Nie ma żadnej obrony życia. Jest atak na życie

Nie podoba mi się, że mówimy dziś o aborcji. Bo tu wcale nie chodzi o aborcję. Tu chodzi o życie. O decydowanie, kto ma żyć. O manipulację totalną. O rząd dusz

270452_1884636911635_2775895_n

Nazywam się Sylwia Kubryńska i jestem feministką. Jeśli ktoś nie wie, co to oznacza, niech sobie wrzuci w Wikipedię. Dla ułatwienia powiem tylko, że feminizm oznacza równość. Równe prawa dla kobiet i mężczyzn. Równe traktowanie. Brak dyskryminacji ze względu na płeć.

W tym kraju nie ma równego traktowania. Jest za to spora grupa kobiet, która gardzi feminizmem. To są te kobiety, którym nawet nie chce się wrzucić tego hasła do Wikipedii. One siedzą dziś w Sejmie. To one decydują o naszym losie. To one powtarzają za kościołem te farmazony o aborcji i rozszarpanych zygotach,  zabierając jednocześnie tym, co zygotami już nie są, prawo do życia. Te kobiety nie reprezentują interesów kobiet w Polsce. One reprezentują interesy grupy mężczyzn, którzy mają pieniądze, władzę, wygodne samochody, ale kompletnie nic wspólnego z życiem rodzinnym. Jeśli szefowa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów bez zażenowania płaszczy się przed  biznesmenem w sutannie, który otwarcie gardzi kobietami, gardzi ludźmi, to jak mamy się czuć?!

Nie podoba mi się, że mówimy dziś o aborcji. Bo tu wcale nie chodzi o aborcję.  Tu chodzi o życie. O decydowanie, kto ma żyć. O manipulację totalną. O rząd dusz. Ale my jesteśmy silnymi i świadomymi swoich praw – praw człowieka, praw do życia – kobietami. Nie łykamy patriarchalnych bzdur o słabej niewieście, która nie ma nic do powiedzenia w sprawie własnego życia. Nie łykamy tych obłudnych działań w celu rzekomej obrony życia. Nie ma żadnej obrony życia. Jest atak na życie. Jest pogarda wobec życia. Bo nikogo tu nie obchodzi święta poczęta zygota. Nikogo nie obchodzą dzieci narodzone. Nikogo nie obchodzi zgwałcona nastolatka, czy kobieta, dla której ciąża oznacza śmierć. Wymaga się od niej najwyższej ofiary, by obronić wartości, których tak naprawdę nie ma.

W latach 60-tych w Polsce przeprowadzono 500 tys. zabiegów przerywania ciąży. Podobnie w kolejnych dziesięcioleciach. To daje co najmniej milion winnych aborcji. A najprawdopodobniej, 1,5, dwa miliony. Pomnóżmy to przez ten okres, kiedy aborcja była legalna. Ile to będzie ludzi? Macie kalkulatory? Sporo, co? To gdzie są ci ludzie? Może w szeregach rządu, wśród kobiet w moherowych beretach, a nawet w kościele.  I oni dziś się nawrócili i swoje sumienie chcą oczyścić naszym prawem do życia. Oni każą zgwałconej nastolatce rodzić, bo mają złe sny!

Od początków kościoła  w Polsce kobieta ma podrzędną rolę w społeczeństwie. Chcę wam, kobiety uzmysłowić, że tysiąc lat to w dziejach ludzkości epizod. Najwyższy czas skończyć z tym epizodem. Nie pozwolimy, aby epizod stał się naszym przyzwyczajeniem. Nie pozwolimy, aby nam i naszym córkom wmówiono, że są słabe i gorsze. Nie jesteśmy ani gorsze, ani tym bardziej słabe. Bo trzeba nadludzkiej siły, aby przeżyć tyle lat upokorzeń i bólu, jaki zgotował nam patriarchat i przetrwać. I powiedzieć DOŚĆ. My mówimy DOŚĆ!

