Morderstwo doskonałe

czyli gdzie jest pies pogrzebany?

horror001Bierzemy zwłoki i po cichu, żeby nikt nie zauważył, wrzucamy je do budy…

Skończmy już z tym zabijaniem! I tak zderzyłam się z falą protestów. Obrońcy Praw Zwierząt chcą mnie aresztować. Obrońcy życia chcą mnie zabić. Mam pisać dalej? Boję się, że zginę. Ale dobra, napiszę. Bo historia jest warta śmierci. Rzadko tak uważam, tym razem wiem na pewno. Wolę zginąć, niż nie opisać tego, co się przytrafiło pewnego weekendu, tydzień przed końcem świata.

A więc jest sobota. Sobota ma to do siebie, że następuje po piątku. A piątek ma to do siebie, że nie wiadomo co było. Sobota jest zatem wypadkową: nie wiadomo co było i nie wiadomo co będzie. Stoję więc nad ranem w sobotę pod drzwiami, bez kluczy, szukam panicznie telefonu i zastanawiam się jak mam na imię.

Klucze – przepadły. Telefon – nie istnieje. Jedyne, co istnieje na tym świecie tego dnia to przyjaciółka sąsiadka, ta jedna jedyna, która nie złożyła jeszcze skargi na zbyt głośną zabawę pod moim adresem. I jeśli chcę żyć, powinnam jak najszybciej udać się właśnie do niej. Daleko nie mam. Może przeżyję.

Przychodzę do Ewki, a u niej na wycieraczce siedzi labrador. Duży i silny Pies Pańci, ten sam, co upodobał sobie dmuchawce i w rytmie melancholijnym kolebie się przez życie, patrząc mętnie na niepojęty gnający obok świat. I, czy z braku dmuchawców, czy z racji niezgłębionej przez nikogo tajemnicy, spokojny do tej pory jak kamień Pies Pańci najwyraźniej przekroczył Rubikon wieku średniego.

Zgadzam się, jeśli kryzys środka życia to czerwone Mitsubishi Lancer. Ok., jeśli to żółte Lamborghini. Nie ruszają mnie białe macintoshe. Wszystko rozumiem, ale szaleństwo Psa Pańci przyprawiło mnie o (nie tak trudne do uzyskania w moim stanie) torsje. Otóż Pies Pańci postanowił zostać mordercą. I Pies Pańci faktycznie zamordował. I teraz Pies Pańci siedzi na wycieraczce Ewki z ofiarą w pysku.

– Ewka, otwieraj! Pies Pańci zagryzł psa sąsiadki! Nieszczepiony na bank! Nieubezpieczony! Ewka, otwieraj! Ewka! Ewka…!

Ewka wychodzi z gęsimi piórami we włosach  i patrzy nierozumnie. Przytomność jednak przychodzi szybko, Ewka zaczyna nagle wrzeszczeć, więc rzucam się na nią, zatykam usta i pokazuję wymownie na czoło. Po chwili już zupełnie opanowane wciągamy do garażu mordercę z trupem i pilnie ustalamy plan. Najpierw telefon do Pańci. Jak słusznie przypuszczamy, Pańcia również wpada w histerię. Chwilę potem, ku naszemu zaskoczeniu, przytomnie postanawia ukryć zwłoki i udawać, że nic się nie stało.

– Bez sensu – zauważa Ewka. – Zaczną się alerty, poszukiwania, listy gończe. Rozkleją po osiedlu zdjęcia, apele. Dzieci będą płakać, niekończąca się historia. Mam lepszy pomysł.

I tu Ewka przechodzi inny Rubikon. Ewka posiada pewną zdolność. Jest to chyba najbardziej pożądana zdolność w dziejach ludzkości. Zdolność do obmyślenia perfekcyjnego planu. Planu, jakiego nie rozgryźli najwięksi detektywi wszech czasów. Mordercy światowej sławy przy tym leżą i płaczą. Tak, moi Państwo, Ewka przekracza Rubikon MORDERSTWA DOSKONAŁEGO.

– Bierzemy zwłoki i po cichu, żeby sąsiadka nie zauważyła, wrzucamy je do budy. Sąsiadka jutro znajduje zdechłego psa, robi mu pogrzeb i po sprawie.

