Kobieto, ożeń się!

A wkrótce będziesz zachodzić w głowę, co znów zrobiłaś nie tak 

bride-in-mirror

Jeśli masz ciągły żal, że facet cię nie rozumie, a kiedy się wściekasz, płaczesz, rzucasz talerzami po ścianach, on nic, tylko patrzy jak cielę i zachodzi w głowę, czemu jesteś zła na niego o:

1. chrzan na półce, kapcie w przedpokoju, wiatr, poranek, zmierzch, artykuł w gazecie, mrukliwe: „uhm”, niezadane pytanie, zbyt cichą odpowiedź, brak odpowiedzi jakiejkolwiek, ból głowy, nerwy w strzępach i ciśnienie słabe…

2.  nieczytanie w myślach, nieopiekowanie się wystarczająco skwapliwe, zbyt małą liczbę esemesów, esemesów za dużo, za krótką rozmowę, rozmowę za długą, brak telefonu, telefon nie w porę, telefon zdawkowy, przez telefon ziewnięcie, lakoniczny mail, post zbyt szczegółowy, w treści ukrytą złośliwość…

3. egoizm…

4.  niezaplanowanie rocznicy w przyszłym roku, niewyjechanie na wakacje rok temu, w odpowiedzi na zarzut ignorujące spojrzenie, spojrzenie zimne, spojrzenie zbyt roszczeniowe, spojrzenie obojętne, spojrzeń za dużo, spojrzenia brak…

5. czubek jego własnego nosa…

6. za mały zachwyt nad tobą w bluzce zielonej, komplement o bluzce zielonej bez komplementu o żółtej, komplement o bluzce zielonej starej jak łajza – nieszczery, wyświechtany komplement o bluzce zielonej starej jak łajza zamiast bluzki nowej, komplementu w ogóle brak…

7.  inne, podstępne, niepożądane istnienia, którymi on chce się zająć, z którymi on chce się spotkać, które mają czelność, być może, okazać się ważniejsze od ciebie…

8.  zbyt letnie wyznanie miłości, pytanie, zagadnienie wszech czasów, odwieczny dylemat każdego związku zawarty w słowach: „o co ci chodzi?”, na które przecież jedyna słuszna odpowiedź brzmi: „O NIC!”…

9. brak domyślności o co w „O NIC” chodzić może…

… ożeń się!

Ożeń się. Ona ma tak samo jak ty. Ona jest jak twoje lustro. Dzięki niej wkrótce też będziesz zachodzić w głowę, czemu ona rzucając talerzami po ścianach, ma żal do ciebie o:

1. chrzan na półce, kapcie w przedpokoju, wiatr, poranek, zmierzch, artykuł w gazecie, mrukliwe: „uhm”, niezadane pytanie, zbyt cichą odpowiedź, brak odpowiedzi jakiejkolwiek, ból głowy, nerwy w strzępach i ciśnienie słabe…

2.  nieczytanie w myślach, nieopiekowanie się wystarczająco skwapliwe, zbyt małą liczbę esemesów, esemesów za dużo, za krótką rozmowę, rozmowę za długą, brak telefonu, telefon nie w porę, telefon zdawkowy, przez telefon ziewnięcie, lakoniczny mail, post zbyt szczegółowy, w treści podobno ukrytą złośliwość…

3. egoizm…

4.  niezaplanowanie rocznicy w przyszłym roku, niewyjechanie na wakacje rok temu, w odpowiedzi na zarzut ignorujące spojrzenie, spojrzenie zimne, spojrzenie zbyt roszczeniowe, spojrzenie obojętne, spojrzeń za dużo, spojrzenia brak…

5. czubek twojego własnego nosa…

6. za mały zachwyt nad nią w bluzce zielonej, komplement o bluzce zielonej bez komplementu o żółtej, komplement o bluzce zielonej starej jak łajza – rzekomo nieszczery, wyświechtany komplement o bluzce zielonej starej jak łajza zamiast bluzki nowej, komplementu w ogóle brak…

7.  inne, podstępne, niepożądane istnienia, którymi ty zamierzasz się zająć, z którymi chcesz się spotykać, które mają czelność być ważniejsze od niej…

8.  niewrzące wyznanie miłości, pytanie, zagadnienie wszech czasów, odwieczny dylemat każdego związku zawarty w słowach: „o co ci chodzi?”, na które według niej słuszna odpowiedź brzmi: „O NIC!”…

9. na brak domyślności o co w „O NIC” może chodzić.

