Prosimy o cierpliwość

A matka mówiła, żebym na medycynę poszła. Wynalazła szczepionkę na raka. Na wszystkie raki. Spoko. Byłoby łatwiej.

Albo to. Czas między wysłaniem książki do redakcji a odpowiedzią na maila. Wyjątkowy trening cierpliwości. Niezwykła przygoda emocjonalna. Skok na bungie z naderwaną liną. Runiesz o skałę, czy przeżyjesz? Roztrzaskasz się na ziemi, czy polecisz w kosmos? Dotkniesz gwiazd, czy będą cię zeskrobywać z chodnika?

Wysłałam. W poniedziałek. Zeszły! Nie żebym się tu chwaliła, bo nie ma czym. Od zeszłego poniedziałku ani słowa. Ani nic. Zero zachwytów, zero omdleń. Żadnych: rewelacja! Żadnych: rewolucja! Moje męki na nic. Albo, co gorsza: na coś. Coś tam. Tak letnio. TAK SOBIE.

Czy ja się godzę na: tak sobie? Czy ja w ogóle chcę to wydać? W życiu. Ja chcę wszystko albo nic. A tu wygląda, że NIC. Wszak, jeśli ktoś by dorwał książkę w poniedziałek, jeśli by go wbiło w fotel, w kanapę, w plastikowe siedzisko w tramwaju, w ławkę, w psa, przecież jakby szarpały nim stronice jedna za drugą, jakby frazy wyciskały łzy i napadały śmiechem, czy ów ktoś czekałby z wyrażeniem emocji do dziś? JUTRA? POJUTRZA?!

Tamten poniedziałek. To było tak dawno! Wieki temu.  Ledwo pamiętam. Zdaje się, że rozmawiałam z Pauliną, napisała o mnie na Facebooku, dostała dwieście lajków. Co tam lajki! Co tam dwieście! Co tam tysiąc! Nie ma takiej nagrody, która by mnie uspokoiła. Matka mówiła, żebym na medycynę poszła. Została lekarzem, naukowcem. Wynalazła szczepionkę na raka. Na wszystkie raki. Spoko. Byłoby łatwiej.

Ledwo chodzę, ledwo dycham. W łazience wpada mi w ręce miesięcznik „Książki”. Dostaję szału na widok tych wszystkich PISARZY. PISAREK. Pisarek bardziej. Najbardziej nienawidzę tych z NIKE. Pokażcie mi, który pisarz nie nienawidzi sukcesów drugiego?! Która uśmiechająca się na eventach blerwa nie utopiłaby w łyżce wody tej drugiej? Ja topię. Gazetę w wannie. Przynajmniej to.

Mijają dwa dni, jest rozpacz. Jak strasznie spieprzyłam rękopis, że takie milczenie wywołał? Ile można przeczytać w dwa dni? Jak ciekawe, to wszystko! Jak nieciekawe, to nic. Wniosek: NIECIEKAWE. Puszczam marsz żałobny. I  na wszelki wypadek Bauhaus.

Trzy dni, cztery. Zastygam w lodowatym stuporze. Nie podoba się! Nie podoba się! Mało. Nie da się czytać! Przecież przez cztery dni można przeczytać co najmniej dwie książki. Jak dobre to i trzy. A tu jedna stoi w gardle. Moja.

Umrę. Zabiję się. Dzwonię do Wołoskiej. Opowiadam. Mówi, że jestem pierdolnięta. Rozważam i to. Nie kłócę się. W końcu musi kiedyś przyjść odpowiedź! Jutro! Śmierć albo życie!

Nazajutrz nic. Mija tydzień. NIC! Zero odpowiedzi. Wypatrując tłustego druku w skrzynce mailowej, popadam w obsesję. Jeszcze się próbuje podeprzeć kotem. Ten ma marzec. Urwanie ogona. Ucieka, gdy tylko mnie widzi i cudem jakimś, z resztek po dawnej zażyłości, gdy był jeszcze małym kotkiem i lazł co chwila na ręce – teraz rzuca pełne politowania spojrzenie. Sekundę później zapomina o łaskach i prycha ostrzegawczo: radź sobie sama. To sobie radzę. Nie wytrzymuję i piszę alarmową wiadomość:

CO JEST, KURWA?!

– Prosimy o cierpliwość.

Kończy się środa. Jutro czwartek. nie czekam, pierdolę. Już wiem. Wiem to na pewno. Mój życiowy wybór, moja nieśmiertelna zajawka, moja walka z matką: to był błąd. Babcia mawiała: kto nie słucha ojca, matki, ten posłucha psiej kołatki. Trzeba było na medycynę iść. Wynaleźć ten lek na raki. Nic prostszego. I nerwy w spokoju. I ludzkość ocalona.

