Jestem Bohaterem. Nie radzę sobie

Weszłam do komnaty Sinobrodego, a tam trupy. Trupy mojej pewności siebie, mojej przebojowości, mojego poczucia własnej super wartości. A na trupach siedzi ten żałosny, trochę śmieszny, a na pewno bardzo smutny stworek przypominający kartofla i z bezlitosną szczerością mówi do mnie:

– Nie radzę sobie.

Bohater

 

Wczoraj przeczytałam książkę. A może raczej przewędrowałam książkę, bo tak chyba powinnam nazwać to uczucie, które towarzyszyło mi podróży przez kolejne kartki „Bohatera” Małgorzaty Halber. Przewędrowałam po własnych nastrojach, po swoich lękach, po zakamarkach labiryntu tej obawy, którą tak skrzętnie próbuję zakryć codziennym uśmiechem, nieco uniesionym głosem, zapewnieniem, że spoko, że jestem super, że idę do przodu, że robię mnóstwo wspaniałych rzeczy i z pewnością osiągnę sukces, bo sukces osiągnąć NALEŻY.

No więc wczoraj otworzyłam książkę, weszłam do komnaty Sinobrodego, a tam trupy. Trupy mojej pewności siebie, mojej przebojowości, poczucia własnej super wartości. A na trupach siedzi ten żałosny, trochę śmieszny, a na pewno bardzo smutny stworek przypominający kartofla i z bezlitosną szczerością mówi do mnie:

– Nie radzę sobie.

Nie radzę sobie, jak ktoś na mnie krzyczy. Nie radzę sobie, gdy ludzie do mnie mówią. Nie radzę sobie z tym, że ciągle się porównuję do innych. Nie radzę sobie, że wszyscy są ode mnie lepsi. Nie radzę sobie, gdy słyszę, że mam się wziąć w garść. Że mam się „wyluzować”. Że wszyscy wokół napierdalają codziennie na Facebooku, jakie odnoszą hiper sukcesy. Że się tak prostują, że tak się agresywnie napinają, jakby mieli wystrzelić z łuku w moim kierunku za karę, za moją kartoflowatość, niezborność, nieumiejętność, za moje skulenie, za moje zmechacenie, za smutek, ból, zmęczenie i niepewność. Za lęk.

Nie ma miejsca na zwiniętą w kłębek fokę w świecie samych wypicowanych gwiazd, które nigdy nie śpią, a jakimś cudem są zawsze wyspane i tak zajebiste, że wszyscy wokół pieją. Nie ma miejsca na ciszę w świecie rozkrzyczanych gospodarzy teleturniejów, hiperaktywnych doradców „jak żyć”, „jak osiągnąć sukces”, „jak się nie zesrać”. Nie ma tu miejsca na słabość, nie ma miejsca na szczerość, nie ma miejsca na łzy. I właśnie Małgorzata Halber to miejsce ze świata wydziera. I na tych wydzierankach powstaje Bohater. I jest on moim Bohaterem, bo jako jedyny na świecie ma odwagę przyznać się ze wstydem:

– Na niczym się nie znam.

I płaczę od samego rana. No trudno.

Mój Boże, ile ja się naukrywałam ze swoim płaczem! Pamiętam taki moment, strasznie bolesny, kiedy na jakiejś uroczystej firmowej kolacji mój ówczesny szef, przy całym stole gości, przy pracownikach, przy wysoko postawionych notablach, powiedział mi straszną przykrość. Powiedział to ostro, kategorycznie, bez cienia żartu i poczułam się jak wtedy , gdy miałam sześć lat i kierownik mojej mamy mnie zbeształ za to, że jestem.

Siedziałam teraz przy stole i czułam ogromny wstyd, ale nie dlatego, że on mnie tak potraktował, ale dlatego, że bezlitośnie napływały mi łzy do oczu i nie potrafiłam tego opanować. I tak się karałam za te łzy, tak się wewnętrznie beształam, że czułam się już teraz jak zgnieciony kawałek szarego ziemniaka, jak nasz Bohater właśnie. Wyszłam do łazienki i płakałam tam przez dwadzieścia minut. A potem wyżebrałam od kogoś papierosa i, mimo że nie palę, zafundowałam sobie jeszcze dodatkowy ból, duszący i gryzący dym oraz mdłości i ból głowy. Bo przecież byłam już tak nieważna, tak żałosna, że musiałam sobie dopierdolić na amen.

