Wysokie Obcasy i szampan dla krokodyla

Piszę o tym nie dlatego, żeby się pochwalić, ale żeby przekazać wam bardzo ważną rzecz…

obcasy

Nie wiem! Nie wiem! Nie wiem! Nie wiem, czy będę wielkości znaczka pocztowego, czy jak dwa znaczki. Nie wiem, czy w środku, czy na końcu. Nie wiem nic, wiem tylko że w najbliższą sobotę po raz pierwszy w życiu pojawię się w papierowych Wysokich Obcasach. Piszę o tym nie dlatego, żeby się pochwalić, ale by przekazać ważną informację:

Marzenia się spełniają.

Ja osobiście już trochę boję się marzyć, bo nie ma marzenia, które by mi się nie spełniło. A bynajmniej nie jestem szczęściarą. Nie jestem też jakąś wyjątkową optymistką. Nie mam nigdzie znajomości, ani wpływowej rodziny. I nie mam wybitnego talentu.

A i tak się spełniają.

Pięć lat temu ciągnęłam po gdańskim dworcu wielką walizkę z próbkami powieści i czekałam na pociąg do Nieba. Pociąg przyjechał i zabrał mnie najpierw do Warszawy, potem do Krakowa, a uwierzcie kochani, ani Warszawa, ani Kraków z Niebem nie mają nic wspólnego. Chodziłam zatem od wydawnictwa do wydawnictwa, tłumacząc wszystkim w chorobliwym zapale, dlaczego warto zainwestować w mój talent. Oszczędzę wam szczegółów, bo na samą myśl o tym zdejmuje mnie paraliżująca żenada do dziś.

Wreszcie zaniechałam procederu. Zrozumiałam, że nie dam rady fizycznie obskoczyć wszystkich redakcji w Polsce. Wróciłam zatem do Gdańska i jęłam wysyłać maile. Nie pytajcie mnie, ile maili wysłałam. Ta liczba, a raczej relacja tej liczby do liczby odpowiedzi, to wspomnienie zbyt bolesne. Nie był to jednak czas lizania ran. Najboleśniejsze miałam jeszcze przed sobą. Najboleśniejsze miało dopiero przyjść. W odpowiedzi, na którą tak czekałam. W odpowiedzi z wydawnictwa od pewnego krytyka literackiego. W odpowiedzi, która brzmiała tak:

„Banał, nuda i pretensjonalny język”.

O Boże, ile było w tym racji! O Matko, jaki to był banał O Jezu, jaka to była nuda! O Chryste, jak pretensjonalny język! Redaktorze bezimienny, który napisałeś tego maila! Gdzie jesteś?! Odezwij się! Jestem ci dozgonnie wdzięczna. Jestem ci dłużna. Chcę ci podziękować, na wódkę zaprosić.

Człowiek bowiem sam tego nie zobaczy. Trzeba wyjść z ram, żeby ujrzeć obraz. Trzeba opuścić kołowrotek, żeby przestać się w nim kręcić. Trzeba dostać takiego maila, żeby zaniechać banału, nudy i pretensjonalnego języka.

A przynajmniej nie dostawać już takich maili. Oczywiście, maile są. Są w najlepsze. Jak się maili nie dostaje, to dopiero jest paraliż. Jak się nie ma hejterów, to dopiero jest marazm. Człowiek poznaje swoją wartość przez liczbę ganiących go krytykantów. Ja uwielbiam swoich. Dostaję od nich epistoły ze wskazówkami, pogróżkami, rozczarowaniem „Nie idź tą drogą!”. „Tym razem przesadziłaś”, „Lubiłem twój blog i teraz się zawiodłem!”, „Nigdy nie wrócę!”, „Spodziewałem się mniej populistycznego bełkotu.”

Ile razy ze sobą zerwaliśmy! Ile już było rozstań! Ile było powrotów! I wciąż jesteśmy, na dobre i na złe, a właściwie tylko na złe. No nic, trzeba iść dalej. Trzeba wydać książkę. Ten krótki błysk w życiu każdego debiutanta, gdy przychodzi umowa z wydawnictwa. Ta para skrzydeł zwinięta a drżąca z gotowości do lotu! Jezu! Boże! Matko! Czy istnieje numer telefonu, którego nie wybrałam tamtego dnia, gdy podpisałam umowę na wydanie książki?! Czy jest jakiś adres mailowy, na który bym nie wysłała tej cudownej nowiny! Moja książka! Na półce! W empiku! W księgarni Jawor! W Bibliotece Miejskiej! Na Allegro! W Merlinie! W Amazonie! Kuźwa, nie wiem, gdzie jeszcze! Świat przestanie się kręcić, świat się zatrzyma! Nic nie będzie, jak kiedyś! Koniec smutków, koniec frustracji! Już jutro, za chwilę nastanie wiekuiste szczęście! Wyjdzie drukiem moja książka! Spełni się moje marzenie.

A teraz matematyczna zagadka. Ostrzegam, trudna! Ile to jest: prawa autorskie plus dwa tysiące sztuk oficjalnego nakładu, plus niewiadoma – dodruk, zamknąć nawias, razy dwa złote za egzemplarz, plus odsetki z czterech lat?

Podpowiadam: paradoksalnie, nie jest to liczba dodatnia. Jak nie wierzycie, zadzwońcie do kancelarii adwokackiej. Oni mają sporo takiej arytmetyki.

Marzenia się spełniają. Spełniają się, aż strach. Marzenia są jak krokodyle. Wykluwają się małe, urocze jak broszki, a potem mnie zjadają. Nic, trudno, trzeba iść dalej. Ja idę. A raczej siadam. Siadam i piszę, a moje krokodyle nadgryzają mnie po cichu.

W sobotę pojawię się w Wysokich Obcasach. Wstanę rano, wezmę rower i pojadę do kiosku. Kupię sobie Gazetę Wyborczą i butelkę szampana. Gazeta dla mnie. Szampan dla krokodyla.

17 comments

  1. Jolka

    Kochana, dzięki! I po co ja mam pisac swojego bloga, jak Ty robisz to za mnie! Głosuję na Ciebie (siebie?)!

  2. platt

    Chciałem zauważyć tylko, iż tekst, ochrzczony przeze mnie mianem populistycznego bełkotu, takowym był w istocie.

  3. Dorota Jachowska

    taaa.. próbowałam znaleźć źródło powiedzenia „uważaj, o czym marzysz”…
    jest takie przewrotnie prawdziwe 🙂
    a Twoje przyrównanie do krokodylka – już zawsze będzie mi towarzyszyć…
    i kupię te Wysokie Obcasy, a niech tam!

  4. Muszkieter

    Sylwia, czas na selfpublishing i pełną niezależność. Jeśli sama stawiasz warunki, szampana będziesz pić w większym gronie, bo wśród ludzi, którzy będą z Tobą na Twoich warunkach.

    Gratuluję i życzę powodzenia 🙂

  5. Przemysław

    Witam dobrze przedmówczyni powiedziała wcześniej. Należy pamiętać, o tym że nie wszystkie nasze marzenia mogą się spełnić. Ja sam muszę powiedzieć, że przez doświadczenia życiowe można powiedzieć, że kiedy zaczynamy latać szybko spadamy taki już jest los człowieka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s