Zamrożony gniew

Depresja to nigdy niewykrzyczane NIE. To gula w gardle, ta sama, która towarzyszyła ci w dzieciństwie, gdy strasznie nie chciałaś się rozpłakać, gdy chciałaś coś powiedzieć, ale ani nic nie powiedziałaś, ani nie uchroniłaś się od płaczu

270452_1884636911635_2775895_n

Od ponad roku choruję na depresję. Ale tak naprawdę tyle czasu próbuję ją wyleczyć, bo choruję od dzieciństwa. Oczywiście wcześniej nic o tym nie wiedziałam i usiłowałam zrobić wszystko, żeby nie czuć, że jestem chora. Najsprytniejszym zabiegiem, jakiego dokonał mój organizm były silne bóle głowy, które pojawiły się w dzieciństwie. Były tak silne, że traciłam przytomność w szkole, a  gdy ktoś mnie odprowadzał do domu, zalegałam nieruchomo na kanapie jak jaszczurka, nie mogąc ruszyć nawet małym palcem u nogi. Dziś wiem, że tak wygląda depresja –  nie możesz ruszyć nawet małym palcem u nogi. Ale wtedy nie wiedziałam. Wtedy znosiłam ten ból jako coś zwyczajnego, zwyczajnie znosiłam też lęki, które rosły w pokoju, zamieniały szafę w potwora, kwiaty w oknach w przerażające maski, a w drzwiach ukazywały szatana. Kuliłam się przed ogromem, który tętnił niepojętym tętnem strachu, rósł w nieskończoność i pożerał mnie, małą, znikającą, nieważną.

Któregoś dnia, gdy byłam już dorosła, ból głowy stał się tak silny, że leżałam bez ruchu, patrząc w sufit, po którym przesuwały się obrazy małych dzieci z wbitymi w plecy kolcami. Łzy lały mi się po policzkach, choć nie mogłam wykrztusić choćby słowa. Zdawało mi się, że umieram i tylko szkoda mi było tego życia, w którym jestem mamą.

W szpitalu dali mi zastrzyk. Jakiś taki, który cudownym sposobem natychmiast eliminował ból. I wtedy dopiero zaczęło się piekło. Moje piekło, osobisty zgon w męczarniach, gdzie tęsknisz do zwykłego bólu głowy, gdzie leżenie bez ruchu zdaje się wybawieniem, bo przecież wystarczy leżeć cicho, żeby przetrwać. Tu, w moim piekle nie wystarczy leżeć cicho. Tu chce się krzyczeć wrzeszczeć, wołać, ale nic nie można, bo coś zapycha ci dech. Tu, w nieruchomym leżeniu, nie ma żadnej ucieczki. Tu dopada cię rozdzierająca rozpacz, taka totalna, wiekuista, uświadamiająca, że nic, nic ci nie pomoże, czarna piana, rozpadlina, dół. Cierpienie nie do opisania, gnijąca tkanka, żywe istoty rozpadające się w męczarniach. Jak opisać ból człowieka, który stracił nadzieję? Który wie, że każdy kolejny dzień zbliża go do śmierci, a każdy kolejny dzień będzie tylko gorszy od poprzedniego, bo przecież nic, nic, czarna piana, rozpadlina, dół?

Postanowiłam nigdy nie brać tych zastrzyków, nigdy nie łykać prawdziwych leków na migrenę, z lekką niczym obłok aspiryną razy trzy plus ibuprom razy dwa – dryfować między bólem fizycznym, a cierpieniem psychicznym, które przecież zawsze można dodatkowo zalać browarem i uśmierzyć fajką. Ale gdy w środku obudził się mój zrozpaczony demon, takie dziecko z przerażającą twarzą, które nigdy nie zaznało oddechu, choć krzyczy – nikt go nie słyszy, zastyga więc z otwartymi ustami i bezsilnym niemym wrzaskiem, kiedy się to coś we mnie obudziło, zapragnęło rzucać krzesłem po ścianach i wyć jak zraniony niedźwiedź, skapitulowałam. Straciłam wszystkie maski, straciłam siłę do dalszego grania, straciłam nawet rodziców, których zamroziłam tak samo jak wcześniej zamroziłam swój gniew.

Depresja to zamrożony gniew. To nigdy niewykrzyczane NIE. To gula w gardle, ta sama, która towarzyszyła ci w dzieciństwie, gdy strasznie nie chciałaś się rozpłakać, gdy chciałaś coś powiedzieć, ale kurwa, ani nic nie powiedziałaś, ani nie uchroniłaś się od płaczu. To wstyd, że jesteś taka, to ból, że siebie nie znosisz, to rozpacz, że nikt cię nie rozumie.

Od tygodnia jestem w ośrodku dla chorych na depresję. W zdumieniu słyszę swoje historie, opowiadane przez najróżniejszych ludzi. Ludzie są różni. Każdy jakiś jest. Są młodzi, są starsi, są tacy jak ja. Zgięci, spłakani, połamani. Szukający samotności, uciekający od zgiełku, przerażeni. I choćby nie wiem, co ich tu sprowadziło, zwolnienie z pracy, zawód miłosny, mąż alkoholik, przemoc, rozwód, kredyt, czy trzy książki napisane w ciągu roku – wszyscy, absolutnie wszyscy chorują na tę samą chorobę. Na dzieciństwo. Na zamrożony w nim gniew.