Piekło, ku…a, piekło. W skrócie PKP

W przedziale pięciu facetów. W pociągu tysiąc stopni. Co mam robić? Regulować pokrętła? Czy ktoś z Państwa kiedykolwiek regulował pokrętła w PKP?

2d047cea-e51a-4d73-9ef4-bb0f5c0f571c_470x

Nie to że wyjechałam i zarzuciłam pisanie. O nie. Plan był taki, że wyjeżdżam, aby pisać! Wzięłam nawet laptopa! Ale nie wzięłam baterii. A w pociągu nie ma kontaktów w ścianach. A jak są, nie działają. Niewiele w pociągu polskim działa, ale jedno działa na pewno i totalnie. Ogrzewanie.

Ogrzewanie, drodzy państwo, działa w polskim pociągu zero-jedynkowo. Oznacza to, że albo panuje tropikalny żar, albo arktyczny ziąb. Kiedyś jechałam w styczniu pociągiem relacji Kętrzyn – Suwałki, w którym ogrzewanie działało w skali 0:1 w obrębie zera. Z tym, że było to zero absolutne. Dla mniej zorientowanych, zero absolutne jest dużo poniżej tego zwykłego ziemskiego zera i jest to ściśle temperatura panująca na Jowiszu.

Jechałam wtedy opatulona w kożuch z barana, wbita w wełnę w panicznym bezruchu, każdy bowiem najmniejszy gest powodował ducie lodowatego wiatru po skutym mrozem organizmie. Każda minuta tej podróży wypełniona była coraz głębszym zapadaniem się w kożuch. Coraz bardziej kategorycznym bezruchem. Coraz cięższym milczeniem. Gdyby wtedy zadzwoniła moja komórka, w życiu bym jej nie odebrała, odebranie komórki mogłoby bowiem skutkować złamaniem ręki niczym pęknięcie pokrywy lodowej na tafli zanikającego życia. Ale rzecz jasna, żadna komórka nie zadzwoniła, bowiem zarówno ona sama, jak każdy człowiek zamierzający do mnie zadzwonić – zamarzli. Świat zamarzł, świat zamienił się w krainę lodu, szyby w oknach odmalował szron, sople przyozdobiły klamki, śnieg przykrył podłogę i toaletę. A wszystko to za sprawą magicznej organizacji zwanej PKP.

I za sprawa PKP właśnie, doznałam ostatnio zupełnie odwrotnego, choć tak samo skrajnego doświadczenia. Jechałam z Katowic do Gdańska. Z Katowic do Gdańska jest kawał drogi, rezolutnie wykupiłam więc kuszetkę na samej górze. I rezolutnie – pamiętając dotkliwą zmarzlinę w PKP na trasie Kętrzyn – Suwałki, by przeżyć, wzięłam kożuch.

No i teraz szybko. Na górnej półce obok leży facet, który waży jakieś 260 kilo, chrapie od pierwszego momentu podróży, a gdy tylko przestaje chrapać – zaczyna kaszleć. Na półce niżej leży drugi facet. Kaszle. Pode mną: znów facet. Chrapie. Na samym dole dwie osoby dotkliwie kaszlą. Obie rodzaju męskiego. W sumie pięciu facetów. Po minucie stwierdzam, że w przedziale, oprócz gęstego jak śmietana zapachu testosteronu, miliona bakterii, panuje temperatura tysiąc stopni. Nie, nie minus. Nie ma takiej skali. Tysiąc może być tylko na plus. Plus jak diabli. Piekielny plus katowickiego pieca hutniczego. Ściągam kożuch i wciskam w kąt między nogami i sufitem. Kożuch pali w nogi. Wszystko pali we wszystko. Spodnie, bluza, koszulka i podkoszulka. Palą mnie skarpetki, palą mnie majtki. Fizelina podszywająca się pod szumną nazwą „pościel”, którą wykupiłam w ramach dodatkowych kosztów do biletu. Parzy.