Wtedy porzucisz wszelką filozofię, wyrzekniesz się darcia włosa na czworo, pamięć sprzed roku wykasujesz, planów na zbyt daleką przyszłość zaniechasz, mail długi i krótki zaakceptujesz, esemes po prostu przeczytasz,  na spojrzenie – odpowiesz, chrzan na półkę postawisz, kapcie wsuniesz, przed wiatrem okno zamkniesz, tabletkę na ból głowy łykniesz, a za komplement podziękujesz.

Zredukujesz swój mózg do prostych połączeń, do jeno lewej i prawej półkuli mózgowej. Z lewą i prawą półkulą, bez żadnych między nimi labiryntów zapragniesz kontynuować dalszy a prosty żywot. Jak facet. Z tą duszy lekkością, że facetem, dzięki Bogu, nie jesteś. I nie musisz się żenić.

Mój prywatny dżihad

Według Frondy wierzący mają grubszą korę mózgową i doskonalszy mózg

1233524_625169200846858_2027507747_n

Niektóre teksty są jak używka, paczka papierosów, lub jeszcze lepiej: alkohol. Wysokoprocentowa ironia jest nie dla wszystkich, tak jak nie dla wszystkich jest butelka wódki. Ironia do głowy uderza i niektórych bawi. Należy jednak pamiętać, że to zabawa niebezpieczna. Są tacy, co tego „alkoholu” pić nie mogą, bo wywołuje w nich agresję, stany ostateczne, żądzę krwi i, co najgorsze: urażone uczucia religijne. Gdy na dodatek w tekście pojawiają się słowa klucze, tagi wywołujące rażenie o kilkunastotysięcznym zasięgu (Bóg, szatan, Pawłowicz), wojna murowana. Wojna za słowo. Mój prywatny dżihad.

W takich chwilach tęsknię do swoich siedmiu czytelników i psa z kulawą nogą, do kilkuset odsłon dziennie i do kameralności bloga. Myślę jak się uzbroić w obojętność, by na komentarz o treści: „chuj ci w dupę pierdolona suko” reagować tylko krótkim i stanowczym kliknięciem: kasuj. A na obrażone moim istnieniem czyjeś uczucia religijne – jeno wzruszeniem ramion. Uczucia religijne! Urażone uczucia religijne! Nie ma na świecie bardziej podatnych na urażanie uczuć niż religijne! Uczucia religijne mają oddzielne kryterium wrażliwości, są jak komórki nerwowe, które toczy stwardnienie rozsiane – pozbawione osłonek ulegają paraliżowi przy najmniejszym powiewie różnic poglądowych. Uczucia religijne to niezabezpieczony arsenał jądrowy gotów zmieść z powierzchni Ziemi każde życie, które z racji samego istnienia uczucia religijne uraża. A urażone uczucia religijne to już sztylet w zębach, to bomba zegarowa przymocowana do dziewięciolatki. Urażone uczucia religijne to śmierć za słowo, wyklęcie za ironię. Nóż w plecy za felieton. Fatwa za książkę.

W drugą stronę to nie działa. Uczuć niereligijnych nie ma, obrażanie ich nie istnieje. Byłam kiedyś świadkiem nawracającej rozmowy pewnej pary, składającej się niefortunnie z wierzącej żony i niewierzącego męża. On stawał na rzęsach, by wierzącej nie urazić. Jednak był, istniał, uwierał, NIE WIERZYŁ. Koniec końców żona wpadła w furię i przywołując na świadka Stwórcę, wrzasnęła:

– Boże, jak można być tak głupim i nie wierzyć!?

Strach pomyśleć, co by było, gdyby facet wspiął się na ten sam podniebny poziom i odparł:

– Jak można być tak głupim, żeby wierzyć!?

Histeria, rozwód, skandal, urażone uczucia religijne.

Uczucia religijne można urazić na wiele sposobów. Ba!, prościej się zastanowić, jak można ich nie urazić. Prościej, bo odpowiedź prosta: nie można. Uczuć religijnych nie urazić nie sposób. Istotą uczuć religijnych jest bycie urażonymi. Zdaję sobie sprawę, że moje uczucia (niereligijne) wywołane komentarzem „chuj ci w dupę pierdolona suko” są niczym w porównaniu z uczuciami chrześcijanina, którego uraża samo moje istnienie.

