Stowarzyszenie Pięknych Kobiet – warsztaty

Ogłaszam warsztaty artystyczne dla dzieci i młodzieży! Będziemy pisać baśnie! Będziemy rysować smoki! Będziemy robić teatr! Będziemy otwierać czakramy! Z nieskażonych narzekaniem umysłów zbudujemy inny świat

Obudził mnie własny śmiech. Mam zdarte gardło. Poważnie. Pierwszy raz mi się coś takiego przytrafiło. Słyszałam kiedyś, że można płakać przez sen, ale żeby się tak śmiać? Do zdarcia? Do wybudzenia?

A jednak.

Mam gruby jak cegła słownik symboli Kopalińskiego. Znalazłam go kiedyś na ławeczce we Fromborku. Nie pytajcie, czemu akurat tam. Spadł z kosmosu niechybnie. Kopernik mi zrzuciła. A ja rzeczy z kosmosu szanuję. I używam słownika nader często. Zaraz po przebudzeniu sprawdzam. Księżyc. Wilk. Kot. Rzeka. Zaćmienie słońca. Rubin. Wszystko coś znaczy, zwłaszcza we śnie. Znaczenia moich snów są zwykle negatywne. Kłopoty, zmartwienia, choroba. Bieda. Nędza. Śmierć. 

Gdy to czytam, zwykle parskam śmiechem, bo wszystko przez Kopalińskiego wymienione dawno już jest za mną. Co mnie finansowe tarapaty? Co mnie tam choroba? Co mnie śmierć? To już było. Drugi raz nie umrę przecież.

Ale Radości w słowniku nie ma. Takie rzeczy się nie zdarzają. Śmiech nie może być symbolem niczego z tej prostej przyczyny, że w tej szerokości geograficznej nie występuje. Jak czegoś nie ma, to nie ma. Tymczasem budzi mnie. Do rozpuku.

Siadam na łóżku z tym zdartym gardłem i przypominam sobie scena po scenie, co mnie tak rozśmieszyło. Latam w Dolnym Wrzeszczu nad Placem Wybickiego. A tam dzieci. Dużo dzieci. W dzieciakach jest pełno radości. Jakaś roztańczona dziewczynka mówi do narzekającej baby: pani do szpitala się uda, a nie. Dupę zawraca.

–  Pani do szpitala się uda. A nie. Dupę zawraca.

Kobieta idzie do pracy i utyskuje. Że ją strzyka i boli, że źle, że się nie chce.

–  Pani do szpitala się uda. A nie. Dupę zawraca.

A ja latam. I w locie umieram ze śmiechu. To takie proste. I takie śmieszne. I takie oczywiste. Ile kobiet dziś przyszło do pracy? Ile z nich narzeka? Ile do szpitala się nie udało?

I dupę zawraca?

Dzieci są takie mądre. Tak prosto wszystko widzą. I tyle w nich radości!

Kiedyś prowadziłam dwumiesięczne warsztaty dla dorosłych. Dwie osoby się obraziły. Kilka nie miało czasu. Rozmyło się, rozjechało.

Kiedyś prowadziłam godzinne warsztaty dla dzieci. Miesiąc później spotkałam w Biedronce dziewczynkę. Podeszła do mnie i powiedziała: –  A ja napisałam tę książkę!

Napisała. I będzie pisać. Zostanie artystką z tą unikatową umiejętnością, której nie ma dziś prawie nikt. Z umiejętnością, która sprawia, że jej książkę czyta się jednym tchem. A nie. Dupę zawraca.

Dla tych, co dupę zawracają są nagrody literackie. Dla tych, co piszą czytelnie: są Czytelnicy. Wybór należy do was.

Złapałam za telefon, napisałam kilka esemesów do matek. I już mam dwie chętne! Tak, tak. Tylko bezrefleksyjni ryzykanci ignorują swoje sny. Ja nie mogę aż tak ryzykować. Mnie się śnią śmierci i tarapaty. Kopaliński dupy nie zawraca. On wie, co pisze.

Ogłaszam warsztaty artystyczne dla dzieci i młodzieży! Będziemy pisać baśnie! Będziemy rysować smoki! Będziemy robić teatr! Będziemy otwierać czakramy! Z nieskażonych narzekaniem umysłów zbudujemy inny świat.