Co mogę zrobić? Regulować pokrętła? Czy ktoś z Państwa kiedykolwiek regulował pokrętła w PKP? Pokrętła w PKP służą tylko i wyłącznie do tego, żeby sterczeć. Nic się nimi nie da wyregulować, a już na pewno nie temperaturę. To może otworzyć drzwi? Hałas doprowadza do szału, a na korytarzu też skwar. To co? Może wyciągnąć laptopa i pisać tekst na blog? Błagam, darujcie! Wyobrażacie sobie, że ja w tym piekle, przy akompaniamencie chrapania i kaszlu (faceci na dole: kaszel suchy, facet 260: kaszel mokry), wyciągam laptopa i zaczynam szukać niedziałającego kontaktu? Nie! Nie mogę! Każdy ruch, niczym tamten z pociągu relacji Kętrzyn – Suwałki, paraliżuje! Ale tym razem paraliżuje ogniem! Jezu, ludzie! Czy przez trasę Katowice – Gdańsk rozpostarła się pustynia? Równik może przebiega? Czy cały węgiel Górnego Śląska został wrzucony do kotła tej lokomotywy?! Czy elektrownie całych Katowic zasilają kaloryfery tego pociągu?! Tak. Tak. Nie ma już prądu na laptopa. Cały poszedł na ogrzewanie. A ja nie mogę nawet skleić jednej frazy. Nic nie mogę. Mogę tylko:

  1. Udusić się
  2. Dostać udaru
  3. Zwariować
  4. Rozebrać się.

Rozebrać się! Ten szatański plan opętał mnie od pierwszej myśli. No, ale jak mam się rozebrać? Pięciu facetów i ja się rozbieram?! W pociągu?! Ten obok leży, owszem niby śpi, ale przecież chrapanie przerywa mu kaszel, co chwila więc się budzi! A ci z dołu, mówicie, że nie zauważą? Zauważą z pewnością! Facet wprawdzie mało co zauważa w życiu, ale zawsze i wszędzie widzi rozbierającą się, ba!, choćby myślącą o rozebraniu się kobietę!

No nic, hańba albo życie. Zaczynam od skarpetek. Matka z ciotką i babką odwiecznie kontestowały, że cały chłód od stóp idzie. Niech więc idzie! Niech zacznie. Ale chłód ani drgnie, chłodu jak na złość brak. Po cichu zdejmuję bluzę. Ale czy zdjęcie bluzy w temperaturze tysiąca stopni może przynieść ulgę? Przykro mi, proszę panów, wybaczcie, muszę zdjąć koszulkę. I żeby nie było, za chwilę muszę zdjąć też spodnie. A zdjęcie spodni wiąże się z: rozpięciem sprzączki metalowej paska (chrzęst!), rozpięciem zamka błyskawicznego (szuranie!), zdjęcia tego całego rozklekotanego chrzęstu z tyłka, następnie ściąganie z całej długości nóg (nie mam takich krótkich!) materiału z wypełnionymi monetami, kluczami, portfelem i dokumentami (odwieczna zasada podróżującego: dokumenty, pieniądze i klucze przy sobie!) kieszeniami!

To owszem, może obudzić mężczyznę. Ale bardzo przepraszam, za chwilę umrę z gorąca. Rozpinam więc pasek, zdejmuję spodnie i owszem, kurde, nie da się inaczej, robię hałas. Najbliższy facet śpi jak zaklęty, choć głowy nie dam, czy nie podgląda, świnia. Reszta: nie wiem. Nie patrzę. Zaciskam oczy i udaję, że mnie nie ma. Teraz już jestem tylko w podkoszulku, który jednym (raz kozie!) rozpaczliwym ruchem ściągam i kładę się jak Pan Bóg stworzył na płask, czekając na powiew upragnionego wiatru. I na sen. Wiatr przychodzi później, sen od razu. Śni mi się katastrofa kolejowa. I ja naga, lewitująca spod sufitu w ramiona sześciu kaszlących mężczyzn. Blachy przedziału się gną, pociąg się przechyla, otwiera się okno, cudem wylatuję na zewnątrz. I ląduję w Częstochowie, w sanktuarium maryjnym, przed gniewne oblicze Matki Boskiej Częstochowskiej, która od mojego dzieciństwa patrzy na mnie tym swoim zgorszonym wzrokiem i zna moje zdrożne myśli bardzo dokładnie, a teraz to już brak jej słów.

