Sześć sekund wielkiej miłości

Siedzę nad talerzem, a po sali krząta się ON. I maniakalnie na mnie patrzy. Albo chce mnie zabić, albo się ze mną przespać

handsome-waiterJeśli ktoś patrzy ci prosto w oczy dłużej niż sześć sekund, to znaczy, że chce cię zabić, albo się z tobą przespać. Ten facet nie patrzył mi w oczy sześć sekund. Ten facet patrzył mi w oczy bity miesiąc każdego dnia mojego pobytu w tajskiej restauracji.

Nie wiem, jak u was, ale tu nad Bałtykiem istnieje albo przystań rybacka ze świeżym dorszem w okresie połowu i śledziem po kaszubsku, albo dla odmiany restauracja tajska. Ta ostatnia ma to do siebie, że jest bliżej mojego domu. Dlatego w każdy dzień zgarniania jakiegokolwiek honorarium, pindrzę się odświętnie i ruszam do tajskiej restauracji na wyśmienitą zupę TOM YUM KOONG. Zupa ta ma wszystkie zupy pod sobą i składa się z miliona przecudownych smaków. Dzieją się tam niestworzone rzeczy, niebo z piekłem w jednej misce, totalna apokalipsa, którą zwykle muszę gasić potężną butlą wody z cytryną. Oprócz egzotycznych traw i tajemniczych grzybów, w zupie tej hojnie pływają krewetki tygrysie, co zawsze przyprawia mnie o przyjemną iluzję pławienia się w luksusie. Co z tego, że są to krewetki z hurtowni mrożonek, ja widzę wykwintne rarytasy zanurzone w kokosowym niebiańsko-piekielnym eliksirze.

No więc i tym razem trafiam do tajskiej restauracji, i tym razem zamawiam zupę, i tym razem siedzę nad tym wiekuistym daniem. A tymczasem po sali krząta się kelner. I maniakalnie na mnie patrzy. Patrzy tak, że nie sposób być obojętnym. Jest niewiele rozwiązań tej sytuacji. Albo facet chce mnie zabić, albo się ze mną przespać. Jeśli chce mnie zabić, muszę myśleć ściśle precyzyjnie. Co mi grozi? Jakim sposobem zginę? Jak zabić może ktoś taki jak kelner? Luksusowa krewetka tygrysia na wpół przełknięta staje mi nagle w gardle pionowo. Boże, to przerażająco logiczne. Otruje mnie! Mało tego. On już mnie otruł. Patrzę w miskę na tajemnicze grzyby. Diabli ich, tajskich grzybiarzy, wiedzą co to jest. Żeby to jeszcze sromotniki były, człowiek by wiedział, na czym stoi. Ale to jakieś farfoclowate cudaki, psie porosty, skąd mam wiedzieć, jak szybko ścinają z nóg? Czy wyjdę stąd żywa? Czy dojdę do parkingu? Kiedy zaczną się męczarnie? Czy morderca zaplanował śmierć na miejscu, czy rozłożoną w czasie? Czy jego stanowczy, świdrujący wzrok coś ma mi powiedzieć? Jaki komunikat w tym gapieniu się mam wyłapać? Czy – wreszcie – dalej jeść?

Spróbujcie nie jeść. Spróbujcie w największym głodzie zamówić swoje ulubione danie, rzecz absolutnie obłędną w smaku i z niej zrezygnować. Proszę bardzo. Gratuluję. Ja osobiście w takiej sytuacji gwiżdżę na śmierć. Wolę umrzeć zatruta, niż umrzeć z głodu. Chrzanię. Jem.

A on patrzy. Mija stolik z hałaśliwą rodzinką, kłania się gościom, zbiera zamówienia, ba! nawet coś w notesie pisze, ale ciągle PATRZY! I zważywszy, że jest zabójczo przystojny, decyduję się wreszcie na pogodzenie z wariantem drugim. On chce się ze mną przespać. To pewne. Co w końcu dziwnego, ze chce się ze mną przespać jakiś obcy młody mężczyzna? Statystycznie rzecz biorąc każdy młody mężczyzna chce się przespać z jakąś obcą kobietą. W moim życiu natknęłam się na tłumy młodych mężczyzn, którzy chcieli się przespać z obcą kobietą. Ale czy każdy z nich się tak gapił?!

Płacę, wychodzę, to wariat. Piekielnie przystojny, ale wariat. Psychopata. Świr. Nigdy więcej tu nie wrócę. Do końca życia będę zasuwać na przystań do Sopotu, żeby zjeść rybę. Postanowione.

