Nie taki ojciec straszny jak go malują feministki

byu-study-pic (1)Uf, skończyłam. Czytać felieton Agnieszki Graff „Macierzyństwo, polityka, szarlotka”. Tekst odnosi się, jak rozumiem, do tematów składających się na książkę „Matka Polka Feministka”, do trudów, które Matce Polce Feministce towarzyszą na wyboistej drodze macierzyństwa. O tym, że matki mają wszystko na głowie i o „z-niczym-się-nie-wyrabianiu”.

Jestem feministką całą gębą, jestem za równouprawnieniem całą gębą i jestem za równością w podziale obowiązków rodzicielskich całą gębą. Jestem za walką o tę równość, jestem za wszystkim tym, za czym stoi autorka felietonu. Ale kiedy czytam takie zdanie: „Państwo po ’89-tym roku zrzuciło na rodziny, a de facto na kobiety cały ciężar opieki nad dziećmi” , albo: „Matki masowo pracują zawodowo, a ojcowie w niewielkim stopniu włączają się do opieki nad dziećmi…” – coś mi jednak nie pasuje.

Wychowałam się przed ’89 rokiem i pamiętam ten czas jako świat bez ojców i z dziećmi na ulicy. Obecny świat wydaje mi się dużo bogatszy w opiekę ojcowską i ojcowskie zaangażowanie. Nie znam statystyk, które przywołuje autorka, ale tknięta wątpliwościami po przeczytaniu tekstu wzięłam kartkę i wypisałam na niej imiona znajomych młodych ojców. Obok imion plusami i minusami zaznaczałam stopień ich zaangażowania w opiekę nad dziećmi. Ogromna większość to były plusy. Może mam jakichś dziwnych znajomych? Może to wysublimowana grupa facetów, którzy nie istnieją?

Ok., spróbujmy inaczej. Weźmy na tapetę ojców „karierowiczów”. Mam wśród znajomych też i takich. Hm…, ale to oni w przerwach w pracy zawożą dzieciaki na basen i dodatkowy angielski. Razem z dziećmi jeżdżą konno, słuchają wspólnie muzyki i wymieniają się ulubionymi płytami. Są zaganiani i w tym pędzie wypełniają swoje ojcowskie obowiązki. Mam wśród przyjaciół rodziców rozwiedzionych. Ojcowie dzielą z matkami czas opieki pół na pół. Płacą rachunki, opłacają koszty leczenia dziecka, wczasy, obozy, wyjazdy, książki do szkoły, buty… . Mam wśród znajomych także ojców dzieci niepełnosprawnych. Wiem, że wiele godzin dziennie poświęcają na ich rehabilitację, pracują razem z logopedą. Jednego z nich widziałam ostatnio w biurze – nie miał komu zostawić małego i choć to nie było łatwe, wziął go ze sobą na spotkanie służbowe.

A jak w życiu codziennym? Gdy przychodzę z wizytą do znajomych rodziców i obserwuję relacje rodzicielskie? Jest wieczór, trzeba dzieci położyć spać. Kto się tym zajmuje? Bardzo często ojcowie. A kiedy trzeba podetrzeć tyłki? Zaraz, zaraz, czy ja dobrze pamiętam, że słyszałam: „tata…”?

To może jeszcze inaczej. Rozejrzę się po rodzinie. Mój brat, Whisky z garnkiem na głowie biega po chałupie i udaje strażaka. Jego syn upodobał sobie zabawy wymagające różnych wcieleń ojca. Whisky był już księdzem i odprawiał mszę, był także sędzią, policjantem i kucharką. Córka Whisky’ego, gdy była jeszcze mała, wpadała w histerię widząc wychodzącego do pracy ojca (choć zostawała z matką), więc ten urywał się z roboty, by uspokoić córkę. Prawdopodobnie też miał poczucie „wszystkiego na głowie”, czy „z-niczym-się-nie-wyrabiania”. Tylko nigdy tego nie mówił.

