Kobieta, największy wróg feminizmu

Koleżanka mojej matki krzyknęła z oburzeniem: Nie prasujesz mężowi koszul? – Nie. – To po co ty mu jesteś?!

—————————————————————————————-

Feminizm (łac. femina – kobieta) – ideologia i kierunek polityczny, ruch społeczny związany z równouprawnieniem kobiet. Podstawą programu feminizmu jest dążenie do emancypacji i równouprawnienia płci pod względem formalnym i faktycznym.  

Przekładając na język prosty tę skróconą definicję: feminizm to idea sprawiedliwości i równych praw bez względu na płeć. Tyle. I biorąc pod uwagę jak przez ostatnie sto lat udało się zmienić pozycję kobiet w społeczeństwie, aż tyle. Ale ja nie o tym. Ja o tym, że słyszę często oburzone głosy KOBIET, że skąd, ależ, nigdy w życiu, tfu, broń Boże, ta czy tamta feministką nie jest.

Wydawałoby się to niedorzeczne. Bo czemu kobieta nie jest feministką? Czemu kobieta nie chce dla samej siebie równouprawnienia, czemu nie dba o swoje prawa, ba! czemu przeciw własnym prawom się opowiada?

Owszem, jeśli facet twierdzi, że nie jest feministą, to jego postawę może dyktować strach przed utraceniem wywojowanych przez przodków przywilejów. Durne, żałosne, niesprawiedliwe, ale zrozumiałe. Inna rzecz, że facet prędzej czy później jest gotów ustąpić, podzielić się przywilejami. Jeśli ma z kim. Ale jak ma ustąpić, skoro sama kobieta deklaruje swoją niechęć do feminizmu?

Gdy słyszę kobiety wyrzekające się własnych praw, tłumaczę to głupotą. Głupotą wywodzącą się z nieznajomości historii czy choćby definicji feminizmu. Głupotą wynikającą z lenistwa posuniętego do tego stopnia, że nie chce się którejś nawet zajrzeć do Wikipedii. Wreszcie głupotą wywołaną lękiem przed czymś, czego nie rozumie. Bezmyślnym powtarzaniem formułek zasłyszanych w „studio paznokcia”. A to, że feministka to sfrustrowana wariatka walczącą diabli wiedzą o co. A to, że nikt jej nie chce, nikt jej nie kocha i pozostały jej tylko histeryczne wiece na Mokotowskiej. A wreszcie to, że feministka jest brzydka, tłusta, łysa i ma włosy na nogach. Jednym słowem babochłop. Która z wyfiokowanych pań chce być babochłopem?!

Istnieją jednak obserwacje dowodzące, że są kobiety, które tryskają intelektem, a jednocześnie wybierają sobie pozycję niższą, bardziej podłą niż pozycja mężczyzny. Taka kobieta z wyboru idzie w samozagładę. Być może życie jej niemiłe (trudno się dziwić), być może świat jej zbrzydł, być może tak to sobie poukładała w głowie, że jest gorsza i mniej jej się należy. Nie mam nic do tego typu wyborów, pod jednym warunkiem: niech dotyczy to tylko jej samej. Skoro tak chce, niech tak ma. Ale niech nikomu tego nie narzuca, niech od reszty kobiet się odfrandzoli.  Niech się w sejmie nie udziela i swoją samozagładą nie zaraża. Nie ma wszak nic gorszego od człowieka, który ze względu na własną przekichaną sytuację rości sobie prawo do szkodzenia innym.

I tu dochodzimy do najpoważniejszego problemu, z którym ruch feministyczny się boryka. Do najsmutniejszego wniosku dzisiejszych czasów. Do tej straszliwej prawdy, że największym wrogiem feminizmu jest właśnie sama kobieta. Bo wybór, o którym napisałam, to wcale nie jest taki w pełni świadomy wybór. To bardzo często wynik wychowania i to wychowania przez matkę, która została wychowana przez matkę, która została wychowana przez matkę, której narzucono pozycję gorszą. I tak powielany wybór staje się dogmatem, jedyną znajomą (bezpieczną?) i słuszną postawą życiową, siłą obezwładniającą, odbierającą kobietom prawo do równości.

Moja matka nigdy w życiu nie powiedziała, że jest feministką. Pewnie by jej to przez gardło mnie przeszło. Jest bardzo wierząca i – przynajmniej tak twierdzi – konserwatywna. Ale niedawno wróciła z pracy i opowiedziała pewną historię.

