Szkoła. Czyli jak zabić ciekawość

Kiedy człowiek usłyszy ciekawą historię, szuka więcej. Jednak dzieci w szkole niczego szukać nie będą. Dlaczego? Bo muszą wkuć czterdzieści pięć dat na sprawdzian, a kiedy im się nie uda, zostaną obrażone. I na hasło „historia” zrobi im się niedobrze. To bardzo ZŁE DZIECI.

Uczę się. Uczę się, uczę się, uczę się! Boże, jak ja się uczę! Nadrabiam całe dekady szkół rozmaitych, do których nigdy nie przyszło mi uczęszczać. Nadrabiam lekcje, na których nigdy nie byłam, nadrabiam radość, jakiej nigdy w naszych systemach oświatowych nie doznałam.

Uczę się jak dziecko, jak świeżo stąpający po ziemi źrebak. Uczę się całą parą, garściami czerpiąc zachwyt, karmiąc nim swoją ambicję, a raczej: ciekawość.

Chcę wiedzieć! Chcę umieć! Boże, jakie to piękne. Jakie to dobre. Jakie przyjemne! A nawet jeśli trudne, to cudne. Tym cudniejsze, im trudniejsze! Bo przecież każda DOBRA zabawa ma w sobie elementy zawiłości.

Gdy porzuciłam pracę biurwy, postanowiłam, że już nic w życiu nie będę robić z przymusu. No chyba że będą mi kazać esesmańcy. Ale dopóki nie ma esesmańców, dopóki ja jestem tu szefem, a przecież nic i nikt nie może mi zabronić być szefową własnego życia – nie zmuszam się do niczego. Ojciec mi powtarzał, że jeśli będę robić w życiu to, co kocham, nigdy nie będę pracować. Szkoda, że ludzie tak późno to rozumieją.

Zaczęłam – jak wiadomo – od pisania. W pisanie uciekałam od ciężkiej rzeczywistości już w wieku pacholęcym. To tam pojęłam, że ta forma autoterapii jest dla mnie sportem ekstremalnym, swoistą jazdą na nartach po czarnym jak smoła stoku dzieciństwa.

No więc z najlepszych możliwych rozrywek wybrałam tę, o której nikt nie wiedział, do której nikt się nie mógł przyczepić, nikt nie mógł skomentować, nikt nie zdołał podciąć skrzydeł. Ani matka, ani ciotka Jadźka, ani facetka od matmy. Nikt się nie mądrzył, nikt nie powiedział nic przykrego, nikt też nie sarkał, że weź się za lekcje. Bo jak można się przywalić do dzieciaka, który w kółko ślęczy nad zeszytem? A że w zeszycie smoki? Labirynty ucieczek z domu? Wyszukane określenia na głupotę starych? Plany zniszczenia systemów? Opisy pierwszych fascynacji, tudzież rozczarowań? Świat wykręcony na drugą stronę, odbity w szalonych lustrach?

To był unik doskonały. O tyle jednak wadliwy, że gdyby nie musiał być unikiem, byłby PEŁNYM rozwojem. Sama definicja go więc dyskwalifikowała. Bo czemu dziecko musi się ukrywać ze swoją pasją? Czemu ma udawać, że nie pisze, tylko – załóżmy – notuje wykładniki potęg? Swoją drogą, wiecie co to w ogóle jest? A wiecie co to: „notacja wykładnicza”? W życiu, moi drodzy, niezbędna. Ja od ukończenia szkoły nie miałam z tym do czynienia NIGDY. Dlatego czas spędzony w sali 47 mojego liceum, w miejscu, gdzie doznałam jednej z największych traum dzieciństwa, zapamiętam do końca swojego życia jako najgorszą, bo potwornie nieprzyjemną formę jego marnowania.

Bo gdybym nie musiała robić tego, co mnie nie interesuje, zaczęłabym pisać książki w wieku lat dziesięciu. I różne inne rzeczy dla mnie interesujące robić. Na przykład: mówić obcymi językami. Śpiewać. Tańczyć. Grać na scenie.

