Mroczna przepowiednia. Horoskop na 2015 rok

Mam przepowiednię. Proroctwo na nowy, 2015 rok. Nie wyczytałam go z gwiazd, ani z fusów, nic nie wymyśliłam. Po prostu wiem. Dokładnie wiem. Co gorsza, przepowiednia nie jest dobra. Rok 2015-sty to prawdziwy Czas Apokalipsy. Tragicznego absurdu i straszliwych niedorzeczności. Kliknijcie w zdjęcie i przeczytajcie, co was czeka:

z17198027Q,Wrozba

Piekło, ku…a, piekło. W skrócie PKP

W przedziale pięciu facetów. W pociągu tysiąc stopni. Co mam robić? Regulować pokrętła? Czy ktoś z Państwa kiedykolwiek regulował pokrętła w PKP?

2d047cea-e51a-4d73-9ef4-bb0f5c0f571c_470x

Nie to że wyjechałam i zarzuciłam pisanie. O nie. Plan był taki, że wyjeżdżam, aby pisać! Wzięłam nawet laptopa! Ale nie wzięłam baterii. A w pociągu nie ma kontaktów w ścianach. A jak są, nie działają. Niewiele w pociągu polskim działa, ale jedno działa na pewno i totalnie. Ogrzewanie.

Ogrzewanie, drodzy państwo, działa w polskim pociągu zero-jedynkowo. Oznacza to, że albo panuje tropikalny żar, albo arktyczny ziąb. Kiedyś jechałam w styczniu pociągiem relacji Kętrzyn – Suwałki, w którym ogrzewanie działało w skali 0:1 w obrębie zera. Z tym, że było to zero absolutne. Dla mniej zorientowanych, zero absolutne jest dużo poniżej tego zwykłego ziemskiego zera i jest to ściśle temperatura panująca na Jowiszu.

Jechałam wtedy opatulona w kożuch z barana, wbita w wełnę w panicznym bezruchu, każdy bowiem najmniejszy gest powodował ducie lodowatego wiatru po skutym mrozem organizmie. Każda minuta tej podróży wypełniona była coraz głębszym zapadaniem się w kożuch. Coraz bardziej kategorycznym bezruchem. Coraz cięższym milczeniem. Gdyby wtedy zadzwoniła moja komórka, w życiu bym jej nie odebrała, odebranie komórki mogłoby bowiem skutkować złamaniem ręki niczym pęknięcie pokrywy lodowej na tafli zanikającego życia. Ale rzecz jasna, żadna komórka nie zadzwoniła, bowiem zarówno ona sama, jak każdy człowiek zamierzający do mnie zadzwonić – zamarzli. Świat zamarzł, świat zamienił się w krainę lodu, szyby w oknach odmalował szron, sople przyozdobiły klamki, śnieg przykrył podłogę i toaletę. A wszystko to za sprawą magicznej organizacji zwanej PKP.

I za sprawa PKP właśnie, doznałam ostatnio zupełnie odwrotnego, choć tak samo skrajnego doświadczenia. Jechałam z Katowic do Gdańska. Z Katowic do Gdańska jest kawał drogi, rezolutnie wykupiłam więc kuszetkę na samej górze. I rezolutnie – pamiętając dotkliwą zmarzlinę w PKP na trasie Kętrzyn – Suwałki, by przeżyć, wzięłam kożuch.

No i teraz szybko. Na górnej półce obok leży facet, który waży jakieś 260 kilo, chrapie od pierwszego momentu podróży, a gdy tylko przestaje chrapać – zaczyna kaszleć. Na półce niżej leży drugi facet. Kaszle. Pode mną: znów facet. Chrapie. Na samym dole dwie osoby dotkliwie kaszlą. Obie rodzaju męskiego. W sumie pięciu facetów. Po minucie stwierdzam, że w przedziale, oprócz gęstego jak śmietana zapachu testosteronu, miliona bakterii, panuje temperatura tysiąc stopni. Nie, nie minus. Nie ma takiej skali. Tysiąc może być tylko na plus. Plus jak diabli. Piekielny plus katowickiego pieca hutniczego. Ściągam kożuch i wciskam w kąt między nogami i sufitem. Kożuch pali w nogi. Wszystko pali we wszystko. Spodnie, bluza, koszulka i podkoszulka. Palą mnie skarpetki, palą mnie majtki. Fizelina podszywająca się pod szumną nazwą „pościel”, którą wykupiłam w ramach dodatkowych kosztów do biletu. Parzy.

