Krucjata Nemezis

Wszystko jest tak, jak przypuszczałam. Widzę przez okno. Na łóżku siedzi Mała Dziewczynka i choć nigdy wcześniej jej nie widziałam – faktycznie ma blond loki, buzię spuchniętą i czerwoną od łez. A on nad nią pochylony. A ja walę w drzwi… 

Jadę autobusem. W autobusie pełno ludzi. Siedzę na końcu przy oknie. Miejsca na końcu są najlepsze. Tam jest kanapa i tam się siedzi komfortowo, zwłaszcza, gdy w planie daleka podróż. Ja zwykle siadam na końcu, by się nie martwić, że ktoś się dosiądzie i zacznie gadać. Znacie to? Nagle do autobusu wchodzi lekko zawiany osobnik i, rzecz jasna, siada obok was? I gada? W moim przypadku to niemożliwe. Owszem, na kanapie z tyłu zawsze może ktoś usiąść, ale nawet, ciąg rozmówców na mnie się nie kończy. Wystarczy odwrócić głowę, niech gada z kimś innym. Na najbliższym przystanku przezornie patrzę więc w okno i co widzę?

Z autobusu wychodzi kobieta. Ma bordową sukienkę. Podchodzi do pobliskiego kiosku, staje przy nim. Patrzę na nią, ale jest jakaś taka… nieuchwytna. Zmrużam oczy, skupiam wzrok, ale widzę coraz mniej. Ona znika! Rozpływa się w powietrzu. Co ciekawe, bordowa sukienka zostaje. Nie mogę w to uwierzyć. Wyciągam telefon, żeby zrobić zdjęcie choć pustej sukience. Ale telefon mnie nie słucha. Wciąż pokazuje ostatnio zrobione zdjęcie, aparat uparcie nie działa.

Jakaś obca dziewczynka, która nie wiadomo skąd się wzięła, pogania mnie: dalej, dalej! Ale ja nie umiem. Nie mogę. Podnoszę wzrok, patrzę na kiosk. Sukienka znikła.

Nie ma już nic.

Autobus jedzie dalej. Dalej, dalej…

Od ponad roku wynajmuję pokój z kuchnią w pewnym domu na wsi. Do tej pory był względny spokój, jednak został zburzony. Któregoś dnia wprowadził się tu pewien „Młody Mężczyzna”. Tak go określiła właścicielka mieszkania. Młody Mężczyzna robi regularne imprezy, takie z kategorii, którą można określić: pijackie burdy. Pijackie burdy są coraz głośniejsze, coraz trudniej je znieść, zwłaszcza gdy się leży z gorączką 39,1 stopni i walczy z sepsą. Ja walczę trzeci tydzień i gdy tylko w malignie uda mi się zasnąć, śnią mi się sny niepojęte o znikających kobietach. A trzech minutach budzi mnie gardłowo zduszony okrzyk: KUUUUURWAAAA, JA PIERDOLĘ, POLEJ!!!

I łomot spadających sprzętów, i walnięcie pięścią w ścianę, i zabłąkane w rzucie krzesło lądujące na suficie.

Jestem coraz bledsza. Coraz bardziej śpiąca. Coraz bardziej milcząca. Jednak wstaję z łóżka, idę do kuchni zrobić herbatę i wtedy słyszę TO.

Z kuchni lepiej słuchać. W kuchni są te rury, te połączenia piekielne, które niosą głosy i krzyki, które nie dadzą zasnąć nawet na trzy minuty.

I nie można już uciec od tego krzyku, bo ten krzyk to wcale nie jest krzyk, ale płacz i bynajmniej nie należy do Młodego Mężczyzny, ale do maleńkiego dziecka, do malutkiej, trzyletniej dziewczynki z blond lokami, która siedzi na łóżku i bardzo się boi, bo jej tata jest groźny okrutnie i nie ma do niej cierpliwości, kto by miał po takiej libacji?

W piżamie, w kapciach, z narzuconą tylko kurtką biegnę, biegnę na pomoc, dalej, dalej, bo przecież nie wiem, jaki demon szaleje w ciele Młodego Mężczyzny, który nie ma cierpliwości do Małej Dziewczynki. Demony bywają groźne, a demon dwudniowej libacji jest groźny piekielnie. Dobrze to wiem. Pamiętam. Też kiedyś byłam dziewczynką.

Wszystko jest tak, jak przypuszczałam. Widzę przez okno. Na łóżku siedzi Mała Dziewczynka, i choć nigdy wcześniej jej nie widziałam – faktycznie ma blond loki, buzię spuchniętą i czerwoną od łez. A on nad nią pochylony. A ja walę w drzwi.