Jak już jesteśmy przy urażaniu uczuć niereligijnych. Pismo Fronda opublikowało ostatnio fascynujący artykuł o budowie mózgów ludzi wierzących i niewierzących. Otóż podobno amerykańscy naukowcy zbadali mózgi pewnej grupy ludzi i okazało się, że uduchowieni mają grubszą korę mózgową od tych drugich. Fronda z miejsca uznała, że grubsza kora jest doskonalsza, zatem niewierzący mają po prostu gorszą (nieprawidłową) strukturę mózgu. Na szczęście, pismo nie zastrzega, o jaką wiarę chodzi. Łatwo można się domyśleć, że moc wiary jest wprost proporcjonalna do grubości kory mózgowej. Proponuję taki prosty quiz:

Oceń w skali od 1 do 10 hasła, które kojarzą ci się z największym natężeniem wiary:

– Hezbollah.

– Inkwizycja.

– Al Kaida.

– Polowanie na czarownice.

– Krucjata.

– Taliban.

– Atak na WOŚP.

Wynik: Osoby związane z hasłami o największej liczbie punktów mają/miały najbardziej prawidłowy mózg.

Inkubator to dzieło szatana

Polecam przeczytanie tekstu do końca przed skomentowaniem

Bóg zajmuje się dawaniem i odbieraniem życia. Nic tu po respiratorach, inkubatorach i pompach insulinowych. Jak Bóg będzie chciał, to człowieka uratuje. A jak nie, to nie

mala

Siostra Młodsza urodziła się w 26. tygodniu i ważyła tyle, co paczka cukru. Diabli podkusili neonatologów, żeby ją wpakować do inkubatora…

Nie róbcie bożka z Owsiaka! Nie dawajcie na Orkiestrę! To nie uchodzi! To grzech! Owsiak w żadnym wypadku nie może być bożkiem, nie może nawet być waszym idolem,  bo ma tę cholerną wadę, że istnieje. Mało że istnieje, to jeszcze zbiera pieniądze na sprzęt do ratowania życia dzieciom. Skandal! Przecież to Bóg daje życie i, co najważniejsze – zabiera! To robota Boga, nikogo innego, a już na pewno nie jakiegoś wyluzowanego Owsiaka, który swoim podżeganiem do ratowania dzieciakom życia niechybnie zwalcza Kościół.

Nie róbcie więc z niego bożka, nie dawajcie kasy na Orkiestrę, nie wasza rola, żeby Boga wyręczać. Weźcie przykład z Krystyny Pawłowicz. Nie dała ani grosza na fundację WOŚP, która zbiera pieniądze na zakup sprzętu ratującego życie. I jest z tego dumna. Pani poseł, szacunek. Jest w tym wielka siła. Być tak zacietrzewionym, żeby widząc dramatyczną sytuację w polskich szpitalach (mam nadzieję, że pani Pawłowicz jako poseł ma tę świadomość) – nie dać grosza na zakup sprzętu medycznego? Swoją drogą, nie dziwota. Bóg zajmuje się dawaniem i odbieraniem życia. To Bóg rozdaje karty. Nic tu po respiratorach, inkubatorach i pompach insulinowych. Nic tu po wyposażaniu SOR-ów. Jak Bóg będzie chciał, to człowieka uratuje. A jak nie, to nie. Szkoda kasy.

Mój syn leżał pod respiratorem dwa dni. Muszę zadzwonić do tego lekarza, który go uratował. Muszę mu wyjaśnić, że cała ta akcja była niepotrzebna. A skoro na respiratorze była naklejka WOŚP – była to akcja niepotrzebna i zła. Wszak Bóg sam ocaliłby życie młodego, jakby tylko chciał. Doktor – zamiast reanimować dzieciaka, mógł spokojnie pójść do domu, a po drodze wyrzucić leki do zsypu. Rurę od respiratora oddać dzieciom (które jeszcze żyją) – niech się w łiju-łiju pobawią.

Siostra Młodsza urodziła się w 26. tygodniu i ważyła tyle, co paczka cukru. Diabli pokusili neonatologów, żeby ją wpakować do inkubatora. Przecież gdyby Bóg chciał, sama by przeżyła. To boska siła rozgrzałaby w jej maleńkich żyłach stężałą od szoku termicznego krew. To nadprzyrodzona moc pchnęłaby niedostępny z powietrza tlen w nierozwinięte jeszcze płuca. To wielka i nieokiełznana dobroć Najwyższego zagrałaby na jej małym, wielkości kostki od gitary  sercu, melodię życia.

