Category: 30 sekund

Miriam

Kamienowanie uznano za kłopotliwe. Za duży bałagan, za dużo krwi, pełno zębów powybijanych, a tłum, jak się rozkręci, to zaczyna w siebie naparzać. Straż miasta narzeka, że nie chce tego sprzątać. Co poradzić? Trzeba krzyżować

W białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, energicznym krokiem zdradzającym kawalerzystę, bardzo wcześnie rano, dnia czternastego wiosennego miesiąca nisan, pod krytą kolumnadę między dwoma skrzydłami pałacu króla Heroda Wielkiego, wszedł prefekt Judei, mianowany przez cesarza Tyberiusza namiestnik Poncjusz Piłat.

Najbardziej na świecie nie znosił woni olejku różanego, a jako że zapach ten prześladował go od świtu, zwiastowało to niedobry dzień. Prokurator miał wrażenie, że znienawidzona woń wydobywa się z cyprysów i palm, które rosły w ogrodzie, że przeklęty różany powiew miesza się z odorem skóry i ze smrodem eskorty.

Z budynków umiejscowionych na tyłach pałacu, tam gdzie rozlokowała się przybyła wraz z prokuratorem do Jeruszalaim pierwsza kohorta dwunastego legionu Błyskawic, przez górne ogrody napływał pod kolumnadę gorzkawy dymek świadczący o tym, że w centuriach już się wzięto za przygotowywanie obiadu. Z dymkiem tym też się łączył ten tłusty różany aromat. „O bogowie, bogowie, za co mnie tak każecie?”*

Prokurator poczuł mdłości i fala bólu głowy zalała mu powieki. Bezradnie zaklął i pomyślał o bogach, którzy postanowili ukarać go za jego podłość i bezduszność tego właśnie poranka, gdy znów miał zatwierdzić jakiś wyrok śmierci.

Śmierć towarzyszyła prokuratorowi każdego dnia i mimo że powinien już do niej przywyknąć, wciąż mu się ulewała, jak niedobra kaszka niemowlakowi. Wielu już skazał, wielu się przed nim kajało i błagało o litość. A on wydzielał jak bóg swoją łaskę, zrozumienie, cierpliwość – wydzielał oszczędnie, wręcz skąpo, lapidarnie, od wielkiego dzwonu rozbrzmiewającego nad głowami skazanych. Znudzonym i zbolałym wzrokiem spojrzał na sekretarza, który wszedł tuż za nim, niosąc zwoje pergaminu.

Miał wiedzę o skazanych tego dnia i zaraz miał ją przekazać prokuratorowi. Poncjusz Piłat nie spieszył się zbytnio, wciąż zanurzony w swojej niemej modlitwie do swych bogów o złagodzenie kary, jaką mu wymierzali, – migreny.

– Co tam masz?! – rzucił niechętnie w stronę sekretarza, który w jednej chwili rozwinął pergamin. – Dwóch łotrów i kobietę.

– Co?! Jaką kobietę? – prokurator aż podskoczył, na moment zapomniawszy o bólu.

Nie było bowiem w zwyczaju sądzić kobiet przed rzymskim prefektem. Do tej pory przed oblicze hegemona nie trafiła żadna niewiasta, kary wobec kobiet wymierzano w lokalnych okręgach przez lokalne władze, najczęściej przez kamienowanie.

– Czyście postradali zmysły? To już nie można załatwić takich głupot na własnym podwórku, tylko ciągnąć ją tu, przed oblicze hegemona?!

– Próbowali. Nawet raz dostała kamieniem, chodzi teraz z siniakiem pod okiem. Ale przyszedł jakiś nawiedzony Żyd i powiedział coś tam, że kto jest bez winy, niech rzuci kamieniem. I hołota się rozeszła.

– Pierwsze słyszę! Banda idiotów.

– Zawsze to powtarzałem.

– I co, nie będą już kamienowali?

– Ma się podobno pojawić rozporządzenie Wielkiego Sanhedrynu. Kamienowanie uznane zostało za zbyt kłopotliwe. Za duży bałagan, za dużo krwi, pełno zębów powybijanych, a tłum, jak się rozkręci, to zaczyna w siebie naparzać. Straż miasta narzeka, że nie chce tego sprzątać. Co ja mogę poradzić? Odgórna sugestia jest taka, żeby krzyżować.

– Ale kobietę? Co to za porządek? Ja mam teraz sobie głowę zawracać jakimiś babami?! Co ona zrobiła?

– Ruta chalepensis.