Ale trzeba było wkuwać daty historyczne, coś, co z szalenie interesującej dziedziny robi rzecz tak nudną i odstręczającą, że przez kolejne lata z trudem człowiek się przełamuje, żeby to zgłębić. Trzeba było nie lada mózgu, żeby wymyślił system tak zniechęcający do czegoś tak interesującego. Bo przecież zdawałoby się, rzecz jest niezwykle prosta: opowiedzieć, co się kiedyś ważnego wydarzyło. Opowiadamy sobie codziennie. Niektóre opowieści są niezwykłe. Czasem wydarza się naprawdę w cholerę ciekawych rzeczy. Jeśli więc jest to ciekawa opowieść, to człowiek sam potem wertuje książki i wikipedię, żeby posprawdzać szczegóły. Kiedy obejrzę film o jakiejś postaci, o wydarzeniu, wojnie, powstaniu, czymkolwiek, natychmiast rozpoczynam poszukiwania odpowiedzi na bombardujące mnie pytania. A kiedy to było dokładnie? A po czym? A czemu? A co?

Gwarantuję jednak, że dzieci w szkole niczego szukać nie będą. Tak się składa, że nie będą zainteresowane. Dlaczego? Bo muszą wkuć czterdzieści pięć dat na sprawdzian, a kiedy im się nie uda tego zapamiętać, zostaną obrażone. I tak na hasło „historia” zrobi im się niedobrze. Bardzo ZŁE DZIECI.

Ja miałam koszmary. Przez wiele lat śniły mi się te absurdy szkolne, ten idiotyczny system zniechęcania do poznawania świata. Dopiero po latach, po terapii, udało mi się z tym zawalczyć. I teraz się uczę. Dopiero teraz. Wstaję rano i nie mogę się doczekać lekcji.

Najpierw język obcy. Rosyjski. Tak mi we krwi na bałałajkach grał. Tak mi tęskno było. Jakbym się przez wiele lat dusiła niepełnym oddechem. A ja chcę oddychać. I nie czekać już ani chwili dłużej!

Ale zaraz, zaraz, przecież obiecałam sobie, że niczego nie będę robić z przymusu! Jak się nauczyć języka, jak chodzić na lekcje, jak być pilną, jak robić postępy i… do niczego się nie zmuszać? Odpowiedź zawsze daje intuicja. Żadnych kursów! Żadnych lekcji w dusznej sali z nauczycielem nudziarzem! Żadnych zeszytów, żadnych podręczników! Już to miałam. Już miałam nawet tego dosyć! Ja chcę się uczyć w sposób nieskażony systemem. Znaleźć kogoś o głębokiej duszy rosyjskiej, kto we mnie rozpali miłość do tego języka, z kim będę na nowo poznawać świat od tej nowej, rosyjskiej strony, do kogo będę tęsknić tak, jak tęskni moja dusza do języka moich przodków.

Szukałam jeden dzień. Tam gdzieś w świecie zawsze jest ktoś, kto na was czeka. Tam w świecie jest zawsze ktoś, kto czeka na mnie. Wystarczy zapytać. Wysłać komunikat. Szukam cię. A ty się znajdujesz. Bo przecież szukasz mnie.

Od pół roku moje życie jest na pół rosyjskie. Kiedy mówię w tym języku podobno jestem inna. Podobno po polsku nie jestem taka. Zresztą sama to czuję. Wiem. Po rosyjsku jestem miękka, otwarta, nieoceniająca, niekłótliwa. Rozśpiewana. Tak, rozśpiewana, od kiedy usłyszałam od mojej rosyjskiej mentorki, jak śpiewa w taksówce „Żestokaja ljubow” i poczułam, jak mój głos się budzi z wieloletniego, jeszcze z dzieciństwa zawstydzonego milczenia.

Ile języków znasz, tyle razy jesteś człowiekiem – powiedział Goethe, w jeszcze innym języku, w tym dokładnie, którego będę się uczyć od następnego marca. Bo teraz uczę się śpiewać.

I naprawdę nie mogę doczekać się kolejnej lekcji.

Wiem, że nic nie wiem. A właściwie tego też nie wiem

Im dłużej żyję, tym bardziej nic nie wiem. Im bardziej nic nie wiem, tym ciekawiej mi się żyje

Kilka tygodni temu spędzałam radosny czas ze Szwagrem, który powiedział mi coś, co zupełnie zablokowało moją działalność na tym blogu. Mianowicie, gdy próbowałam go namówić na karierę pisarską, bo przecież nie ma lepszej kariery na świecie, zwłaszcza w Polsce, niż zbijanie kokosów z szalenie lukratywnej profesji literackiej, gdzie autor dostaje od książki całe dwa pięćdziesiąt, serio, nie wiadomo co potem z kasą robić, odłożyć, przepić, czy co – on mi odparł takie oto słowa:

– Nie wiem, czy chcę, żeby inni wiedzieli, co mam do powiedzenia.