Nie dziwcie się, że się budzę. Mokra, spocona, ciężko dysząca. Szukając chłodu, przytulam się do metalowego pręta stanowiącego rodzaj półki na bagaże i zasypiam znowu. Tym razem w kamiennym śnie mijam Gdańsk i ląduję w Szczecinie na peronie, goła w samym dessous.

Ludzie, ile można! Ile można jechać? Ile można ryzykować golizną wśród pasażerów płci męskiej? Stres rzuca mną po wewnętrznych przestrzeniach, żar i duchota mnie spopiela. Pociąg się zatrzymuje i nagle czuję upragniony wiatr! Ktoś otwiera drzwi przedziału, wtyka głowę i patrzy w mrok. Jego kurtka, czapka, jego szarpnięcie drzwiami – wszystko to jeszcze świeże, niezakaszlane, niezachrapane, niespocone, nieskażone piekielnym gorącem. Dopiero wszedł z dworu, ze stacji, jeszcze chłodny. Nie zamykaj drzwi, wędrowcze, wpuść trochę życia! Trudno, przyzwyczaiłam się, że na świecie są sami faceci. Nie odchodź! A on posłusznie drzwi nie zamyka i patrzy w mrok, w czeluść, w ten piekielny kocioł. I oczy się do mroku przyzwyczajają i ja też już widzę to, co on widzi. Sześciu pasażerów PKP. Pięciu facetów, jedna kobieta. Leżą, kaszlą i chrapią. A wszyscy porozbierani jak do rosołu.

19 comments

  1. bratzacieszyciela

    polecam zatyczki do uszu, a na upal minimalna szpare w oknie, co z tego ze bedzie halas? od tego masz zatyczki

      • bratzacieszyciela

        Jechalem, ale wiem ja ją osiagnac – trzeba lekko otworzyc i czyms zaklinowac, bo normalnie albo sie otwiera do konca, albo sie samo zamyka. Czesto tez ciezko otworzyc, ale jak sie wie jak albo ma narzedzie, ktroe powinien miec kazdy facet – da sie. Jezdzilem pociagami dalekobieznymi przez rok co dwa tygodnie, wiem co mowie

  2. Ptaszymka

    Ha,ha,ha. Świetne! Już dawno chciałam coś takiego przeczytać i się pośmiać. I przeczytałam. I się pośmiałam. Dziękuję.

  3. Magdalena Bardowska

    ah te podróże PKP, ścisk, zaduch lub cholerny mróz, skąd ja to znam 🙂 Trasa relacji Gdynia Główna Osobowa – Wrocław Główny w najlepszym swoim momencie, czyli w latach 90-tych była wyposażona w tak zwany „Expres Pomorzanin” to była kulturka, kurcze… luz – blues, dywaniki, białe zagłówki, wagony z rezerwacją miejsc, byle kogo nie było stać na taki bilet! Pół roku odkładałam kieszonkowe, żeby w wakacje o 5:30 wsiąść w „Pomorzanina” i o 11tej być we Wrocku, nie to co pospieszny o 21-szej tłukący się całą noc przez pół Polski. Osiem osób w przedziale, pamiętam jak jeden facet zasypiając zaczął „spływać” z fotela i łokciem wrzynał mi się w żebra, pół nocy spędziłam na krzesełku w korytarzu, i na „fajce” w kiblu (wtedy jeszcze paliłam 😉 Ale i tak wspominam te podróże z uśmiechem! Kiedy jak nie wtedy można było tak podróżować 🙂 nie to co teraz… Pendolino… już nigdy nie będzie takiego PKP… 😉

  4. Kamil

    Faktycznie, no podróż to miałaś – „pełną gorących emocji” 🙂
    Ja już dawno PKP nie jeździłem, chociaż czasem brak mi tego turkotu kół 😉 Ale nie zapomnę kolonii jak byłem piękny i młody, wracaliśmy pociągiem. Kolonia miejsc nie zarezerwowała (a było nas 40 ludzi) tylko „na krzywy ryj” do pociągu… Pociąg dosłownie wypchany po brzegi. Kilka osób na ósmego się wtłoczyło do przedziału a reszta na korytarzu siedziała… Gorączka nie samowita, pije się hoho, a przejść do wc nie było jak. Koszmar!