Gdańsk/Ustawka/Protest przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej

Skrzydła, zboczeniec i lew

Dziecko wyłazi z becika, otrząsa się, skacze na poręcz i przybiera postać kota. Jaki to gatunek? Myślę gorączkowo, muszę sprawdzić w googlach, ale teraz nie mam czasu, bo dzieciak mi ucieknie, więc łapię kota i ciągnę z powrotem do łóżeczka…

Najpierw latałam. Latałam właściwie przez większość swojego dzieciństwa, dopóty, dopóki nie zaczął mnie gonić zboczeniec.

Ale po kolei. Moje latanie nie było zwykłym lataniem – jak ptak. Nie było też w żaden sposób skażone techniką, żadnymi wspomagaczami typu motolotnia, spadochron, czy nie daj Boże, samolot. Ja nauczyłam się latać w taki sposób, jak się pływa. Stylem żabki. To proste. Wystarczy się nieco wysilić, zwłaszcza na początku, gdy człowiek musi pokonać barierę grawitacji. Zazwyczaj ten moment jest dość trudny, pojawia się lęk i chwilowy brak wiary w siebie, ale to mija. Mocny, zdecydowany ruch ramion, miarowe odepchnięcie nogami mas powietrznych daje imponujący efekt. A potem już się zapomina o strachu, o zasadach fizyki, o wszystkim. Potem się ogląda świat, potem się podziwia widoki.

Z początku latałam na małych przestrzeniach, na przykład w pokoju. W szkole. Na strychu. Kicałam po sprzętach, lądowałam na piecach kaflowych i szczytach szaf. Szybko mi się to jednak znudziło,  zaczęłam więc skakać z okien ku suchego przestworowi oceanu. Tam była odpowiedź na pytania o sens życia. Tam była cała radość i zachwyt, jakiego tak trudno dopatrzyć się na jawie. Tam była prawda, jakiej potem każdy człowiek próbuje odkryć  po siódmym kieliszku. Nie odkrywa. Nie odkryje. Po alkoholu źle się śpi, po alkoholu się nie lata.

Ja spałam trzeźwa jak anioł i wciąż latałam. Ludzie dreptali po chodnikach miast, jeździły tramwaje, autobusy, ciężarówki. Tam i ówdzie przejechał jakiś rower i wszystko toczyło się swoim rytmem. A ja latałam. A ja patrzyłam na przestrzenie między dachami, ja widziałam iglice kościołów. Drzewa i gołębie wśród liści, jeziora, lasy i rzeki. Tak sobie latałam beztrosko, gdy przyszedł ten cholerny zboczeniec. Facet w prochowcu, twarz zakryta, idzie za mną, a ja nagle nie latam. Biegnę jak szczur do klatki schodowej zdyszana, przerażona, niema. Nie umiem już latać, już jestem za ciężka, za słaba, za głupia. Już jestem kobietą, której życiową misją nie są widoki, radość i zachwyt, ale ucieczka. Ukrywanie siebie, umykanie do klatki przed facetem w prochowcu. Facet w prochowcu jest wielki i groźny, facet w prochowcu jest mocny i straszny. Ja słaba. Ja żadna. Ja marna.

Zboczeniec wracał tak uparcie, że wyparł całkowicie latanie. Wbił mnie w ziemię klątwą nielota, zabrał mi moc moich ramion. Jak w tej baśni o Czarownicy Diabolinie, której zazdrosny kochanek odciął skrzydła, gdy spała. Która bez skrzydeł straciła moc. Ja też straciłam moc. Bałam się zasnąć każdej nocy, wiedząc że znów będę uciekać, że będę się bać, że strasznie będę wstydzić. Bo trzeba wiedzieć, że gdy uciekałam, zawsze te drzwi do klatki były zamknięte, wtedy biegłam do następnej klatki i tam też było zamknięte, a gdy szukałam schronienia w trzeciej – dziwnym zrządzeniem sił robiłam się goła. I ludzie, których kiedyś oglądałam z góry – teraz patrzyli na moje nagie ciało, patrzyli z naganą, z odrazą i gniewem. A ja skurczona, wpół zgięta, pokracznie osłaniałam swoje wstydliwe miejsca i kluczyłam w kierunku jakiegokolwiek schronienia.