Albo i nie. Kto Go tam wie. Może i nie. Trzeba by i to z pokorą przyjąć. Ten cudowny człowiek, jaką jest obecnie moja siostra fruwałby teraz nad nami jak obłok. Jeszcze jeden Aniołek. Czyż to nie słodkie? Pani poseł Pawłowicz dla takich Aniołków – dzieci nienarodzonych i nieżyjących – ma sporo sentymentu. Czemu nie zasłużyły sobie nań te, co już są na świecie?

—————————————————————————–

Kto ma sentyment także dla dzieci żyjących, może wziąć udział w licytacji mojej książki dla WOŚP (aby zalicytować, należy kliknąć w obrazek)

dedykacja

last_minute_m

Last Minute NA RATUNEK

Kogo raz w życiu RATOWANO ten wie, że każda chwila się liczy. Mnie ratowano. A raczej ratowano moje dziecko. Inaczej powiem. Skoro ratowano moje dziecko – ratowano cały świat. Cały świat leżał na łóżku Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Był tak mały, że nawet go nie poznałam. A może nie poznałam go dlatego, że nie poznałam siebie? Bo nigdy wcześniej nie pomyślałam nawet przez chwilę, że mój świat trzeba będzie ratować.

Jeśli historia zagubionej na Saharze dziewczyny z książki pt. Last Minute może choć w maleńkim stopniu przyczynić się do uratowania świata – warto było ją napisać. W zeszłym roku na aukcji WOŚP „Last Minute” kupił znany fotograf Maciej Kosycarz…

Maciej Kosycarz Sylwia Kubryńska
… za gruby pieniądz.

Do dziś książka zniknęła z półek księgarni, słyszałam, że niełatwo ją kupić. Zostały mi dwa egzemplarze autorskie. Jeden z nich przeznaczam na tegoroczną aukcję WOŚP. Dla Człowieka o Wielkim Sercu.

Kliknij, żeby zalicytować:

dedykacja
Last Minute
last_minute_m
Last Minute – okładka

Oprócz własnej propozycji chciałabym zarekomendować innych, sprawdzonych pod względem jakości i czystości serca blogerów. Zucha, co powiedział słynne zdanie, że jak można zrobić coś dobrego, a tego się nie robi, to jest bardzo źle – trzy unikatowe kubki na kawę w robocie:

zuch1
Kubek z komiksem 1
kubek2
Kubek z komiksem 2
kubek3
Kubek z komiksem 3

Zorki chyba nie muszę przedstawiać. Oferuje ona swój wyjątkowy pierścień, a w nim mnóstwo dobra:

zorka
Wyjątkowy Pierścień

Inne aukcje WOŚP:

a91b97ed22bce25f0d55e6ed5501bfcf1dee940c

Ranna

Nie ma boleśniejszej prawdy niż ta, że po nocy przychodzi dzień

6001_464621726961015_1526563842_n

Rano, gdy wstaniesz, poszukaj ciemnych miejsc. Tam czas może się zatrzymać. W najczarniejszych zakamarkach przystają pędzące dotąd minuty. Poranny pośpiech zastyga, ty zastygasz, zastyga każdy mięsień i każda myśl. Gdy się skulisz w sobie, gdy się w sobie zapadniesz i przestaniesz oddychać – możesz nawet dotknąć wieczności.

Uciekaj od światła. Światło to sztylet w oku. Nie ma boleśniejszej prawdy niż ta, że po nocy przychodzi dzień. Warstwa ozonowa to mit. Promień słoneczny wypala dziurę w tobie, toczy cię promieniowanie alfa-beta-gamma, promienie rentgena, radioaktywny miks wysusza ci mitochondria, laser poranka przecina wiązania wodorowe par zasad komplementarnych każdej twojej komórki. Jest rano – jesteś ranna. Zasztyletowana. Wyjdziesz na słońce – trup. Niechby jeszcze przez minutę, dwie, kwadrans, niechby jeszcze się schowało, a jedyny istniejący ozon, wolne cząsteczki tlenu spokojnie wdychane przez sen – otoczą cię powłoką odporności.

Uciekaj od dźwięków. Budzik, telefon, głos zza ściany, wszystko to boli, drapie, wbija się w skórę igłami decybeli. Każdy ton jest jak młot udarowy, maszyna krusząca cię na miał. Wesoły śpiew sąsiada to Indian love call, piosenka zagłady. Ty jesteś z Marsjaninem, a twój mózg jest na ścianie. Budzi się kolejny dzień. Ile kolejnych dni obudzonych możesz jeszcze znieść? Ile zrywów porannych, brutalnego rozdarcia ciszy wytrzymasz?