– Co to znaczy, u diabła?!

– Hegemonie… to oczywiste.

– Dla mnie to nie jest oczywiste, mów!

– Ale po co to mówić?

– Jak mam do cholery rozpatrzeć winę, jak nie wiem, co ona zrobiła?!

– Może ją zawołam? Niech sama powie.

– Tego mi tu brakuje. Dajcie mi tu stado bab w chuścinach, zrobimy targowisko! – irytował się prefekt.

Nie czekając na odpowiedź, kiwnął na sekretarza, który skwapliwie podszedł i przedstawił mu protokół. Prefekt zerknął w rozwinięty pergamin. Skrzywił się na widok oskarżenia i zawołał oficjalnie:

– Wprowadzić oskarżoną!

Dwóch olbrzymich legionistów wprowadziło pod kolumny hegemona kobietę. Przy tych wielkich mężczyznach wyglądała jak szmaciana lalka pozbawiona możliwości naturalnego ruchu, tak samo się też zachowywała. Jej nogi unosiły się nieco ponad podłogę, a szaty szurały po marmurowej posadce.

Trudno było dokładnie określić jej wiek, wyglądała jak dziecko przebrane za dorosłą. Jej drobne dłonie wystające spod tkanin łapały powietrze, próbując oswobodzić się z uścisków legionistów. Głowę miała spowitą białym hidżabem, spod niego widać było kosmyki czarnych włosów. Gdyby nie zasinione lewe oko, mogła sprawiać wrażenie całkiem ładnej, pod oczywistym warunkiem kąpieli w kozim mleku.

Pomysł wykąpania skazanej skusił prokuratora do dalszych fantazji, a nawet podjęcia prób jej obrony. Coś go zahipnotyzowało w jej oczach. Czyżby rację mieli kapłani, że kobieta jest jak kobra i hipnotyzuje mężczyzn? Poncjusz Piłat nie darzył zbyt wielkim szacunkiem kapłanów, a już zwłaszcza tej żmii Kajfasza. Spojrzał raz jeszcze w oczy kobiety i ujrzał tam dziecięcą ciekawość. Oraz strach.

– Jak masz na imię, kobieto? – Słowo „kobieto” w jego ustach miało jakiś ładunek zniecierpliwienia, jakby było nieznośne, jakby było w nim zbyt dużo znaczeń niezrozumiałych dla jego umysłu.

– Miriam.

Hegemon zatrzymał się w milczeniu nad tym imieniem, przyglądał mu się z każdej strony i myśl o tym, że jest zbyt piękne, by należało do kogoś, kto ma być za chwilę ukrzyżowany, ugrzęzła mu w obolałej głowie.

Sekretarz chrząknął, przywołując go do obowiązków.

– Miriam… – zaczął i zdumiał się, jak to imię brzmi w jego ustach. To zaczynało być naprawdę nieznośne. Postanowił skupić się na jej winie.

– Czy to prawda, że skusiłaś pięciu mężczyzn do grzechu?!

Pytanie to zadźwięczało głośno, zdecydowanie za głośno, jak sam uznał. Słysząc bowiem dźwięk odbijający się od kamiennych ścian, sam się w wewnątrz skulił ze wstydu. Co za absurd! – wrzasnął w nim jakiś głos. Hegemon nie wiedział, skąd ten głos pochodzi, ale wiedział, że należy mu się szacunek. To jakiś absurd – fakt. I absurdalne pytanie.

Zapragnął, aby kobieta nic nie odpowiedziała. Żeby się zacięła i zamilkła, udała głuchoniemą, a on już coś wykombinuje, żeby ją uratować z tych idiotycznych oskarżeń. Bystre oczy kobiety zwęziły się gniewem, najwyraźniej jakieś wspomnienie wywołane przez hegemona, dotkliwie ją zabolało i oburzyło.

– Tych pięciu mężczyzn… – zaczęła ze złością, ale widząc podniesioną rękę Piłata, skuliła się i ponownie zamilkła.

– Nie jesteśmy tu po to, by sądzić szanowanych mężów – wyjaśnił jej prokurator. – Kobieta najpierw uwodzi mężczyznę, a potem zawsze zrzuca na niego winę. To dość powszechna prawda. Ile masz lat, kobieto?

– Piętnaście.

– Powinnaś siedzieć w domu i strzec posiłków.

– Wyszłam po wodę do studni…

– A co na to twój ojciec?