A jak to wygląda w pracy? Żona mojego współpracownika Jarka zapadła na poważną chorobę po porodzie, więc Jarek ze swoim synkiem spał, karmił go, przewijał, bujał, zabawiał, śpiewał, nosił w chuście (nie wyręczał się teściową, ani mamą, ani siostrą) i tak mu już ostatecznie zostało. Ojciec z synem byli tak zżyci, że chwilami dostawałam w pracy cholery na dźwięk słów: „Sorry, muszę wyskoczyć do przedszkola”.

Sąsiedzi? Mieszkam pod miastem, mam sąsiadów Kaszubów, rdzennych mieszkańców wsi. Kazik? Od kiedy pamiętam, jego syn plącze się przy nim przy każdej przydomowej robocie. Nie odstępuje go na polu, jeździ z nim traktorem. Ok., to może być wyjątek. To może ten facet od warsztatu samochodowego? Jego córka wysmarowana od stóp do głów tawotem przykręca razem z ojcem śruby. Mimo jej młodego wieku (10 lat) testują naprawione samochody, a nawet (tego nie pochwalam!) szaleją po wsi quadami. Ojca widuję często na wywiadówkach.

To może przerzucę Facebook? Tam musi być inna statystyka. Bo przecież gdzieś być musi, skoro powstał taki artykuł. Ale nie jest. Mam znajomych z kosmosu? Albo żyję na innej planecie? W innym kraju?

A teraz poważnie. Autorka tekstu mówi o ważnych sprawach, o macierzyństwie, o rodzicielstwie, o potrzebie zaangażowania państwa w pomoc dla rodziców dzieci niepełnosprawnych, o problemach samotnych matek. Mówi też o nierównych warunkach pracy, niższych zarobkach kobiet. Matka Polka wciąż nie jest traktowana na równi z Ojcem Polakiem i jeszcze dużo w tej kwestii jest do zrobienia. Zgadzam się, sama o to walczę, również na tym blogu. Ale, żeby być wiarygodnymi, też bądźmy sprawiedliwe. Nie generalizujmy, nie mówmy, że cały ciężar wychowania dziecka spoczywa na kobietach, a faceci angażują się w wychowanie w niewielkim stopniu. Świat się trochę ostatnio zmienił. Polecam spacer na pierwszy lepszy plac zabaw. Sporo tam facetów z wózkami.

Matka Polka Feministka

PITbul

Dwudziesty ósmy kwietnia. Księgowa nie odbiera telefonu

Zastanawiasz się czasem, jak wygląda piekło? Zło wściekłe, z pianą na pysku? Psie ścierwo rozjuszone? Szczękościsk na gardle i brak tchu w kleszczach niemocy? Weźmy parę przykładów.

Poniedziałek rano. Kac. Siedzisz na kanapie i dyszysz. Wiesz, że za chwilę spóźnisz się do pracy i, ocierając pot z umordowanego czoła będziesz tłumaczyć się mętnie przed nabzdyczoną szefową. Tymczasem każdy dźwięk rozsadza ci czaszkę, a twoja żona właśnie postanowiła odkurzać i dźga szczotką od odkurzacza odziane jeno w skarpetki twoje stopy…

Nie, to jeszcze nie to.

Inny obrazek. Podróż pociągiem. Traf chciał, że pociąg wiezie kibiców na mecz. W drugim przedziale pielgrzymi grają na gitarze „Arkę”. Jakby tego było mało, pasażerka obok kłóci się przez komórkę z narzeczonym, a jakiś brzuchaty przedsiębiorca naprzeciwko pali nerwowo papierosy. Jest upał. Okno się nie otwiera. W torbie podróżnej nie masz ani kropli wody. Masz za to książkę. Rozmówki niemieckie…

E, to też bułka z masłem.