Ciemność. Ciemność wszeteczna, smoła nocy, studnia snu. Komórka na szczotki, szuflada pod łóżkiem, czarna woda w wannie. Nie zapalam świateł. Nie wytwarzam dźwięków. Nienawidzę poranków.

Arbeit macht frei?

Dzięki wynalazkom cywilizacji oszczędzasz codziennie kilka godzin. Czemu więc nie poopieprzasz się choćby przez minutę?

office-job

Bzdura! Wszystko to bzdura! Nie ma co pisać. Nie ma co pisać, zwłaszcza codziennie. Nie ma co pisania traktować jak pracy przy taśmie. Nie ma co pisania w ogóle traktować jak pracy. Łapy precz od klawiatur! Zostawcie puste kartki! Zostawcie puste dokumenty tekstowe! Dajcie odetchnąć zziajanym umysłom. Zluzujcie napięte cięciwy neurytów. I zabijcie mnie za poprzedni tekst.

Autora, który pisze bzdury należy zabić. Tak jak projektanta, który konstruuje niepojęte w obsłudze, mimo instrukcji, przedmioty. Jeśli w ogóle potrzebna jest instrukcja – zastrzelmy projektanta. Jeśli w ogóle potrzebny jest komentarz objaśniający – zastrzelcie mnie. (Tak, brak zrozumienia tekstu jest winą autora.) Ale jeśli namawiam was do codziennej wytężonej pracy, w dodatku do pracy przez pisanie – nie miejcie litości. Wyjmijcie bazookę.

W pisaniu, jak wiecie, można się zatracić. Traćcie się ile wlezie, dopóki pisanie nie stanie się pracą. Zatracić się w pracy? Normalna sprawa. Nienormalne jest nie zatracić się w pracy. Ale to właśnie jest najbardziej niepojęte. Ludzkość, która ledwo wyszła z ostatniej wojny przez bramę z napisem Arbeit macht frei, zamiast konsekwentnie zacząć się obijać – wszak bynajmniej praca jej do wolności nie doprowadziła – rzuciła się we wściekły wir tyrania.

Niemcy wojnę przegrali, ale ich złota myśl nie

Ludzie chełpią się jak bardzo są zajęci, ile mają na głowie i jak bardzo napięty jest ich grafik. Ho, ho! Gratulacje! Na pewno z tego powodu będzie im lepiej się żyło. A jak nie będzie się im lepiej żyło – przynajmniej umrą szczęśliwie. Będą wspominać na łożu śmierci, ile im się udało w życiu spraw pozałatwiać. Ile telefonów odebrać! Ile maili wysłać! Ile raportów wykonać! Ile nadgodzin wyrobić! Ile aplikacji jednocześnie każdego dnia uruchomić, żeby nic nie stracić i… nic nie zapamiętać.

Cóż za wspaniała śmierć – po wieloletniej orce od świtu do nocy. Cóż za wspaniałe życie – szczurzy pęd w korporacyjnym kołowrotku. Mam dziś do napisania pięć tekstów. Który z nich mnie uwolni? Może i Niemcy wojnę przegrali, ale ich złota myśl z obozowych bram zrobiła zawrotną wprost karierę. Ta kariera kwitnie coraz okazalej.

Nie ma takiej minuty, w której nie da się upchać więcej obowiązków

Dziś, gdy chcesz załatwić sprawę, nie musisz nigdzie jechać, nie musisz nawet lecieć do budki telefonicznej, ani odczekać w ogonku swojej kolejki na poczcie. Wystarczy że wyjmiesz z kieszeni telefon komórkowy i skorzystasz z jednego z kilku sposobów komunikacji.  Możesz zrobić przelew, wypełnić formularz, dostarczyć stos dokumentów. Dzięki cudownym wynalazkom cywilizacji oszczędzasz kilka godzin. Czemu więc nie poopieprzasz się choćby przez minutę? Czemu nie wyciągniesz się na ławce w parku i nie popatrzysz na drzewo? Czemu nie położysz się na kanapie? Bo nie ma takiej minuty, w której nie można byłoby upchać jeszcze więcej obowiązków.