Patrzymy z Pańcią na Ewkę przepełnione podziwem i nie mówimy ani słowa. Chwilę później truchtamy z martwym psem ku jego, niedawno jeszcze ciepłemu, legowisku. Ręką zgrabiałą ze strachu dotykam klamki od furtki sąsiadki, furtka groźnie zgrzyta.

– Cii! Nie obudź psa! – szeptem krzyczy Pańcia, ale chwilę zaraz się uspokaja, bo pies jak zabity – faktycznie milczy.

Sąsiadka jak zaklęta, też milczy, choć najwyraźniej żyje. W domu siedzi przed telewizorem, jej głowę w niebieskiej poświacie zanurzoną – wszystkie gorączkowo obserwujemy. Serca nam dudnią, tętnice kruszeją. Migrena moja wraz z psem sąsiadki czeźnie. Niech mi ktoś powie, że w obliczu śmierci ma migrenę! Ja nie mam. Jest trup, nie ma sprawy. Plan doskonały Ewki wypełniamy z szacunkiem i pietyzmem. I tylko zmarmurowiałymi ze strachu wargami:

– Ja pier…ę, ja pier…ę, ja pie… ę – szepczemy.

Jest buda! Sztywne truchło siłą trzech współ-morderczyń wciskamy, ocieramy czoła od lodowatego potu i mkniemy do furtki, furtkę: „zgrzyyyt”, zamykamy i teraz zgodnym, równym galopem – do sklepu po wódkę.

Dwie godziny i cztery wściekłe – nomen omen – psy później siedzimy wesoło przy kominku, i gładząc Psa Pańci, bawimy się historią, raz po raz przerywając debatę śmiechem.

Gdy nagle do drzwi rozlega się pukanie.

Pukanie początkowo słabe, jednak coraz odważniejsze, przeradza się wreszcie w łomot. Zastygamy w  poczuciu nieczystego sumienia. I nagle przypominam sobie o wszystkich tych znajomych, z którymi się umówiłam na sobotnie „nie wiadomo, co będzie”. To na pewno któryś z nich! – wołam. Ale to nikt z nich.

To SĄSIADKA.

Stoi w drzwiach i patrzy stalowym wzrokiem, wyraźnie czymś poruszona. Głuchy jęk przechodzi przez przedpokój, Pańcia chowa się za kominek.

Ewka chrząka, wstaje z podłogi, podnosi głowę i stalowemu spojrzeniu stawia czoło. Wszak ona plan wymyśliła! Niech się tłumaczy! Niech mówi, co za pomysł?! Kto psa zabił? Dlaczego? Jak? Gdzie narzędzie zbrodni!? Czemu jeszcze żyje?! Czemu bestia wściekła po okolicy biega?! I kto za to wszystko zapłaci?! A w ogóle, co za żarty z pogrzebu, ze śmierci jaja, co za picie wódki?!

Ewka milczy, sąsiadka milczy, wzrokiem się krzyżują, mierzą i wreszcie ta druga ożywa:

– Widziała pani może kogoś, że się kręcił? Koło domu gdzieś, mojego? Przy budzie? Psa?

– Nie!

Krótkie, żołnierskie, piękne. Sąsiadka z miejsca mięknie, żołnierskiemu duchowi Ewki ulega, głowę zwiesza i słabym głosem mówi:

– Jacy ludzie, wie pani, jacy ludzie są… Pies mi zdechł wczoraj, zakopałam za działką, a dziś ktoś psa odkopał i do budy mi wrzucił…

———————————————————————————–

Publikacja wznowiona, tekst ze zmianami opublikowany był także w miesięczniku  Magazyn Be

4 comments

  1. Espressyjna

    Podziwiam kunszt 🙂 Myślę, że przydałoby się go przeczytać niejednej osobie, która najpierw się pulta w komentarzach, a dopiero potem ewentualnie czyta 😛

  2. Anonim

    mmm… miejska legenda, jest Pani 3 osobą, której się taka przygoda przytrafiła. Raz tylko nie był to sąsiad, a właściciel wakacyjnego lokum.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s