– Mój dobry ojciec wygnał mnie z domu i wydał władzom. Dobry hegemonie, przecież wiesz o tym. Z pewnością napisali to w protokole. – Miriam znów spojrzała mu w oczy, tym razem ze zdumiewającą odwagą.

– Nie jestem dobry! Ani twój ojciec dobry nie jest! – syknął ze złością prokurator i poczuł potworny ból głowy.

Kobieta opuściła brwi i zmieniła spojrzenie z hardego na troskliwe.

– Wiem, co czujesz – wyznała poufałym szeptem. – Na to najlepszy jest sen i ciemny pokój. Najlepiej całkowicie pozbawiony okien oraz dźwięków. To pomaga, dobry hegemonie. Ale siedzenie w upale, nawet pod krytą kolumnadą jest bardzo ryzykowne. Powiem więcej – to potęguje dolegliwość, panie. A dziś będzie wyjątkowy upał. To może być dla ciebie bardzo trudny dzień.

– Dla mnie trudny dzień?! A wiesz, jaki dla ciebie ten dzień będzie trudny?!

– Mówimy o tobie, panie. Ja sobie dam radę.

Poncjusz Piłat znieruchomiał jak jaszczurka, zwęził powieki i długo wpatrywał się w oczy kobiety. Wreszcie szepnął:

– Skąd wiesz, co ja czuję?

Kobieta pokręciła głową na znak, że znów zadał jej idiotyczne pytanie. Ten gest w rodzaju: „ech, mężczyźni!”, sprawił, że Piłat utracił jakąś moc, coś się w nim rozkrochmaliło. Poczuł, jakby sztywna zbroja puściła swe zamki, a jego niezłomność i brak litości pierzchły, zostawiając przedziwnie miłą bezradność. Zapragnął się teraz położyć, oprzeć głowę na poduszce, pogłaskać kota i posłuchać tej kobiety, która najwyraźniej miała jakieś ciekawe rzeczy do opowiedzenia, bo gdy ktoś ma taki wzrok, musi mieć coś niezwykłego do powiedzenia. Resztką sił powstrzymał się jednak od upragnionego relaksu, ścisnął pięść i znów podszedł do pergaminu. Sekretarz stał jak posąg.

– Trzech z pięciu szacownych mężów doznało obrażeń. Cytuję: „zostali pogryzieni”. Czy wiesz, co ci grozi, szalona kobieto? Jak można gryźć człowieka? Jak można gryźć senatorów?

– Dobry hegemonie, działałam w obronie własnej.

– Milcz! Jesteś szalona!

Znów spojrzał w oczy kobiety, dając jej aż nadto wyraźne znaki, by podjęła jego grę. Tak jest, on każe zapisać w protokole, że ona jest chora na umyśle, wystarczy zawołać medyka i wszystko wróci do normy. Chorych kobiet nikt tu nie będzie krzyżował.

Kobieta nie powiedziała nic, nie zaprzeczała – co dobrze, ale też nie potwierdzała – co też dobrze. Prokurator usiłował sobie wyobrazić, jak powinna zachowywać się szalona kobieta i szybko doszedł do wniosku, że niewiele musi udawać. Niemal każda kobieta w jego życiu była szalona, a żadnej się nic nie stało. Tylko ta ruta

– Czy spożywałaś rutę w niecnych zamiarach? – spytał więc szybko, chcąc na jednym ogniu usmażyć dwie odpowiedzi na oba zarzuty.

– Nie wiem, o czym mówisz, panie…?

Ruta chalepensis. Zioło stosowane w lecznictwie przez medyków. Bez kontroli jest środkiem poronnym, jak zapewne wiesz.

– W życiu tego nie jadłam – wyznała kobieta, patrząc mu szczerze w oczy. Jednak szczerość kobiety to oksymoron, pomyślał przebiegle i rzucił bez większego zastanowienia:

– Udowodnij!

W takich momentach można powiedzieć, że rozgrywka między dwojgiem ludzi zamienia się w sytuację określaną jako szach mat. Kobieta wiedziała, że prefekt chce jej pomóc. Ale nie przypuszczała, że może być aż tak głupi. Sekretarz oderwał wzrok od pergaminu i spojrzał płochliwie w stronę hegemona, który aż poczerwieniał ze złości. Jak mógł po raz trzeci zadać tak kretyńskie pytanie?!

To wszystko przez nią! Najpierw zbałamuciła pięciu mężów, a teraz pastwi się nad nim! Jak ona teraz może tak stać w milczeniu?! I chociaż jest w łachmanach, w brudnej szacie i z tym siniakiem pod okiem, on czuje się od niej gorszy i to jak gorszy! Głupszy! On w tych złoceniach, purpurze, krwawniku, w tych żelastwach, jak jakiś rumak na igrzyskach.

