Taniec

I choć odchowałaś już dzieci, potrafią sobie zrobić kanapkę i umyć zęby przed snem, to jednak wciąż masz jeszcze jedno dziecko. I to dziecko, słysząc, że gdzieś tam zachciewa ci się tańców, wysyczy do słuchawki…

Przyjechała Olka Rybak! Z Anglii. Ta ze studiów moich, nigdy nie dokończonych. I kiedy przyjechała, pojechałyśmy na Stare Miasto, żeby usiąść razem w jakiejś knajpce, wypić małą wódeczkę i zjeść śledzia. Ale śledź wraz z wódeczką urosły do kilku wódeczek i kilku śledzi i nagle Ola podskoczyła na krześle knajpianym i krzyknęła: chodźmy potańczyć!

I zerwała się z entuzjazmem, a ja, owszem, też w pierwszej chwili zerwałam się z entuzjazmem. Ale zaraz, za chwilę, Boże, ile ten entuzjazm trwał, sekundę może? – opadłam z powrotem na krzesło i wyszeptałam z lękiem, że muszę zadzwonić do męża.

– Muszę zadzwonić.

Wcale nie powiedziałam, że do męża, bo przecież każdy wie, gdzie MUSI zadzwonić żona, gdy wpadnie jej do głowy pomysł pójścia na tańce. Wiadomo ogólnie, to jest prawda powszechna i znana, przecież nie musi taka żona zadzwonić na przykład, do przyjaciółki. Do przyjaciele też nie. Do matki w żadnym wypadku. Ani do ojca. Nie musi dzwonić na policję, ani do prezydenta. Do nikogo nie musi dzwonić po nic, absolutnie do nikogo, tylko DO MĘŻA.

I ten telefon nie jest wcale telefonem entuzjastycznym, dzięki któremu żona dzieli się radością, że oto, po wielu miesiącach, a może nawet latach, pójdzie sobie poskakać przy muzyce. Że oto, po wstępnym odchowaniu drobnej dzieciarni, po tysiącu nocy nieprzespanych, po karmieniu piersią, nie mówiąc już o dziewięciomiesięcznym targaniu brzucha, trzech miesiącach porannych nudności, opuchliźnie, bólach krzyża, po tym wszystkim – potańczy sobie.

Że po PORODZIE, po kilku porodach, po tych aktach największego w biologi hardkoru, jego ukochana kobieta, powtarzam: UKOCHANA – na jedną noc zapomni o tym wszystkim, na jedną noc odetnie się od swoich powinności, od roli służebnicy.

Że po ostatniej harówce w pracy, po zamknięciu projektu, nad którym siedziała po godzinach, po tym wszystkim, kobieta, którą – jak on utrzymuje: kocha – właśnie ta kobieta zafunduje sobie taki luksus jak śmiech. Bo najprawdopodobniej przez tę całą noc będzie się śmiała. Będzie jej wesoło.

Tu żadnego entuzjazmu nie ma. Ale też nie ma tam – żeby ktoś nie pomyślał! – czystej intencji zapobiegania troskom. Bo też żadnych trosk tu nie oczekujemy. Mąż, który odbiera telefon od żony z informacją tego formatu, bynajmniej nie dziękuje żonie za wiadomość. Nie jest jej wdzięczny, że pomimo kilku wódeczek na starówce nie zapomniała powiadomić go o swoich planach, aby się nie martwił. O NIE. Proszę nie oczekiwać w tej rozmowie żadnej wdzięczności. Żadnych tam tego typu zjawisk emocjonalnych. Nie dopatrujmy się także zwykłej ludzkiej komunikacji. Że niby razem mieszkamy, to sobie mówimy, gdzie jesteśmy, ot tak, dla bezpieczeństwa, dla jasności, dla spokoju. Bez żadnych kwasów. Pomyłka.

Cały ten proces, cała ta operacja z telefonem, to już od początku, już na wstępie, już w tym momencie, gdy opadam na krzesło i mija bezpowrotnie mój entuzjazm – to JUŻ jest właśnie kwas. To jest kwas, kurwa, solny.

I choćbym nie wiem, jak ćwierkała, choćbym nie wiem, jak tłumaczyła, że najnormalniej w świecie, ja: wolny człowiek, człowiek nie obciążony żadnym wyrokiem, żadnym aresztem, człowiek żyjący w wolnym kraju, bez godziny policyjnej, bez partoli na rogatkach, taki człowiek właśnie chce sobie pójść z Olą potańczyć. Choćbym nie wiem, jak ćwierkała – usłyszę po drugiej stronie drewniany głos absolutnego, kosmicznego wręcz niezadowolenia.