Rusza rok szkolny. Dajcie sobie spokój z tymi hałaśliwymi basenami. Nie szukajcie zajęć po omacku. Ja się zajmę waszymi pociechami. Nauczę ich, jak odbić rzeczywistość w twórczości. Jak trudne emocje wyrzucić na kartkę papieru. A potem zagiąć panią od polskiego, która, owszem, może i się uczyła pisać, ale nadal nie umie.

Czas przeszły nigdy nie dokonany.

Już załatwiam salę. Szczegóły podam wkrótce. Tymczasem piszcie do mnie, zgłaszajcie. Biorę każdego dzieciaka. Im mniej umie, tym lepiej. Tabula rasa. Czysta kartka. Napiszemy na niej baśń tysiąca i jednej nocy. E tam, tysiąca. Miliona miliardów.

Nieskończoność możliwości ludzkiego umysłu.

To właśnie wasze dziecko.

———————————————————————–

Organizator – Spółdzielnia Literacka „BaBa” Sylwia Kubryńska, Stowarzyszenie Pięknych Kobiet.

Termin – Od października 2019.

Miejsce – Gdańsk Wrzeszcz albo Sopot.

Cena – Nie wiem, jeszcze szukam wsparcia, zależy ile dzieci, powiem po kaszubsku: nie pokrzywdzę. 

Zgłoszenia: redakcja@baba.com.pl

PS. Jeśli jesteś dorosła, a siedzi w tobie dzieciak – przyjmę.

PS2. Facetów uczyć nie będę, ich ego jest nie do przeskoczenia nawet dla tych, co potrafią latać. No chyba, że to będzie Szaman Mako.

PS3. nemezis.me

IMG_0534
Co mnie śmierć? Drugi raz nie umrę przecież… (fot. Ewelement)

 

 

 

List pożegnalny

To mój ostatni tekst. Długo myślałam, jak go napisać. Przyznam, że zarwałam niejedną noc układając go w duchu. A teraz, gdy do niego usiadłam, mam kompletną pustkę w głowie. Nie pamiętam tamtych fraz, a przecież takie były akuratne.
Nie wiem, co się mówi, gdy się odchodzi. Może najlepiej: nic?

Jednak coś mi każe się pożegnać, wyjaśnić, dlaczego. No więc wyjaśniam.
Nie mam już siły.
Już nie mogę.

Kilka miesięcy temu zapragnęłam dowiedzieć się prawdy. Zaczęło się niewinnie – powołując się na obowiązujące w Polsce prawo, wysłałam grzeczne pytanie do najpopularniejszej sieci sprzedaży książek (celowo nie wymieniam nazwy) z prośbą o udzielenie mi informacji, ile sprzedało się moich powieści. Bo wiem, że dużo. Czytelniczki i Czytelnicy mówią, że zmieniłam ich życie. Sprzedawcy tych księgarni opowiadają, że moje książki idą jak ciepłe bułeczki. Tymczasem moje wynagrodzenie oscyluje na granicy nędzy.

Odpowiedzi nie dostaję. W księgarniach są wszystkie moje tytuły, w ciągłej sprzedaży. Wydawane pod znakiem wydawnictwa, z którym… nie mam żadnej umowy wydawniczej. Na moje pisma i pytania wydawca nie reaguje. Zawiadamiam prokuraturę. Nic się nie zmienia. W międzyczasie Wysokie Obcasy wyrzucają mnie z pracy. Bez wyjaśnienia, bez podania przyczyny. Właściwie nie mam za co żyć. Ale przecież się nie poddaję.

Zakładam własne wydawnictwo BaBa. Wydaję książki, nie tylko swoje. Dwoję się i troję, nie śpię, wypruwam żyły, żeby je wypromować. Ale kiedy ktoś wpisuje moje nazwisko w wyszukiwarkę, wyskakuje mu wiadoma sieć. Media, które tak chętnie do tej pory robiły ze mną wywiady, teraz nagle milczą. Mogę policzyć na palcach jednej ręki, którzy dziennikarze mają odwagę ze mną rozmawiać. Jeszcze mniej decyduje się na publikacje moich słów.

Zaczynam znikać. Nie mogę się przebić przez system, który ktoś kiedyś stworzył, bo bardzo mu się to opłacało. System, który wypłaca autorom niecałe dwa złote od książki. Albo i nie.