Gwieździsta Noc a kwestia zmywarki

Przyjechał spec i jego brzuch. Obaj walnęli mi wykład, że są świetnymi specjalistami, pokręcili się niemrawo, po czym zniknęli. Na zawsze

Wraz z wiosną rozpoczęłam szaleństwo zmian. Pierwsza zmiana to podjęcie próby naprawienia zmywarki. Owszem, mówiło się o niej nieraz, nieraz się też powtarzało, że trzeba zadzwonić do speca, ba! nieraz się do speca próbowało zadzwonić, niejeden numer telefonu się na rogu gazety zapisało.

Bywały przypadki, że w końcu się gdzieś nawet dodzwoniło, nawet się umówiło, ale – jak to bywa na Kaszubach, niczego się nie doczekało.

Spec, choć raz się kiedyś tam pojawił, a trzeba zaznaczyć, że pojawił się od razu w drużynie ze swoim paraliżująco władczym brzuchem, a tacy mężczyźni lubią robić wokół siebie szalony rejwach, więc ów walnął wykład, że jest świetnym specjalistą OD DWUDZIESTU LAT, po czym zniknął. Na zawsze. A w domu zapanowała katatoniczna, tradycyjna metoda zmywania w tak zwanym ręku. I trwała. Trwała. Trwała. Pół roku trwała. 

I nagle: trach! Zmiana. Wstaję rano, biorę komputer, wpisuję „naprawa zmywarek”, wyskakuje mi elegancki numer, ja – uwaga! – nie zapisuję go na żadnej gazecie, tylko (szok!) wystukuję od razu w komórce, tam zgłasza się człowiek skromny i przejęty, po czym na drugi dzień zjawia się SAM, bez brzucha i po cichu bierze się do roboty.

Nie mówię, że mam skończony temat! Bo jeszcze nie mam. Wszystko płynie, panta rhei. Ale sami widzicie, rzucam się w wir tej wiecznie płynącej rzeki. I działam, działam. Wyszukuję telefonu do stolarza. A niech tam! Niech strugają dla mnie domek, schody, poręcze, meble! Niech mi moszczą życie, w którym działa zmywarka.

Dalej. Zapisuję się na rosyjski! Intensywny, nie ma to tamto. Rosyjski zbiega się z ukończeniem książki, nad którą kiwałam się od listopada, a teraz dostałam istnej szajby i piszę w trzy tygodnie. Oczywiście, mam w głowie miazgę, tu Putin, tam feminizm, tu wojna, tam aborcja, tu koniugacja, tam protest. Ale lecę! Pruję wiosenne powietrze nieustanną ekstazą! Kominek! Chcę kominek! Co tam! Dzwonię do speca, rób kominek! Jezu, pół roku stuporu, niemożliwości znalezienia gazety, na której jest numer do kogoś, kogokolwiek, a teraz łubu du!

To ja jeszcze sufit pomaluję.

Warsztaty! Poprowadzę warsztaty! Będę uczyć ludzi pisać! Będę z rosyjskiego zasuwać na wykłady, będę z wykładów pędzić do OBI, będę z OBI lecieć do IKEI, do Zieleni, do redakcji, na wieczór autorski, Warszawa, Kraków, Szczecin. 

Nie mam czasu, muszę biec. Muszę schudnąć! Jem tylko zupy! Kopię w ogródku!  Jeżdżę rowerem! Kupuję maskę do nurkowania i piankę! Morze się samo nie opłynie! Ziemia się sama nie okrąży!

Kiedy byłam w sanatorium, koleżanka z grupy PSYCHO namalowała mi obraz. Kopię obrazu Van Gogha, pt. „Gwieździste niebo”. Powiesiłam w pokoju. I gdy na niego patrzę, zastanawiam się, czy inni ludzie też potrzebują maniakalnej fazy, by naprawić zmywarkę?

To państwo jest nasze

Nazywanie spermy „dziećmi nienarodzonymi”.

Lekarze skazujące zgwałconą kobietę na dożywotni koszmar.

Pomysły obcięcia finansowania oddziałów dla noworodków.

Demontaż szkół.

Likwidacja szpitali.

Dyskryminacja kobiet.

Próby wprowadzenia ustawy o całkowitym zakazie aborcji.

Wypowiedzenie konwencji o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

Likwidacja opieki okołoporodowej.

Brak finansowania Niebieskiej Linii.

Wycofanie antykoncepcji awaryjnej.

Bezprawie.

To się dzieje tu. W NASZYM kraju. Bo to państwo jest NASZE. Nie, nie jednego człowieka. Nie jednej partii. Nasze.

W piątek o 10.00 będę uczestniczyć w debacie ICH ZAKAZY, NASZE PRAWO zorganizowanej przez Koalicję Mam Prawo. Debata odbędzie się w budynku Sejmu RP.

Nie oddamy Polski.

#topanstwojestnasze

SONY DSC