Panie doktorze tnij pan, bo się spieszę

Wystroiłam się w sukieneczkę, buciki, wsiadłam w samochód i przy dźwiękach wesołego radia pomknęłam na stół operacyjny

?????????

Tak jak mi kazałeś, Panie Boże, poszłam się przebadać, a właściwie poszłam od razu pod nóż. Nóż chirurgiczny, który ostatnio gościł w moim ciele, gdy miałam dwanaście lat i zapadłam na zapalenie wyrostka robaczkowego. Po tamtej operacji ustaliłam ze sobą, że tego typu przygody w żadnym wypadku mnie nie interesują. Do dziś udawało mi się więc noża unikać jak ognia. Ale Słowo Boże się rzekło, musiałam poddać się oględzinom i wyszło jak wyszło. A wyszło dość tragicznie, bo mój organizm najwyraźniej podzielał moją awersję do noża i w żaden sposób nie chciał dziś pogodzić się z jego ingerencją w zamknięty dotąd obieg. Noże sprawiają, że to co powinno być w środku, nagle znajduje się na zewnątrz. Zdecydowanie kojarzy mi się to z wywróceniem do góry nogami porządku świata.

Oczywiście ja o tym zapomniałam na śmierć (a przynajmniej stan jej bliski) i rano wysztafirowałam się wiosennie w sukieneczkę, buciki, a jakże, dodatki te i śme, bransoletkę, kolczyki, makijaż, fiu, fiu, wzięłam kluczyki, wsiadłam w Punto i przy dźwiękach wesołego radia pomknęłam beztrosko na stół operacyjny. Nie muszę chyba mówić, że w międzyczasie zdążyłam się umówić na kilka spotkań służbowych za maksymalnie dwie godziny, bo przecież ile może trwać jakaś durna operacja? Jedyne, co mnie martwiło to ewentualne czekanie pod drzwiami na zabieg, wszak życie i media pokazują światu jak to z tym czekaniem bywa. To mnie naprawdę niepokoiło, to spędzało z moich ust wesołą melodię, to mogło zagrozić moim spotkaniom służbowym za maksymalnie dwie godziny, to w końcu było największym moim zmartwieniem tego dnia, gdy jechałam pod nóż.

„Durna operacja”, ku mojej wielkiej radości rozpoczęła się punktualnie o wpół do dziewiątej rano, zatem nawet ciut wcześniej niż była planowana. Ogromnie mnie to ucieszyło, wielki mi to dało rezon i gdy się gramoliłam na stół operacyjny oznajmiłam stanowczo: panie doktorze, szybko, bo się spieszę, tyle do zrobienia, więc bardzo proszę, szast prast!

Od tego momentu opowieść będzie tylko mniej wesoła, od tego momentu wszystko faktycznie wywróci się do góry nogami, bo choć lekarz faktycznie stanął na wysokości zadania i dzieląc mój zapał do nieprzyhamowanego nawet na sekundę pędu życia, bez zbędnego ociągania się wykonał kilka zdecydowanych cięć, mój pęd życia rozpoczął hamowanie.

Pierwsze znieczulenie w ogóle nie zadziałało, trzeba było dowalić końską dawkę. Od tych kłuć straciłam nieco ochotę do rozmowy, choć ciągle jeszcze się spieszyłam. Dlatego, mimo ostrzeżeń i łagodnych perswazji lekarza, zerwałam się po zabiegu jak oparzona, ubrałam się (nie pamiętam, czy zachowałam dress code z rana, żywię pewne obawy), pożegnałam przemiły choć pewnie nieco zdumiony personel, po czym wystrzeliłam do windy, z windy na parter do rejestracji  (po co tracić czas na zapis w celu zdjęcia szwów?), po czym elegancko, w tej swojej kiecuni, w tych kolczykach i bransoletach, w fiołkach i fidrygałkach – poleciałam jak kometa przez całą długość korytarza, ściśle zza pulpitu rejestracji ku majaczącej leżance, która właśnie w tej chwili zdała mi się światłem w tunelu mrocznej  tajemnicy mojego organizmu tak przedziwnie nieodpornego na cięcia nożem i podwójną dawkę znieczulenia.

Lecąc swój kosmiczny lot komety obserwowałam też inne loty, w tym lot mojej indiańskiej torebki z frędzlami oraz rozczłonkowany lot jaskrawo odstających od okoliczności utensyliów:

–  karty członkowskiej klubu fitness,

– okularów przeciwsłonecznych,

– gumowych rękawków (nienapompowanych!),

– nie mogę napisać, czego jeszcze.

