System wydawniczy w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w …

Skoro wydanie książki to taki kosmos finansowy, a ludzie książek nie kupują – czemu jest w Polsce tak dużo wydawców i czemu żyją jak pączki w maśle?

W związku z tym, że prasa skrzętnie obcina, a nawet ukrywa w sieci moje refleksje na temat systemu wydawniczego w Polsce, postanowiłam rzecz opisać tam, gdzie mi nikt nic nie ocenzuruje, mianowicie na własnym blogu. Wypowiedziałam już w wywiadzie (np. do Gazety Wyborczej) parę słów, które nie mogą one ujrzeć świata, a raczej (bo chyba o to chodzi) świat nie może ujrzeć ich. Jeśli zapragniecie więc wyguglać moją maleńką wypowiedź o tym, że autor – który jest mózgiem dzieła – dostaje za swoje dzieło tyle (albo mniej), co maszyna drukarska – nie znajdziecie tak łatwo tego artykułu. Owszem, redakcja może tłumaczyć to kwestiami technicznymi, jednak każdy dziennikarz (mam ich sporo w znajomych) może się potknąć o mój profil na Facebooku, gdzie zgłosiłam problem. Nadal jednak po wyguglaniu artykułu i znalezieniu pierwszego zaproponowanego linku, czytelnik obejrzy jeno moją twarz, ale ani słowa nie przeczyta.

Mam zatem kilka refleksji, z którymi chcę się tu podzielić, bo przecież kwestia wydawania, kupowania oraz czytania, wbrew pozorom, a nawet mitom – dotyczy nas wszystkich.

Od wielu lat słyszę, że w Polsce nikt nie czyta książek, dlatego sprzedać książkę w Polsce to jakiś cud, rzecz niebywale trudna, właściwie niemożliwa. Słyszałam to jako autorka, która pochodzi z małego Kętrzyna, która nie miała żadnego nazwiska ani wsparcia, która do wszystkiego musiała dochodzić mozołem i ostrym laniem po dupie. Dziwicie się, że takim właśnie autorom jak ja, takim właśnie znikąd, którzy od dziecka marzyli o wydaniu własnej książki i którzy słyszą, że w Polsce nikt książek nie czyta, a proces wydawniczy to jakiś, kurwa, kosmos finansowy – nie spieszy się zbytnio do wzięcia spraw w swoje ręce? No nie dziwicie się i nie ma w tym nic dziwnego. Ale zaraz, zaraz. Skoro ta książka to taki kosmos finansowy, a ludzie książek nie kupują – czemu jest w Polsce tak dużo wydawców i czemu żyją jak pączki w maśle?

Według założeń naszego systemu wydawniczego przeciętna kobieta (np. z Kętrzyna), która zechce kupić książkę, musi wsiąść w autobus i pojechać do najbliższego dużego miasta, gdzie jest galeria handlowa, a w niej niezbędna podobno do sprzedaży sieciówka, w której ochroniarz patrzy na nią jak na złodziejkę, a personel trąca mopem po butach. Tam właśnie, by nakarmić swą duszę, musi wydać prawie pięć dych. Tylko że to jest jakby mało realne, bo ta kobieta ma 1200 złotych emerytury, albo i nie, do autobusu jakieś 2 kilometry piechotą i ogólnie to chyba by na głowę upadła, by sprostać wymaganiom tego systemu.

Ale przecież, zaraz mi ktoś powie, ta książka tańsza być nie może, bo tyle kosztuje jej produkcja. No, niestety, nie jest to prawdą. Ta książka kosztuje pięć dych dlatego, że po drodze zarabia na niej wydawca, dystrybutor i sieciówka ze znajomym skrótem w logo. Autor dostaje mniej więcej tyle, co wynosi produkcja, czyli około dwóch złotych. Albo i tego nie dostaje. Dlaczego nie dostaje? Bo nie ma ŻADNEJ kontroli nad tym, ile faktycznie sprzedaje się jego książek. Wszystko jest okryte tak zwaną, nie wiadomo czym popartą TAJEMNICĄ HANDLOWĄ. Komu służy ta „tajemnica handlowa”? Zastanówcie się. Bo bynajmniej nie autorowi.