Miał ochotę wszystko z siebie zrzucić, odejść stąd i nigdy więcej nie stanąć pod kolumnami by kogokolwiek sądzić. No, co za głupiec! UDOWODNIJ. Ale swoją drogą, ona też dobra. Kłamie! Kłamie podle! Hegemon znał takie przypadki. Każdy znał. Każdy miał chociaż kilka takich w rodzinie lub sąsiedztwie. Na dziesięć kobiet, co najmniej trzy tak sobie radziły. A ta, głupia, dała się złapać. Czemu? Senatorowie wnieśli skargę, bo ich pogryzła. Ojciec ją wydał. Logiczne.

Prokurator poczuł bezmierne zmęczenie, zapragnął przerwy, wyprowadzenia oskarżonej, zimnej kąpieli dla siebie i kąpieli w mleku dla niej. I znów te niebezpieczne myśli! Prokurator chciał je odegnać, ale czuł, że już nie ma siły, w głowie mętlik, na zewnątrz miazga, rozpadła się zbroja, stalowe mięśnie rozmiękły, kamienne zło ugrzęzło w określeniu: „dobry hegemonie”.

Nie miał siły ruszyć palcem, czuł, jak się zapada pod posadzkę, jak rozstępują się skały, a on upada gdzieś w rozpadlinę, w mech. Beznadzieja, przepaść, depresja. Nie ma dla niej ratunku. Nie ma dla nas ratunku. Czemu on się nią przejmuje? Ostatecznie to tylko kolejna ofiara niepojętego systemu. Kogo to obchodzi? Rodzonego ojca za grosz, a zatem czemu ma obchodzić prefekta Judei?!

Najlepiej byłoby umyć ręce od tej śmierdzącej sprawy i skazać ją jak najszybciej, żeby mieć z głowy. Przecież tylu Żydów wybił jak muchy, co za różnica? Druga rzecz, czyż z powodu migreny nie należy mu się urlop?! A tymczasem po tej przeklętej niewieście jest jeszcze skazany za zabójstwo – znienawidzony łotr. Barabasz.

I nagle twarz hegemona rozjaśniła nadzieja.

————————————————————————-

*cytat z „Mistrz i Małgorzata” M. Bułhakowa

Powyższy tekst jest fragmentem książki „30 sekund”.

Prosimy o cierpliwość

A matka mówiła, żebym na medycynę poszła. Wynalazła szczepionkę na raka. Na wszystkie raki. Spoko. Byłoby łatwiej.

 

Albo to. Czas między wysłaniem książki do redakcji a odpowiedzią na maila. Wyjątkowy trening cierpliwości. Niezwykła przygoda emocjonalna. Skok na bungie z naderwaną liną. Runiesz o skałę, czy przeżyjesz? Roztrzaskasz się na ziemi, czy polecisz w kosmos? Dotkniesz gwiazd, czy będą cię zeskrobywać z chodnika?

Wysłałam. W poniedziałek. Zeszły! Nie żebym się tu chwaliła, bo nie ma czym. Od zeszłego poniedziałku ani słowa. Ani nic. Zero zachwytów, zero omdleń. Żadnych: rewelacja! Żadnych: rewolucja! Moje męki na nic. Albo, co gorsza: na coś. Coś tam. Tak letnio. TAK SOBIE.

Czy ja się godzę na: tak sobie? Czy ja w ogóle chcę to wydać? W życiu. Ja chcę wszystko albo nic. A tu wygląda, że NIC. Wszak, jeśli ktoś by dorwał książkę w poniedziałek, jeśli by go wbiło w fotel, w kanapę, w plastikowe siedzisko w tramwaju, w ławkę, w psa, przecież jakby szarpały nim stronice jedna za drugą, jakby frazy wyciskały łzy i napadały śmiechem, czy ów ktoś czekałby z wyrażeniem emocji do dziś? JUTRA? POJUTRZA?!

Tamten poniedziałek. To było tak dawno! Wieki temu.  Ledwo pamiętam. Zdaje się, że rozmawiałam z Pauliną, napisała o mnie na Facebooku, dostała dwieście lajków. Co tam lajki! Co tam dwieście! Co tam tysiąc! Nie ma takiej nagrody, która by mnie uspokoiła. Matka mówiła, żebym na medycynę poszła. Została lekarzem, naukowcem. Wynalazła szczepionkę na raka. Na wszystkie raki. Spoko. Byłoby łatwiej.