Ha, ha, dobre sobie. Spróbujcie do końca życia zasuwać na drugi koniec Trójmiasta! Gdy macie pod nosem ambrozje! I tylko dlatego, że morderczo przystojny kelner uważa was za obłędną piękność! Tak, sorry, nie będę owijać w bawełnę. Musi tak uważać, skoro się tak gapi. Pokażcie mi faceta, który nie może oderwać wzroku od kobiety, tylko dlatego, że coś tam. Nie ma mowy. Poraziłam go urodą. I gracją. Może zupę jadłam wyjątkowo? Może emanowałam aurą? Nie wiem, nie wiem, nie zrezygnuję z krewetek tygrysich za żadne skarby świata. Idę tam znów. Niech sobie patrzy.

Wchodzę, rozglądam się, jest. Stoi przy barze. I, oczywiście, od baru się odrywa, podchodzi do stolika, uśmiecha się. I świdruje mnie wzrokiem, aż czuję w szpiku kostnym. Mój Boże! Tysiące głębi niewysłowionych! Tygrysie nie są krewetki, tygrysi jest on! Oczy jak dwie przepaści, a w nich moje konanie! I co ja mam teraz zrobić? Jak wzrokiem własnym odpowiedzieć na taki wzrok? Co w spojrzeniu wyrazić, o co spytać?!

Dlaczego tak patrzysz, pytam w myślach rozpaczliwie.

– Jest zupa z krewetkami? – mówię na głos.

Umieram z zachwytu, krzyczą jego oczy.

– Oczywiście – mówi on.

I tak sobie rozmawiamy, dwoje rozbitków na kawałku Azji, na magicznej wyspie morza Andamańskiego, na zawsze obcy kochankowie. Mówimy językiem nikomu niepojętym, dla nas najprostszym na świecie. Niby zwykłe słowa, a tyle znaczeń! Pieczona kaczka: płonę z pożądania. Chrupiący kurczak: usycham z tęsknoty. Wołowina w sosie: bez ciebie się rozpadam. Ryż jaśminowy: na drobne!

Miesiąc trwał ten romans. On mnie karmił krewetkami, ja mruczałam z rozkoszy. Ja mrugałam rzęsami, on patrzył. To był piękny związek. Nigdy się nie pokłóciliśmy, nie było żadnych scen. Zero zazdrości i niesnasek. Żadnych rozczarowań. Do tego pamiętnego dnia, kiedy zechciałam zapłacić za rachunek kartą.

Długo wpatrywał się w dokument. Myślałam, że upaja swoje oczy pięknem mojego imienia (przez ten miesiąc nasze imiona owiane były tajemnicą). Myślałam, że może teraz wreszcie zechce mi mówić na „ty”? W końcu jesteśmy już od miesiąca w związku! Tyle patrzenia nie może sczeznąć na wiecznym „paniowaniu”! Ale nie. Nie przeszliśmy na „ty”. Nie przeszliśmy wtedy, ani nigdy potem. Bo gdy on wreszcie oderwał wzrok od mojej karty, podniósł ręce do góry jak jakiś młokos i nagle triumfalnie wykrzyknął:

– Już wiem, skąd panią znam! Prowadziła pani w zeszłym roku warsztat dziennikarski!

A potem uniósł głowę i z dumą rzekł:

– Byłem tam pani studentem.

————————————————————————————

Ten tekst, a także mnóstwo innych znajdziecie w Magazyn Be

Historię dedykuję Wołoskiej, która mnie kiedyś poinformowała o tym, że gdy ktoś patrzy w oczy dłużej niż sześć sekund, chce zabić, albo zaciągnąć do łóżka. Ta wiedza pozwoliła mi przeżyć ów piękny romans.

13 comments

  1. Wołoska

    Bardzo dziękuję. Także za to, że oszczędziłaś Czytelnikom tej części opowieści, kiedy kelner miał zginąć od krzesła. Jeszcze ktoś by pomyślał, że jesteśmy nienormalne.

  2. Rafał

    O tej zasadzie sześciu sekund już czytałem. Ale moim zdaniem to jakaś przesada, jak można patrzeniem chcieć wyrazić jedynie taką albo taką chęć?
    Ale opowiastka sama w sobie zabawna 🙂 Ja często mam problem z tym, że wiem, iż kogoś znam, już gdzieś spotkałem ale nie pamiętam gdzie i kim jest dana osoba.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s