej imię wiatru.

Wiecie, czym jest wiatr? To zakłócenie. Zmiana. Rozniesienie w pył starego porządku. Czy można wymarzyć sobie lepszą metaforę tego, co właśnie robię? Jestem zakłóceniem starego porządku. Jestem zmianą. Bezwględnie i stanowczo roznoszę w pył zmurszały system, który wciąż wszystkim wydaje się nie do ruszenia. Najlepsze jest to, że ten system – a mowa oczywiście o systemie wydawniczym w Polsce – zdaje się być nie do ruszenia najbardziej tym, którzy z niego czerpią. To oni lekceważą wiatr. Nie doceniają fali zmian, która jest, idzie, rozgarnia grzędy i (wybaczcie, ale uwielbiam to słowo!) koryta.

Samum to wicher pustynny. Gorący, ognisty, kategoryczny. Uwielbiam obserwować, co wyczynia z wydmami, jak zamienia się w tubę powietrzną, przenosząc piach z Sahary daleko, hen, przez ocean. Po takiej burzy na pustyni można zobaczyć osad pyłu na samochodach zaparkowanych na Wyspach Kanaryjskich. Ponad falami bezkresu wody gna nasza fala powietrzna. Idzie nowe. I nic go nie zatrzyma.

Nie zatrzymam się na swojej drodze. Nie zatrzymam się, bo wiem, jakie zło wyrządza obecnie panujący system wydawniczy. Nie o wszystkim na razie mogę napisać. Nie wszystko mogę zdradzić. Ale przyjdzie czas, kiedy napiszę. Nie tylko o tym, że autor nie ma dostępu do informacji o swoich książkach, nie tylko o tym, że wydawnictwa rozbijają się na jakieś mniejsze podmioty o innych nazwach, żeby potem autor nie mógł zrobić im tego słynnego audytu (nawet gdy wyściubi osiem tysięcy), bo ma umowę podpisaną z firmą o innej nazwie, niż ta, co go wydaje. Albo, że w umowach wydawniczych uprawiana jest totalnie nieetyczna klauzula łamiąca prawa obywatelskie, np. że wydawca ma prawo pierwokupu wszystkich dzieł autora do końca jego życia, a jak się do tego nie dostosuje – będzie płacił haracz. Albo, że nie wolno mu publicznie mówić o tym, co jest w umowie, nawet jak jest festiwalowo dymany…

No nic. Życie to nie tylko cienie, to także blaski. Oddaję więc w Państwa ręce tę przepięknie ilustrowaną książkę, gdzie jest tęsknota, przyjaźń, a przede wszystkim miłość. Miłość, której tak brakuje w obecnym świecie, miłość, której szukamy całe życie, wszędzie, nawet na piaskach pustyni.

Tu kupisz Samum

Samum, pustynny wiatr

To była moja tęsknota, to jest moja radość, to od zawsze i na zawsze zostanie moim smutkiem. Ilustrowana przez moją przyjaciółkę, bez której nigdy ta powieść by nie powstała…

Samum_Okladka_finalSiedzę w pokoju z kotem, obok palą się świece, w tle gra, a nawet śpiewa i to cudowanie śpiewa Melody Gardot. Jej niski, welurowy głos rozbija delikatnie jak masaż moje ciało na drobne, bezbronne – ale też wolne od cierpienia, znoju, czy pretensji – ciało. Powoli zamieniam się w spokojnie falujący na pulsującej fali dźwięku wiatr.

Jestem wiatrem, ale bez jego porywczości, jestem wichrem, ale spokoju, jestem okiem, ale cyklonu. Te czasoprzestrzenne miejsca/zdarzenia, ten moment zatrzymania żywiołu, jest esencją mojego istnienia. Samo określenie: „oko”, jakby: dodatkowe, trzecie oko – daje mi poczucie wyjątkowości chwili, przejścia świadomości w stan gdzieś powyżej, ponad. Kiedy żywioł się zatrzymuje, zbiera siły. Ja zbieram siły. Gromadzę energię, ściągam ją ku sobie, siedząc nieruchomo, chłonę moc, by z nią uderzyć jeszcze raz.

Wczoraj był pierwszy wieczór autorski mojego wydawnictwa. Dziś płakać mi się chce ze szczęścia. Za to, że mam taką Autorkę, za to że mam takiego Syna, za to że on ma taką Dziewczynę. Kto był, ten wie, o czym mówię, kto nie był – niech będzie następnym razem, bo takie rzeczy warto w życiu doświadczać. Takie rzeczy to życie czynią żywym.