Jej znajoma (dużo młodsza) płakała w garść, jak bardzo jest zmęczona, bo gdy wraca z pracy musi zrobić obiad, w dodatku czeka na nią stos koszul do prasowania. Koszul, rzecz jasna, należących do męża. Matka ściągnęła brwi i spytała, czy mąż jest chory, bo skoro chory, to chyba nie ma pilnej potrzeby noszenia koszul? Nie, nie jest chory, wręcz odwrotnie. Ma wyjazd służbowy i potrzebuje szykownych ubrań. Zatem, docieka matka, czy mąż ma obie ręce? Ma. A może pracuje na dwa etaty i nie ma go w domu? Nie, pracuje tyle samo godzin, co ona. – To może macie taką zasadę, że mąż ci w odwecie prasuje sukienki?- pyta matka.

– Chyba kpisz!

– Może po prostu lubisz prasować?

– Zwariowałaś, padam na twarz?! 

– Więc czemu on sobie sam nie uprasuje tych koszul?!

– Jak to: sam?

– No sam! Chyba dorosły jest?

– Hanka! (moja mama ma na imię Hanka) Czy ty nie prasujesz mężowi koszul?

– Nie.

– To po co ty mu jesteś?!

Hanka przyszła do domu i spytała męża po co mu jest. Mąż popukał się w czoło i przytulił Hankę. Hm. A może, gdyby życie potoczyło się inaczej, byłaby mu po to, żeby prasować koszule? Może, gdyby się lata temu rzuciła w wir usługiwania, kto wie? Ale ona po prostu na tej pozycji się nie ustawiła. Wybrała feminizm, czy jak kto woli – zdrowy rozsądek. I jest dziś po to, żeby być. Być przyjaciółką, partnerką, towarzyszką życia. Dlatego ja i Siostra Młodsza, córki najbardziej konserwatywnej kobiety na świecie, jesteśmy feministkami. Bardzo nam z tym fajnie. Dzięki, mamo, że nie prasowałaś koszul!

296117_522737637789771_399713673_n
Dla mojej Mamy

Szatan w białej sukience

Głowę daję, że gdyby nie decyzja prezydenta o zdjęciu wystawy, niebawem mielibyśmy w Elblągu wyłącznie zdemoralizowane dzieci

Bardzo się cieszę, że – jak donosi Gazeta Wyborcza – prezydent Elbląga zamknął wystawę dwóch artystek, które prezentowały swoje zdjęcia w białych sukienkach. Myślę, że w całym Elblągu nie ma nic bardziej odrażającego niż młode, przytulające się do siebie, uśmiechnięte dziewczęta w białych sukienkach. Jeśli cokolwiek zamykać to właśnie to. Tym bardziej, że w 125-tysięcznym Elblągu znalazło się aż kilku mieszkańców, którzy zadzwonili do prezydenta z prośbą, by wystawę zdjąć. To się nazywa moc demokracji.

Swoją drogą, jak przypuszczam prezydent ma mnóstwo (oczywiście bardziej błahych) spraw na głowie, takich jak infrastruktura, budowa dróg, kanalizacja, projekty unijne, dotacje, zapomogi, oświata, diabli wiedzą co jeszcze. Tym bardziej czapki z głów, że znalazł czas i zajął się palącym tematem dziewcząt w białych kieckach. Wszak gdyby tę sprawę odłożył, gdyby machnął ręką na te kilka telefonów – nigdy byśmy się o tym nie dowiedzieli! Nigdy byśmy się nie dowiedzieli, że w poczciwym dotąd Elblągu ma miejsce taka sodoma i gomora jak miłość, uśmiech, radość. Nigdy byśmy nie przypuszczali, że na ścianach Centrum Sztuki Galerii EL wiszą romantyczne zdjęcia odsądzonych od czci i wiary dziewcząt przywdzianych w, tfu!, białe kiecki.

