Babie Lato

W głowie się nie mieści, że mnie zostawiła!

Przecież wszystko do tej pory było tak cudowne. Te nasze wyjazdy, spontaniczne weekendy nad morzem, włóczenie się po tanich hotelach, picie wódki z Kaszubami, nocne lokale, śmiech… No i seks, upojny seks dusznych pokojach hotelowych. A potem bieganie w ręczniku po korytarzach ku oburzeniu portierek. Wędzona ryba na molo, stopy w piasku…. Co za lato!

Praca to tylko tak na odwal, cały dzień mijał tylko na klepaniu w komunikator: „Słońce ty moje, skarbie… – pisała – …twoje usta to obłęd. Doczekać się ich nie mogę, do piątku, byle do piątku!”. I piątek niespokojny od rana. Tylko plan w głowie: koniec pracy, auto, wyjazd. Wskakiwała do mojego samochodu naprędce, jakby w ukryciu przed światem, razem ze swoim maleńkim tobołkiem i rozkosznym chichotem, kładła się na tylnym siedzeniu i łaskotała stopą mój kark. Muzyka dudniła głośno, jej śmiech, jej pośpieszne opowieści, co się w pracy działo, co u ojca, Wieśka, Ewki… Mówiła szybko i popijała łapczywie kawę z kartonowego kubka rozlewając ją na tapicerkę. Chlew mi robiła, łajza, w wozie, fakt. Ale cudem była, cudem świata!

A teraz zabrała rękę, cofnęła, wyrwała z mojego uścisku. Tu na starówce gdańskiej, na naszym spacerze, dlaczego zabrała, suka, tę dłoń? Zabrała i schowała natychmiast w kieszeni płaszcza, żeby już nie było szansy, nawet skrawka nadziei, że ta ręka trafi znów kiedyś do mojej. Spuściła wzrok, te swoje zdobne rzęsy, podkręcone jak u lalki, jakby doczepione, nieprawdziwe, nieprawdopodobnie długie, filuterne rzęsy kokietki – spuściła i nie powiedziała nic, tylko znikła w taksówce jak duch.

Nie, nie w moim wozie, tylko w taksówce. Bez chichotu, bez tobołka i kartonika z kawą. Sama, poważna, milcząca, z tymi rzęsami na policzkach i ręką w kieszeni, szast prast, odjechała. Dlaczego? Nie wiem. Nie wiem i dowiedzieć się nie mogę, bo na telefony nie odpowiada, nie odpisuje na listy, fatalna kobieta, cholerny łamacz mojego serca. Weszła do tej taksówki i znikła na zawsze moja mała, przemieniając się w coś innego, milczącego, obojętnego, obcego. To inne – obce nawet telefon ma inny, spis kontaktów inny, beze mnie. A i komunikator – też beze mnie – z zamkniętą listą znajomych, do których ja nie należę…

Alkohol ze smutku i tęsknoty wypity snuł się wczoraj po moim martwym ciele, aż wyparował w końcu zostawiając dziś smętne, bolesne wspomnienie. Telefon dzwoni w jakichś gównianych sprawach od rana, nie dając wytchnienia, choć kac. Piątkowy poranek – imprezowy falstart. Ach to piątek dziś, małych wakacji początek, wakacji bez niej, a więc pustki straszliwej, milczącej ciszy, odmierzanej tykaniem zegara. Samotny weekend. Jazda za miasto, w skupieniu, bez trajkotania na tylnym siedzeniu, bez stóp na karku, bez kawy na tapicerce, sterylny i cichy, nudny piątek. Tylko: tap, tap – miarowe stukanie kierunkowskazu w lewo, w prawo, w lewo, w prawo, bez celu.

Jak żyć nie pojmując tego, co się stało? Dlaczego mnie zostawiłaś, dziwko?!

Ale ona milczy – ani esemesa, telefonu – brak. Co ty sobie myślisz, że można tak bez wyjaśnienia cofnąć rękę i uciec? Że co, że niby ja – to nic nie znaczę, jakby splunął, koniec, puf? A o tym wszystkim co było, nawet słowa nie powiesz? Całe nasze lato ma tak spłynąć z jesiennym deszczem? Odfrunąć z bocianami, dzikimi gęśmi, osnuć się pajęczą siecią zapomnienia?

Jeszcze tylko piegi na twarzy ci mnie przypomną, jeszcze kilka razy słońce ci je wysupła, opaleniznę poprawi, ale i ta też przecież zniknie. Pochowasz sukienki do szafy, wyciągniesz pulower, czapką zasłonisz jasne jak piasek włosy i nawet nie wspomnisz trasy na Hel. Pójdziesz w deszcz i coś tam sobie nowego wymyślisz, a co – ja nie wiem i nigdy się nie dowiem. Masz swoje małe życie, małe jak ty sama, w małym mieszkanku zamknięta, z małym komputerem i maleńkim komunikatorem, zbyt małym, aby zmieścić tam mnie.

A zdjęcia? Czy powyrzucałaś?!