Zostaję sama. Pukam do różnych drzwi – bez skutku. Jedyna instytucja, która okazuje mi pomoc to śp. Paweł Adamowicz, Prezydent Gdańska. Reszta się przygląda. Ludzie lubią się przyglądać. Patrzeć, jak niewielka kobieta walczy na arenie z trzygłowym smokiem. Ciekawe, czy da radę?

Otóż nie dałam. Smok mnie zeżarł. Odchodzę. I jedyne, co jeszcze mogę zrobić, to ocalić moje „dzieci”, zwrócić im należny szacunek. Zmieniam więc tytuły i okładki (tu pragnę podziękować najbliższej Rodzinie za wsparcie) i wydaję wszystkie moje powieści ponownie. Książki są wystawione w przedsprzedaży, będą drukowane według zamówień. Obsługą zajmą się moi Najbliżsi. A ja tymczasem żegnam ten dziwny świat. Zostawiam Wam moje powieści. Może pamięć o nich przetrwa dłużej niż ja…

Sylwia Kubryńska

Sylwia Kubryńska
fot. Ewelina Lubecka/GryfEL

Między ustami a brzegiem pucharka

Nazajutrz obudziłam się w czerni najgorszego poranka w życiu, z gorączką piekielną, i była to zaraza najstraszliwsza w świecie, która wysyła ludzi na tamten świat…

dracula
Hrabia królował w czasach zarazy, do mnie też przyszedł, ale się nie dałam…

Założenie było dobre. Odpocząć. Odpocząć, pójść a rurki z kremem, pozbierać wymordowane po występach ciało w całość. Z wiosny niechybnie nadchodzącej skorzystać. Ze słońca poczerpać konieczną do dalszej walki energię. Bo walka się nie skończyła, choć zasoby owszem.

No więc jadę w Polskę, jadę na ten przedłużony weekend, na poły jeszcze zimowy, ale przecież już ciepły, już pełen nadziei i blasku. Nawet okulary słoneczne założyłam. Nawet płaszczyk lżejszy. Bo przecież nie ma nic bardziej znienawidzonego jak kurtka zimowa na przednówku. Tak jak nie ma nic bardziej upragnionego jak lżejszy ciuch w przedwiośniu.

Ach, jak będzie cudownie! Nazajutrz wstanę, założę te swoje fiu-bździu i polecę do cukierni na pucharek. Znacie te pucharki? Pal licho, jak one smakują, ale jak wyglądają! Najbardziej lubię te ciemnowiśniowe gałki lodów upakowane w triadę, którą wieńczy bita śmietana, gęstą czernią czekolady polana.

Albo sorbetowy menuet o barwie mango, tej głębokiej żółto-pomarańczowej nucie plus, no nie wiem, niech mnie zaskoczą: orzechy? migdały? płatki kokosa? rodzynki?

No i kawa! Albo herbata! Boże mój, jak się cieszę na samą o tym myśl! Choć i tak zwykle moja podróż do krainy słodyczy kończy się szybciej, niż zaczyna, bowiem po przestudiowaniu karty menu i wydaniu z siebie tych wszystkich zachwytów, zamawiam tartę warzywną i cześć.

Tym razem tak nie będzie! Tym razem będę postacią z bajki, panienką z grochami na spódnicy, Pchłą Szachrajką, panną Kiką, Babeczką.

No i tak opisując Państwu swój urlop nieszczęsny dotarłam, nomen omen, do informacji, którą Państwu chciałam przekazać już dawno, ale nie miałam na to siły. Otóż w tak zwanym międzyczasie (szczerze mówiąc, nie wiem, kiedy) wydałam książkę dziesięcioletniej Tosi Bardowskiej, a książka ma tytuł „Babeczka” i jest doskonałym uzupełnieniem rodzinnym, kiedy starzy czytają Poradnik dla psychopatów, a dzieciak zawraca głowę. Należy mu kupić Babeczkę i spokój.

Wracając do nieszczęsnego urlopu. Dlaczego nieszczęsnego? Bo nazajutrz obudziłam się w czerni najmroczniejszego poranka w życiu, z gorączką 39 stopni, z zapaleniem absolutnie wszystkiego i była to zaraza najstraszliwsza w świecie, która wysyła ludzi na tamten świat, a imię jej brzmi: SEPSA.