I tak sieknęło, że zamarłam do dziś. Właściwie straciłam całą parę twórczą, a przynajmniej blogerską, bo przecież blog to platforma ekshibicjonizmu myśli, obnażanie siebie, swoich bliskich i przyjaciół, w tym – bardzo przepraszam – także Szwagra.

Blog to zajęcie dla Narcyza, który jest w stu procentach przekonany, że świat zapiera dech z ciekawości, co ów dziś ma do powiedzenia. A tymczasem chodzi sobie po świecie ktoś taki, kto – uwaga! – nie to, że nie ma talentu, nie to że nie umie pisać, wręcz przeciwnie, błyskotliwa fraza, tylko że nie chce, żeby inni to czytali. Nie chce, żeby inni wiedzieli, co u niego w głowie. Nie widzi potrzeby. Nie będzie się dzielił. Koniec.

Są takie słowa, które wertują perspektywę. Zapadają w pamięć, paraliżują dotychczasowe nawyki. Warto takich słów posłuchać, przemyśleć je. Pomału, ze zgrzytem nienaoliwionych zębatek, zaczyna się wtedy obracać koło świadomości. I z utartej powszechnie wiary w to, że lepiej gadać, niż słuchać, można wydobyć zupełnie inną prawdę.

Szok i niedowierzanie. A jednak. Ten, kto mówi, traci energię. Oddaje ją innym. Dzieli się. Odrywa od siebie części swoich doświadczeń i wpycha komuś w głowę. Jeśli równocześnie nie potrafi słuchać – nie dostaje nic w zamian. Wychodzi z pustką. Wie tylko to, co sam powiedział. Nie usłyszał nic, oprócz swoich racji.

Ten, kto słucha, zyskuje energię. Przyswaja, wzbogaca swój wewnętrzny świat. Nawet, jeśli nie zgadza się ze słowami, które słyszy – wynosi wiedzę o mówcy. O relacji, jakie mówca buduje. O emocjach. O własnych reakcjach na emocje czyjeś. O tym kawałku kosmosu, jakim jest międzyludzka zależność.

Dlaczego miałby tę wiedzę gdzieś wypuszczać?! Żeby co?!

Nawet teraz, kiedy to piszę, nie wiem, czy słusznie robię. Bo czy kogoś to obchodzi? Czy poza wstępniakiem, ktoś przeczyta całość? Dlaczego miałby chcieć? I, kluczowe pytanie: dlaczego ja miałabym się tym dzielić?

Im dłużej żyję, tym bardziej nic nie wiem. Im bardziej nic nie wiem, tym ciekawiej mi się żyje. Filozofia daje wolność, otwiera umysły. Gdyby zamiast religii, która uczy ciasnych dogmatów, dać tym dzieciakom pofilozofować, może byśmy byli szczęśliwsi? Odwracanie perspektyw może być cudowną zabawą. Coś, co jest utarte, błaga wręcz o świeżość. Po takim liftingu pojawia się ulga i radość. Tak jak wtedy, gdy zrozumiałam, że jak się komuś nie podobam, to to jest przecież jego problem.

Jakiś czas temu usłyszałam od bliskiej znajomej, że nie jest w typie swojego faceta. Bardzo ją to martwiło. Bo on lubi blondynki, a ona jest szatynką. Skąd wiadomo? Kiedyś komuś powiedział. Czy między nimi źle się dzieje z tego powodu? Skądże. Kochają się, jest super. Tylko że ona nie jest w jego typie. Oczywiście, on chce z nią być, świata poza nią nie widzi. Tylko że ona nie jest w jego typie. No, zmartwienie. Może by tak włosy zafarbować? Może obciąć? Może jeszcze coś innego? A może go poprosić, by ZMIENIŁ typ?!

Zapytałam wreszcie, czy w tej całej beznadziei jest jakieś światełko w tunelu. Na przykład: czy on jest w typie jej?

– Oczywiście! – odparła bez namysłu. – On jest idealny, bardzo mi się podoba.

– Podobają ci się jego włosy?

– Tak!

– Oczy, nos?

– Bardzo!

– Gdy na niego patrzysz, odczuwasz radość?

– Tak!

To kto się lepiej bawi?