Do dziś się zastanawiam, co by było, gdybym została wtedy przy stole i pozwoliła sobie publicznie na te łzy. I zostawiła ten problem mojemu oprawcy, który już nie czułby się tak dobrze, bo przecież w jawny sposób potraktował mnie krzywdząco i oto cała sala patrzy. Ale kurwa, każdy z nas w takiej chwili spieprza gdzie pieprz rośnie i zabiera ze sobą ból i zdejmuje ze wszystkich konsekwencje, byle tylko nie pokazać słabości.

Małgorzata Halber tę słabość pokazuje. Ja tę słabość zabieram ze sobą. Stawiam na biurko w pracy i niech ze mną będzie. Jak sztandar obronny, niech oznajmia światu, że nie jestem silna. Nie jestem silna i mam do tego prawo.

10 comments

  1. Anonim

    Trzeba się było wtedy rozpłakać. Dokładnie. Ludzie mieliby problem, szef miałby problem z tym, że sprawił Ci przykrość, inni mieliby problem z tym jak zareagować, czy pozwolić szefowi na publiczne upokarzanie. W męskim świecie płacz był zwykle oznaką słabości, czymś co umniejszało osobę płaczącą w oczach obserwatorów, ale ten świat przecież nie należy jedynie do mężczyzn. Prawda jest taka, że ich strasznie wkurza, kiedy kobieta płacze! Nie wiedzą wtedy zupełnie co robić. I to jest ta prawdziwa słabość.

  2. karo

    Ja rozpłakałam się na kolegium… naczelny zjechał mnie od góry do dołu w obecności 10 osób. Nie mogłam się opanować, a szef nie patrząc na mnie, nie miał chyba tyle odwagi, poprosił żebym wyszła. Dziś udaje, że jest super, a ja mam ochotę zapytać: Czy lubisz poniżać ludzi?

    Teraz zastanawiam się, czy nie będę płakać przy facecie, którego kocham, a który traktuje mnie jak śmiecia (nie jesteśmy razem)… może powinnam właśnie? ech, dzięki za wpis. A Bohatera uwielbiam od bardzo dawna!

  3. Tu Od Teraz

    Bohaterski post! Gratuluję, bo czego chcieć więcej niż prawdziwej odwagi w tym świecie i prawdziwego Siebie. A tu było tego aż po uszy! I mimo słabości czytało się o odwadze – ja ją wyczytywałam!

  4. Weronika Bester

    Komentarz mojego byłego szefa, gdy z dnia na dzień, bez podania przyczyny zrywał ze mną umowę:
    „Nie można powiedzieć, że pani nie jest miła.”
    Nieprawda. Byłam i miła, i pracowita, i obowiązkowa, i lojalna. Ale gnój chciał na moje miejsce swoją znajomą/krewną/kochankę (?). Jestem już rok i 9 miesięcy bez pracy.

  5. kolorowooka

    te słowa to jakby ktoś usłyszał szum w mojej głowie, wewnątrz mnie, dzisiaj mam się właśnie tak, że ogóle się nie mam. świetnie napisane. a Bohater już od dawna prezentuje moje myśli

  6. legut

    Tak właśnie na łzy zbiera mi się z każdą kolejną linijką Pani książki. Dostałam ją w prezencie urodzinowym i z radości od razu zabrałam ze sobą, żeby poczytać w tramwaju. Zupełnie tej decyzji nie przemyślałam. No i siedziałam w tramwaju, starając się te łzy jakoś „wciągnąć” z powrotem. Bohatera uwielbiam. Gośkę Halber zresztą też – w całej rozciągłości. Czytając te słowa – czytałam jakby swoje zapiski. To dodaje otuchy. Dziękuję!

  7. Żaroffe

    „Wszyscy wokół napierdalają codziennie na Facebooku (…) Ale kurwa, każdy z nas w takiej chwili spieprza (…) musiałam sobie dopierdolić na amen”. To cytaty tylko z jednego, krótkiego Pani tekstu. Podobnego słowotwórstwa jest wiele w większości Pani wpisów na tym blogu. Niestety.
    Myślę, że zrezygnowanie z nadużywania wulgaryzmów nie zaszkodziłoby Pani tekstom (a może nawet … wręcz przeciwnie?)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s