Inna rzecz, że biała kiecka to najbardziej podstępny strój na świecie, to szata szatana. Niby to biel, niewinność, cnota, a przecież dzieciak, który zobaczy dwie kobiety w białych sukienkach na bank ulega zepsuciu. Cholera wie, ile dzieci zdążyło się zdemoralizować przez nieopatrzny czas ekspozycji tych zdjęć. Głowę daję, że gdyby nie decyzja prezydenta o zdjęciu wystawy, niebawem mielibyśmy w Elblągu wyłącznie zdemoralizowane dzieciaki. Fakt, że na wystawę trzeba by dziecko zaprowadzić do innego budynku, ale niech mi ktoś powie, że w bezmyślnej plątaninie spacerowej notorycznie nie wędruje do innego budynku! Takie rzeczy się zdarzają! Nagminnie! Każdy z nas z nieustannie błądzi w zakamarki wystaw! Nie ma tygodnia bez zabłądzenia w labirynt ekspozycji! I to jakiej ekspozycji! Proszę sobie wyobrazić – ekspozycji zdjęć dziewcząt w białych sukienkach! Wszyscy bez ustanku wpadamy w pułapkę sztuki. Oczywiście z dzieckiem! Co ja mówię, z dzieckiem. Z całą chmarą dzieci! Niech mi ktoś powie, że w zeszłym tygodniu nie zabłądził z dziećmi w jakiejś galerii sztuki. Nigdy nie uwierzę. Tak jak nigdy nie uwierzę, że owe dzieci widząc dziewczyny w białych sukienkach nie doznały szoku. Że nie trzeba było ich cucić. I – co najważniejsze, że po ocknięciu pozostały grzeczne i niewinne. Bzdura.

Trzeba przyznać, że wszelkie tłumaczenia w takiej tragicznej chwili, gdy dziecko widzi dziewczyny w białych sukienkach, są absolutnie niewyobrażalne. Nie ma takiej możliwości, żeby na pytanie dziecka: – „Tato, co to jest?” – odpowiedzieć, przykładowo: – „To są dwie dziewczyny w białych sukienkach”. Wykluczone. Nie da się. Zatem pytanie dziecka, na które odpowiedź przerasta rodzica, powinno być wyeliminowane, wycięte ze słownika maczetą zakazu zanim w ogóle powstanie. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie przecież tłumaczyć, że świat nie jest czarno-biały, tylko – załóżmy: biało-biały. Czarno-czarny. Tęczowy. Dopóki się przecież tego nie powie, to to nie istnieje. Dopóki się nie powie, zaklina się rzeczywistość.

Kończąc – gratuluję, panie prezydencie. Dzięki panu mieszkańcy Elbląga mogą spać spokojnie. Wyeliminował pan ogromne zagrożenie: dziewczyny w białych sukienkach.

——————————————————————————-

Przewrotnie rozpoczynam cykl zdjęć pod tytułem: „Ożeń się ze mną”. Pierwsza panna młoda (Ewka) wskoczyła w białą kieckę (a tak naprawdę w prześcieradło), w tej samej chwili, gdy usłyszała o pomyśle. A pomysł jest bardzo prosty. Nie chcę nic. Ani gotowania obiadów, ani prasowania koszul. Żadnych poświęceń. Chcę tylko jednej sekundy wspólnie spędzonej przed obiektywem – w welonie, w białej sukience, w wianku, z kwiatami. Same też możecie pobawić się w panny młode. Róbcie zdjęcia ślubne z przyjaciółkami (stylistyka stroju ślubnego dowolna) i przysyłajcie na adres: sylwia@kubrynska.com. Zdjęcia zamieszczę na blogu i na fanpejdżu. Niech świat się dowie, że kobiety (bez względu na preferencje) nie mają nic przeciwko białym sukienkom. Sprzeciwiają się za to homofobii.

SONY DSC SONY DSC

na zdjęciach: Kubryńska i Ewka. Fot. BK

Niezwykły przypadek Noemi Susenbach

Kiedy kobieta porzuca dla kochanka męża i czwórkę dzieci, to to się, moja droga, nazywa „palma”!

945163_380043968770696_1518197175_n

Ma osiemnaście lat, ogromne czarne oczy i bardzo niebezpieczny wygląd. Mieszka we Wrocławiu. Ale Wrocław jeszcze nie nazywa się Wrocław. To Breslau, miasto śmierci. Jaki śmierć ma kolor oczu? Śmierć to rasa aryjska, wodniste spojrzenie wilka. Śmierć jest blisko, depcze po piętach, dmucha w gęste, kręcone włosy lodowatym oddechem. Śmierć jest białym krzyżem na drzwiach, niebieską gwiazdą na ramieniu.

Kto wie, co by było, gdyby matka Noemi nie poprosiła tego dostojnego aptekarza o pomoc? Wszak ich rodowód nigdy nie był zbyt klarowny, ojciec i dziadek to Niemcy, babka i matka z pochodzenia Żydówki. Tak czy siak, aptekarz wyszarpie Noemi z kategorycznego uścisku tyfusu, a potem sam zginie śmiercią powolną, delikatną, choć nieugiętą. Śmiercią przez utonięcie. W czarnych oczach Noemi.