Dobra, koniec żartów. Jest dwudziesty ósmy kwietnia. W twoim domu wszystko jest gdzie indziej. Czasu na sprzątanie oczywiście brak. W rozrzuconych po całym mieszkaniu niezliczonych torbach, plecakach, teczkach, aktówkach, pokrowcach na laptopa, na buty narciarskie, kurde, na gitarę, między gazetami, w książkach, Bóg wie gdzie – leżą być może twoje pity roczne. Księgowa nie odbiera telefonu. Jutro na pewno też nie odbierze. Pojutrze tym bardziej. I tak, trzydziestego kwietnia w Mordorze urzędu skarbowego, w ściśniętej ciżbie podobnych do ciebie potępieńców zawiśniesz nad formularzem z jedną, jedyną, ale za to absolutnie prawdziwą myślą w głowie:

Tak właśnie wygląda piekło.

pit_bull
A tak wygląda PITbul

 

Muszę napisać do BE!

– Nie dzwońcie, nie piszcie, siedźcie cicho, bo pozabijam!

291918_160230127394007_1893105668_n

Wydaje się, że cykl pisania felietonów do Magazynu BE trwa około miesiąca. W rzeczywistości trwa około paru mętnych dni, w których to czas odklejony od poczucia obowiązku skraca się jak sprężyna, by nagle wystrzelić dead – line’em w mailu:

– Hej, jak tam teksty?

Nie, wróć! Prawda jest taka, że dead – line zwykle mija niepostrzeżenie, a potem naraz, tydzień później, wyskakuje z maila porażające pytanie od naczelnego:

– Hej, jak tam teksty?

I zaczyna się TEN dzień. Dzień autora tekstów do Magazynu BE. Dzień autora tekstów do Magazynu BE to śnieżnobiała strona w wordzie, kawa, piwo, telefon, Facebook i wyrzut sumienia. Zanim autor tekstów do Magazynu BE zrobi podejście do tekstu do Magazynu BE, zrobi absolutnie wszystko, co nie jest podejściem do napisania tekstu do Magazynu Be. Jednak trzeba przyznać,  że po sprawdzeniu całego internetu (w tym kilku ponaglających wiadomości z redakcji Magazynu Be), przyparty do muru autor ogłosi wreszcie światu kategoryczny komunikat:

– Nie dzwońcie, nie piszcie, odczepcie się, siedźcie cicho, bo pozabijam ! Muszę napisać do BE!

Naturalnie, po dwóch latach obserwacji rytmu pracy autora piszącego do Magazynu BE – nikt, absolutnie nikt nie traktuje poważnie morderczych ostrzeżeń autora. Nikt poważnie nie traktuje tego, że prasa drukarska jest rozgrzana do czerwoności od minionego przed tygodniem terminu, a permanentne spóźnienia oznaczają w konsekwencji, że to już naprawdę tym razem przegięcie, że tym razem to już autor pojechał po bandzie, tym razem to już na pewno autor wyleci z pracy.

Nikt więc się nie przejmuje i nikt nie siedzi cicho. Wręcz odwrotnie. Ludzie dostają wtedy niezwykłej energii do podzielenia się z autorem najróżniejszymi informacjami na temat:

  1. Wstrząsającej relacji fotograficznej na temat stadium zaawansowania cellulitu u Magdy Mołek.
  2. Porównania, który z Bondów jest najprzystojniejszy.
  3. Zagadnienia, czy w tym roku podrożeją gofry.
  4. Dywagacji, czy w basenie ogrodowym można hodować żaby.
  5. Wreszcie: ustalenia, czy autor idzie może z pytającym na plażę, bo akurat dziś (w TEN dzień) jest wymarzona ku temu pogoda.

Każdy z tych palących tematów skonkludowany jest oczywiście niezmąconym kiwnięciem głową:

– Spoko, wiem, musisz napisać do BE.

Najbliżsi podsuwają autorowi różne rozwiązania. Do najpopularniejszych należy pisanie systematyczne, z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Pisanie systematyczne z dwutygodniowym wyprzedzeniem ma jednak to do siebie, że nie istnieje. I nie to, że nie istnieje w wydaniu autora tekstów do Magazynu BE. Pisanie systematyczne z dwutygodniowym wyprzedzeniem nie istnieje, moi drodzy, w ogóle. Nie ma takiej możliwości, żeby autor pisał cokolwiek z dwutygodniowym wyprzedzeniem, w dodatku systematycznie. Systematycznie to się autor może spóźniać. Z dwutygodniowym wyprzedzeniem to się autorowi może kasa skończyć.