No więc autor dostaje jakieś tam zestawienia, jakieś tam pieniądze raz na pół roku i jedyne co mu pozostaje, to wierzyć wydawcy na słowo, że ten go nie dyma. No chyba że zapragnie zrobić wydawcy audyt, ale to kosztuje. Tak dużo kosztuje, żeby autorowi pomysł z głowy skutecznie uleciał, bo przecież z tych pieniędzy, które dostaje raz na pół roku raczej takiej kwoty nie uciuła. No więc wierzy na słowo. Chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, co znaczy tym kraju wierzyć na słowo? Ja wierzyłam na słowo, że książka to najtrudniejszy produkt. Dopóki nie wydałam „Szklanki na pająki”, która w dziesięć dni sprzedała się w liczbie stanowiącej pół całego nakładu.

Dziś już nie wierzę na słowo. Nie wierzę, że ludzie są głupi i nie czytają. Nie wierzę, że branża wydawnicza jest trudna. Dla autora, owszem. I dla czytelnika, który nie dość, że jest obrażany, to jeszcze musi wydawać kosmiczne pieniądze na coś, na czym wszyscy zarabiają, tylko nie ten, co to stworzył.

18 comments

  1. Anna Łajkowska

    Pięknie ujęta cała prawda o… W krótkich, żołnierskich słowach.
    Ja jeszcze ciągle żyję nadzieją, bo mam nowego wydawcę.

  2. Gmailco

    Przykro mi, ale w zasadzie, to nic nie napisałaś konkretnego, poza emocjonalnym żalem, że ktoś inny zarabia „Twoje” pieniądze.

    To, że wydawca, dystrybutor, pośrednicy i sprzedawca chcą zarobić, to jest oczywista oczywistość. Oni nie są w łańcuchu dostaw dla zabawy, są w nim dla pieniędzy. A autor nie jest małym dzieckiem, o które wszyscy są zobowiązani dbać, Autor ma zadbać sam o siebie i taką umowę z wydawcą podpisać, by potem nie musiał płakać w mediach, jak to został ograbiony ze złotówek i dostaje mniej niż maszyna drukarska.

      • Gmailco

        Jest, bowiem lubię czytać tego bloga właśnie za bezpośredniość i konkret, którego w tym tekście brakuje.
        Tak się składa, że jestem zorientowany w tematach wydawniczych i wiem, ile z ceny okładkowej może dostać autor, jeśli dba o swoje interesy…
        Ale wiem też, ile musi kosztować autora komfort nieinteresowania się rynkiem i realnym zbytem tego co spłodził.

    • kaszubszczyzna

      Pytanie, czy „łańcuch dostawy”, w którym wymienione przez Ciebie podmioty są dla pieniędzy nie jest sztucznie tworzony? Najlepszym przykładem utrzymywanego za wszelką cenę systemu wydawniczego są podręczniki szkolne, które kilkulatki dźwigają w swoich tornistrach narażając się na kalectwo.
      I jeszcze jedno – autor nie musi płakać w mediach, autor ma prawo do wyrażenia własnego zdania.

      • Gmailco

        W istocie, poruszyłaś dość ważną kwestię, gdyby nie jedno ale.
        Dobrze prowadzący swoje interesy autor, negocjuje prowizję od ceny okładkowej, a ta jest niezależna od liczby pośredników.
        Mówiąc wprost, autora nie interesuje ile podmiotów jest między drukarnią a czytelnikiem.

        Klu tkwi w tym, że nie każdy autor tak może, choć wszyscy by chcieli.

  3. Kimi

    Z całej mojej dziesięcioosobowej grupy na studiach magisterskich (!) byłam jedyną osobą, która czytała cokolwiek poza Fejsbukiem.

  4. martinlechowicz

    Ja to trochę inaczej widzę. Się podzielę, może się komuś przyda.

    Wydałem cztery książki, pierwszą przez wydawcę, trzy sam. Wszystkie cztery się zwróciły, co jest rzadkie. Wiadomo, że zdecydowana większość autorów w Polsce nigdy nie wychodzi na zero.

    Przy standardowym podejściu do wydawania sytuacja wygląda faktycznie tak, że autor zarabia najmniej z tej końcowej ceny książki. Ale nie ma co warczeć na to, bo niezależnie od tego jak nie fair to brzmi: autor najmniej to robi. W sensie nie twórczym, ale sprzedażowym. Sprzedawanie nie cały długi proces i nic tu nie dzieje się automatycznie.