Kim jest Noemi? Niemką z Breslau, ocaloną Żydówką, czy może matką Polką? Jest koniec wojny. Rosyjskie wojska wyganiają Niemców, trzeba wyjechać z tego miasta. Uciekają, a Noemi myśli: jakoś to będzie. I jest, małżeństwo ze starszym panem, aptekarzem. Jedno dziecko, drugie dziecko, trzecie, czwarte. Zmiana imienia na Aniela. Zmiana języka na polski. A więc jednak matka Polka. Miało nie być życia, są aż cztery. Mąż starszy o prawie trzydzieści lat. Troszczy się o żonę jak ojciec. Mają własną aptekę, niczego im nie brakuje. Co ci jest, Noemi? Zwariowałaś? Żyjesz, masz dom, czwórkę dorastających dzieci. Każdego roku wakacje w Sopocie. Czego chcesz jeszcze?

Ona nie chce: jeszcze. Ona chce: zamiast.

Matka mówiła: – Kiedy kobieta porzuca dla kochanka męża i czwórkę dzieci, to to się, moja droga, nazywa „palma”!

„Palma” odbija Noemi po kilkunastu latach zamkniętego w wygodnych pokojach życia małżeńskiego. „Palma” jest tak silna, że jej odbijania nie zatrzymają ani macierzyńskie obowiązki, ani szał rozpaczy starzejącego się męża aptekarza. Początkowo potajemne spotkania z „kochankiem” zamieniają się w otwartą wojnę o prawo do własnego życia. Nikt nigdy nie pobłogosławi wyboru Noemi. Nikt tego nie zrozumie. Nikt się na to nie zgodzi. Nikt nie uszanuje.

Spotkałam ją zaledwie kilka razy w życiu. Pierwsze wspomnienie z mojego wczesnego dzieciństwa: czerwona sukienka. Czerwona sukienka, która już na zawsze zostanie ze mną niczym sztandar kobiecości. Noemi zrobiła mi ją na drutach, gdy byłam mała. Sukienka, mimo że z dzianiny, kręciła się w kółko. Kręciła się i to jak! Z przodu miała falbanki, ozdoby, fidrygałki. I cała była taka jakaś… fru! Jakby Noemi, robiąc tę sukienkę, chciała przez tę krótką, choć jaskrawą chwilę zdążyć mnie – wychowaną w katolickiej ascezie – zepsuć, rozbisurmanić, rozpuścić. Jakby mi chciała powiedzieć: baw się, póki jesteś dzieckiem. I owszem. Pamiętam doskonale ten próżny a przyjemny jak diabli czas, gdy wszyscy w przedszkolu się zachwycali: – Skąd masz taką śliczną sukienkę? To jest zrobione szydełkiem? Na drutach? Kto ci zrobił?

Nie wiem, kto. Nigdy nie mówiłam na nią „babcia”. Za młoda była. Za piękna. Zbyt zepsuta. Jak można nazwać kobietę, która porzuca męża i czwórkę dzieci dla kochanka? Której odbija palma?

Kolejne wspomnienie. Jestem już dorosła, mam swoją rodzinę. Noemi z Tadeuszem (tak ma na imię ten „kochanek”, od lat już mąż) przyjeżdżają nad morze, do Gdyni. Oboje są już starsi, choć wciąż wyglądają bardzo dobrze. Co sprawia, że tak wyglądają? Beztroskie życie? „Palma”? Mieszkam niedaleko, proponują mi spotkanie. Zastanawiam się, jak się zachować. Ktoś mi mówił, że ona jest chytra jak Żydówka i chłodna jak Niemka. Ktoś mi mówił, że porzuciła męża. Ktoś mi mówił, że nie umie się poświęcić dla innych. Ktoś mi mówił, że niezłe z niej ziółko. Ktoś mi mówił… Czerwona sukienka z dzianiny majaczy mi jednak w pamięci jak znak zapytania. Budzi ciekawość. Dobra, trudno, jadę. Kupuję po drodze prezent. „Śmierć w Breslau” Marka Krajewskiego.