Ledwo chodzę, ledwo dycham. W łazience wpada mi w ręce miesięcznik „Książki”. Dostaję szału na widok tych wszystkich PISARZY. PISAREK. Pisarek bardziej. Najbardziej nienawidzę tych z NIKE. Pokażcie mi, który pisarz nie nienawidzi sukcesów drugiego?! Która uśmiechająca się na eventach blerwa nie utopiłaby w łyżce wody tej drugiej? Ja topię. Gazetę w wannie. Przynajmniej to.

Mijają dwa dni, jest rozpacz. Jak strasznie spieprzyłam rękopis, że takie milczenie wywołał? Ile można przeczytać w dwa dni? Jak ciekawe, to wszystko! Jak nieciekawe, to nic. Wniosek: NIECIEKAWE. Puszczam marsz żałobny. I  na wszelki wypadek Bauhaus.

Trzy dni, cztery. Zastygam w lodowatym stuporze. Nie podoba się! Nie podoba się! Mało. Nie da się czytać! Przecież przez cztery dni można przeczytać co najmniej dwie książki. Jak dobre to i trzy. A tu jedna stoi w gardle. Moja.

Umrę. Zabiję się. Dzwonię do Wołoskiej. Opowiadam. Mówi, że jestem pierdolnięta. Rozważam i to. Nie kłócę się. W końcu musi kiedyś przyjść odpowiedź! Jutro! Śmierć albo życie!

Nazajutrz nic. Mija tydzień. NIC! Zero odpowiedzi. Wypatrując tłustego druku w skrzynce mailowej, popadam w obsesję. Jeszcze się próbuje podeprzeć kotem. Ten ma marzec. Urwanie ogona. Ucieka, gdy tylko mnie widzi i cudem jakimś, z resztek po dawnej zażyłości, gdy był jeszcze małym kotkiem i lazł co chwila na ręce – teraz rzuca pełne politowania spojrzenie. Sekundę później zapomina o łaskach i prycha ostrzegawczo: radź sobie sama. To sobie radzę. Nie wytrzymuję i piszę alarmową wiadomość:

CO JEST, KURWA?!

– Prosimy o cierpliwość.

Kończy się środa. Jutro czwartek. nie czekam, pierdolę. Już wiem. Wiem to na pewno. Mój życiowy wybór, moja nieśmiertelna zajawka, moja walka z matką: to był błąd. Babcia mawiała: kto nie słucha ojca, matki, ten posłucha psiej kołatki. Trzeba było na medycynę iść. Wynaleźć ten lek na raki. Nic prostszego. I nerwy w spokoju. I ludzkość ocalona.

On by mnie zabił

Nieprawdopodobna tragedia. Mąż zabija żonę z powodu pomalowanych paznokci, nie ma komu ugotować obiadu, mężczyzna kona w straszliwych męczarniach z głodu…

1465223_469746026467156_1074216895_n

Słuchaj, mówi Teresa do Krysi, która wróciła z domu z przepustki. Słuchaj, jak ci coś powiem, to padniesz! Alicja leży zwinięta w kłębek na tapczanie i słyszy tę rozmowę, bo w słuchawkach skończyła się płyta. Od kilku dni bez przerwy słuchała starej płyty, która napawało ją jedynym bezpiecznym uczuciem – rozpadającym się smutkiem. Płakała po cichu pod kołdrą, a potem zasypiała. Gdy się budziła i słyszała ich paplanie, znów włączała w swojej komórce tę samą płytę i znów płakała i znów zasypiała. Tym razem poczuła w sobie kompletną, totalną bezradność, taką, która uniemożliwiała kliknięcie w komórce zapętlonej ikonki. Przez ciszę w słuchawkach słyszała więc rozmowę Teresy z Krysią i apatycznie rozważała ich słowa:

– Pojechałaś do domu z pomalowanymi paznokciami?!

– No coś ty! Teraz pomalowałam.

– A tamte zmyłaś?

– No jasne. Przecież by mnie zabił, idiota.

