Mężczyzna mojego (spieprzonego) życia

I nagle go dostrzegam. Oto moje Życie siedzi z miną oniemiałą, obok Królowa Blondu strzela wzrokiem spod doklejanych rzęs, bez głębszego zrozumienia nadchodzącej katastrofy jej – jakże fajowo zapowiadającego się wieczoru…

z17389624Q,MIlosc

Wracam z pracy, odbieram Igorka z przedszkola, Rozalkę ze szkoły, mijam skrzyżowanie, na skróty przez osiedle, idę wzdłuż witryny tej miłej kawiarni, do której nigdy nie mam czasu wstąpić, bo wiecznie z tymi dziećmi, albo przedszkole, albo szkoła, albo zakupy, albo obiad, albo do roboty szybko, a z roboty jeszcze szybciej. A tam grają jazz i w babskie wieczory podają urzędniczkom kopiaste desery, tak żeby nigdy w życiu nie schudły i zawsze już mogły godzinami podczas pracy utyskiwać na swoją nadwagę. I tam właśnie dostrzegam, w towarzystwie bogini blond, znajomą sylwetkę mężczyzny mojego spierdolonego życia. A uwieszone na mnie dzieci skaczą z radości jak małpy, rozpoznając tak długo nieoglądanego tatę. Tęsknota zaczęła już w nich pomału kipieć – każdego wieczora, gdy próbowałam ukołysać je czytaniem bajek i za diabła nie mogłam, bo ciągle o niego pytały.

No to bach! Mają go! W całej okazałości. Plus blondie w ekstrasie. Wchodzimy, kochani. Jedziemy po bandzie. Ja nie mam z kim zostawić dzieci, żeby wyjść gdziekolwiek, a tu tymczasem taka impreza! Hej, dzieciaki! Macie ochotę się zabawić? Pewnie że mają ochotę. Czemu nie? I idziemy przez knajpę, moje Życie siedzi z miną oniemiałą, Królowa Blondu strzela wzrokiem spod doklejanych rzęs, bez głębszego zrozumienia nadchodzącej katastrofy jej – jakże fajowo zapowiadającego się wieczoru.

A ja mam w dupie ich wieczór, ja się nie mogłam dodzwonić do niego przez dwa tygodnie, ja nie mogę się doczekać kasy na czesne, ja nie mam na buty dla dzieci. I tak, w pełnej krasie nagromadzonej furii, sadzam zachwyconego Igorka na jednym ojcowskim kolanie, rozpromienioną Rozalkę na drugim i zakręcając piruet ulgi, lżejsza o dwadzieścia dziewięć kilo, wychodzę z knajpy, łapię Zetkę do Gdyni i też jadę posłuchać jazzu.

Na żywo.


Fragment powieści w przygotowaniu.

Kliknij w okładkę, aby zamówić Furię Mać!

cover_01_finit

Z nerwów chce mi się płakać, mamo

Mija mnie facet na rowerze z dzieciakiem, po chwili szarpie się z tym rowerem i dzieckiem, bo rozgrzebali ścieżkę, kładąc kanalizację. On pcha ten rower między ogrodzeniem budowlanym a hałdą piachu, nie mieści się, włazi na hałdę, buty całe w błocie.

– Polska, kurwa! – klnie.

Sylwia Kubryńska - WO (4)
fot. Dawid Groński/Agencja Gazeta

Matka pyta, co słychać.

Co słychać? Całe życie próbowałam się tego nauczyć i nie wiem do dziś. Nie wiem, nie mam pojęcia, jak się odpowiada na pytanie: „Co słychać?”. Może to, że zostawiłam Kubę w kinie i przez godzinę paliłam papierosy na zewnątrz? A może to, że kupiłam mu wielką torbę cukierków i twój wnuczek, mamo, twoja krew, potomek polskich katolików, patriotów do szpiku kości, będzie teraz czcił szatana, częstując innych czcicieli szatana cukierkami?

A może po prostu nic nie mówić?