Autorem sterują dwie zasady o czasie i przestrzeni. Jeśli chodzi o przestrzeń zasada jest taka, że ma wymiar kosmiczny. Autor pisze w różnych miejscach. Pisze więc w tramwaju, w kolejce na poczcie, w samochodzie na światłach, na imprezie ostatkowej, w saunie, na sesji, u dentysty, w sklepie, w urzędzie, na nartach, na orbicie Saturna.

Jeśli zaś chodzi o czas, zasada jest żelazna, niezmienna. Autor zawsze pisze PO CZASIE. I to się również tyczy tekstów do Magazynu BE. Do Magazynu BE pisze się wszędzie tam, gdzie czas się skończył, gdzie pod murem ostateczności autor zipie wściekłością na samego siebie, że znów nie zdążył, że znów zapomniał, że znów biega jak kot z pęcherzem w całość sklejając wiadomości, co gdzie kiedy dlaczego i najważniejsze: o czym???!.

Mówi się, że dobry artysta to głodny artysta. Definicja ta budzi we mnie wiele zastrzeżeń. Nie można bowiem zaraz się wyrywać z tym oceniającym przymiotnikiem. Skupmy się najpierw, kim jest artysta w ogóle? Artysta, moi drodzy, to człowiek, który po dwóch latach paralitycznych zrywów za pięć dwunasta w celu napisania tekstu do Magazynu BE – zrywa się za pięć dwunasta w celu napisania tekstu do Magazynu BE. I to ten sam człowiek, który cały w przeprosinach wysyła spóźniony tekst do redakcji szczerze przysięgając, że wprawdzie sumiennie spóźniał się przez dwa lata, ale teraz – po dwóch latach, już nigdy, przenigdy się nie spóźni.

Czego redakcji Magazynu BE – z okazji urodzin – serdecznie życzę!

Magazyn Be

Panie doktorze tnij pan, bo się spieszę

Wystroiłam się w sukieneczkę, buciki, wsiadłam w samochód i przy dźwiękach wesołego radia pomknęłam na stół operacyjny

?????????

Tak jak mi kazałeś, Panie Boże, poszłam się przebadać, a właściwie poszłam od razu pod nóż. Nóż chirurgiczny, który ostatnio gościł w moim ciele, gdy miałam dwanaście lat i zapadłam na zapalenie wyrostka robaczkowego. Po tamtej operacji ustaliłam ze sobą, że tego typu przygody w żadnym wypadku mnie nie interesują. Do dziś udawało mi się więc noża unikać jak ognia. Ale Słowo Boże się rzekło, musiałam poddać się oględzinom i wyszło jak wyszło. A wyszło dość tragicznie, bo mój organizm najwyraźniej podzielał moją awersję do noża i w żaden sposób nie chciał dziś pogodzić się z jego ingerencją w zamknięty dotąd obieg. Noże sprawiają, że to co powinno być w środku, nagle znajduje się na zewnątrz. Zdecydowanie kojarzy mi się to z wywróceniem do góry nogami porządku świata.

Oczywiście ja o tym zapomniałam na śmierć (a przynajmniej stan jej bliski) i rano wysztafirowałam się wiosennie w sukieneczkę, buciki, a jakże, dodatki te i śme, bransoletkę, kolczyki, makijaż, fiu, fiu, wzięłam kluczyki, wsiadłam w Punto i przy dźwiękach wesołego radia pomknęłam beztrosko na stół operacyjny. Nie muszę chyba mówić, że w międzyczasie zdążyłam się umówić na kilka spotkań służbowych za maksymalnie dwie godziny, bo przecież ile może trwać jakaś durna operacja? Jedyne, co mnie martwiło to ewentualne czekanie pod drzwiami na zabieg, wszak życie i media pokazują światu jak to z tym czekaniem bywa. To mnie naprawdę niepokoiło, to spędzało z moich ust wesołą melodię, to mogło zagrozić moim spotkaniom służbowym za maksymalnie dwie godziny, to w końcu było największym moim zmartwieniem tego dnia, gdy jechałam pod nóż.