Noemi w jasnej niebieskiej bluzce wygląda jak dziewczynka. Przytula mnie na powitanie. Jest zachwycona książką, ogląda stare mapy miasta dołączone do wydawnictwa. Znajduje ulicę, na której mieszkała, gdzie była ta apteka, w której uratował ją pierwszy mąż. A potem nagle wyjmuje sporą sumę pieniędzy, wciska mi do ręki, żebym sobie (podkreśla: sobie!) kupiła „jakiś drobiazg”. Mówi: – Baw się, póki jesteś dorosła. Mimo uprzedzeń czuję do niej wielką sympatię, nie mogę oderwać od niej wzroku. Zastanawiam się nawet przez chwilę, czy ona nie jest czarownicą. Ale nie. Ona tylko żyje swoje życie.

Gdy odchodzę, Noemi zdejmuje z szyi bursztynowe korale. – Uwielbiam bursztyny – wyznaje. – Całe życie mnie chronią.

Trzeci wspomnienie to już nie wspomnienie. To teraźniejszość. Noemi jest chora. Bursztyny oddała, więc już jej nie chronią. Nie chroni jej starszy aptekarz, od lat nie żyje. Nie chroni jej beztroskie życie, które sobie wybrała zamiast poświęcenia matki Polki. Nic już jej nie chroni. Tylko Tadeusz, ten sam, z którego powodu odbiła jej kiedyś palma. Trzyma Noemi za drobną dłoń, ukradkiem ociera łzy. Kruchą jak porcelana przywiózł niedawno do hospicjum świętego Wawrzyńca. Był bezradny wobec postępującej choroby. Teraz siedzi przy jej łóżku, przy którym poustawiał potrzebne drobiazgi. Krem, szampon, szczotkę do włosów.

– Wie gehts? – pyta mnie cichutko Noemi. Mówi coraz częściej po niemiecku. Lekarze nie rozumieją, tłumaczę, że to jej język dzieciństwa, a ona właśnie do dzieciństwa wróciła. Czasem ktoś jęknie zza ściany, więc na moje pytanie, jak się czuje, odpowiada, że inni mają gorzej. Pokazuje mi zdjęcia swoich rodziców. Matka to piękna kobieta, ojciec przystojniak. Noemi mruga do mnie: mamy świetne geny. Kiwam głową. To prawda, mamy świetne geny. Nie starzejemy się w ogóle, najwyżej cofamy się w czasie.

Wracam do niej po pracy, zawsze mnie wita uśmiechem. A potem zamyka oczy i kuli się pod kocem. Mówi coraz mniej i coraz ciszej. Kurczy się z dnia na dzień, jakby postanowiła zniknąć. Wygląda tak, że można ją  schować w dłoniach. Zastanawiam się, po co w hospicjum są tak duże łóżka? Przecież ona spokojnie mieści się w kołysce.

BE HETERO or BE HERO?

Były lider Ku-Klux-Klanu znalazł w swoim ciasnym umyśle przestrzeń do bycia przez moment sobą. Przestał udawać. Zrobił sobie własny osobisty comming-out. A każdy comming-out wymaga odwagi

Nie wiem, czy już pisałam, że mam problem ze wzrokiem? Że dostaję maila z redakcji Magazynu Be i odczytuję go zupełnie na opak? Kiedyś na temat „BE TASTY” napisałam pełen buty tekst „BE NASTY”, bo tak mi się literki poprzestawiały. Dziś dla odmiany hasło „BE HERO” przeistoczyły się w dość kontrowersyjny apel: „BE HETERO”.

Pełna rozbawienia i – rzecz jasna – uznania dla odwagi i przekory ekipy redakcyjnej – zabrałam się za tekst, w którym powywracam do góry nogami obecny porządek, jaki stanowią schludni i przyczesani gładko chłopcy o wykrochmalonej uprzejmości oraz zadziorne, niegrzeczne i ogolone na zero dziewuchy z tatuażami na łydkach.

Już widziałam swoje frazy, które ryją polityczną poprawność, które burzą cykl spektakularnych comming outów, które wreszcie wywołują trzecią wojnę światową i mnie, liberalną feministkę, spędzają w szeregi zacietrzewionych prawicowców, co skutkuje tym, że pozostaje mi jeno pisać już do pisma „Fronda”.

Ale, ale. Nie straciłam wzroku ostatecznie i po kilku przetarciach oczu, po zmrużeniu powiek, wreszcie po założeniu okularów sprawy się wyklarowały i cały mój pomysł z homofoniczną prowokacją legł w gruzach.