Jak się domyślacie, nie poszłam na żaden pucharek ani tartę, ani nic. Przez tydzień walczyłam o życie, a teraz leżę bez tchu i właściwie nie mam nawet siły zakończyć tego tekstu. Niech więc będzie nieskończony, niech trwa, niech niesie mój słaby głos w przestworza, niech przeistoczy się w melodię, której nuty, zamiast rodzynek w pucharku, zagrają coś weselszego niż marsz żałobny.

Jądro ciemności

Siedzę. W tle reklama maści na hemoroidy. Coś tam do higieny intymnej. Już nawet Rozenek mi się skończyła. Jakaś baba opowiada o zabiegu powiększania ust. I że co na obiad. Pierdolca zaraz dostanę. Wysypki. Palpitacji

Problem stary jak świat, w właściwie – jak ja. Otóż włosy mi posiwiały. Słabo? To ja wam powiem, jak słabo. Zaczęło się kilka lat temu i od razu z plaskacza.

Najpierw usłyszałam, że fajnie by było, gdybym znów stała się ładna. Komunikat mocny. Trudny. Bo to w szatni fitness clubu było.

Zwróćcie uwagę na okoliczności. Bo gdzie jak gdzie, ale dowiedzieć się, że nie jest się JUŻ ładną akurat w szatni fitness clubu i to po morderczym treningu, który, nie oszukujmy się, nie był dla przyjemności, ale żeby właśnie stać się wreszcie, kurde, ładną – jest to cios potężny i kategoryczny.

Weź się po tym pozbieraj. Nie da się.

Dalej. Dalej tylko gorzej. Że co drugi siwy włos. Że daj spokój już z tą naturą. Że o co chodzi. Że zadbaj o siebie.

Wszystkie te protesty odnośnie mojego wyglądu pochodzą od przedstawicielek jedynej płci, która – niczym pani na dyżurce – trzyma rękę na pulsie i sprawdza, czy aby cały świat jest wciąż wystarczająco podobny do reklamy loreala.

Nie dziwię się. Też bym trzymała. Ba! Trzymałam! Myślicie, że nie? Trzymałam i to długo. Dwie godziny, raz w miesiącu obowiązkowo, czasem cześciej. Na łbie maź śmierdząca mocznikiem oraz jakąś inną niepojętą chemią. W tle radio zet. Obok gazety z dziedziny: jak GO usidlić? Albo: Rozenek ma nowego pudla.

A ja siedzę. Siedzę. Na zegarek patrzę. Siedzę. W tle reklama płynów na hemoroidy. Coś tam do higieny intymnej. A ja siedzę. Rozenek mi się skończyła. Siedzę. Jakaś baba opowiada o zabiegu powiększania ust. O doklejaniu paznokci. I że co na obiad. Siedzę.

Pierdolca zaraz dostanę. Wysypki. Palpitacji.

Znajoma opowiadała, że miała uczulenie na klej do rzęs. Zrobiła raz, oczy jej spuchły. Zrobiła drugi raz, spuchła jej cała twarz. Po trzecim zawieźli ją na OIOM. Nie jest wykluczone, że zrobi to po raz czwarty. Kobieca determinacja granic nie zna. To samo z farbami do włosów. A gdybym miała uczulenie?!

Ale nie mam.

No więc siedzę w tym poklejonym „salonie piękności”, w tym zbitym z kartongipsu „studiu wizażu”, bo trzeba pamiętać, że większość salonów piękności i studiów wizażu to przybytki zbite z blachy falistej na szybko, w których wnętrzach wieją szpary, straszą niedoróbki, a toaletach można się zabić o stare mopy.

I nie mówicie mi nic o tych „eleganckich” salonach, bo pozabijam. Bywałam. Efekt, oprócz tego, że dwa razy droższy, ten sam. Ale do efektu jeszcze dojdziemy. Tymczasem tkwię w tych „klinikach urody” i leczę się z własnej brzydoty. Leczenie jest bolesne. Trwa i kosztuje. Kosztuje pieniądze ciężkie, tak ciężkie, że dziw bierze, jak to możliwe, że się na to zgadzam? O co mi w ogóle chodzi?

Gdy nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o to samo i ten argument trafia do mnie chyba najcelniej.