„Durna operacja”, ku mojej wielkiej radości rozpoczęła się punktualnie o wpół do dziewiątej rano, zatem nawet ciut wcześniej niż była planowana. Ogromnie mnie to ucieszyło, wielki mi to dało rezon i gdy się gramoliłam na stół operacyjny oznajmiłam stanowczo: panie doktorze, szybko, bo się spieszę, tyle do zrobienia, więc bardzo proszę, szast prast!

Od tego momentu opowieść będzie tylko mniej wesoła, od tego momentu wszystko faktycznie wywróci się do góry nogami, bo choć lekarz faktycznie stanął na wysokości zadania i dzieląc mój zapał do nieprzyhamowanego nawet na sekundę pędu życia, bez zbędnego ociągania się wykonał kilka zdecydowanych cięć, mój pęd życia rozpoczął hamowanie.

Pierwsze znieczulenie w ogóle nie zadziałało, trzeba było dowalić końską dawkę. Od tych kłuć straciłam nieco ochotę do rozmowy, choć ciągle jeszcze się spieszyłam. Dlatego, mimo ostrzeżeń i łagodnych perswazji lekarza, zerwałam się po zabiegu jak oparzona, ubrałam się (nie pamiętam, czy zachowałam dress code z rana, żywię pewne obawy), pożegnałam przemiły choć pewnie nieco zdumiony personel, po czym wystrzeliłam do windy, z windy na parter do rejestracji  (po co tracić czas na zapis w celu zdjęcia szwów?), po czym elegancko, w tej swojej kiecuni, w tych kolczykach i bransoletach, w fiołkach i fidrygałkach – poleciałam jak kometa przez całą długość korytarza, ściśle zza pulpitu rejestracji ku majaczącej leżance, która właśnie w tej chwili zdała mi się światłem w tunelu mrocznej  tajemnicy mojego organizmu tak przedziwnie nieodpornego na cięcia nożem i podwójną dawkę znieczulenia.

Lecąc swój kosmiczny lot komety obserwowałam też inne loty, w tym lot mojej indiańskiej torebki z frędzlami oraz rozczłonkowany lot jaskrawo odstających od okoliczności utensyliów:

–  karty członkowskiej klubu fitness,

– okularów przeciwsłonecznych,

– gumowych rękawków (nienapompowanych!),

– nie mogę napisać, czego jeszcze.

Lecąc swój kosmiczny lot komety myślałam też mętnie, żeby oprócz skarbów z torebki nie stracić też głowy, nie była jednak to myśl nazbyt precyzyjna, nie była to w żadnym wypadku myśl konsekwentna, nie miała ta myśl zbyt wiele wspólnego z moją wolą, która równoległym lotem znalazła się poza wszelkim zasięgiem.

Gdy kwadrans później leżałam półprzytomna na kozetce, zwołany personel lekarski przez długą chwilę zastanawiał się, skąd ja się tam wzięłam i czemu półżywa? Zanim pewna starsza pielęgniarka rozkodowała mój bełkot: „Jestm pzajegu… jesm po zbiegu… jestem po zabiegu…” – padały różne podejrzenia. A to, że wyfiokowana przyszłam na pobranie krwi, do którego nie doszło, bo zemdlałam ze strachu (chi, chi, chi!); a to, że lekkomyślna nie zjadłam śniadania, zanim tu odwiozłam chorego z rodziny (mama? tata? dziadek?); a to, że wreszcie, rozkojarzona nimfa blond, zabłądziłam w takie miejsce i nerwy mi siadły.

