Pajac towarzyski

Zakładasz uniform w jaskrawe groszki, przyklejasz do twarzy czerwony nochal. Boże, jakie ty masz poczucie humoru!

5XqLssnHQC60F5T3Wpri_clown_crying

Znasz to? Kiedy ktoś cię obraża i się z ciebie śmieje, a ty kompletnie nie wiesz, co z tym zrobić, więc śmiejesz się razem z nim i wmawiasz sobie, że w ogóle to ciebie nie rani? Ale jednak trochę rani, jednak coś uwiera, więc jeszcze próbujesz powiedzieć, że ci przykro.

– Przykro mi.

– Nie, nie jest ci przykro. Wyluzuj, masz śrubę na swoim punkcie. Na żartach się nie znasz. Nie rób scen.

Ktoś wie lepiej od ciebie jak ci jest. Znasz to skądś, gdzieś to już słyszałaś. Znana strofa wkleja się w poemat życia. Kiwasz głową, faktycznie, chyba mam śrubę na swoim punkcie, nie znam się na żartach. WYDAWAŁO mi się. No to bach, obrażajcie mnie wszyscy jak leci, śmiejcie się ze mnie do rozpuku, teraz już nic nie powiem, nie zaoponuję, udowodnię wam i sobie, że nie mam śruby na swoim punkcie i na żartach się super znam. Następnym razem bardziej się postaram, następnym razem nie będzie mi przykro, gdy będzie mi przykro!

I to wcale nie znaczy, że sobie pójdziesz w swoją stronę ze swoim „przykro”, trudno, więcej tak nie będzie. Ależ będzie! Będzie po tysiąckroć. Bo przecież pozwalasz na to, bo właśnie tak jest fajnie, śmiesznie, dowcipnie. Bo nie umiesz nie pozwalać. Nie nauczyłaś się. Nauczyłaś się za to, hahaha, śmiać. Więc znosisz ze śmiechem tę przykrość, twierdząc, że w ogóle jej nie doświadczasz. Bo przecież jesteś ponad. Ponad swoje uczucia, ponad rozpadlinę w duszy, ponad to, że świat ci się rozjeżdża, obsuwa, że tracisz pewność siebie, gaśnie ci ten płomyczek, który i tak ledwo się tlił.

Dasz się zabić za to, żeby ktoś poświęcił ci trochę uwagi. Żeby nie być przeźroczystą. Wolisz być śmieszna, niż przeźroczysta. Jesteś pajacem towarzyskim. Zakładasz uniform w jaskrawe groszki, przyklejasz do twarzy czerwony nochal. Boże, jakie ty masz poczucie humoru! Jesteś połyskującą zabawką, koniem na biegunach, karuzelą w wesołym miasteczku, jesteś całym wesołym miasteczkiem! Śmiech to twoja zbroja, ucieczka od łez, o których pamięć boleśnie uwiera, o których nie możesz zapomnieć.

Masz sześć lat. Twoja mama chce zabrać cię do swojej pracy, ale ty się ociągasz, bo tam jest ten dziwny człowiek. Kierownik, którego wszyscy lubią, bo ciągle żartuje. Jest podobno bardzo śmieszny. Nie masz pojęcia, co to znaczy, na czym ta śmieszność polega, bo ciebie nie śmieszy w ogóle. Ty się go boisz. I mówisz mamie, że się boisz. Wtedy mama ci tłumaczy, że to absurd, w ogóle się nie boisz, bo on jest przecież taki wesoły, nie ma się czego bać. Zastanawiasz się nad tym, jak możesz się aż tak mylić, czemu drętwieje ci całe ciało ze strachu przed tym starym facetem, skoro mama mówi, że nie.

– Nie boisz się.

Musi coś w tym być, na pewno WYDAWAŁO ci się, że się boisz. Wtedy postanawiasz, że w razie czego powtórzysz to, co mówiła mama. Bo to musi być prawda. I faktycznie, gdy już jesteście w biurze, przychodzi ten kierownik i pochyla nad tobą twarz skrzywioną w jakimś dziwnym nieszczerym grymasie, myślisz sobie, że nie wolno ci się bać, bo on tylko „żartuje”. A żartuje ściśle na twój temat, bo taka jesteś śmieszna, nieśmiała i zastraszona, że „chyba zaraz się sfajdasz”. Nie tarzasz się ze śmiechu, jak inni w tym pomieszczeniu, jeszcze tego nie umiesz, jeszcze się nie nauczyłaś, na to jeszcze przyjdzie pora. Tymczasem przełamujesz dławiący strach i podnosisz oczy, żeby rozprawić się z tym potworem, który przecież wcale nie jest straszny, nie może być straszny, skoro mama mówi, że się go nie boisz to się nie boisz, więc podnosisz załzawiony wzrok i dukasz przez ściśnięte gardło:

– Nie boję się ciebie.

Następuje drętwa cisza, śmiech pracowników zamiera, pojęcia nie masz co się wydarzy, a wydarzy się na pewno coś złego, to już czuć w powietrzu, w powietrzu, które nagle przecina głośne (za głośne!):

– CO?!

Teraz już oczy opuszczasz, nie chcesz właściwie nic mówić, nie chcesz w ogóle istnieć, ta przeźroczystość nie jest taka zła, ty w tę przeźroczystość być chciała zapaść, ale niestety, to niemożliwe, bo wciąż jesteś, wciąż twoje ciało na tym biurowym fotelu się kuli.

– Co powiedziałaś?!

– Nie… – zaczynasz, ale daleko ci do końca zdania, koniec zdania jest gdzieś na innym archipelagu, za przepaścią, w piekle. A ty do tego piekła musisz zstąpić, bo ten potwór nad tobą wisi i rozkazuje ci powtórzyć GŁOŚNO własny wyrok.

– Nie… nie boję się… ciebie.

Świecie zaczarowany, czemuś wtedy nie prysł w niebyt?! Czemuś się nie stracił, nie zniknął? Czemu klątwa, która cię naznaczyła od pierwszych dni, klątwa lejących się po policzkach łez – nie przepadła? Bo ta klątwa nie przepada nigdy. A ty dalej musisz trwać. Nawet wtedy, gdy z żartującego kierownika, którego krzywą twarz widzisz tylko ty, bo przecież całe biuro się skręca ze śmiechu z jego żartów, a sekretarki piszczą, gdy on im strzela ze staników, no więc z tego wesołego dowcipnisia wyłazi nagle gniewny typ, który już w ogóle nie żartuje, tylko ściąga brwi i podnosi głos:

– Jak ty się do mnie odzywasz, smarkulo?!

Lecą ci łzy po policzkach, nic już ich nie zatrzyma. A mama strofuje. Tak nie można. Nie można tak. Kiedy ktoś żartuje, trzeba się śmiać.

9 comments

  1. Anonim

    To prawda, dzieciom często wmawia się „że to przecież żarty” nie przyjmując do wiadomości, że im się to po prostu nie podoba, że się boją „dowcipnych” dorosłych.

  2. Piotr

    Ilu z nas ma takie doświadczenia… Każdy ma soje demony, które go ścigają do końca końców. Świetnie napisane. Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s