Niezwykłe przygody duszy, czyli co nas czeka po śmierci

Po śmierci dusza błąka się przez dwa dni. Co robić w tym czasie? Ja jadę na plażę nudystów. Nie będę paradować w ciuchach, skoro nie mam ciała

grzechy

Nie ma takiej śmierci, która przychodzi zbyt późno. Nie ma śmierci, która przychodzi w czas. Śmierć zawsze przychodzi rychło, zawsze znienacka i zawsze w pośpiechu. Każde więc utyskiwanie na złe życie można złagodzić świadomością doczesności. Spokojnie, już niedługo. Bez nerwów, to zaraz. Jeszcze parę dni, miesięcy, lat. Zleci jak z bicza strzelił. A potem? Czytałam na portalu Fronda niezwykłe doniesienia w tej kwestii. Zanim jednak opowiem o tych rewelacjach, pozwolę sobie tylko przytoczyć krótką charakterystykę portalu Fronda. Dużo seksu, mało miłosierdzia, słowem ostra jazda. Ostatnio poleciłam Ewce, która podobno już kiedyś otarła się o pismo, twierdząc, że była to publikacja konserwatywna o monumentalnej powadze. Teraz weszła na portal, zobaczyła na tak zwanej jedynce artykuł o braku dyspensy dla sklepów mięsnych w piątek oraz o szkodliwości jogi dla umysłu i wyraziła opinię, że to niemożliwe, że na pewno ktoś podstępnie wykupił konserwatywne pismo o monumentalnej powadze i z konserwatywnego pisma o monumentalnej powadze robi sobie monumentalne jaja.

Tymczasem żadnych jaj! To wszystko serio! Sklepy mięsne nie powinny sprzedawać parówek w piątek, joga szkodzi, a po śmierci dusza błąka się przez dwa dni. Bo o tym właśnie przeczytałam ostatnio na portalu Fronda.

Śmierć wydobywa dusze z ciała. Dusza opuszcza więc ciało i… robi co dusza zapragnie. Przez dwa dni. Dwa dni totalnego luzu, chodzi gdzie chce. Pytanie, gdzie ma chodzić przez te dwa dni? Na co się zdecydować? Ja żyjąc, mam podczas weekendu niezłą zagwozdkę. A przecież to tylko jeden z wielu weekendów. A jedyne dwa dni luzu po życiu? Boże, jak dobrze, że czytam Frondę, mam czas się przygotować na melanż mojej wiekuistości!

Fronda pisze, że różnie z tym bywa. Niektóre dusze udają się w miłe miejsce, inne błąkają się wokół domu. Jasna sprawa. Są tacy, co w wolnej chwili od razu walą do Zakąsek i Zapitek, są tacy co wolą domówkę. Jest przecież szansa na stypę. Jest szansa, że stypa przeciągnie się dwa dni. Chcę w niej uczestniczyć! A jak mam uczestniczyć, chcę uczestniczyć świadomie! Chcę sporządzić zawczasu plan! Chcę dopełnić formalności! Ostatnio nie wpuszczono mnie na Blog Forum Gdańsk, bo nie dopełniłam formalności. Była to pierwsza w moim życiu impreza, na którą mnie nie wpuszczono. Pierniczę imprezy, na które mnie nie wpuszczają.  Pierniczę Blog Forum Gdańsk. Ale czy mogę pierniczyć imprezę w życiu pośmiertnym? Czymże jest Blog Forum w porównaniu z własną stypą? Nie mogę tego przegapić. Frondo, gdzie mam wysłać zgłoszenie? Gdzie kliknąć? Umrzeć może każdy głupi. Każdy głupi może być martwy. Ja chcę być martwa świadomie! Ale jak się już zarejestruję, gdy już się tam znajdę – niech się dzieją rzeczy wiekuiste! Niech się urywają żyrandole! Niech brzmi muzyka! Najlepsza muzyka na świecie! Bananowy song! Taneczny wąż! Korowód barwnych piór! Przysięgam, nie ma takiej konferencji na Ziemi, która by zakończyła się podobnym melanżem. Nie ma takich mieszanek piwa z sokiem, które równałyby się do moich trunków! Piwo z sokiem to jest, moi drodzy, napój dla przedszkolaków. Ja będę serwować absynt! Wódkę z ogniem. I czysty spirytus.

Basen. Ale nie jakiś tam basen z wodą! Basen ma być z szampanem! Będę skakać do basenu z okien sypialni. Z pierwszego piętra. Zawsze chciałam skoczyć z pierwszego piętra do basenu, tylko bałam, że się zabiję. Teraz skoczę.