Codziennie rano wypisuję sobie w terminarzu parę słów, które mają wypływać z mojego wnętrza, ze studni mózgu. Przypomina mi to owszem studnię, ale pełną smoły. Gdy już mi się uda wreszcie coś z niej wyłowić, jest to na przykład stary kalosz smutku. Znoszony gumofilc lęku. Strzęp niechęci. I gałgan z dna gardła, supeł na krtani. To właśnie słychać. Pogadamy? Zawijam się w rulon, w naleśnik. Mamo, masz może jakiś dobry przepis na naleśniki? Pogadamy o przepisach kulinarnych. Weźmy na tapetę, na przykład mąkę. Wodę. Dwa jajka. I olej do smażenia naleśników. Olej do smażenia naleśników jest wspaniały. Kupuj olej do smażenia naleśników. Będziesz mi mówiła bardzo długo i nużąco, jak się robi ciasto, a ja się tymczasem zawinę, odetnę się, ucieknę, wyłączę, tylko po to żeby zebrać siły na nowy konflikt. Bo przecież obie doskonale wiemy, że ten sztucznie neutralny temat przeobrazi się za sekundę w wojnę atomową. W końcu i tak się pokłócimy. Jestem pewna, że nawet kiedy zaczniemy rozmawiać o naleśnikach, znajdziemy powód do kłótni. Ja się z matką kłócę nawet przez sen. Przez sen, w którym matka wiesza mi krzyże nad łóżkiem, a ja charczę psami.

Zawsze, za każdym razem okazuje się, że trzeba było wyłączyć telefon. Albo chociaż wyciszyć. Zanim zadzwoni, zanim zapiszczy SMS. Ja nie umiem rozmawiać przez telefon, nie umiem rozmawiać przez SMS, nie umiem rozmawiać przez komunikator. Nie umiem rozmawiać twarzą w twarz. Nie umiem rozmawiać tak, żeby się nie pokłócić. Dokładnie tak samo, jak trzydzieści osiem milionów ludzi w tym kraju.

***

Idę ulicą i przyglądam się twarzom. Zacięte usta, odwrócone oczy. Ludzie nie patrzą sobie w oczy. Ja też odwracam wzrok. Tak mnie wszystko wkurwia, że aż mnie boli. Bolą mnie ramiona, plecy, boli mnie głowa. Boli mnie życie, boli mnie ten tłum na ulicach, tłum z zaciętą miną, jedną, homogeniczną, wielką maską nieprzychylności. Mija mnie facet na rowerze z dzieciakiem, po chwili szarpie się z tym rowerem i dzieckiem, bo rozgrzebali ścieżkę, kładąc kanalizację. On pcha ten rower między ogrodzeniem budowlanym a hałdą piachu, nie mieści się, włazi na hałdę, buty całe w błocie.

– Polska, kurwa! – klnie.

Boli mnie ta Polska, kurwa. Bolą mnie ludzie w windzie, milczący nieznajomi nie mówiący „dzień dobry”. Boli mnie każdy poranek, każdy przedmiot, którego muszę dotknąć. Boli mnie telefon, boli mnie wyświetlacz ze zdjęciem chłopca, którego kiedyś zostawiłam w kinie. Boli mnie ekran, na którym codziennie pojawiają się nazwiska wszystkich osób, z którymi nie mogę, nie chcę, nie umiem rozmawiać. Boli mnie ranking najlepszych książek, wśród których nie ma mojej. Boli mnie Grand Press, którego nigdy nie dostałam, boli mnie każda nagroda, którą dostają inni, a ja jej nigdy nie dostanę. Boli mnie X i boli mnie Y. Boli mnie Fronda i boli mnie Natemat. Boli mnie mama i tata. Moher i leming. I ten język nienawiści obu stron, zaciekłe skakanie sobie do krtani. Bolą mnie oczy od patrzenia w monitor, gdzie wyskakują kolejne wyroki na mnie, na moją wrażliwość, na moją nigdy nie wykiełkowaną radość życia.

Jestem taka zła, jestem taka wściekła, że z nerwów chce mi się płakać, mamo. To słychać.


Fragmenty mojej najnowszej książki Furia mać! Więcej na Wysokie Obcasy

Zamów książkę w promocyjnej cenie:

cover_01_finit

Dzień Matki

Rano wstaję wcześnie, a i tak za późno, ze wszystkim za późno, ze wszystkim do tyłu, ile by się nie robiło, zawsze stos…
100-najwazniejszych-zdjec-swiata.-matka-tulaczka
fot. Dorothea Lange
– Panie Boże, jestem matką, to strasznie trudne, wszyscy mnie wokół oceniają, krytykują, pilnują każdego kroku. Znikąd pomocy, tylko same uwagi. Matka mnie ocenia, ciotka krytykuje, teściowa wiesza na mnie psy. Jedna mówi, że mam dokarmiać, inna, że nie wolno. Zupki trzeć z marchewką, albo dawać koper. Prasować ubranka, każde z osobna, bo bakterie.
Wczoraj wywiadówka, dziś jelitówka. Nie wiem, w co ręce włożyć, szłam z dzieckiem na ręku, przewróciłam się, nikt nie pomógł wstać. W tramwaju wszyscy klną, dzieciak słyszy, a ja się boję im zwrócić uwagę. Nikt nigdy nie zwraca, a co dopiero matka z dzieckiem. Wystarczy, że oczami przewracają, jak dziecko zapłacze. Nawet jak się wydziera, to i tak nic nie mogę zrobić, nakarmić nie wolno, bo kierowca wyrzuci, bo piersi na wierzchu.
Do lekarza kolejka na trzy godziny, w pracy krzywo patrzą, że znów na zwolnieniu. Mówią, że jestem gruba, że już nie taka ładna. Muszę schudnąć, więc zasuwam wieczorami na bieżni i tracę przytomność. Biegam z wózkiem i nosidełkiem na rolkach, wszystko mnie boli, chyba mam żylaki. Nic już nie jem, bo skaza białkowa i ten cellulit, włosy mi wypadają. Nie chcę być gruba.
Chciałabym robić zdjęcia, malować, coś zrobić dla siebie, ale nie mam czasu.
W dzienniczku uwagi, nauczycielka zadaje dzieciakowi zadania do domu, tyle że muszę trzy godziny z nim siedzieć, a drugi dzieciak się drze. Jak coś złego, to zawsze mówią, że matka nie dopilnowała. Nikt nigdy nie mówi, że ojciec nie dopilnował.
Rano wstaję wcześnie, a i tak za późno, ze wszystkim za późno, ze wszystkim do tyłu, ile by się nie robiło, zawsze stos.
Lekarka mówi, że to depresja, muszę brać leki, bo zrobię coś złego. Nie chcę robić nic złego.
W zeszłym tygodniu trzasnął mi kręgosłup, nie mogłam wstać, ale wstałam…
Czy mógłbyś mi jakoś ulżyć?
– Spierdalaj.

Klauzula na wibratory

Z fizjoterapeutami idzie wam koncertowo, ale zostawiacie furty! Wybiegi! Uchylone drzwi dla grzesznic, którym prócz rozpasania w lędźwiach, po głowach hula MASAŻ!

kobiety

Posłowie PiS złożyli projekt zmiany w ustawie o zawodzie fizjoterapeuty. W projekcie jest przewidziana klauzula sumienia dla tego zawodu. Jako przykład zastosowania klauzuli i powodu odmowy wykonania masażu, podano m.in. wkładkę domaciczną u kobiety. Posłanka Bernadetta Krynicka i wiceminister Tombarkiewicz mogą być dumni z pomysłów. Ja jednak wietrzę tu niedociągnięcia i to poważne.

Partio PiS! Rządzie Polski! Czekajcie. Nie tak prędko. Dobrze wam idzie, ale jednak zostawiacie luki! Owszem, pomysł z klauzulą sumienia dla fizjoterapeutów jest genialny. Jednak nie wolno wam spoczywać na laurach. Nie stać was na bylejakość. Jak moralność to moralność. W końcu jesteście jej strażnikami. Z masażystami idzie wam koncertowo, ale zostawiacie furty! Wybiegi! Uchylone drzwi dla grzesznic, nierządnic i zwykłych dziewuch, którym prócz rozpasania w lędźwiach, po głowach hula MASAŻ!

Mówicie, że przypilnujecie porządku, dobrej zmiany? Ha! A co, pytam, z fotelami masującymi?! Co z przyrządami z Rossmana, konikami z IKEI, trawiastymi gąbkami na cellulit? Czy laserowemu umysłowi posłanki Bernadetty Krynickiej nie umknął aby ten potężny problem? Czy w moralności wiceministra Marka Tombarkiewicza, nie zagnieździł się aby szatan, co uśpił świętą czujność? Zagnieździł się! I na zgubę naszą, masujące przedmioty po wolnym rynku krążą. A te rozpustnice kobiety, wysuwając środkowy palec w kierunku błogosławionego rządu, będą się walać po fotelach w media marktach! Bezwstydnice, będą się bawić! Będą się CIESZYĆ! Biada!

Nie mówicie, że zrobicie fotele na receptę. Na receptę jest już pigułka antykoncepcyjna i co? Przebiegłe baby w domowych zaciszach konstruują z niej bomby atomowe. Recepta to słaby zasiek. Ja bym wbudowała rentgena. Przenikające na wskroś systemy testujące zawartość klientki. Ma ona w środku niecny metal, czy nie? Hę? Jak ma, to sorry. Zero masażu. Niech ją Stefan wymasuje. I dziecko zrobi.

A więc rentgen. Rentgen w fotelu, rentgen w gąbeczce, rentgen w masujących przyrządach. Wszelkiej maści wibrujące uciechy należy objąć klauzulą. Bezzwłocznie, natychmiast, na koszt podatnika. Tak nam dopomóż PiS.