Dalej nie mogę pisać, bo ręce mi się trzęsą. Nie mówcie mi o policji. Policja nigdy mi nie pomogła. Nigdy. Teraz też nie. Wiem tylko, że muszę uciekać. Muszę ratować siebie, bo we mnie też jest Mała Dziewczynka. W dodatku chora na sepsę. Spierdalam. Do widzenia. A raczej: żegnam. Znikam, jak kobieta z mojego snu. Ale gdy po roztrzęsionej próbie spakowania rzeczy wsiadam do samochodu, nagle okazuje się, że jakimś niepojętym sposobem mam dziurawy układ chłodniczy i spod auta leje się woda.

Dżizas-kurwa-ja-pierdolę. Z butelką wody do chłodnicy, w gorączce po niewyleczonej sepsie, przez te pieprzone dziury w drodze, aby dalej od Młodego Mężczyzny i jego spragnionego demona agresji, od tych dzieci potrąconych, od tych strzyg kaszubskich – muszę uciekać, muszę ratować siebie, bo mnie, kur…, naprawdę niedługo nie będzie.

Nad drogą przelatuje kruk. Leci w kierunku Gdańska. Leć za mną, zdaje się mówić. Leć za mną, nie zginiesz.

Samochód muszę porzucić. Pieniędzy na naprawę nie mam, właściwie nie mam na nic na razie, bo jak wiecie, wydawca mi zapłacił za moje bestsellery jedno wielkie gówno i jakim cudem się rozeszło. Chodzę więc po Gdańsku i pytam, czy mnie kto przenocuje? Bo nieco wieje, a ja po chorobie i jakby co, to gdzieś są dobrzy ludzie?

Pierwszy był klasztor w Oliwie. Tak, wiem, naoglądałam się filmów w młodości, teraz realizuje własny scenariusz. Jest soczysty. Każda scena jak z bajki. Mała Dziewczynka w różowych trampkach idzie przez wielkie miasto, w ręku trzyma pudełko zapałek. Co chwila ogrzewa zmarznięte dłonie. Na ile wystarczy?

Drugi: Caritas w Sopocie. Trzeci: klasztor we Wrzeszczu. Wreszcie ten ostatni, wyznaczony trasą kruka. Zakon w Gdańsku. Posępny i groźny jak dom z horroru, na wysokim wzniesieniu, w oknach kraty. Ostatni przystanek z kioskiem przy drodze. Przy kiosku staje kobieta i kątem oka zauważa, że ma na sobie bordową sukienkę. Jak to się stało, mój Boże?! Kiedy ją założyłam? Czy to jakieś fatum? Jeszcze moment i zniknę! Mała Dziewczynka jej podpowiada: dalej, dalej. Dalej, naciśnij ten przycisk. Naciska. Wielka, żelazna brama otwiera się. Skulona postać w czarnym habicie wyciąga przed siebie kościstą dłoń.

Chodź.

Prowadzi mnie do piwnic. Rozglądam się po korytarzu, na ścianach krucyfiksy. Czy jesteś wierząca, pyta. Bo ja CHCĘ, żebyś poszła z nami na mszę. Ja CHCĘ. Pójdziesz.

Drżę. Czuję, że drżę. Ale to jeszcze nie jest strach. Nie mam przecież wyjścia. Muszę gdzieś spać. Nie mogę się bać.

Moja cela jest w suterenie, przez okno widać kawałek dziedzińca okolonego klasztornymi murami. Tylko fragment trawy, mury i kraty. A ja jestem przecież Wichrem, jestem wiatrem, który nigdy się nie dał nigdzie zamknąć.

Ciemno. Cicho. Straszno.

Żeby chociaż ptak przeleciał. Ale ptaków już nie ma. Nieba już nie ma. Tylko ten Chrystus umordowany wisi na drzewcu i dogorywa. Ta śmierć trwa dwa tysiące lat. Zimnem moje ciało przeszywa. Szukałam schronienia, trafiłam za kraty. Czy tego chciałeś, kruku?

Ta historia się nie kończy. Ta historia jest ciągłym, nieskończonym rytmem zmian. To ja ją piszę. A co napiszę, się stanie. Mam na imię Nemezis. Co mam napisać teraz?

Z  autobusu wysiadła kobieta w bordowej sukience. Przez chwilę jeszcze był po niej ślad. Przez chwilę jeszcze jest po mnie ślad. Czy ktoś mnie zatrzyma w stop-klatce, zanim zniknę na zawsze…?

IMG_0047
fot. Ewelina Lubecka

5 myśli na temat “Krucjata Nemezis

Odpowiedz na Marta Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s