Pytanie, jaka będzie pogoda? To ważne. Wolę umrzeć latem, zahaczę o plażę. Jak ktoś chce mieć pogrzeb w Pcimiu Dolnym, jego sprawa. Ja biorę pompowane krokodyle i jadę nad morze. Do Dębek. Tam można opalać się na golasa. Z dwóch ofert: tekstylnej i naturystycznej, zawsze wybieram tę drugą, nawet po śmierci. Co z tego, że nie będę mieć ciała? Tym bardziej! Jak nie mam ciała, to na co mam niby założyć kostium kąpielowy? Dusza jest konsekwencją naszego żywota. Będę więc rozbrykaną nagą duszą przewalającą się po piaskach nadbałtyckich plaż.

Ale czas brykania się kończy. Kończą się  dwa darowane dni, jak kończy się weekend. Zaczyna się szare życie po życiu. Czas mrocznych pokus. Mroczne pokusy żywota to betka w porównaniu z opisanym przez Frondę cyklem straszliwych zmagań z mocami piekielnymi, które nastąpią po dwóch dniach pośmiertnych kanikuł. Pierwsza rzecz: towarzystwo. Za życia towarzystwo zawsze musi się napatoczyć, a i po śmierci towarzystwo okazuje się również niezbędne. Czytam, że spotkanie duchowe (z danym towarzystwem) przebada skłonności duszy nabyte w tym życiu – czy lgnie ona bardziej ku Aniołom i świętym poprzez cnotliwe życie, czy też poprzez swoje niedbalstwo lub niewiarę dopasowała się bardziej do towarzystwa duchów upadłych.

Nic mi nie mówcie! Już widzę, gdzie wpadłam! Nie żyję od trzech dni, a sprawy ani na jotę się nie zmieniają. Wszystko po staremu. Melanż, plaża, złe towarzystwo. I kolejne poziomy trudności w zdobyciu zbawienia, określane tajemniczym mianem: mytarstwa powietrzne. Przerzuciłam hasło przez wyszukiwarki i okazało się, że muszę iść na terapię. Serio mówię. Tylko porządna terapia wybawi mnie od potępienia. Jeśli bowiem demony mają mnie w kółko oskarżać o jakieś grzechy, muszę mieć żelazną psychikę i nauczyć się mówić: NIE. Zresztą ta metoda jest skuteczną bronią również w doczesnym życiu. I znów analogia. Człowiek się rodzi, ma trochę wolnego, trochę się zabawi, a w tak zwanym międzyczasie ktoś mu wywierci w brzuchu jakąś winę. I tylko wiara może tu pomóc. Rzecz jasna, wiara w siebie.

Zaczynam się zastanawiając, po co ta śmierć? Po śmierci nic się nie zmienia. Jedni mają dobrze, inni mają źle. Pokusy są, jak były. Lęki, jak były, są. Szczęście – tak samo. Towarzystwo – według uznania. I tak i siak. Raz tak, raz siak. Kiedy to się zmieni? Otóż pewnego dnia. Pewnego dnia cały ten poddany zepsuciu świat dobiegnie końca i zaświta trwające na wieczność Królestwo Niebieskie. Pytanie, czy zniknie Piekło? Ależ skąd! Piekło po sądzie dopiero się wzmocni. Piekielne lochy wypełnia się skazanymi, szatan wzrośnie w siłę. Gra toczy się dalej. Tylko level wyższy. A może ten sam?

Niedawno przeczytałam w jednym z Dzienników Pilcha, że poleca do trumny Rzeczpospolitą, lektura podobno umożliwia zmartwychwstanie. Ja do trumny biorę Frondę. Fronda nie umożliwia zmartwychwstania. Ona je gwarantuje.

Drzwi wyrwane z zawiasów

Anna Przybylska broniła prywatności jak lwica. Teraz już nie broni. Wyciąga się więc wszystko: rodzinę, lekarza, księdza, Pana Boga i drzwi z zawiasów

1234412_616916131693047_5790341_n

Tyle się dzieje, że nie nadążam wszystkiego przemilczeć. Najpierw intensywnie przemilczałam konflikt pewnego pisarza z pewną feministką. Boże, jak ja to przemilczałam! Intensywność mojego milczenia niemal dorównywała intensywności żenady tej sprawy. Niemal. Bo jednak wciąż nie dorównywała. Tym dramatyczniej nie dorównywała, że przedmiotową żenadę podsycały wszystkie media świata. Dopóki rzecz wyciekła w jednym ścieku, miałam jeszcze szanse. Jeszcze moje milczenie mogło odnieść sukces. Jednak nie. Z jednego ścieku wyciekło zaraz dalej, do drugiego, do następnego, aż falą sensacji zebrało się w rzekę zalewając rozpaczliwie broniącą się ciszę.

