Odbicia

Świat narracji jest ciasny, mieści tylko jednego boga: „Ja”. „Ja” na każdym profilu Facebooka, na każdym blogu, w każdej dyskusji. Na zdjęciach, których już nie robimy nikomu poza sobą. Ja i moje selfie. Ja i moje płatki śniadaniowe. Ja i mój iPhone. Ja i mój genialny tekst

bride-in-mirror

Poznałam ją pięć lat temu. Skomentowała na forum literackim moje opowiadanie Babie Lato. Skomentowała pozytywnie. Wymieniłyśmy się mailami. Nasza korespondencja trwała ponad rok, zanim się spotkałyśmy w Warszawie. Aneta przyjechała na to spotkanie aż z Paryża.

To ona mnie leczyła z pierwszych traum porecenzjowych, to ona podnosiła z pierwszych porażek literackich. Przeczytała moją książkę, zanim jakiekolwiek wydawnictwo raczyło otworzyć plik. Redagowała ją. Poprawiała oczywiste błędy. Była moim wsparciem w tamtym burzliwym czasie, gdy próbowałam przebić głową front szuflady. I wtedy, w tamten deszczowy dzień, gdy przyjechałam do Warszawy na spotkanie z wydawcą i pocałowałam klamkę, bo prezes chory – ona się zjawiła! Jedyne oparcie, nie przejmuj się, będzie dobrze, chodź pójdziemy na piwo – to była właśnie ona.

Też napisała powieść. Pewnego dnia przesłała mi ją do recenzji. Ale byłam zbyt zajęta sobą, żeby się nad tym pochylić. Przerzuciłam parę pierwszych rozdziałów i przestałam czytać. Wydawało mi się to wszystko skomplikowane i niezrozumiałe. Jak mogło to być dla mnie zrozumiałe, skoro byłam tak zajęta swoją „twórczością”? Żaden początkujący pisarz nie ma wystarczająco dużo empatii i cierpliwości, by czytać skrypty innego początkującego pisarza. Uwierzcie mi. Hemingway zapytany, co sądzi o książce debiutującego Gila Pendera, odparł: nie znoszę jej. Młody pisarz zaskoczony zapytał:

– Czytałeś ją?

– Nie.

– To skąd wiesz, że jej nie znosisz?

Nie znosił jej z dwóch powodów. Jeśli by mu się nie podobała, zrozumiałe. Ale jeśli by mu się podobała – nie znosiłby jej po stokroć. Nigdy nie pytaj pisarza, co sądzi o twojej twórczości.

Aneta była ponad to. Przeczytała wszystko, co wyszło spod mojego pióra i nie szczędziła pochwał. Mnie nie starczyło sił. Mnie nie starczyło nawet chęci. Powieść Anety została gdzieś porzucona, w załączniku, w czeluściach poczty mojej i dwudziestu trzech wydawnictw. Bo do tylu Aneta wysłała swoją propozycję. Bez skutku.

Latem, w 2013 roku dostałam wiadomość od Anety. A raczej od jej córki, która napisała z Anety konta na Skype. Aneta zmarła. Nagle, niespodziewanie i niewytłumaczalnie. Nie obudziła się.

To może byłby koniec tej historii, historii, którą opowiadam ja, narcystyczna autorka własnych opowieści. Bo przecież jeszcze do wczoraj nawet mi przez myśl nie przeszło, żeby jednak odkopać w starej poczcie ten porzucony i zapomniany załącznik, żeby z minimalną uwagą przeczytać choćby kilka stron napisanych przez kogoś, kto ślęczał miesiącami nad każdym „genialnym” bzdetem, który powstał w mojej głowie. Bo przecież to, co powstaje w głowie autora zawsze musi być genialne – głównie dla niego samego. Świat narracji jest ciasny, mieści tylko jednego boga, jeden absolut, jeden geniusz: „ Ja”. „Ja” na każdym profilu Facebooka, na każdym blogu, w każdej dyskusji. Na zdjęciach, których już nie robimy nikomu innemu poza sobą. Ja i moje selfie. Ja i moje historie. Ja i moje nowe buty. Ja i moje płatki śniadaniowe. Ja i mój iPhone. Ja i mój genialny tekst.

Wczoraj byłam w Empiku. Oglądałam książki na półkach, mając oczywiście z tyłu głowy partykularną myśl, że gdzieś leży moja „Last Minute”. Nie leżała. Za to leżała inna książka. Poznałam po tytule. Zatrzymałam się przy niej, wzięłam do ręki. Jezu, duchy. Duchy rządzą tym światem. Na tylnej stronie okładki zdjęcie Anety. Krótka biografia. Streszczenie powieści. Wydawnictwo: Krytyka Polityczna. Duch Anety doczekał się swojej półki. Powieść wyszła drukiem.