Tyle mi ich zrobiłaś – i tak i tak – z profilu, au face, na plaży, w słońcu, z uśmiechem i bez, wśród mew, wśród fal, letnie fotografie jak pocztówki z kurortu, pstryk, pstryk, pstrykałaś bez końca i po co? Wykasowałaś teraz wszystko przecież, na pewno to zrobiłaś, całe pół dysku ci przecież zajmowały, pół dysku twojego maleńkiego komputera z komunikatorem beze mnie. Jak mogłaś wyrzucić, wykasować to nasze lato?

Mijają dni, każdy z nich coraz dalej od tych naszych. Ty milczysz, a czy zapomniałaś? Czy to możliwe, żeby tak z pierwszym jesiennym powiewem skreślić tę wakacyjną miłość?

A więc nie. Spotykam ją wreszcie na otwarciu galerii handlowej. Pół miasta tu przyszło, a więc i ona też. Kolana mi się uginają, gdy mnie łapie za rękaw i mówi: „chodź”. Jakby nic, jakby wtedy nie uciekła, jakby nie znikła w taksówce: „chodź”. I ciągnie mnie na kawę. A mi od razu lepiej.

Cieszę się, że tu w tej zatłoczonej scenerii pryśnie w niepamięć fatalne rozstanie. Jakie rozstanie? – pytam w duchu z niedowierzaniem, bo teraz zdaje mi się, że żadnego rozstania nigdy nie było. To musiało się zdawać, że odeszła. Nie odeszła przecież: oto jest. Mało tego, na kawę mnie ciągnie, na piwo, papierosa, piwo jeszcze jedno, wódkę, na bełkotliwe rozkoszne tête à tete.

Tylko z nią może być tak cudownie, że za nic do domu, za nic do pracy, tak sobie teraz tu siedzimy i paplamy, a co u Wieśka, Ewki, ojca? Dzień się zerwał z łańcucha czasu. Która godzina, spotkanie, termin? Nieważne. My tu jesteśmy, świat nasz zamknięty, lato nasze jeszcze trwa. Jaki termin, jakie spotkanie?

Zanurzam usta w spienionym piwie i choć to centrum handlowe, widzę jak drga rozgrzane powietrze, słyszę szum fal i dobrze mi jak diabli. To w głowie mi szumi, wiem, ale tak mi dobrze, ach jak dobrze! Nachylam się w przypływie czułości, by ją pocałować, ale co to: ona się odsuwa!

Znów czuję chłód jesieni.

Nagle spoważniała, spuściła wzrok. Długie rzęsy rzuciły nagle cień na jej twarz i całe to nasze spotkanie.

– Nie mogę być z tobą – szepnęła.

– Dlaczego? – krztuszę się piwem, a nic nie rozumiem, nie rozumiem!

– Chcę żyć jak normalny człowiek.

Normalny człowiek? Patrzę tępym wzrokiem na te długie rzęsy i z zaskoczeniem zauważam na nich łzę.

– Za bardzo to wszystko… za daleko… chcę żyć normalnie, jak inni.

I dzień wrócił na miejsce, pojawili się ludzie, a plaża zamieniła w sklep. Powiedziała to znów, z całym przekonaniem: chcę żyć jak normalni ludzie. A więc ja jestem nienormalna, nienormalne my obie byłyśmy i nienormalne było to lato.

Puściłam dłoń jej, a jednak nie jej – obcą, martwą rękę z kieszeni jesiennego płaszcza. Patrzyłam jak wstaje, kiwa na pożegnanie i odchodzi: ona normalna, wspomnienie jej nienormalnej; patrzyłam jak idzie do wyjścia, niknie gdzieś w tłumie całkowicie normalnych ludzi.

22 comments

  1. bulgarka.pl

    „Masz swoje małe życie, małe jak ty sama, w małym mieszkanku zamknięta, z małym komputerem i maleńkim komunikatorem, zbyt małym, aby zmieścić tam mnie.” 🙂

  2. Karolina Radziewicz

    Bardzo podobał mi się pani artykuł w wyborczej pt.” Cztery tysiące za gwałt”. Świetne porównianie życia współczesnej kobiety do bohaterki filmu ” Rosemary baby”. Gratuluje pomysłu.

  3. Sali

    „O Polkę niepodległą” – kampanie hitlerowców i feministek.
    To Hitler zalegalizował w Polsce aborcję

    9 marca mija 70. rocznica wprowadzenia w Polsce rozporządzenia, na mocy którego zalegalizowano aborcję. Sprawcą „wyzwolenia kobiety” oraz nadania jej praw do „decydowania o własnym brzuchu” był sam Adolf Hitler. Nie bez kozery tegoroczna Wielka Manifa postuluje legalizację aborcji. Ale żeby jeszcze kontynuatorki polityki Führera używały w tym celu narodowych symboli? To już przesada.