Znów wróciło wspomnienie, tamte dni, miesiące, lata ukradzione z jej życia, całe dzieciństwo i młodość pozbawione jej samej. Jakby ktoś pożyczył od niej ciało i duszę i siał w nich spustoszenie od pierwszych dni pojawienia się na świecie. Postać wypełniona pustką, bolesną, rozpadającą się na kawałki pustką, w której nie ma miejsca na nią samą, bo jej dawno już nie ma, nie ma i nie było. Zmyłaś paznokcie? Oczywiście, przecież by mnie zabił. Co za absurd, pomyślała. Co to jest za absurd, co to jest za wywrócenie jestestwa na drugą stronę! Ktoś odbiera ci ciebie, twoje prawo do własnego ciała, do własnych paznokci. Ktoś to zagarnia, a ty się na to godzisz. Zagarnia paznokcie, potem twarz, potem całe ciało, potem pamięć, pamiętniki, sumienie, wyznanie, poglądy, cały umysł, całe życie. Krysia jest niemłoda, ma już pod pięćdziesiątkę, może nawet więcej – a jednak nie ma nic swojego, nie ma nawet paznokci. Gotuje obiady na przepustce dla męża, na przepustce ze szpitala. Jedzie do niego nakarmić, przewinąć, ogarnąć, kurwa, a paznokcie musi zmywać, bo by ją zabił. Jak to zabił? A jakby zabił, to co? Umarłby z głodu? Co za paradoks, dwa trupy w mieszkaniu, TVN Uwaga, żółto czarna taśma wokół i spiker relacjonuje:

– Nieprawdopodobna tragedia. Mąż zabija żonę z powodu paznokci, nie ma komu ugotować obiadu, mężczyzna kona w straszliwych męczarniach z głodu.

——————————————————————————

(fragment książki „30 sekund”)

30-sekund-okladka-72dpi

Jestem Bogiem

Moje ciało należy do mnie. To ja, moje serce, moje nerki, moja macica. Nie zgadzam się, żeby je oddać. Tak jak nie zgadzam się oddać serca, wątroby, płuc, tak nie zgadzam się oddać macicy

Alicja zobaczyła przemoknięte kobiety, pełne energii i buntu. Ich skrywany dotąd gniew rozbłysnął w oczach, te poukładane przez lata schematy zawaliły się i runęły. Patrzyła ze zdumieniem na kobiety z dziećmi, z wózkami, na kobiety starsze, na babcie, matki, siostry. I mimo tego deszczu, chłodu, widziała jakąś jasność, coś w rodzaju nadziei, że oto gniew prowadzi je do wolności. Oto one, stare, młode, wierzące i niewierzące, lekarki, nauczycielki i położne, sprzątaczki, studentki, gospodynie domowe – są dziś razem na dobre i na złe. Razem. Jak nigdy. Oto mamy swoje trzydzieści sekund. Krótka chwila buntu w wieczności zniewolenia. Czy tak musi zostać?

Parasol, kobiecy atrybut, niezbędny element wyposażenia torebki, mały czarny składany, schowany niczym liszka w kokonie, rozpostarł dziś skrzydła, piękne, czarne, lśniące i okazał światu swoją obecność.

Transparenty. Na szybko zmontowane z kawałka kartonu, z napisanymi flamastrami hasłami. Moje ciało należy do mnie. To ja, moje serce, moje nerki, moja macica. Nie zgadzam się, żeby je oddać. Tak jak nie zgadzam się oddać serca, wątroby, płuc, tak nie zgadzam się oddać macicy. Nie zgadzam się oddać dlatego, że ktoś tak chce. Żąda! Teraz. Zaraz. To przymusowy przeszczep mnie, dawczyni organów. Urodzonej i wyhodowanej, żeby dawać, oddawać siebie, oddawać swoją macicę. Oddać swoje życie bez słowa sprzeciwu?

Tak właśnie wymyślili „obrońcy życia”, mężczyźni w sukienkach, ci, którzy dyktują warunki tego kraju. Którzy nie wydają na świat dzieci i nie przekazują życia. Stoją ponad prawem natury i dyktują prawo moralne. W każdym innym gatunku zostaliby wyrzuceni poza społeczność. Bo żaden gatunek nie inwestuje w  celibat. Nikomu to się nie opłaca. A ludziom?

Alicja stoi i patrzy na ten tłum, czuje, słyszy bicie serc, widzi piękne kobiece twarze, włosy na wietrze, wyciągnięte szyje. Ile w nich mocy, ile życia! Chciałoby się to zatrzymać, uwiecznić gdzieś, w zaczarowanej materii, w skondensowanym proteście, ciele doskonale czarnym. To my, kobiety, matki. Pochłaniamy całą energię wszechświata, przetwarzamy ją dla potomnych. To przez nas płynie rzeka życia.