Tak dużo jeszcze chcę zrobić! Tyle mam pomysłów, że czasem zastanawiam się, czy mi życia starczy. I nie mówię tu bynajmniej o życiu jako zatrzaśniętym paśmie na osi czasu. Nie. Życie to nie tylko odcinek  między dwoma punktami zwanymi narodzinami i śmiercią. Życie to jego treść, nieważne na ile dni rozciągnięta. I właśnie nad tym się zastanawiam: czy starczy mi życia, energii, oddechów? Czy te kwanty gromadzone skrzętnie przy słuchaniu Melody Gardot, dadzą radę? Czy, tak jak Julek ze Szklanki na pająki karmił się kolorami, ja dostatecznie nakarmię się muzyką, by nie tylko trwać, ale w tym trwaniu zrobić to wszystko, to WSZYSTKO, co chcę zrobić?

Czy barwa głosu, czy pomruk saksofonu, czy plumkanie pianina, czy wreszcie: cisza przemykająca się między nutami – czy to wszystko wystarczy?

Mogę tu kokietować, że nie wiem, że ten, tamten. Mogę się krygować na fałszywą skromność, ale kto mnie zna, wie, że krygować się nie będę. Bo moje zastanawianie się, to żaden lęk. Ja się nie boję, CZY mi starczy sił, jak się zastanawiam JAK mi starczy sił. To jakby przyglądanie się niezwykłym prawom przyrody, to jakby badanie praw fizyki. No jak to? No tak to. Jestem okiem cyklonu. Wokół burza piaskowa. Wokół słoneczny huragan. Ten huragan to też ja. Ale wczoraj. Dziś jestem ciszą. Zbieram siły. Jutro znów będę wiać. I to pełna parą. Jutro wypuszczę kolejną książkę mojego wydawnictwa. I będzie to moje pierwsze dziecko, to najstarsze. Romans na pustyni, zagubione serce Sahary. Kiedyś, dawno temu, dałam imię temu dziecku. To było tak, jakbym je powiła w wiosce indiańskiej i starym indiańskim zwyczajem nazwała je określeniem dwuczłonowym. Linie Równoległe. Potem, wystraszona skojarzeniami z traumą młodości: matematyką, zmieniłam to imię na Last Minute. Ostatnia chwila. Bo każda chwila jest ostatnia. Tamta też się stała ostatnia i całe szczęście. Nie chciałabym do niej wracać.

Last Minute poszła w świat i tak jak poprzednie wydanie Szklanki na pająki Basi Piórkowskiej – nie dała mi zarobić. Ale życie to energia nie tylko stracona, to także energia odzyskana. Odzyskałam więc moje najstarsze dziecko i znów, po raz ostatni (choć być może pychą jest wyrokowanie: co tu, w tym wymiarze jest po raz ostatni), dałam mu imię. To imię oznacza właśnie to, co opisuję dziś. Wiatr. Gorący, pustynny wicher.

Samum.

Ta książka to radość i smutek, ale przede wszystkim tęsknota. Kto z nas jej nie zna? To była moja tęsknota, to jest moja radość, to od zawsze i na zawsze zostanie moim smutkiem. Książka jest ilustrowana przez moją przyjaciółkę, Agnieszkę, bez której też nigdy ta powieść by nie powstała. Korci mnie, żeby Wam pokazać jeden z rysunków, albo okładkę, ale nie. Nie w oku cyklonu. Tu, teraz – nic nie może się stać. Tu nic nie ma.

A jeśli chodzi o emocje, to owszem, w oku cyklonu trudno także o emocje. A nawet nie trudno, nie. One są gdzieś poniżej, w strumieniu, w rzece myśli, właśnie w tym huraganie. Prują wraz z energią, tą właśnie energią, którą teraz zbieram. Patrzę na nie jak na film, który będzie wyświetlany dopiero następnego dnia. Jestem w swoim pałacu, w czerwonym zamku czasu i pstryk: odsłaniam kotarę jutra. Oto są. Pędzą w szyku zwartym, w poukładanych misternie fraktalach potężnej wichury. Przyglądam się im bez pośpiechu, nie muszę się spieszyć. Zdążę do jutra. Jedyne, co mi towarzyszy, to ciekawość, a właściwie nie ciekawość, raczej: zaciekawienie. Która z nich będzie najwyraźniejsza? Która jest królową? Radość? Nie, nie w tym wieku! To może gniew? Darujcie. Gniew też już odchorowałam. Lęk? Ha, ha, ha. Sami sobie odpowiedzcie, czy mogę czuć lęk, skoro na sam dźwięk tego słowa chce mi się śmiać?

I oto jest. Ta emocja, która mnie obecnie chyba najbardziej przejmuje. Delikatny smutek, cień maleńkiego żalu, który można określić mianem: szkoda.

Szkoda tych, co mi na drodze staną.

System wydawniczy w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w …

Skoro wydanie książki to taki kosmos finansowy, a ludzie książek nie kupują – czemu jest w Polsce tak dużo wydawców i czemu żyją jak pączki w maśle?