Lecąc swój kosmiczny lot komety myślałam też mętnie, żeby oprócz skarbów z torebki nie stracić też głowy, nie była jednak to myśl nazbyt precyzyjna, nie była to w żadnym wypadku myśl konsekwentna, nie miała ta myśl zbyt wiele wspólnego z moją wolą, która równoległym lotem znalazła się poza wszelkim zasięgiem.

Gdy kwadrans później leżałam półprzytomna na kozetce, zwołany personel lekarski przez długą chwilę zastanawiał się, skąd ja się tam wzięłam i czemu półżywa? Zanim pewna starsza pielęgniarka rozkodowała mój bełkot: „Jestm pzajegu… jesm po zbiegu… jestem po zabiegu…” – padały różne podejrzenia. A to, że wyfiokowana przyszłam na pobranie krwi, do którego nie doszło, bo zemdlałam ze strachu (chi, chi, chi!); a to, że lekkomyślna nie zjadłam śniadania, zanim tu odwiozłam chorego z rodziny (mama? tata? dziadek?); a to, że wreszcie, rozkojarzona nimfa blond, zabłądziłam w takie miejsce i nerwy mi siadły.

Przeżyłam. Przeżyłam, choć uratowana na stole operacyjnym, o mały włos nie roztrzaskałam sobie głowy poza nim. Całe szczęście wokół znajdowało się kilka przytomnych osób, które na onkologii znajdowały się z powodów nieco innych niż mój powód, bo z powodów naprawdę poważnych. Rzecz w tym, że gdy ludzi dotyka choroba, a mówię tu o prawdziwej chorobie, takiej chorobie, co sama jej nazwa wywołuje lodowaty lęk, takiej chorobie, co jest dotykiem zła, kąsaniem bestii, wampirycznym pasożytem – ludzie ci mają w sobie więcej przytomności, dobra, uśmiechu i serdeczności niż cała zdrowa ludzkość na tej planecie.

Właśnie takich ludzi spotkałam w Wojewódzkim Centrum Onkologii w Gdańsku. Tacy właśnie ludzie, łapiąc mnie w locie śmierci, uratowali mnie od pędu życia.

———————————————————————————

PS. Wołoską, co zabrała mnie ze szpitala oraz koleżanki i kolegów z mojej pracy uściskam osobiście, gdy tylko wstanę na nogi. Oni wiedzą, za co.

13 comments

  1. Danka Markiewicz

    Droga Sylwio,
    przeczytałam Twój post i chcialam ci złożyc najszczersze życzenia powrotu do zdrowia. Dwie osoby z mojej najbliższej rodziny zachorowały na tą prawdziwą chorobę. Jednej się nie udało, drugiej – mam nadzieję, że tak. Pozdrawiam serdecznie.

  2. alicja2a

    Zabawnie i ciekawie napisany tekst. Zastanawiam się czy potrafiłabym na moim blogu napisać tak o swojej niestety poważnej chorobie. Mam taki zamiar, bo na warszawskiej onkologii spotkałam też wspaniałe istoty te w bieli i te podobne do mnie. Na razie żyję i jest ok, może tak już zostanie…
    Życzę zdrowia, bo tak naprawdę to co jest ważniejsze? Ze wszystkim można sobie poradzić jeśli jest zdrowie i kochani wokół.

  3. Wołoska

    „gumowych rękawków (nienapompowanych!”

    Wydaje mi się, czy kupujesz za moimi plecami gadżety do basenu?!

  4. Piotr

    A wcale sie nie dziwię, że były kłopoty ze znieczuleniem takiej „babki”… 😉 Najbardziej mnie intryguje to o czy nie mogłas napisać ;)..hmmmm

  5. Sylwia Kubryńska

    Dziękuję wszystkim za życzenia powrotu do zdrowia, już mi lepiej, tylko szwy zostały, albo jak to Whisky mówił w dzieciństwie: wszy. Gdy rozbił głowę i go zszyli, to potem przekonywał, że najbardziej go bolało, jak mu wszy zdejmowali. Także cały ból przede mną, kochani:) Piotr, nie mogę powiedzieć, nigdy nie powiem, ale od czego jest twoja wyobraźnia….?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s