Nie wyspałam się dziś. Czytałam do późna książkę. Książka jest świetna, nie można się oderwać. Dużo lepsza od mojej. Jej tytuł to „Odbicia”. Odbicia historii i czasu.

aneta-modelska-odbicia-okladka-krytyka-polityczna-2014-10-20

Kubryńska w krainie czarów

Zaczęłam się bać. Prawdę mówiąc, zaczęłam się bać już w tamten czwartek, gdy zatęskniłam do czasów bez prądu. Wracam do domu wieczorem i…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nawet nie wiem, kiedy to się zaczęło. Po prostu w pewnym momencie się zadziało. Najpierw w sprawach błahych, nieistotnych. Ot, po prostu jakaś zachcianka z rana spełniała się wieczorem. Kto by na to zwracał uwagę? Rzecz przypadkowa, nielogiczna. Mówisz do siebie przy śniadaniu: ciekawe co u Zenka. Dawno się nie widzieliśmy. I bach, dzwoni Zenek. Albo zastanawiasz się, jak tu skombinować parę dych na wieczór i przychodzi zwrot podatku. Dobra. Żadnej magii w tym nie ma. Ale kiedy na przykład mówisz nad ranem, że musisz wreszcie (wreszcie!) zadzwonić do redakcji i namówić ich (przekonać!), na publikację twoich tekstów w wersji papierowej, choć wiesz dobrze, że to niełatwe, każdy by tak chciał, trzeba by wymyślić naprawdę coś wyjątkowego, jakiś paraliżujący pomysł przedstawić, jakoś to uargumentować, a te argumenty muszą być z tytanu – i tak sobie myślisz cały ranek, po czym odkładasz sprawę na później, bo przecież nie ma hop siup, tak się pstryknięciem palcami nic nie wymyśli, na to trzeba mieć głowę wolną, trzy dni na zadumę i patrzenie w chmury, a potem jeszcze tydzień na bolesne próby i błędy, wykuwanie dłutem w kamieniu genialnych fraz, w pocie czoła to mozół, Jezus Maria. Odkładasz zatem sprawę i idziesz po drożdżówkę, po czym wracasz, siadasz do komputera i odbierasz taki oto mail:

– Cześć, Sylwia, chciałabym zaproponować ci stałą rubrykę w wersji papierowej naszego pisma.

Albo, jeśli załóżmy, nad ranem rozmawiasz ze znajomą przez telefon i, by rozwiać szarość poranka, bąkniesz coś o takim kolorowym pomyśle, jakim jest wydanie nowej książki, bo przecież od dawna to za tobą łazi, od dawna cię gniecie i tylko fakt, że wydawanie książki to smok siedmiogłowy nie do pokonania – cię przed tym całym procesem wstrzymuje. Ty już to znasz, ty wiesz jak to wygląda, nieprzespane noce, rozdygotane myśli, mokra od potu poduszka. Wysyłanie dwóch tysięcy maili do zaklętych milczeniem wydawnictw i upokarzające telefony. Odrzucenie! Chimeryczność! Widzieliście „Poznasz przystojnego bruneta”? Jak nie widzieliście, to zobaczcie. Obejrzyjcie i raz na zawsze wyleczcie się z pisania książek. Przynajmniej na razie. Ale kiedyś, owszem. Kiedyś, w przyszłości trzeba będzie napisać. Koniecznie. Jak będzie więcej czasu. Bo do tego trzeba strasznie dużo czasu. Rzeka czasu, ocean cierpliwości. Siedem gór i wodospadów. Za miesiąc. Za rok. Dwadzieścia lat. Dwadzieścia pięć.

I tak sobie mówisz, słuchawkę odkładasz i zajmujesz się wypełnianiem PIT-u. Zapominając na śmierć, że ty już TO powiedziałaś! Powiedziałaś, amen, nie ma odwrotu! Słowo się rzekło i gdzieś w rzeczywistości równoległej obraca w czyn! A ty sobie beztrosko PIT wypełniasz! Ty sobie spokojnie, jak gdyby nigdy nic, pod nosem przekleństwa na Ministerstwo Finansów rzucasz! A tymczasem na poczcie tupie nogą mail z wydawnictwa. A w nim przekaz, że oto, droga Pani, sprawy same się pozałatwiały. Góry i rzeki się same pokonały. Rwące strumienie, wodospady i oceany się rozstąpiły. Dżin z butelki wyleciał i siedmiogłowego smoka udusił. Chimerę zdławił. Uporczywe, nigdy nie zaistniałe milczenie rozwiał. Upokarzające, nigdy nie wykonane połączenia telefoniczne – rozłączył. A książka? Voilà! Gotowa. Tylko powiedzieć: tak.

Teraz już zaczęłam się bać. Prawdę mówiąc, zaczęłam się bać już w tamten czwartek, gdy opowiadałam Basi, jak to fajnie kiedyś było, gdy mi prąd odłączyli. Świeczki w Lidlu kupiłam, w kominku napaliłam. Straszne siupy. Nawet na blogu o tym napisałam. Ha, ha, ha. Mówię ci, Basia, warto było. Człowiek bez prądu docenia rzeczy niedocenione. Człowiek się staje wartościowszy. Przestaje pracować jak wariat, na chmury patrzy. Na księżyc i zorzę polarną. No, same plusy. Świetna sprawa. Mam mówić dalej? Mam tłumaczyć, co zastałam po powrocie z pracy?