I znów: ale, ale. Bo czemu pomysł miał legnąć w gruzach? Czemu miałabym porzucić moje „Be hetero”, do którego się już przywiązałam? Czy „Be hetero” nie jest apelem heroicznym? Heroicznie rozpaczliwym? Dającym do heroicznego myślenia? Heroicznie przewrotnym, nawołującym do czegoś ukrycia, a jednocześnie coś obnażającym? To może z innej beczki. Czy „hetero” to nie jest strój Supermena, maska Batmana? Czy to tylko anagram? A może coś więcej? Może wyprasowana na sztywno normalność skrywa w nas bohaterów? Może wszyscy jesteśmy bohaterami, tylko o tym nie wiemy? Może każdy z nas kiedyś zdobędzie się na comming out? A raczej – może z każdego z nas kiedyś wyjdzie po cichu zupełnie ktoś inny, a my – co bardzo prawdopodobne – nigdy się nawet o tym nie dowiemy? Wszak prawdziwy bohater nie ma pojęcia, że jest bohaterem.

Niedawno świat obiegła wieść o byłym szefie Ku-Klux_Klanu, który zasłynął z prześladowań Żydów i czarnoskórych. Wcielony rasista nie zdziwił jednak świata swoimi radykalnymi poglądami i haniebnymi czynami. W osłupienie wprawił ludzkość tym, że miał kompletną słabość do… czarnoskórych transwestytów. Gdy dzwonił po męską czarnoskórą prostytutkę, miał podobno zupełnie inne zamiary, mianowicie nienawiść i przemoc. Szybko się jednak nienawiść przekuła w miłość, w dodatku miłość cielesną, miłość namiętną i niepohamowaną.  „Normalność” Fraziera Glenna Millera kazała mu się tłumaczyć w procesie z tego „wybryku”. A przecież ten wybryk to jedyny moment, w którym rasista pokazał prawdziwą – ludzką – twarz. To ta chwila, w której Glenn Miller zrzuca maskę „Be hetero”. A raczej wyrzuca ze słowa dwie literki i staje się zwykłym, ludzkim „Hero” dla własnej zacietrzewionej i twardej jak beton mentalności.

frazier_glenn_miller
Frazier Glenn Miller

Owszem, przyznaję, przykład jaki przytoczyłam może szokować. Bo jaki z Glenna Millera bohater? A taki, moi drodzy, że w tak ciasnym umyśle znalazł wreszcie przestrzeń do bycia przez moment sobą. Przestał udawać. Zrobił sobie własny osobisty comming-out. A każdy comming-out wymaga odwagi.

A teraz poważnie. Prawdziwy bohater nie ma pojęcia, że jest bohaterem. W imię wyższej sprawy odrzuca przyjęte normy, procedury, zrzuca maski. Jest zwykły, ludzki, naturalny. I choć naraża się na krytykę, kłopoty, złamanie dotychczas przyjętych zasad, a czasem nawet na poważne sankcje, wybiera prosty odruch. Żeby pomóc, ratować, zmienić coś, choćby w sobie. Czasem zmienia tylko jakąś małą cząstkę siebie, jak Glenn Miller. A czasem ratuje życie, jak Paweł z mojej wsi.

Paweł wyszedł na autobus trochę za późno, spieszył się do szkoły. Co chwila podbiegał kolejny fragment drogi, żeby zdążyć. Gdy był już blisko przystanku, zobaczył nadjeżdżający autobus. Już, już miał odetchnąć, już miał wskoczyć do pojazdu, gdy przyszła mu do głowy niepokojąca myśl. Jego siostra z matką zostały w domu. Jeszcze spały gdy wychodził. Ale coś mu się wydaje, że spały jakoś dziwnie mocno. Przecież matka zawsze się budziła, gdy Paweł wychodził do szkoły. Czemu do nich nie zajrzał? Spieszył się, zaspał, tak mu się dobrze spało na górze, przy otwartym oknie. Hm… Może coś im się stało? Wyjął komórkę, zadzwonił. Nikt nie odebrał. Jeszcze raz. Autobus za chwilę odjedzie. Znów cisza. Paweł niewiele myśląc wyskakuje z autobusu i biegiem wraca do domu. Spóźni się do szkoły. Za spóźnienie mogą mu obniżyć ocenę na półrocze…

Matka i siostra chłopaka straciły przytomność. Spały w pokoju sąsiadującym z piecykiem gazowym. Zatruły się czadem. Gdyby Paweł nie wrócił, nie przeżyłyby kolejnych godzin emisji tlenku węgla.