    Sęk w tym, że wydawnictwa – a przynajmniej większość – to straszne łajzy. Bo kompletnie olewają najważniejszą rzecz w tym całym procesie: nie sprzedają.

    Więc na czym zarabiają, skoro nie na czytelnikach?
    Na autorach!

    W większości przypadków to autor płaci wydawnictwu z góry za cały proces wydawniczy. Wydawnictwo więc przygotuje pliki, zrobi korektę, doda okładkę i wyśle do drukarni. Tyle, że to akurat wszystko jest raczej proste w tych czasach i wcale nie takie drogie, jak wmawiają wydawnictwa. Należy się śmiać głośno z ich opowieści o tym, że to tyle kosztuje, bo jest „profesjonalne”. Owszem, profesjonalne, bo robią to zawodowo (a to właśnie znaczy słowo „profesjonalny”). Czyli: drogo. Ale cena nie jest adekwatna do jakości. Zresztą nawet jeżeli pracuje dla wydawnictwa korektor cudotwórca, to nie należy się tym przejmować – to, że będzie 10 sztuk mniej błędów w tekście nie przekłada się nijak ani na sprzedaż ani na recenzje. Czytelnik naprawdę nie po to kupuje książkę, żeby się fascynować jej bezbłędnością. I nikogo nie obchodzi czy numer ISBN na drugiej stronie jest dwa centrymetry wyżej czy niżej.

    Wiem, bo zrobiłem to wszystko sam. Trzy razy. Za ułamek ceny, jakiej żąda typowe wydawnictwo.

    Prawdziwym problemem z książką jest co innego: dystrybucja i reklama. Bo dopiero to się przekłada na sprzedaż. I tu jest największa chamówca, bo tego akurat wydawnictwa bardzo robić nie chcą.

    I trudno im się dziwić. Bo to latanie za klientami jest najtrudniejsze, najbardziej ryzykowne, kosztowne i pracochłonne. Jeżeli więc autor znalazł wydawcę, który aktywnie sprzedaje jego książkę, to niech go ceni! Bo ta praca jest naprawdę tyle warta ile sobie krzyczy. Ale jeżeli autor uważa, że jednak nie warto tyle płacić – to niechże oleje wydawcę i sprzedaje sam. Czemu nie, w wielu sytuacjach (takich jak na przykład moja) to jest dużo lepsze rozwiązanie.

    Jeżeli z kolei wydawca oferuje tylko to, że zrobi dla ciebie stos książek a dalej rób sobie z nimi co chcesz, to nie ma nad czym myśleć: zrezygnuj z takiego wydawcy w ogóle. Tyle co on oferuje o wiele taniej zrobisz sobie sam. Bo o ile marketingowe działania są faktycznie warte dużego procenta zysków z ceny książki, to sama produkcja absolutnie nie.

    Ale w większości sytuacji autorzy łatwo się zgadzają na wyjątkowo marne warunki proponowane przez wydawców. Bo widać wydaje im się, że zrobienie dwóch plików i wysłaje je do drukarni wymaga wiedzy tajemnej, której trzeba uczyć się latami. Nie wierzcie w to. Przeciętnie rozgarniętemu technologicznie człowiekowi wystarczą ze dwa tygodnie. Masz komputer, masz internet, ucz się. A jak się boisz albo ci się nie chce, no to trudno: płać.

    I stąd się bierze sytuacja, że wydawnictwa w Polsce tak dobrze sobie radzą finansowo. Bo bardzo dużo ludzi chce wydawać książki – czy to z potrzeby, czy z próżności czy z innych powodów. Ale prawie nikt z tych autorów nigdy nie wyjdzie na zero. Korzystają z tego wydawcy, którzy za pieniądze autorów będą płacić pracownikom, którzy się specjalnie przy tym wszystkim nie namęczą. Bo tego najtrudniejszego procesu – marketingu, dystrybucji, sprzedawania – nawet palcem nie tkną. A autorzy, przekonani, że wystarczy tylko wyprodukować stos książek, a „klient sam przyjdzie”, szybko odkryją jak bardzo się mylili.

    Trochę do dupy sytuacja. Ale nie ma sensu krzyczeć, że życie jest niesprawiedliwy, tylko sięgnąć w ciemne strefy, gdzie się czają niestandardowe rozwiązania.