Niezadowolenie jeszcze da mi szansę, wszak niezadowolenie samym swoim istnieniem daje szansę, tym że jest jeszcze TYLKO niezadowoleniem, czymś w rodzaju: opanuj się, przywołuję cię do porządku i tak dalej. Każda żona wie, co oznacza cienka granica niezadowolenia, która bardzo szybko, niezauważalnie wręcz potrafi przejść w stan dużo bardziej kategoryczny, a mianowicie w stan focha.

Stan focha to już nie jest stan niezadowolenia, to już jest poważna rzecz, rzecz utrzymująca się długo i bardzo boleśnie. Stan focha jest karą za twój głupi pomysł z tańcami, za to, że sobie pomyślałaś, że nie masz żadnego wyroku, podczas gdy masz przecież wyrok zajebisty, wyrok nieodwracalny i to nie jest, kochana, żaden wolny kraj, a ty nie jesteś żadnym wolnym człowiekiem, bo ty jesteś ŻONĄ.

Twoje małżeństwo to dyby, to palący w mózgu karny drucik, ten sam, który cię palił lata temu, który kazał ci biec z powrotem do domu, gdy zostawiłaś w nim dziecko. I choć to dziecko już jest duże, już umie sobie zrobić kanapkę i samo myje zęby, to jednak jest tam jeszcze drugie dziecko, dziecko nigdy nie dorośnięte, nigdy nie utulone, nigdy nie nakarmione, nigdy nie zadowolone. Dziecko nieprzejednane, kapryśne, w swej definicji kategoryczne. I to dziecko, słysząc, że zachciewa ci się tańców, że jest ci tam jednak zdecydowanie za wesoło, to dziecko wysyczy ci do słuchawki:

– To może się, kurwa, wyprowadź.

I nie ma już dyskusji, nie ma dalszych negocjacji, bo słuchawka ZOSTAŁA RZUCONA. Nie ma dyskusji, zostawiam zdumioną koleżankę na wyślizganych przez nigdy nie śpiących letnich spacerowiczów kocich łbach starówki, biegnę na przystanek, biegnę do autobusu, który na sygnale zawiezie mnie do domu. Biegnę co sił, jak najprędzej potrafię, mój Boże, czemu nie mam rakiety kosmicznej. Muszę przecież jak najszybciej nadrobić to strasznie zło, które właśnie wyrządziłam, żeby jakimś cudem tamten potworny foch utulić.

I wiem, że jak już będę w domu, to będzie i tak za późno, by ugasić pożar, który sama tak pochopnie, tak bezmyślnie rozpaliłam. Teraz, owszem, potańczę, ale potańczę według innej muzyki, niż tamta w klubie. Bo taniec żony jest tańcem męża, a to on nadaje rytm. 

Wracam autobusem do domu, siedzę przy oknie, żegnając się z niecnym planem potancówki, pełna wyrzutów sumienia, pełna poczucia winy. I jakoś nie widzę tego, nie czuję, nie dochodzi do mnie sens sprawy, meritum konfliktu: a właściwie po co ja wracam? Co ja mam tam takiego do zrobienia? Co jest tak pilnego, że muszę zrezygnować z tańców i być natychmiast w domu? Nie przychodzi mi do głowy wcale odpowiedź na to pytanie, bo pewnie gdyby przyszła, gdyby taka odpowiedź przyszła, to może, kto wie, może jednak bym wcale do tego domu nie wróciła?

Nie wiem jeszcze, że foch, o który rozbił się pomysł na zabawę, że ten foch to zasłona dymna, parawan zasłaniający odpowiedź na pytanie: po co ja właściwie MUSZĘ wrócić?

Wyprzedzam, drodzy państwo, wyprzedzam wasze domysły, wyprzedzam samą siebie i czynię syntezę, potworny skrót drogi rozpiętej między pytaniem a odpowiedzią.

Otóż zapierdalam na autobus i gnam co sił w nogach do domu, rezygnując z towarzystwa koleżanki, którą widzę raz na pięć lat, po to, żeby jak najszybciej się położyć obok – nawet nie męża – ale obok jego ciała.

Zapierdalam po to, żeby LEŻEĆ obok ciała podrygującego podczas snu: hk, hk, hk.


Fragment powieści „Mama”. Książka ukaże się w maju nakładem wydawnictwa Prószyński i spółka