Ta historia jest prawdziwa. I prawdziwy jest bohater, który na pytanie nauczycielki, dlaczego się spóźnił – powiedział, że zaspał. To prawda. Zaspał.  Ale w międzyczasie wyniósł z domu matkę i siostrę, zadzwonił po pogotowie i straż pożarną, uratował dwa życia. Bardzo się dziwił, gdy mu dziękowano. Bo niby za co? A co niby innego miał w tej sytuacji zrobić? Przecież to zwykły ludzki odruch.

Moja babcia też nie ma pojęcia, że jest bohaterką. Urodziła pięcioro dzieci w bardzo trudnych warunkach, zaraz po wojnie. Pracowała i opiekowała się dziećmi bez niczyjej pomocy. Cała rodzina mieszkała wtedy w jednym pokoju – nie było łatwo. Dwa pokolenia później jej wnuczka dorosła i też urodziła dziecko. Mimo pomocy z każdej strony (mamy, sióstr, braci, babci) chodziła zgięta wpół, jęcząca, załamana. Babcia pochyliła się nad wnuczką i spytała z troską w głosie:

– Co ci jest, moje dziecko?

Na to dziewczyna podniosła głowę, spojrzała na babcię, jakby ta się z choinki urwała i odparła :

– Jak to co?! Jakby babcia urodziła, to by babcia wiedziała!

I wtedy babcia, zamiast się obruszyć, zamiast popukać palcem w czoło, pokiwała z wielkim współczuciem głową i powiedziała:

– Masz rację, Anetko. Masz rację.

Moja babcia jest bohaterką nie tylko dlatego, że podołała trudom tamtych czasów i samotnego wychowania piątki dzieci. Jest bohaterką, bo zupełnie naturalnie, bez zastanawiania się nad przeszłością, po ludzku znalazła współczucie dla kogoś, kto miał pięć razy łatwiej niż ona.

———————————————————————–

Tekst opublikowany w Magazyn Be

Matura, powracający koszmar

„Nad Niemnem”? Nie czytałam. Nie dało się. Nudne było jak flaki z olejem. To kto powinien dostać lufę, ja czy Orzeszkowa?

304133_2020559189607_678755864_nZnowu dziś zdawałam maturę. Prawda jest taka, że ja maturę zdawałam już kilkadziesiąt razy, ale zawsze z matematyki. I zawsze z tym samym skutkiem. W ostatniej chwili przed egzaminem okazywało się, że nie odrobiłam pracy domowej i nie zostałam dopuszczona do egzaminu dojrzałości. Znacie ten sen? Ja znam aż za dobrze. Ale tym razem, trzeba przyznać, było inaczej.

Tym razem było jeszcze gorzej!

Dziś w nocy, drodzy Państwo, zdawałam maturę z języka polskiego. Najpierw wielki stres. Oczywiście wieść o tym, że mam znów zdawać, doszła do mnie zbyt późno. Opasłe bruliony z pytaniami, zagadnieniami, streszczeniami, całym tajemnym materiałem nie do przebrnięcia leżały obok mnie, skołowanej niezbyt młodej abiturientki, którą się znowu stałam. A w mojej głowie pustka. No nic, będę czarować, będę lać wodę, nie ma wyjścia. Nic nowego w końcu. Przez całe życie zdawałam się na improwizację i grę złudzeń. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, abym i teraz zaczęła kleić z pajęczyn treść, jak moja babcia Stasia z pajęczyn kleiła kryzysowe ciasto. Kryzysowa moja wiedza, kryzysowe życie, kryzysowy życia efekt. Jak z rana, tak i do wieczora, matka mówiła i wywróżyła. Nigdy nie wyjdę z ciemności pozorów, nigdy diamentem wiedzy nie błysnę. Siadam zatem do ławki, w ławce oprócz mnie czterech młokosów maturzystów, którzy z miejsca proponują:

– Pani na kolana nam siądzie!