    Ja, przykładowo, najwięcej zarobiłem na książkach tam gdzie się najmniej spodziewałem: na Amazon. Teraz ta droga jest zamknięta, bo Amazon nie akceptuje już książek na Kindle pisanych po polsku. Ale kiedyś sprzedawało się w miesiącu tyle, że dałoby się z tego utrzymać. Amazon brał sobie za to 35% do 70% i słusznie, że sobie brał. Bo to on robił całą robotę, a nie ja, autor. Godne to i sprawiedliwe i niech poczucie żalu nam nie przysłania faktów. Stworzyć coś to nie to samo co sprzedać. Jeżeli ktoś uważa, że sprzedawanie nic nie jest warte, to niech po prostu pisze i rozdaje za darmo, i nie zawraca głowy.

    E-booki też są jakimś rozwiązaniem. Sprzedają się w Polsce słabo, ale mają wielką zaletę: bardzo niskie koszty. Autorowi co się nie nazywa „Sapkowski”, „Tolkien” albo „King” to może się opłacać bardziej niż książka papierowa. Niskie koszty, niskie zyski, ale lepiej mieć świadomość, że człowiek napisał książkę i ma z tego 100 złotych, niż świadomość, że napisał książkę i ma 10 tysięcy długów.

    Poza tym dobrze się sprzedaję książki na różnych imprezach, gdzie się jest osobiście. U mnie na koncertach na przykład. Aż sam się zdziwiłem jak to dobrze działa – kiedyś na Falkonie sprzedałem więcej swoich książek niż Pilipiuk. No ale ja tam śpiewałem, a on nie.

    Albo można nie dać się i nie bać się. Nauczyć się jak się składa książki, skorzystać z drukarni cyfrowej i sprzedawać samemu. To jest to, co ja robię, bo nie znalazłem takiego wydawnictwa, które by chciało robić to, co jest warte swojej ceny. Poza tym nie mam w sobie mentalności studenta i nie umiem przychodzić po prośbie do kogoś, kto na dzień dobry traktuje mnie jak pani z dziekanatu. Już chyba wiem, po co są w Polsce studia.

    Nie jest zresztą tajemnicą, że te wydawnictwa, które faktycznie coś robią poza samą produkcją, mają stosy ofert od świeżych autorów. Z których większość (co też nie jest tajemnicą) to bardzo poprawne i raczej nudne naśladownictwo czegoś popularnego. Inaczej mówiąc: miernoty. Sęk w tym, że w wydawnictwach zakładają, że wszyscy to miernoty i przyjmują postawę absolutnej bierności. W myśl założenia, że jak ktoś ma naprawdę szansę na rynku, to poznamy go po tym, że przekrzyczy innych. Więc jak ktoś nie ma predyspozycji, żeby się przebijać przez to, to szkoda czasu. Oczywiście tracimy na tym my, czytelnicy, bo to naprawdę nie jest tak, że w 40 milionowym kraju o tak pokręconej historii, nie ma ludzi, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia drukiem. Problemem jest proces selekcji, przez który do druku trafiają ci najbardziej zdeterminowani, a nie ci najlepiej piszący. Z kolei wydawcy w Polsce niczego się tak nie boją jak ryzyka. Więc polskie książki są raczej stęchłe i raczej nudne, bo wybiera się to co bezpieczne z puntu widzenia sprzedaży.

    Więc ostatecznie: sprzedaję mało, ale za to na książce zarabiam pięć-dziesięć razy więcej niż ci, co wybrali standardowe metody. I nie muszę czekać pół roku na pieniądze. Z drugiej strony nigdy nie dostanę się do dużych księgarń (Empik), a koszt samej produkcji egzemplarza książki to nie 2 złote, tylko 6 złotych, bo mnie nie stać na hurtowe ilości.

    Tak że się Sylwia nie gryź tym wszystkim tak bardzo. Ja tam cię lubię czytać. A jak chcesz pozarabiać na książkach, to wybrałaś chyba najtrudniejszy rynek w Europie. Są możliwości. Są mroczne strefy. A numery ISBN są jak Kingsize – dla każdego!

    A jakbyś coś chciała wiedzieć, to chętnie pomogę. Pozdrowionka!