  5. Katarzyna Szczepańska

    Weszłam na Twojego bloga całkiem przypadkowo, ale już Cię polubiłam, a Twój post sprawił, że od kilku minut się uśmiecham:) Podobno podróże pociągiem kształcą co i ja sama miałam okazję poznać:) Otóż wybrałam się do pociągowej łazienki i spotkało mnie kilka rozczarowań, bo:
    – nie było światła,
    -drzwi się nie zamykały na zamek
    -nie było wody ani mydła.
    Dobrze, że mój narzeczony miał komórkę z latarką i pilnował moich drzwi, bo inaczej skorzystanie z tej toalety byłoby niemożliwe..

  6. Stach Bromberger

    To sie nazywa kultura jazdy jokom fuduje PKP swoim klijetom.Ja mieszkam 45 lat w Szwecji i takich warunkuw jazdy nigdy tu nie bylo ani teras ani wtedy. Ale to mala dygresia, sam blogg jest fajnie napisany.Ciekawie i zabawnie. Co do samej blogierki to piekna i urocza dziewczyna. Wnioskuje to z licznych fotografi zamieszczonych na bolgu na pierwszy raz rozpisalem sie za durzo.
    Koncze i serdecznie cie pozdrawiam Sylwio(jakie masz ladne immie)
    (mowienie wszystkim po immieniu to taki skandynawski zwyczaj, na pewno wiesz o tym.)
    Stach

  7. Villemo

    Świetne! A mnie się od razu przypomniała jedna podróż, 20 lat temu, gdy z pielgrzymki akademickiej studentów wracałam z Częstochowy. Całą drogę staliśmy na korytarzu..Ach, wspomnienia…:) Pozdrawiam!

  8. Żaroffe

    Zabawny ten Pani reportaż – scenariusz gotowiec do sfilmowania tropikalnych podróży w diabelskich kuszetkach PKP. Mam tożsame doświadczenia, z tą różnicą, że nie „spałem” z 5 podróżnikami płci odmiennej. Tak więc Pani miała trochę „lepiej”. Brakuje mi tylko jednego opisu. Jak funkcjonował Pani układ oddechowy i zmysł powonienia w chwili, gdy tych pięciu przepoconych utrapieńców zdjęło w szczelnym rozgrzanym do białości pomieszczeniu, o kubaturze zaledwie kilku m3 … buty?

  9. Artur

    Spieszę z informacją, że pokrętła czasami działają! Gniazdka również czasami działają! Ale co zrobić, gdy nie? No cóż, wtedy tak jak ktoś wyżej już radził, trzeba otworzyć okno, wyjść na korzytarz. Wtedy rozpoczyna się czas na kombinacje. No i jak mówi reklama, nie wszystkie pociągi to PKP, to dobrze! 😀

  10. Pasazer

    Super. Jest 2:40. Jestem gdzieś za Poznaniem. Pociąg opóźniony….choć mamy 2017 r. i udaje się nam zaplanować lot w kosmos „on time”. To nie… pociąg po pokonaniu odcinka Szczecin – Poznań musi przecież być opóźniony…

    Zawsze jak decyduję się na przejazd pociągiem to jest opóźniony. Potem, po takiej podróży mam awersję na przynajmniej ROK. A potem znowu pytanie – a może tym razem pociąg? Przecieże to taka magia.

    Tym razem wybrałem pociąg nocny. Sypialny. Dwa łóżka… a co, zaszaleć nie można? Trzy to za dużo… a dwa – optymalnie, bez efektu snoba. Ostatnio jechałem takim w 1999.

    I teraz żałuję. Pociąg opóźniony a gość na dole chrapie. Nie, on się rozrywka od środka przy każdym oddechu. A ja sobie myślę- że jak ten pociąg nabierze jeszcze większego opóźnienia, to on przecież będzie dłużej chrapał dla mnie.

    Masakra. Ja chcę do swojego auta. Tak je kocham.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s