To my jesteśmy Ziemią, matką Ziemią. Przecież jesteśmy, z krwi i kości, prawdziwe, mocne, ważne. To od nas zależy. To my decydujemy. To my znaczymy. To my jesteśmy Bogiem.

Jestem Bogiem – zaśpiewała pod nosem Alicja. – Wyobraź to sobie. To ja jestem Bogiem.

Poczuła jakąś niepojętą siłę. Przypomniała sobie opowieść Janka o indiańskich duchach. O boskim znaczeniu matki Ziemi. Zacisnęła dłonie. Czemu ktoś jej kiedyś wmówił, że jest słaba? Czemu w to uwierzyła? Czemu uznała iluzję ponad rzeczywistość?

I nagle, wyrwana z zamyślenia, potrącana przez inne skandujące dziewczyny, zamrugała oczami z niedowierzaniem. W oddali, w tłumie zobaczyła znajomą twarz. Milczącą, ale pozbawioną codziennego gniewu. Jakby ta cała furia wokół zniosła bunt w tym wiecznie napiętym ciele. Zmarszczyła czoło i wyostrzyła wzrok. Tak, to był on…

30-sekund-okladka-72dpi

Zdrada, czyli nierówna walka z monogamią

Tak, drodzy panowie, wasze żony was zdradzają, bo sobie na to zapracowaliście. Tak, drogie panie, wasi mężowie was zdradzają, bo jest im czegoś brak…

 

Zdrada. Najgorsza rzecz, która się może wydarzyć w małżeństwie. Tego się dowiaduję u fryzjera. U fryzjera można się wiele dowiedzieć, na przykład, że krótka fryzura to narażanie się mężowi, a blond łagodzi konflikty. Ale wróćmy do zdrady. Najgorszego, co się może stać. Najgorszego.

Nie, nie choroba. Nie wypadek, śmierć, głód, wojna. Nie spalenie domu. Nie paraliż, kalectwo. Najgorsze, co się może wydarzyć to ZDRADA. A co pani myśli? Są gorsze rzeczy. Niemożliwe: JAKIE?!

Zdrada. Skok w bok, który przynajmniej połowa małżeństw zalicza z tej prostej przyczyny, że jesteśmy gatunkiem poligamicznym i monogamia jest dla nas zupełnie nienaturalna. I niezależnie od tego, jak bardzo jesteśmy przekonani o wierności małżonka, najczęściej po prostu jeszcze nie dowiedzieliśmy się prawdy. Bo jak byśmy się dowiedzieli, to amen, kaplica, apokalipsa. Popytajcie u fryzjera.

Popytajcie, a dowiecie się, że większość kobiet święcie wierzy (a może raczej głosi, że wierzy), że wierność należy im się z wielu powodów. Żelaznym fundamentem naszego życzeniowego myślenia jest – uwaga! – przysięga małżeńska. Przysięga składana przed ołtarzem, w której wypowiadane są słowa tak absurdalne, że mając kilka złączeń neuronowych, ciężko je traktować poważnie.

Ale tak nas nauczono, wierzymy w rzeczy nieistniejące i niemożliwe. Dzięki temu możemy oburzać się na innych, co udowodniliśmy niedawno przy linczu nad Natalią Przybysz. Co czwarta Polka miała aborcję, ale tłumnie rzucają kalumnie. Spoko. Oburzajmy się.

Niech oburza nas też zdrada. Mamy z tego same korzyści. Dzięki temu żyjemy w iluzji przyzwoitości i nieważne, co robimy, wierność nam się NALEŻY. Wszak dajemy głowę, że miłość można zagwarantować do końca życia. Uczucie, za które trudno komukolwiek odpowiadać w odległości choćby dwuletniej, a co dopiero w skali całego życia. Którą, zamiast pielęgnować, stosujemy do szantażu. Ślubowałeś! No przecież, skoro ślubowałeś, to twoim obowiązkiem jest kochać. Tylko mnie. Koniec. Amen. Apokalipsa.

Tylko że… jak można kochać kogoś pod przymusem? Jak można machać tym uczuciem komukolwiek przed nosem, zmuszając go do niewoli myśli? Jak można w ogóle wymagać, żeby ktoś nas kochał? Żądać tego?

Ślubuję Ci miłość i wierność… Owszem, mogę obiecać, że się POSTARAM. Postaram się, o ile otrzymam szacunek i przyjaźń. O ile będzie nam razem dobrze. O ile będę czuć dalej to, co czuję. O ile będę CHCIAŁA.