Przeżyłam. Przeżyłam, choć uratowana na stole operacyjnym, o mały włos nie roztrzaskałam sobie głowy poza nim. Całe szczęście wokół znajdowało się kilka przytomnych osób, które na onkologii znajdowały się z powodów nieco innych niż mój powód, bo z powodów naprawdę poważnych. Rzecz w tym, że gdy ludzi dotyka choroba, a mówię tu o prawdziwej chorobie, takiej chorobie, co sama jej nazwa wywołuje lodowaty lęk, takiej chorobie, co jest dotykiem zła, kąsaniem bestii, wampirycznym pasożytem – ludzie ci mają w sobie więcej przytomności, dobra, uśmiechu i serdeczności niż cała zdrowa ludzkość na tej planecie.

Właśnie takich ludzi spotkałam w Wojewódzkim Centrum Onkologii w Gdańsku. Tacy właśnie ludzie, łapiąc mnie w locie śmierci, uratowali mnie od pędu życia.

———————————————————————————

PS. Wołoską, co zabrała mnie ze szpitala oraz koleżanki i kolegów z mojej pracy uściskam osobiście, gdy tylko wstanę na nogi. Oni wiedzą, za co.

E-mail od Pana B.

Będziesz zawsze piękna, młoda i szczęśliwa, znikną zbędne kilogramy, cellulit i pryszcze

kubrynska_sylwia_001

Moja droga! W dniu twoich urodzin składam ci najlepsze życzenia. Ale co to za składanie życzeń bez ich spełnienia? – zapytasz. Będziesz miała rację. Dlatego, proszę bardzo, nie ma sprawy. Oto spełniam.

Nie, to nie jest żadna diabelska sztuczka, wręcz przeciwnie. Spełnienie życzeń jest bardzo proste. Wszystko jest w zasięgu ręki. Nie wierzysz? Musisz. Nie ma nic bardziej realnego. Przecież widzę, że sprawdzasz skrzynkę mailową trzydzieści razy dziennie w nadziei, że przyjdzie wreszcie wiadomość, która odmieni twoje życie. A moja wiadomość odmieni twoje życie, zapewniam. Wszystko załatwione. Już mówię co i jak.

Po pierwsze, twoje książki zostaną wydane w najlepszym wydawnictwie na świecie. Dostaniesz honorarium za cały nakład, solidny procent od każdego sprzedanego tytułu, promocję w radio, prasie, telewizji, a także przez internet, Amazon, Empik, co tam sobie chcesz. Nikt cię już nie oszuka, a nawet jeśli – nie będzie cię to martwić. Powiem więcej: będziesz na to gwizdać!

Po drugie, wygrasz wszystkie możliwe konkursy literackie. Nieważne, czy bierzesz w nich udział. Liczą się marzenia, a tych ci nie brakuje. Dlatego od tej pory należą ci się najpiękniejsze nagrody we wszystkich kategoriach gatunków literackich z poezją włącznie. Nie piszesz poezji? Mylisz się. Poezją jest to, co nienazwane.

Kolejna sprawa, praca. Wkrótce awansujesz, albo otrzymasz propozycję nie do odrzucenia. Zresztą, co ja mówię. Cokolwiek by się nie wydarzyło, będzie wspaniale. Samochód ci się psuje? Kupisz sobie nowy. I zegarek, i telefon też. Coś mi jednak mówi, że machniesz na to ręką. Po diabła ci samochód? Wszak od tej pory będziesz miała wszystko nowe i piękne. Cera ci się wygładzi. Wzrok się wyostrzy. Znikną zbędne kilogramy, cellulit i pryszcze. Cofną się lata. Wrócą krótkie spodenki i odrapane kolana. Wiatr we włosach i błysk w oku. Promienny uśmiech, dni białe jak piasek na plaży, noce jak dyskotekowa kula. Miłość! Romantyczna wędrówka wśród dzwonków konwalii. Różane olejki na prześcieradle, księżycowe wyznania.