Bo nagle (no, może nie tak nagle, to jest jednak proces długotrwały i stopniowy, być może tak długotrwały i stopniowy jak samo siwienie?) dociera do mnie jądro ciemności. Wiecie czym jest jądro ciemności? To ten najgęstszy, najciemniejszy i najtrudniejszy do pojęcia PROBLEM. Meritum.

TO. PYTANIE. NA. KTÓRE. ODPOWIEDŹ. JEST. ABSURDALNA.

Otóż pytanie brzmi: po co? Po co ja tu siedzę z tą mazią na głowie za dwieście wizyta? Po co się męczę z tymi mopami w łazience? Po co słucham tego radia, którego słuchać się nie da? Po co ja to robię? Hę?

Już słyszę wasze odpowiedzi, wyzwolone kobiety! Już to czuję, jak czułam wasze baczne dopierdalanki o moje siwe włosy. DLA SIEBIE. Ha, ha, ha ha, ha, ha.

Aaaaaa. Hahhahahahahahhahaha. DLA SIEBIE.

Dla siebie siedzę tu jak cymbał od dwóch godzin i wdycham mocznik? Dla siebie wydaję dwie stówy, które – żeby zarobić – codziennie rano muszę się zrywać o szóstej i zapieprzać do biura, którego nienawidzę? Dla siebie słucham reklam o lekach na potencję i muzyki, którą powinno się puszczać w sali tortur?

Dla siebie podrażniam skórę do nieznośnego swędzenia, dla siebie mam te wyprane włosy, które – jak już dotarliśmy do efektu, proszę bardzo – są w kolorze jajówy i super, że nie w SREBRNYM? Bo ktoś kiedyś powiedział, że srebrny kolor jest brzydki, a stary człowiek to już w ogóle estetyczna zbrodnia?

Tak więc odpowiedź błędna. Nie dla siebie. To dla kogo? Może – o święta naiwności! – dla mężczyzny?! Ale przecież żaden facet w życiu nie zwrócił uwagi na te moje siwe włosy, żaden nie sarkał, nie kwękał, nie radził, nie sugerował, co więcej: głowę dam, że nawet nie zauważył. Także dla faceta też nie.

Więc czemu?

I jądro ciemności mnie dopadło. Ja to robię DLA KOLEŻANEK. To dla nich siedzę dwie godziny co miesiąc, a czasem częściej, wydaje dwie stówy, znoszę radio zet, potykam się o mopa i wdycham amoniak. Dla moich koleżanek, dla kobiet ze świata idealnego stworzonego przez te gazety z Rozenek, by do nich pasować i ich nie denerwować, że jestem inna. Dla kobiet, tych wyzwolonych, wolnych i niezależnych, co same sobie gotują ten los – żeby nie było im niedobrze, gdy patrzą na srebrny kolor na mojej starzejącej się głowie.

To se na żółto pierdyknę.

FullSizeRender


Tymczasem już w piątek wystąpię taka strasznie stara na spektaklu BaBa z Gdańska i jej Porady dla psychopatów w gdańskim IKM (Gdańsk, Długi Targ, godz. 18.00), na który zapraszam wszystkich, nawet z siwymi włosami.

Dajcie mi tu kilka kotów!

Ciągle ktoś mnie namawia do pasów ściągających fałdy brzuszne, mazi zamazujących piegi, depilatorów wyrywających włosy i wszystkiego tego, co każda kobieta MUSI używać, żeby nie była tak strasznie brzydka

Wczoraj zadałam sobie nieco trudu, by zrobić jakiś porządek z tym, co mi się wyświetla w komórce, gdy wchodzę na portal społecznościowy. I dotarło do mnie, że od dawna tam widzę tylko:

  1. słaniających się z powagi laureatów nagród, albo nominacji do nagród, bo to jest tak strasznie poważna sprawa taka nagroda, ewentualnie nominacja jest tak strasznie poważna, że człowiek natychmiast sam zamienia się w posąg
  2. porady, jak zrobić, by być tak zajebistym jak oni, żeby żyć tak zajebiście jak oni, jeść takie same zajebiste rzeczy co oni, tak samo zajebiście oczami wywracać jak oni, i nikt nie napisze: weź ty się walnij w łeb
  3. TE MYŚLI
  4. twarze koleżanek, ale właściwie nie wiem czyje, bo są tak przerobione w fotoszopie, że wyglądają jakby pochodziły z gabinetu figur woskowych, ewentualnie z wystawy lalek porcelanowych, stara Francja
  5. dzieci, te biedne dzieci, które nawet nie wiedzą, jak są na tym Facebooku używane do zdobywania lajków przez ich starych
  6. pełne wykrzykników newsy o tym, co PiS i co nie PiS, jak strasznie coś tam kogoś oburza, że ktoś coś powiedział, zrobił czy zeżarł
  7. reklamy pasów ściągających fałdy brzuszne, mazi zamazujących piegi, depilatorów wyrywających włosy i wszystkiego tego, co każda kobieta musi używać, żeby nie była taka strasznie brzydka, jak ją natura stworzyła
  8. wysokie obcasy