W związku z tym, że prasa skrzętnie obcina, a nawet ukrywa w sieci moje refleksje na temat systemu wydawniczego w Polsce, postanowiłam rzecz opisać tam, gdzie mi nikt nic nie ocenzuruje, mianowicie na własnym blogu. Wypowiedziałam już w wywiadzie (np. do Gazety Wyborczej) parę słów, które nie mogą one ujrzeć świata, a raczej (bo chyba o to chodzi) świat nie może ujrzeć ich. Jeśli zapragniecie więc wyguglać moją maleńką wypowiedź o tym, że autor – który jest mózgiem dzieła – dostaje za swoje dzieło tyle (albo mniej), co maszyna drukarska – nie znajdziecie tak łatwo tego artykułu. Owszem, redakcja może tłumaczyć to kwestiami technicznymi, jednak każdy dziennikarz (mam ich sporo w znajomych) może się potknąć o mój profil na Facebooku, gdzie zgłosiłam problem. Nadal jednak po wyguglaniu artykułu i znalezieniu pierwszego zaproponowanego linku, czytelnik obejrzy jeno moją twarz, ale ani słowa nie przeczyta.

Mam zatem kilka refleksji, z którymi chcę się tu podzielić, bo przecież kwestia wydawania, kupowania oraz czytania, wbrew pozorom, a nawet mitom – dotyczy nas wszystkich.

Od wielu lat słyszę, że w Polsce nikt nie czyta książek, dlatego sprzedać książkę w Polsce to jakiś cud, rzecz niebywale trudna, właściwie niemożliwa. Słyszałam to jako autorka, która pochodzi z małego Kętrzyna, która nie miała żadnego nazwiska ani wsparcia, która do wszystkiego musiała dochodzić mozołem i ostrym laniem po dupie. Dziwicie się, że takim właśnie autorom jak ja, takim właśnie znikąd, którzy od dziecka marzyli o wydaniu własnej książki i którzy słyszą, że w Polsce nikt książek nie czyta, a proces wydawniczy to jakiś, kurwa, kosmos finansowy – nie spieszy się zbytnio do wzięcia spraw w swoje ręce? No nie dziwicie się i nie ma w tym nic dziwnego. Ale zaraz, zaraz. Skoro ta książka to taki kosmos finansowy, a ludzie książek nie kupują – czemu jest w Polsce tak dużo wydawców i czemu żyją jak pączki w maśle?

Według założeń naszego systemu wydawniczego przeciętna kobieta (np. z Kętrzyna), która zechce kupić książkę, musi wsiąść w autobus i pojechać do najbliższego dużego miasta, gdzie jest galeria handlowa, a w niej niezbędna podobno do sprzedaży sieciówka, w której ochroniarz patrzy na nią jak na złodziejkę, a personel trąca mopem po butach. Tam właśnie, by nakarmić swą duszę, musi wydać prawie pięć dych. Tylko że to jest jakby mało realne, bo ta kobieta ma 1200 złotych emerytury, albo i nie, do autobusu jakieś 2 kilometry piechotą i ogólnie to chyba by na głowę upadła, by sprostać wymaganiom tego systemu.

Ale przecież, zaraz mi ktoś powie, ta książka tańsza być nie może, bo tyle kosztuje jej produkcja. No, niestety, nie jest to prawdą. Ta książka kosztuje pięć dych dlatego, że po drodze zarabia na niej wydawca, dystrybutor i sieciówka ze znajomym skrótem w logo. Autor dostaje mniej więcej tyle, co wynosi produkcja, czyli około dwóch złotych. Albo i tego nie dostaje. Dlaczego nie dostaje? Bo nie ma ŻADNEJ kontroli nad tym, ile faktycznie sprzedaje się jego książek. Wszystko jest okryte tak zwaną, nie wiadomo czym popartą TAJEMNICĄ HANDLOWĄ. Komu służy ta „tajemnica handlowa”? Zastanówcie się. Bo bynajmniej nie autorowi.

No więc autor dostaje jakieś tam zestawienia, jakieś tam pieniądze raz na pół roku i jedyne co mu pozostaje, to wierzyć wydawcy na słowo, że ten go nie dyma. No chyba że zapragnie zrobić wydawcy audyt, ale to kosztuje. Tak dużo kosztuje, żeby autorowi pomysł z głowy skutecznie uleciał, bo przecież z tych pieniędzy, które dostaje raz na pół roku raczej takiej kwoty nie uciuła. No więc wierzy na słowo. Chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, co znaczy tym kraju wierzyć na słowo? Ja wierzyłam na słowo, że książka to najtrudniejszy produkt. Dopóki nie wydałam „Szklanki na pająki”, która w dziesięć dni sprzedała się w liczbie stanowiącej pół całego nakładu.

Dziś już nie wierzę na słowo. Nie wierzę, że ludzie są głupi i nie czytają. Nie wierzę, że branża wydawnicza jest trudna. Dla autora, owszem. I dla czytelnika, który nie dość, że jest obrażany, to jeszcze musi wydawać kosmiczne pieniądze na coś, na czym wszyscy zarabiają, tylko nie ten, co to stworzył.