Święta, święta, malowane jajka! Wiosna, tysiące wiosen! I jesienie, te najpiękniejsze, złote polskie! Liście z purpury, babie lato, naszyjniki z rosy. A zima? Co za pytanie! Gwiazdki migotliwe, śnieg na rzęsach, góry prezentów! Muzyka, kochana! Niebiańskie harfy, śpiew aniołów, kryształowe nuty. No i to nieustanne natchnienie. Wszystko, wszystko, co zechcesz. Słońce na bezchmurnym błękicie. Lato bez komarów. Kawa bez goryczy. Tęcza bez końca. Radość, beztroska, jednym słowem: raj.

Musisz tylko spełnić jeden warunek. To bardzo proste. Idź do przychodni i zbadaj się. 

Twój na zawsze

Pan Bóg 

Zagłada ludzkości na cztery litery

Kobiety, w przeciwieństwie do mężczyzn, mają w sobie zawsze coś fajnego do obśmiania

cellulit2

Z wielkim zainteresowaniem czytam doniesienia portali internetowych o stopniu zaawansowania cellulitu na tyłkach poszczególnych gwiazd płci żeńskiej i, rzecz jasna, wielkości tych tyłków. Czytam z zainteresowanie, bo po pierwsze informacja ta jest niezwykle ważna. Trudno dyskutować z tym, że misją dziennikarską jest pilne zawiadomienie społeczeństwa o tym, jak fatalnie wygląda pupa Natalii Siwiec i co wyszło spod spódnicy Magdzie Mołek.

Druga sprawa, problem nieatrakcyjnego tyłka faktycznie dotyczy tylko kobiet, a z kobiet zawsze warto się pośmiać. Kobiety pod tym względem nigdy nie zawiodą. One, w przeciwieństwie do mężczyzn, mają w sobie zawsze coś fajnego do obśmiania. Dlatego nie dziwię się, że fotografowie z taką sumiennością uwieczniają na portalach te śmieszne rzeczy, aby, walając się po podłodze ze śmiechu, mogli je zobaczyć najpiękniejsi panowie na świecie. Polscy mężczyźni uchodzą bowiem na całej kuli ziemskiej za najprzystojniejszych, ich atrakcyjność jest legendarna w świecie, jak bigos i kiełbasa. Żaden z naszych panów nie ma zbyt dużego tyłka, czy choćby fałdki nadprogramowego tłuszczu, a wszystko to, co się panom wylewa znad spodenek trzy czwarte – to dar niebios i czysta poezja.

Z kolei tym paniom, którym na widok cellulitu u innych kobiet grymas obrzydzenia wykręca twarz, szczerze zazdroszczę. Są to bowiem niechybnie kobiety bez skazy, bez jednego dołeczka na tej, tak pilnie obserwowanej części ciała. Są to zapewne nie ludzie, a przepiękne cyborgi żywiące się jedynie muzyką Bacha. Przecież żadna z tych nimf – gdyby była żywą kobietą – nie skręcałaby się z drwin na temat pupy innej, którą los pokarał tą straszliwą przypadłością.

Przeczytałam gdzieś, że 85 procent kobiet jest „dotknięta tą chorobą”. Co gorsza, jak podaje Wikipedia – leku jeszcze nie wynaleziono. Oczywiście wielu leków na inne choroby nie wynaleziono, ale pal sześć inne choroby! Mamy wszak do czynienia z 85-procentowym zakażeniem! Toż to pandemia! Nie wiem, czy ludzkość przetrwa.

Jedyna nadzieja w facetach.

***

Dla tych kobiet, które należą do 85 procent „dotkniętych chorobą”, podaje przepis na zniknięcie tyłka (jest to jednocześnie przepis na zniknięcie całej kobiety, ale co zrobić, takie są koszty):

Śniadanie:

1 opakowanie

1 łyżeczka

1 szklanka (przy większym apetycie dopuszcza się butelkę)

Obiad:

1/3 miski

1 paczka (niecała)

Pół siatki

Szczypta

Podwieczorek

1 pucharek

Dwa łyki

Kolacja:

I tu można jeść do woli wszystko, pod warunkiem, że to co jesz, nie rzuca cienia.