    Martin Lechowicz

  5. MammaMia

    Irytuje mnie, jak się mówi, że „autor najmniej to robi”. I że sprzedaż jest WSZYSTKIM i ci wielcy, którym w pocie czoła uda się sprzedać towar tak niechodliwy i zbędny w gruncie rzeczy, jakim są książki. Więc to im się należy, nie autorom, wydawcom, redaktorom i korektorom. To pośrednicy finalnie dostają swoją dolę, całkiem niemałą jak na tak słaby rynek, a właściwie ryneczek.
    Zgadzam się, że mamy inflację autorów i autorek i płytki rynek czytelniczy. Ale z drugiej strony zgadzam się z Autorką bloga, że książka obłożona horrendalnymi mytami dla dystrybutorów i sieciówkowiczy staje się NIESPRZEDAWALNA. Powieść obyczajowa (czasem niezła, czasem szmira) w miękkiej oprawie kosztuje w empiku ok. czterdziestu złotych. Trudno się dziwić, że potencjalni czytelnicy nie podchodzą nawet do półek, nie biorą do rąk tych kolorowiutkich, srajkomajkowatych okładeczek sformatowanych pod „kobitki, które lubią proste, a najczęściej puste historie o miłości”. I cała przemyślana strategia sprzedaży bierze w łeb. Bo za drogo. Po prostu. Za dwie dychy albo i mniej to by może kupili od czasu do czasu, ale nie za cztery. A poza tym tam, gdzie nie sięgają sieciówki, czytelnik, a najczęściej czytelniczka z tak zwanej prowincji nie dociera po prostu do książki, nie może podejść, wziąć do ręki, przekartkować, zastanowić się, czy kupić. I dlatego dobrze, że ktoś poruszył ten temat. Chociaż z drugiej strony pamiętam, jak jedna z pisarek poskarżyła się na żenująco niskie tantiemy i chwały jej to nie przyniosło, raczej hejt. Bo niektórzy wolą żyć ułudą bycia pisarką i nawet dopłacają do tego interesu, a ten się kręci.

    • martinlechowicz

      To rozmawiamy o tym jak zarobić czy o tym jak być twórcą?
      Bo jeżeli o tym jak zarobić, to tak: w tym kontekście autor robi najmniej.

      Co jest takie nieakceptowalne, że to prawda? Czy że nam się nie podoba rzeczywistość? Czy ktoś nam jakąś krzywdę zrobił? Czy wszystko się nie dzieje dobrowolnie? Nikt nam nie kazał pisać książki i nikt nam nie każe jej sprzedawać. Nikt też nie każe nikomu kupować. Wszystko jest w porządku.

      Nie widzę powodu, dla którego powinniśmy teraz jęczeć. Sylwia jest autorką, ja jestem autorem, ona publikuje przez duże wydawnictwa, a ja sam. Ale oboje mamy dobre powody być niezadowoleni mocno z tego ile z tego mamy finansowo.

      Ale ja wybieram, żeby być raczej wdzięcznym za każdego z tych tysięcy ludzi, którzy wydali pieniądze na moje książki. Bo zrobił to z własnej woli.

      Zresztą – niech mi wszyscy wybaczą, ale taka jest naga prawda – tylko kompletny idiota pisze książki dla pieniędzy.

      Co nie znaczy, że jako autorzy ich mieć nie chcemy. Chcemy! Nawet bardzo! Bo czemu nie? Nie tylko, że są bezsprzecznym dowodem, że robimy dobrą robotę, ale też umożliwiają nam pisanie więcej i lepiej.

      A że ktoś inny korzysta z naszej pracy, żeby zarobić? Niech korzysta. Cóż w tym dziwnego? Czym się to różni od każdej innej pracy? Szef po to nam przecież płaci, żeby samemu na efektach naszej pracy zarobić więcej.

      Jeżeli nam to przeszkadza to jest tylko jedno wytłumaczenie: zawiść. Bo przecież nikt nam krzywdy nie robi, skoro wszystko działo się dobrowolnie.

      A ja to, żeby być biednym pisarzem, mogę znieść. Ale pisarzem, co żyje zawiścią i goryczą to ja być nie chcę.
      I wszystkim pisarzom tego życzę.
      Pa.

      Martin Lechowicz

  6. Jola

    A ja kupiłam, długo czekałam , wreszcie mam ,poczytam… Ale miał być autograf obiecany ,miał być pająk prawdziwy…nie ma…szkoda

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s