W zdradzie nigdy nie uczestniczy jedna strona. To efekt wspólnej pracy. Coś, co powstaje przy BRAKU. Braku zainteresowania drugą osobą, braku szacunku, braku namiętności. Braku czegoś ważnego, czego ktoś komuś nie dał. Tak, drodzy panowie, wasze żony was zdradzają, bo sobie na to zapracowaliście. I jeśli jesteście mądrzy, to zanim nazwiecie je dziwkami, spytacie, co było nie tak? Czego nie umieliście im dać?

Tak, drogie panie, wasi mężowie was zdradzają, bo jest im czegoś brak i zanim zaczniecie okładać ich talerzami, zastanówcie się, czego. Może warto to przegadać, dowiedzieć się, zanim rzucicie się spełniać niewypowiedziane życzenia? Bo szkoda energii na prasowanie koszul i szarpanie się na trzydaniowe obiady, skoro to wcale nie to?!

– Najgorsza rzecz, jaka się może przytrafić w małżeństwie to zdrada – mówi starsza kobieta u fryzjera. – Najgorsza! A pani co myśli?

– Są gorsze rzeczy.

– Jakie?!

Oczekiwania. Oczekiwania, że nic nie musimy robić, a miłość nam się należy. Oczekiwania, że możemy wszystko, a należy się wierność. Oczekiwania, że ktoś się zmieni, ale my: nigdy. Oczekiwania, że fakty, statystyki, biologia, natura i ciąg przyczynowo-skutkowy NAS nie dotyczą. Oczekiwania, że bajka, którą nam wtłoczono do głowy, stanie się kiedyś rzeczywistością.

Kadra kierownicza (30 sekund)

Najbardziej bali się pytania o zawód. Ich zawód to był największy zawód życia, coś co kiedyś błysnęło nadzieją, a potem wyssało z nich krew, przemieliło na papkę i wyrzygało na bruk

klatka

Teresa pracowała w banku i jak większość pacjentów szpitala w Gołdapi, z tej pracy wylądowała na zwolnienie, potem na terapię, w końcu tutaj. Szpital psychiatryczny gościł pracowników banków różnego szczebla. Byli zatem zwykli pracownicy, tak zwani szeregowi, zajmujący się sprzedażą kart kredytowych i obsługą firm. Opowiadali, że w pracy był mobbing, nie mieli kiedy zjeść kanapki, szef ich rugał i pomiatał, wszystkim znajomym już powciskali kredyt, a na wszelkie sugestie, że na przykład starsza pani ma zaledwie rentę i nie będzie mogła spłacić kredytówki – otrzymywali radykalny rozkaz z góry zawarty mniej więcej w takich słowach: – Banan na twarzy i dzida za ladę!

Bez dyskusji.

Ci pracownicy mieli jeszcze i tak dużo energii, zdarzało im się chcieć nawet wyskoczyć do pobliskiej „Matrioszki” na browar, albo jeszcze lepiej: na kartacze z wódką. Ale leczyła się tu też była kadra kierownicza banków. Z kadry kierowniczej trudno było cokolwiek wycisnąć, oni już znaleźli się na poziomie dramatycznym, z trudem wstawali z łóżek, z trudem wychodzili z pokojów, z trudem poruszali się po zawiłych korytarzach szpitala. Przypominali pacjentów po lobotomii z filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”, a ich pobyt w sanatorium albo dopiero rozpoczynał żmudną podróż po oddziałach psychiatrycznych, albo był kolejnym aktem desperackiego ratunku czegoś, co im jeszcze po korporacyjnym praniu mózgu pozostało. Nie nawiązywali kontaktu z innymi, unikali spojrzeń i rozmów. Bali się własnego cienia, a najbardziej bali się pytań z kategorii: zawód. Ich zawód to był największy zawód życia, coś co kiedyś błysnęło nadzieją, a potem wyssało z nich krew, wyrwało wątrobę i serce, przemieliło na papkę i wyrzygało na bruk.

Teresa miała za sobą już jedno wyrzyganie siebie, wyrzygał ją bowiem balet, wyrzygał ją festiwalowo, natychmiast po kontuzji kostki, zanim jeszcze skończyła dwadzieścia pięć lat. A teraz przyjechała do szpitala, nie przyznając się za żadne skarby, jak bardzo czuje się znów wyrzygana. Wyrzygana brutalnie i co ważne: dyscyplinarnie przez potwora o tysiącu głowach, pod nazwą Bardzo Kolorowy i Przyjazny Bank Kredyt Zero Procent.


Jest to fragment powieści, pt. „30 sekund”, którą własnie piszę.