Nawet jak się człowiek chce odciąć, zawsze znajdzie się ktoś, kto go w rzekę sensacji wciągnie. Milczysz, ale inni nie milczą. Nie mówisz, ale inni krzyczą. Nie piszesz, ale inni pytają. A, co myślisz? Co sądzisz? Jak, he, he, oceniasz? Jak he, he, oceniasz ich dokonania łóżkowe? Kto na górze, kto na dole? Kto winien? Kto komu? I jak?!

Ej, dajcie taśmę! Nie nagraliście siebie w łóżku? Nic straconego. Są jeszcze podsłuchy. Redaktor z gazety Wprost się w tym specjalizuje, zadzwońcie do niego. Widziałam w empiku, książkę wydał, zna się. Niech was też nagra. Niech kelnera wyśle. Może już wysłał? Niech upubliczni! Wrzuci na Youtube! Na Facebook! Twitter! Niech wszyscy zobaczą jak to było dokładnie. Kto na górze, kto na dole. Kto winien. Kto komu i jak.

Pamiętacie takie pismo „Przekrój”? Co tydzień można było przeczytać na wstępie, o czym Przekrój nie pisze. I właśnie tam widzę tę sprawę. Ale „Przekroju” już nie ma. Pewnie właśnie dlatego go nie ma, że takiej sprawy by nie opisał. Głupi Przekrój. Jak bardzo mi brakuje tego głupiego Przekroju!

Niecały tydzień temu pojawiła się w mediach wiadomość o śmierci aktorki Anny Przybylskiej. Smutna wiadomość. Tragiczna. I jak każda tragiczna wiadomość w tym kraju, natychmiast przeoblekła się w interes. I to wcale nie interes społeczny, bo o profilaktyce i diagnozie raka trzustki niby się mówi, ale ciszej, z boku, na marginesie. Prawdziwy interes jest inny. Ponadwymiarowy, ideologiczny, wszechpotężny. A nazywa się: klikalność. Media kręcą lody na tej śmierci. Od niemal tygodnia nie schodzą z pierwszych stron portali doniesienia o jej okolicznościach. I guzik kogo obchodzi, że Anna Przybylska broniła prywatności jak lwica. Teraz już nie broni. Wyciąga się więc wszystko: rodzinę, lekarza, księdza, Pana Boga i drzwi z zawiasów. Jest interes w tym, żeby rozpaplać, jak Przybylska cierpiała i co ściskała przed śmiercią. Że „wyła z bólu” i „ściskała przed śmiercią różaniec”. Brakuje już tylko zdjęcia umierającej aktorki, ale widok jest tak dokładnie opisany przez „zaufanego” lekarza i „zaufanego” księdza, że ta śmierć stała się wstrząsająco publiczna. A różaniec nieboszczki załatwia przy okazji interesy prawicowych mediów. Wystarczy dać tytuł „Niech jej ziemia lekką będzie” (Fronda), dokleić modlitwę i wysmażyć swoją propagandę.

Wczoraj przeczytałam, że ciekawscy pogrzebnicy tak bardzo chcieli zobaczyć nieżyjącą, że wyłamali drzwi z zawiasów. Przybylska, póki żyła, trzymała te drzwi rozpaczliwie. Teraz już nie może.

Wysokie Obcasy i szampan dla krokodyla

Piszę o tym nie dlatego, żeby się pochwalić, ale żeby przekazać wam bardzo ważną rzecz…

obcasy

Nie wiem! Nie wiem! Nie wiem! Nie wiem, czy będę wielkości znaczka pocztowego, czy jak dwa znaczki. Nie wiem, czy w środku, czy na końcu. Nie wiem nic, wiem tylko że w najbliższą sobotę po raz pierwszy w życiu pojawię się w papierowych Wysokich Obcasach. Piszę o tym nie dlatego, żeby się pochwalić, ale by przekazać ważną informację:

Marzenia się spełniają.

Ja osobiście już trochę boję się marzyć, bo nie ma marzenia, które by mi się nie spełniło. A bynajmniej nie jestem szczęściarą. Nie jestem też jakąś wyjątkową optymistką. Nie mam nigdzie znajomości, ani wpływowej rodziny. I nie mam wybitnego talentu.

A i tak się spełniają.

Pięć lat temu ciągnęłam po gdańskim dworcu wielką walizkę z próbkami powieści i czekałam na pociąg do Nieba. Pociąg przyjechał i zabrał mnie najpierw do Warszawy, potem do Krakowa, a uwierzcie kochani, ani Warszawa, ani Kraków z Niebem nie mają nic wspólnego. Chodziłam zatem od wydawnictwa do wydawnictwa, tłumacząc wszystkim w chorobliwym zapale, dlaczego warto zainwestować w mój talent. Oszczędzę wam szczegółów, bo na samą myśl o tym zdejmuje mnie paraliżująca żenada do dziś.