    Być może zbyt mało osób wie dziś o tym, że przed wkroczeniem niemieckich nazistów do Polski aborcja była nielegalna. Przepisy antyaborcyjne zniknęły w momencie, gdy w naszym kraju zaczął rządzić właśnie narodowy socjalista Adolf Hitler, kierujący się chęcią zmniejszenia populacji ras, które nie były klasyfikowane jako aryjskie (zarówno Polaków, jak i Żydów).

    Dlatego już pod koniec 1939 r. okupanci w ramach kampanii „Auswahlfeiheit” („Wolność wyboru”) wydali dekret wzywający Polki do dokonywania aborcji. Wtedy też Komisariat Rzeszy do spraw Umacniania Niemczyzny (RKFDV) ogłosił:

    Wszystkie środki, które mają na celu ograniczenie urodzeń, są tolerowane (…) Aborcję na obszarze Polski należy uznać za wolną od kary. Zabiegi aborcyjne oraz środki antykoncepcyjne mogą być oferowane publicznie, bez ograniczeń. Homoseksualizm należy uznać za legalny. Instytucje i osoby zaangażowane zawodowo w praktyki aborcyjne nie będą nękane przez policję.

    9 marca 1943 r. weszło zaś w życie rozporządzenie zezwalające Polkom na legalne, nieograniczone żadnymi sankcjami zabijanie nienarodzonych dzieci , zgodnie z wolą Hitlera, który mówił, że Polki „mogą stosować antykoncepcję lub praktykować aborcję – im więcej tym lepiej. W związku z dużymi rodzinami tutejszej ludności może tylko zadowolić nas, jeśli dziewczęta i kobiety będą dokonywały tak wiele aborcji, jak to możliwe”.

    W tej „mowie miłości” i „prawie kobiety do decydowania o własnym brzuchu” wtórował mu Marcin Bormann , szef kancelarii partii nazistowskiej i jeden z głównych współpracowników Führera. „Słowianie istnieją po to, by dla nas pracować. O ile ich nie potrzebujemy, mogą umrzeć. Dlatego (.) płodność Słowian jest niepożądana” – zwykł mawiać, dodając, że „kiedy dziewczyny i kobiety z terytoriów okupowanych na Wschodzie dokonują aborcji, możemy tylko je wspierać, a w każdym razie nie powinniśmy sprzeciwiać się przekonaniom, że należy zezwolić na rozwój kwitnącego handlu antykoncepcyjnego. Nie jesteśmy zainteresowani mnożeniem nie-niemieckiej populacji”.

    O zaplecze masowego mordowania dzieci w łonach matek dbał zaś sam Erhard Wetzel z Ministerstwa Rzeszy do spraw Terytoriów Okupowanych na Wschodzie , wykładając reszcie oprawców, iż „będzie nawet potrzebne, aby otworzyć specjalne instytucje do aborcji oraz do szkolenia położnych i pielęgniarek w tym celu. Populacja będzie dokonywać aborcji tym chętniej, jeśli te instytucje będą sprawnie pracować”.

    Jak zapewne pamiętamy, spośród „zbrodni przeciwko ludzkości” wyliczanych na procesie w Norymberdze znaczną część stanowiły właśnie mordy dokonane za pomocą aborcji na nienarodzonych dzieciach. I to również za nie skazywano najwyższych przywódców hitlerowskich.

    Przy tych wszystkich faktach – biorąc pod uwagę, że właśnie wypada okrągła rocznica legalizacji przez Hitlera aborcji w Polsce – zarówno hasło Wielkiej Manify 2013: „O Polkę niepodległą!”, jak i plakat promujący feministyczny marsz, dają do myślenia.

    Bo choć organizatorki marszu – Porozumienie Kobiet 8 Marca – mają ogromny żal, że „politykę w Polsce robi się kosztem ciał kobiet” , nawet one powinny znać granice dobrego smaku. Już nawet nie jako kobiety, a jako wnuczki i prawnuczki tych, którzy za możliwość skandowania przez nie absurdalnych haseł i wypisywania ironicznych paszkwili typu: „Mamy przecież i Matkę Polkę, i Matkę Boską, i Polonię, a w ogóle to Polska jest kobietą”, oddawali życie.

    W Polsce, jak wykazuje się na stronie Manify, „macica jest polityczna, ale żołądek prywatny, życie poczęte jest polityczne, ale narodzone jest już tylko twoim problemem”, w związku z czym feministki nawołują: „Myślisz Mam w nosie politykę, to mnie nie dotyczy. Pomyśl jeszcze raz. Tu chodzi o ciebie, twoje życie, twoje ciało. Politykę robi się kosztem kobiet – my ponosimy jej koszty”.

    A o plakatach promujących marsz piszą:

    intencją manify 2013 O Polkę niepodległą! jest rozmontowanie polskich heroicznych narracji – przez kobiety, które nie dadzą dłużej zatykać sobie ust ani goździkiem, ani kotwicą.

    Wielki marsz feministek rusza 10 marca.

    Magdalena Żuraw
    Artykuł ukazał się na stronie portalu wPolityce.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s