I tak, w tej sromocie dorosłam. Ale dorosła nie stałam się silna. Skrzydła mi nie odrosły, ubrania mnie nie zakryły. Tylko ten lęk w prochowcu ciągle za mną podążał. A panorama świata, panorama uczuć – wciąż niedostępna.  Aż przyszła kolejna noc. Dziwna i straszna, lecz trochę też miła. Jak film, jak teatr, w którym niby gram rolę, a jednak to się dzieje naprawdę.

Tej nocy urodziłam dziecko. Dziecko, którego się nie spodziewałam. O którym, być może – zapomniałam? Którego nie znałam, o którym nie wiedziałam wiele, prócz tego, że oto – bach i jest. Jest i rób coś z tym. Matko Polko, zajmuj się i martw. Dźwigaj, karm i kochaj. A ja nie kochałam. Ja patrzyłam z boku i oceniałam. Jak wygląda? Ile waży? Normalnie? Kto wie, skoro nie mam wagi? Trzeba iść do innych kobiet, do matek Polek, przeciętnych normalnych, które rodzą normalne dzieci i NORMALNIE się nimi zajmują. Patrzę za parawan, jest tam jakaś matka, ona też ma dziecko, ale jej dziecko jest jakieś mniejsze. Dużo mniejsze. Wszystkie są mniejsze. Tylko moje wielkie. Ogromne. Niezwykłe. Nienormalne.  I nie wiem, co z tym dzieciakiem teraz. Co teraz? Chowam się zakłopotana, boję się, co powiem rodzinie. Co powie lekarz? Ale, ale. Tylko patrzcie! To dopiero początek! Wielkie dziecko wychodzi z becika, otrząsa się, skacze na poręcz i przybiera postać zwierzęcia. Kota! Dzikiego, wielkiego i w prążki. Kawał drapieżnika. Jaki to gatunek? Myślę gorączkowo, że muszę sprawdzić w googlach, ale teraz nie mam czasu, co ludzie powiedzą, po porodówce skacze kot?! Druga rzecz, że dzieciak mi za chwilę całkiem ucieknie, więc łapię go na ręce i ciągnę z całej siły z powrotem do łóżeczka. Ale nie mogę, bo kocisko, gepard to, tygrys, czy lew? – jest większe ode mnie, w dodatku drapie i gryzie! Fukam na niego, bądź grzeczny, ale on na mnie gwiżdże i wcale grzeczny nie będzie. Nie będzie! On ma pazury i zęby, on ma mięśnie ze stali. On ma złotą sierść. On pieprzy kołyskę i becik!

Kobieta za parawanem głową kręci, ale jakoś bez nagany, raczej z podziwem. To ci dopiero! – mówi. – Ty miałaś taką moc?!

Ja miałam taką moc. Zawsze, od dziecka miałam moc. Ktoś mi po drodze wmówił, że facet w prochowcu miał większą. A weźcie faceta w prochowcu postawcie przed tygrysem? Dajcie go do lwa. Kto kogo będzie gonił? Kto po klatkach będzie się chował? Kto, gdy tygrys zedrze zeń płaszcz, na golasa będzie biegał? Kto zgięty wpół, jedną ręką niezdarnie zasłoni swe wstydy i będzie kluczył po mieście? Błagam! Pośmiejmy się.

I siadam rozbawiona i zupełnie goła obok kota na poręczy. Już nie boję się faceta w prochowcu, nie boję się niczego. Nie wstydzę się ani trochę. Mam dzikość w sercu, mam pazury i zęby. Przytulam się do miękkiego futra swojego „dziecka”, mojego „zwierza”. On jest mój, on jest częścią mnie, on mi nie grozi, on mnie obroni.

Wczoraj znów latałam. Wyskoczyłam przez okno połaciowe, co jest największym wyczynem. Coś jak bungee, tylko bez lin. Najpierw się wdrapałam na dach, odbiłam się od framugi okna, a potem: hop! – pofrunęłam. Leciałam nad Stocznią Gdańską, wzdłuż gdańskiej Starówki,  nad wieżą Mariacką, nad łbami żurawi, nad morze. Widziałam ludzi w wiosennych ciuchach i kwiaty wśród traw. Widziałam świat wzdłuż i wszerz, to co widzialne i to, co nie. Widziałam moje sny. Widziałam moje życie.

12932576_1186859328005026_2085088500317797483_n