Nie wiem, jak długo te czary będą działać. Zanim jednak się skończą, kupcie jutro Gazetę. Jeśli w jutrzejszym wydaniu Wysokich Obcasów będzie felieton w rubryce Kubryńskiej, to znaczy że jeszcze działają.

Domyśl się!

– O co chodzi?, – O nic!. Odpowiedź ta jest zagadką ludzkości, nierozwikłanym wielomianem zmiennej. Nikt nie wie, co się pod tym kryje. Wiadomo tylko, że coś się kryje…

9a659e6669ed70c1626f2200c9670544

Ludzie generalnie mówią do siebie zagadkami. Gdy o coś chodzi, to ogólnie wiadomo, że nie wiadomo, o co. Jest taki dialog, dość powszechny: ”O co chodzi?, – O nic!”.  Odpowiedź ta jest zagadką ludzkości, nierozwikłanym wielomianem zmiennej. Nikt nie wie, co się pod tym kryje. Wiadomo tylko, że coś się kryje. Coś? Bezmiar znaczeń! Najczarniejszy pod słońcem X, szydercza niewiadoma, której żadne obliczenia nie wyjaśnią, żadne wykresy nie wskażą, żadne układy równań, ani wyciąganie pierwiastków – nie odkryją. Każda, najżmudniejsza próba dochodzenia kończy się tym samym, bolesnym dźgnięciem:

– Domyśl się!

Weź się domyśl. Weź się z tej plątaniny pretensji, że JESZCZE się nie domyśliłeś – wydobądź. Nie da się.Tym bardziej się nie da, że powietrze tężeje od ołowianego focha. Jeszcze się nie domyśliłeś? Co może oznaczać, że jeszcze się nie domyśliłeś?! To może oznaczać wszystko! Całe zło tego świata! Że masz w dupie. Że nic cię nie obchodzi. Pewnie. Każdy by tak chciał. O, jak fajnie jest mieć wszystko w dupie! Czemu ja nie mam wszystkiego w dupie? Czemu mnie musi wszystko obchodzić? Wszystko na mojej głowie! Ciężar życia na moich barkach! Ale, jasne. Ktoś musi nie mieć w dupie, żeby w dupie mógł mieć ktoś. W końcu wiadomo, kto tu jest moralnym zwycięzcą. W końcu wiadomo, kto ma sumienie. Bo chyba nie ty. Jakbyś miał sumienie, to byś się domyślił. Jakbyś miał odrobinę przyzwoitości, to byś chociaż się domyślił, czego domyślać się możesz! W którą stronę swój domysł skierować? Za jakiego rodzaju domysł się brać? Nie wiesz? To nie mamy o czym rozmawiać!

Tak to mniej więcej wygląda. Dlatego ja nie będę do was mówiła zagadkami. Jeśli pytacie o co chodzi, od razu mówię. Proszę bardzo. Skoro już muszę to powiedzieć, trudno. Kawa na ławę. Jakby nie można było się domyśleć. Ale skoro już nie możecie się domyśleć, to już lepiej zamknijcie laptopy, wyłączcie komórki. Zostawcie wszelkie urządzenia, za pomocą których czytacie ten blog. Idźcie sobie na trawkę, nad rzeczkę. Popuszczajcie sobie kaczuszki. Zagrajcie sobie w kometkę. Bez łaski. Sama sobie poradzę! A prawda jest taka, że aktualnie jestem w dupie kosmicznej. Tak się mówi, bo to niby śmieszne, ale właściwie nikt jeszcze nie widział kosmicznej dupy i nikt do końca nie wie, na czym ta śmieszność polega. Ja też nie widziałam, ale bynajmniej nie napisałam tego, żeby było śmiesznie, bo mi wcale nie jest do śmiechu! Może wam jest do śmiechu?! Pewnie, śmiejcie się! Dobrej zabawy. A ja tymczasem jestem w dupie kosmicznej. Wyję pod stołem. Leci na mnie sufit. Słońce ma kolor czarny. Kartka A4 waży tonę. Zapisanie kartki A4 znaczy wysiłek równy wyryciu w kamieniu własnego testamentu. Wrzucenie na blog zapisanej kartki A4 graniczy z zejściem śmiertelnym z powodu wycieńczenia. Ale spoko, poradzę sobie. Mówicie o ołowianym fochu? Nie rozśmieszajcie mnie. Ja cała jestem z ołowiu! Kiedyś byłam wesołą blondynką, a dziś jestem ołowianym odlewem blondynki! I przez kogo? No, zabijcie mnie, w życiu nie zgadnę. Wy też nie zgadniecie? To super, możecie sobie pogratulować. Pójść na trawkę kaczki puszczać. Fajnie. Ekstra. Winszuję. Kurwa, zaraz oszaleję z wrażenia. Dalej nie wiecie o co chodzi? To sorry, ale ja nie będę wam mówiła.

Domyślcie się.