Zakłopotana, że oto ja, sędziwa kobieta (wobec młokosów, których suma lat ledwie mój wiek przekracza) mam siedzieć na ich kolanach? Weź się powieś, jak miejsca nie ma. Przecież nie będę matury na stojąco pisać. Wszystko można pisać na stojąco, ale nie maturę! Każdy tekst może powstać w każdej pozycji. Wiersze, książki, poematy, co tylko sobie wymarzysz, możesz pisać choćby w locie na bungie. Ale nie tak kamienny tekst jak egzamin dojrzałości! Praca maturalna to posąg słowa, grobowiec frazy. To można jedynie w ławce, w białej bluzce i w sztywnej pozie rylcem długopisu wykuwać. I na nic twoja miłość do książek. Choćbyś książki do tej pory połykał – tym osobliwym egzaminem się zadławisz. Choćbyś pisał jak Gombrowicz – ta rozkraczona klasówka dowiedzie, że pisać nie umiesz. Choćbyś był uskrzydlony literaturą – spadniesz niczym Ikar osmalony krzyżowym ogniem pytań testowych.

Tak sobie rozmyślam wspominając tegoroczne tematy maturalne, gdy nagle wchodzi egzaminator i teraz to już – myślę – miarka się przebrała. To mój kolega z liceum! Krzysiek! Noż, kurde, jak to?! Przecież z polskiego zawsze byłam od niego lepsza! Przynajmniej taki stwarzałam pozór! Krzysiek udaje, że mnie nie zna, udaje, że moich pretensji nie słyszy i jak gdyby nic, dyktuje pytania. Których ja nawet zapisać nie umiem! Słucham, uszom nie wierzę, co on mówi?! Nie rozumiem treści, niby to po polsku, ale wykręcone jakieś, kosmate, poplątane. Co to za zdania? Co za składnia? Po jakiemu to jest, panie profesorze? Tak się mówi po polsku, droga komisjo? Ja tego nie rozumiem. Nic nie rozumiem, nic nie napiszę.

Wstaję zatem z kolan pryszczatego maturzysty, nie będę przecież cennego czasu tracić, tym bardziej że już dzwonią z biura, tekst do Magazynu BE  mam w plecy, „w plecy” to właściwie za mało powiedziane – jeśli chodzi o Magazyn BE, to jestem, drodzy państwo, w permanentnej zapaści z dwutygodniowym systematycznym opóźnieniem. Jeszcze blog, Dzieło Mojego Życia też leży i płacze, a ja tu marnuję czwartą godzinę nad pustą kartką. Co mam napisać, skoro nie mam nic do napisania? Być może egzamin dojrzałości jest nie dla mnie, być może ten powracający w kółko koszmar świadczy o tym, że wciąż jestem niedojrzała? Trudno. Wychodzę.

Krzysiek kątem oka w moją stronę zerka, pogardliwie się krzywi. Znam ja tę minę, zawsze miał taką, gdy z matematyki odpytywana milczałam. Trochę mi wstyd, ale co tam, życie wszak toczy się dalej, świat się kręci także z niedojrzałymi. Ale Krzysiek nie daje za wygraną i sugeruje kolejny temat-mogiłę:

–  Orzeszkowa? Nad Niemnem?

Znów mrok, znów ściana, bezdech niewiedzy. Nie czytałam! Nie czytałam „Nad Niemnem”! Nie dałam rady! Nudne było! Flaki z olejem! To w ogóle nie była książka! Książka to jest przygoda! Książka to wyprawa w nieznane. Książka to miłość. Jak można kogoś zmusić do miłości? Jak można kazać komuś ślęczeć nad betonowym tekstem, by potem zmuszać go do pisania betonowych fraz? Kto ponosi winę za to, że książki się nie da przeczytać? Czytelnik, czy autor?! Kto powinien dostać lufę? Ja czy Orzeszkowa?

Znów chcę wychodzić, ale czuję, że czegoś jednak nie zrobiłam. Owszem, nie napisałam ani jednego zdania, ale czy na pewno nic nie mam do powiedzenia? Pusta kartka jest owszem, całkiem ładna, ale czegoś tu brakuje… Samolot zrobić? Nie. Zgnieść, rzucić w okno? Szkoda. I nagle: eureka! Wiem! Wiem, co odpowiedzieć na te wszystkie dziwne pytania. Wiem, jak omówić „Żołnierskie emocje bohaterów „Potopu” H. Sienkiewicza, stany emocjonalne, zachowania i sytuacje postaci na podstawie przytoczonego fragmentu” (Boże, ósmy raz zaglądam do pliku źródłowego, bo nie mogę tego polecenia zapamiętać). Biorę więc pióro i z pełnym przekonaniem i z pełną odpowiedzialnością piszę na białym arkuszu życia swój codzienny egzamin dojrzałości:

„Sylwia Kubryńska”.