Wreszcie zaniechałam procederu. Zrozumiałam, że nie dam rady fizycznie obskoczyć wszystkich redakcji w Polsce. Wróciłam zatem do Gdańska i jęłam wysyłać maile. Nie pytajcie mnie, ile maili wysłałam. Ta liczba, a raczej relacja tej liczby do liczby odpowiedzi, to wspomnienie zbyt bolesne. Nie był to jednak czas lizania ran. Najboleśniejsze miałam jeszcze przed sobą. Najboleśniejsze miało dopiero przyjść. W odpowiedzi, na którą tak czekałam. W odpowiedzi z wydawnictwa od pewnego krytyka literackiego. W odpowiedzi, która brzmiała tak:

„Banał, nuda i pretensjonalny język”.

O Boże, ile było w tym racji! O Matko, jaki to był banał O Jezu, jaka to była nuda! O Chryste, jak pretensjonalny język! Redaktorze bezimienny, który napisałeś tego maila! Gdzie jesteś?! Odezwij się! Jestem ci dozgonnie wdzięczna. Jestem ci dłużna. Chcę ci podziękować, na wódkę zaprosić.

Człowiek bowiem sam tego nie zobaczy. Trzeba wyjść z ram, żeby ujrzeć obraz. Trzeba opuścić kołowrotek, żeby przestać się w nim kręcić. Trzeba dostać takiego maila, żeby zaniechać banału, nudy i pretensjonalnego języka.

A przynajmniej nie dostawać już takich maili. Oczywiście, maile są. Są w najlepsze. Jak się maili nie dostaje, to dopiero jest paraliż. Jak się nie ma hejterów, to dopiero jest marazm. Człowiek poznaje swoją wartość przez liczbę ganiących go krytykantów. Ja uwielbiam swoich. Dostaję od nich epistoły ze wskazówkami, pogróżkami, rozczarowaniem „Nie idź tą drogą!”. „Tym razem przesadziłaś”, „Lubiłem twój blog i teraz się zawiodłem!”, „Nigdy nie wrócę!”, „Spodziewałem się mniej populistycznego bełkotu.”

Ile razy ze sobą zerwaliśmy! Ile już było rozstań! Ile było powrotów! I wciąż jesteśmy, na dobre i na złe, a właściwie tylko na złe. No nic, trzeba iść dalej. Trzeba wydać książkę. Ten krótki błysk w życiu każdego debiutanta, gdy przychodzi umowa z wydawnictwa. Ta para skrzydeł zwinięta a drżąca z gotowości do lotu! Jezu! Boże! Matko! Czy istnieje numer telefonu, którego nie wybrałam tamtego dnia, gdy podpisałam umowę na wydanie książki?! Czy jest jakiś adres mailowy, na który bym nie wysłała tej cudownej nowiny! Moja książka! Na półce! W empiku! W księgarni Jawor! W Bibliotece Miejskiej! Na Allegro! W Merlinie! W Amazonie! Kuźwa, nie wiem, gdzie jeszcze! Świat przestanie się kręcić, świat się zatrzyma! Nic nie będzie, jak kiedyś! Koniec smutków, koniec frustracji! Już jutro, za chwilę nastanie wiekuiste szczęście! Wyjdzie drukiem moja książka! Spełni się moje marzenie.

A teraz matematyczna zagadka. Ostrzegam, trudna! Ile to jest: prawa autorskie plus dwa tysiące sztuk oficjalnego nakładu, plus niewiadoma – dodruk, zamknąć nawias, razy dwa złote za egzemplarz, plus odsetki z czterech lat?

Podpowiadam: paradoksalnie, nie jest to liczba dodatnia. Jak nie wierzycie, zadzwońcie do kancelarii adwokackiej. Oni mają sporo takiej arytmetyki.

Marzenia się spełniają. Spełniają się, aż strach. Marzenia są jak krokodyle. Wykluwają się małe, urocze jak broszki, a potem mnie zjadają. Nic, trudno, trzeba iść dalej. Ja idę. A raczej siadam. Siadam i piszę, a moje krokodyle nadgryzają mnie po cichu.

W sobotę pojawię się w Wysokich Obcasach. Wstanę rano, wezmę rower i pojadę do kiosku. Kupię sobie Gazetę Wyborczą i butelkę szampana. Gazeta dla mnie. Szampan dla krokodyla.