I żadnych filmików z kotami!

Zdecydowanie coś poszło nie tak, kochani. Coś jest „kurewsko daleko od OK”. Łatwo wam się mądrzyć. To nie wchodź na FB. Muszę. Muszę, kurde, robota tego wymaga. Bo jak inaczej was zawiadomić o BaBie z Gdańska i jej Poradach dla psychopatów? Właśnie. W piątek o 18.00 jest nasze spotkanie na Długim Targu, w gdańskim IKM. Więc ten.

Ale zanim przyjdziecie, mam prośbę. Dajcie kilka kotów na Facebooka. Z dedykacją dla mnie. Oznaczcie mnie. Niech wiem. Niech się cieszę. Niech mi się zmieni. Niedługo będą moje urodziny.

I w ogóle.

Proszę.

 

fullsizeoutput_f1

Jestem zajeBaBana, czyli o wpadce BaBy

Wszystkich, którzy mają niedogodność czytania romansu z piasków Sahary – najmocniej przepraszam. A że przepraszanie nie ma mocy realnego zadośćuczynienia, proponuję konkretną rzecz…

Zważywszy na powszechność kaleczenia języka polskiego, słowotwórstwo w skali globalnej, płynące z telewizorów i radioodbiorników poklejone ze słów angielskich, a może i amerykańskich, kto ich tam wie? – twory, a także różnego rodzaju wtręty tajemne, moja Spółdzielnia Literacka BaBa wyszła przed szereg. I nie to, że specjalnie jakoś, metodycznie, ale przypadkiem, a może raczej: przez nieuwagę. Albo – choć nie wypada mi się tłumaczyć – na skutek pośpiechu, natłoku pracy, brak doświadczenia i znajomości narzędzi, które z racji mojej artystycznej natury są mi od zawsze obce. 

Na przykład program do składu książki. Rzecz o trudności wymiaru kosmicznego. Żeby to opanować, a jednocześnie pilnować spraw księgowych, prawnych, a także terminów, promocji, wysyłki, rodziny i pisania książek – trzeba mieć trzy głowy minimum, z wymaganiem 150 IQ dla każdej. 

STARAM SIĘ! Ale nie zawsze się udaje. Oto właśnie dotarło do mnie, że moja powieść SAMUM została złożona przez wspomniany program tak sprytnie, że po prawej stronie, owszem, jest OK, ale po lewej program postanowił wywinąć numer i poprzenosić wyrazy od tak zwanej czapy. I tak powstała zupełnie nowa definicja stylistycznej formy powieści, której ja jestem prekursorem. 

Wszystkich, którzy z tego powodu mają niedogodność czytania romansu z piasków Sahary – najmocniej przepraszam. A że przepraszanie nie ma mocy realnego zadośćuczynienia, proponuję konkretną rzecz. 

Każdy z was, kto kupił (kupi) u mnie Samum, przy kupnie następnej dowolnej książki otrzyma zupełnie gratis Poradnik dla psychopatów. Wystarczy podać w zamówieniu hasło: „BaBa tkwi w szczegółach”. Będę wiedziała o co chodzi. Jeszcze chusteczkę do okularów dodam. Tym, którzy już złożyli kolejne zamówienie, wrzucam do koperty drugi „Poradnik” w ekstrasie. 

W razie pytań, piszcie. I mam nadzieję, że mi wybaczycie. ZajeBaBana jestem. 