Co mogę zrobić? Regulować pokrętła? Czy ktoś z Państwa kiedykolwiek regulował pokrętła w PKP? Pokrętła w PKP służą tylko i wyłącznie do tego, żeby sterczeć. Nic się nimi nie da wyregulować, a już na pewno nie temperaturę. To może otworzyć drzwi? Hałas doprowadza do szału, a na korytarzu też skwar. To co? Może wyciągnąć laptopa i pisać tekst na blog? Błagam, darujcie! Wyobrażacie sobie, że ja w tym piekle, przy akompaniamencie chrapania i kaszlu (faceci na dole: kaszel suchy, facet 260: kaszel mokry), wyciągam laptopa i zaczynam szukać niedziałającego kontaktu? Nie! Nie mogę! Każdy ruch, niczym tamten z pociągu relacji Kętrzyn – Suwałki, paraliżuje! Ale tym razem paraliżuje ogniem! Jezu, ludzie! Czy przez trasę Katowice – Gdańsk rozpostarła się pustynia? Równik może przebiega? Czy cały węgiel Górnego Śląska został wrzucony do kotła tej lokomotywy?! Czy elektrownie całych Katowic zasilają kaloryfery tego pociągu?! Tak. Tak. Nie ma już prądu na laptopa. Cały poszedł na ogrzewanie. A ja nie mogę nawet skleić jednej frazy. Nic nie mogę. Mogę tylko:

  1. Udusić się
  2. Dostać udaru
  3. Zwariować
  4. Rozebrać się.

Rozebrać się! Ten szatański plan opętał mnie od pierwszej myśli. No, ale jak mam się rozebrać? Pięciu facetów i ja się rozbieram?! W pociągu?! Ten obok leży, owszem niby śpi, ale przecież chrapanie przerywa mu kaszel, co chwila więc się budzi! A ci z dołu, mówicie, że nie zauważą? Zauważą z pewnością! Facet wprawdzie mało co zauważa w życiu, ale zawsze i wszędzie widzi rozbierającą się, ba!, choćby myślącą o rozebraniu się kobietę!

No nic, hańba albo życie. Zaczynam od skarpetek. Matka z ciotką i babką odwiecznie kontestowały, że cały chłód od stóp idzie. Niech więc idzie! Niech zacznie. Ale chłód ani drgnie, chłodu jak na złość brak. Po cichu zdejmuję bluzę. Ale czy zdjęcie bluzy w temperaturze tysiąca stopni może przynieść ulgę? Przykro mi, proszę panów, wybaczcie, muszę zdjąć koszulkę. I żeby nie było, za chwilę muszę zdjąć też spodnie. A zdjęcie spodni wiąże się z: rozpięciem sprzączki metalowej paska (chrzęst!), rozpięciem zamka błyskawicznego (szuranie!), zdjęcia tego całego rozklekotanego chrzęstu z tyłka, następnie ściąganie z całej długości nóg (nie mam takich krótkich!) materiału z wypełnionymi monetami, kluczami, portfelem i dokumentami (odwieczna zasada podróżującego: dokumenty, pieniądze i klucze przy sobie!) kieszeniami!

To owszem, może obudzić mężczyznę. Ale bardzo przepraszam, za chwilę umrę z gorąca. Rozpinam więc pasek, zdejmuję spodnie i owszem, kurde, nie da się inaczej, robię hałas. Najbliższy facet śpi jak zaklęty, choć głowy nie dam, czy nie podgląda, świnia. Reszta: nie wiem. Nie patrzę. Zaciskam oczy i udaję, że mnie nie ma. Teraz już jestem tylko w podkoszulku, który jednym (raz kozie!) rozpaczliwym ruchem ściągam i kładę się jak Pan Bóg stworzył na płask, czekając na powiew upragnionego wiatru. I na sen. Wiatr przychodzi później, sen od razu. Śni mi się katastrofa kolejowa. I ja naga, lewitująca spod sufitu w ramiona sześciu kaszlących mężczyzn. Blachy przedziału się gną, pociąg się przechyla, otwiera się okno, cudem wylatuję na zewnątrz. I ląduję w Częstochowie, w sanktuarium maryjnym, przed gniewne oblicze Matki Boskiej Częstochowskiej, która od mojego dzieciństwa patrzy na mnie tym swoim zgorszonym wzrokiem i zna moje zdrożne myśli bardzo dokładnie, a teraz to już brak jej słów.

Nie dziwcie się, że się budzę. Mokra, spocona, ciężko dysząca. Szukając chłodu, przytulam się do metalowego pręta stanowiącego rodzaj półki na bagaże i zasypiam znowu. Tym razem w kamiennym śnie mijam Gdańsk i ląduję w Szczecinie na peronie, goła w samym dessous.

Ludzie, ile można! Ile można jechać? Ile można ryzykować golizną wśród pasażerów płci męskiej? Stres rzuca mną po wewnętrznych przestrzeniach, żar i duchota mnie spopiela. Pociąg się zatrzymuje i nagle czuję upragniony wiatr! Ktoś otwiera drzwi przedziału, wtyka głowę i patrzy w mrok. Jego kurtka, czapka, jego szarpnięcie drzwiami – wszystko to jeszcze świeże, niezakaszlane, niezachrapane, niespocone, nieskażone piekielnym gorącem. Dopiero wszedł z dworu, ze stacji, jeszcze chłodny. Nie zamykaj drzwi, wędrowcze, wpuść trochę życia! Trudno, przyzwyczaiłam się, że na świecie są sami faceci. Nie odchodź! A on posłusznie drzwi nie zamyka i patrzy w mrok, w czeluść, w ten piekielny kocioł. I oczy się do mroku przyzwyczajają i ja też już widzę to, co on widzi. Sześciu pasażerów PKP. Pięciu facetów, jedna kobieta. Leżą, kaszlą i chrapią. A wszyscy porozbierani jak do rosołu.