WSZYSTKO

Do wygrania są dwie nagrody. Abonament na książki do końca życia albo własna publikacja w wydawnictwie BaBa

To leci tak. Wracasz z pracy z szokującym wypowiedzeniem w ręku i połykasz łzy. Przychodzisz do chaty, pod domem stoi samochód twojego faceta, myślisz, wezmę z tylnego siedzenia kocyk. A na tylnym siedzeniu, owszem leży twój kocyk, a w kocyku zaplątana biżuteria. I ty dobrze wiesz, CZYJA jest to biżuteria. I jak bardzo (oraz z kim!) trzeba się w tym kocyku szamotać, by ją zgubić.

I teraz te dwa zestawy emocji do wyboru. Lęk i gniew na przemian. Który wybierasz? Bo jeśli weźmiesz kopertę z gniewem i wywalisz tego (już nie swojego) faceta z chałupy to oto nie masz czym zapłacić rachunków. Jeśli nie wywalisz go (koperta z lękiem), będziesz w wiadomym stanie.

Ten stan można eufemistycznie określić: niefajnym. Lęk zawsze gwarantuje niefajne stany. Wracamy do naszego turnieju. Znów dwa zestawy do wyboru. Flaszka za 118, czy ucieczka? Zresztą oba rozwiązania to ucieczka. Reszta to kwestia ceny. Jest pani w takim teleturnieju, w którym właściwie nie ma żadnych wygranych, zawsze w plecy. Czy już zastanawia się pani, z jakiego powodu bierze w tym w ogóle udział?

To jakiś sen?

Na sny przyjdzie pora. Na razie, jak w Odysei, pojawia się szansa od Losu, wycieczka do Tunezji. All inclusive, więc można od rana chodzić nastukanym i jakoś to będzie. Los warto chwytać, tym bardziej że  czasem bywa łaskawy, jak teraz, gdy wciska ci w rękę bilet za friko. I oto lecisz. Ale to tylko tak wygląda, że lecisz maszyną Boeing 767, bo wkrótce się okaże, że to już nie Boeing, ale latający dywan. Na dywanie siedzi podparty i spokojny jak kamień Młody Bóg, a właściwie Młode Diablę o smagłej skórze i egzotycznym imieniu. Patrzy na ciebie takim wzrokiem, jakbyś objawiła mu najskrytsze tajemnice na temat piękna tego świata, bo to właśnie ty to piękno stanowisz. Nie wierzysz własnym oczom, szczypiesz się i nic się nie zmienia, lecisz przez przestworza, lecisz przez wszechświat.

A Ziemi już dawno, dawno nie widać. Tylko on. Samum. Wicher niemożliwy, rozpalony, wysuszający usta wiatr słoneczny przecina fatamorganę…

Chciałam nagrać krótki filmik, który zobrazuje tę historię. Mieliśmy w wytwórni mnóstwo pomysłów i nawet coś w rodzaju scenariusza. I nagle coś pękło, coś się sypnęło, coś się uwolniło. Być może to moja hiper-nad-świadomość, a być może ten słynny Los? Coś wyłączyło nagrywanie w jednym momencie, a włączyło w drugim. I nagrało się WSZYSTKO. Cała prawda.

Jak to z prawdą bywa – nie jest ona łatwa do odkrycia. Ale możliwa. Odkryjcie ją. Opiszcie. Filmów na podstawie książki jest dużo, czemu nie może powstać książka na podstawie filmu? Niech to będzie komedia, dramat, romans, kryminał, horror. Niech mnie ze śmiechu po podłodze przeczołga, niech wyciśnie ze mnie łzy. Słowem: WSZYSTKO jest możliwe. Objętość opowiadania, forma dowolna. Może być nawet komiks! Wydamy to w formie antologii. Przysyłajcie swoje historie do 28 lutego 2019, na adres: redakcja@baba.com.pl. Naprawdę warto. I tu znów muszę przypomnieć, że jesteśmy w teleturnieju. To teleturniej zwany szumnie „życiem”, tym razem z prawdziwymi wygranymi. I jak na teleturniej takiego kalibru przystało, są dwie nagrody do wyboru:

  1. Egzemplarz każdej wydanej w BaBie książki za darmo do końca życia. Taki abonament na kulturę do ostatnich dni w tym wymiarze.
  2. Publikację opisanej przez siebie historii w BaBie. A wszystko, co wychodzi z BaBy, jest naprawdę DOBRE. Unikatowe. I piękne, jak ty w oczach Młodego Diabła o egzotycznym imieniu…

—————————————-

A oto TEN film. Każde słowo jest ważne. Czyli WSZYSTKO