Kto się opieprza, wcale się tym nie chwali

Jest takie modne powiedzonko: „jestem zarobiony”. Z dumą wypowiedziane obnaża jednak mało chwalebną skłonność do wpędzania się w stan niewolnictwa. Człowiek jest zarobiony jak mrówka w totalitarnym mrowisku. Poczucie nieustannego biegu daje mu iluzję sensu. W końcu zasuwa w pocie czoła po to, by jutro wstać i… zasuwać w pocie czoła.

Kto się opieprza, wcale się tym nie chwali. Choć, jakby nie patrzeć – ma czym. Nic nie musi. Nie spieszy się. Mówicie, że czas mu ucieka? Nic podobnego. Czas mu się dłuży. Czas się do niego dostosowuje. Ba! Czas stara się go dogonić. Ale jak tu dogonić człowieka zapatrzonego w drzewo? Jak dogonić lenia wylegującego się na kanapie? Gońcie sobie. Gońcie w piętkę. Wielkie rzeczy nie powstają w umysłach zaganianych. Wielkie rzeczy powstają w umysłach zamyślonych. A żeby się zamyślić, trzeba mieć chwilę. Choćby minutę.

PS. Zgadnijcie, czemu mając do napisania pięć tekstów – piszę jeszcze na blogu?

Pisz! To konieczność

A kogo stać na trwonienie swojego życia w niepamięci – niech nic nie pisze. Świat jest mały, miejsca niewiele, drzew jeszcze mniej

Usłyszałam wczoraj, że należy pisać codziennie. Nawet jeśli nie ma o czym. Zresztą pisanie o niczym – to właśnie jest wyzwanie. Pisanie o niczym w sposób ciekawy – to jak zdobycie Mount Everestu. Budzę się zatem dziś rano, w głowie mam pustkę i z miejsca rzucam się na klawiaturę. Będę pisać. Będę pisać codziennie przez okrągły rok, równolegle pisząc książkę, a raczej książkę niedokończoną będę kończyć, pisząc równolegle drugą książkę, a raczej drugą książkę niedokończoną będę kończyć. Wszystko o niczym.

Prawdę mówiąc z tym pisaniem jest tak, że im więcej człowiek pisze, tym więcej ma do napisania. I odwrotnie. Im pisze mniej, tym mniej rozszalałe jest jego pióro. Z każdym dniem niepisania pióro grzęźnie w wyschniętym kałamarzu, aż wreszcie porasta kurzem i człowiek zamiera. Stupor rodzi stupor, marazm marazm wzmacnia, powiększa, rozszerza w bezmiar marazmu, w nieskończoną nicość i nim się człowiek obejrzy – życie przeleci. W tle wspomnień zamajaczy w zamian nieskończona liczba takich samych, półświadomych piątków, kilkadziesiąt postów na Facebooku, jakiś żart w rozmowie, jedna wiosna, druga wiosna, chwila fascynacji kimś, koniec fascynacji kimś, i na dobrą sprawę to wszystko. Zatem nic. Ale niezapisane nic, to jest dopiero nic! To jest ogrom nicości, pustka wszeteczna, studnia bez dna. Przepaść, amen, szlus. Nawet punktu wyjścia nie ma, nawet zawiązku, pętelki, połowy komórki, z której by cokolwiek mogło powstać. Beznadzieja. Proch. Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. W międzyczasie w smartfonie pogrzebiesz. Herbatę wypijesz. Włożysz łyżkę w szklankę. Przez życie z dnia na dzień się przekolebiesz.

Zawsze można sobie jeszcze powtarzać, że to wyjątkowe kolebanie. Nikt inny nie umie się tak kolebać. Zwłaszcza po browarze. Nikt tak nie potrafi grzebać w smartfonie. Nikt tak nie wkłada łyżki w szklankę. I owszem, w tej szklance jest utopiona pewna prawda. Zarówno zdanie, że nikt nie jest wyjątkowy jak i zdanie, że wyjątkowi są wszyscy – jest prawdziwe. Nikt nie jest wyjątkowy, bo co w kolebaniu się przez życie i grzebaniu w smartfonie jest wyjątkowego? Niby nic. Ale każdy kolebie się na swój sposób i każdy ma swoją metodę grzebania. Nie ma drugiej takiej samej twarzy. Nie ma drugiej takiej samej kreski papilarnej.

Jakby nie patrzeć, tak czy owak, która szkoła by nie obowiązywała, pisać nie zawadzi. Jeśli życie jest wyjątkowe – trzeba pisać, by wyjątkowość uwiecznić, by tej wyjątkowości w czasie nie utracić, by wyjątkowość przez palce nie przeleciała. Kogo stać na trwonienie swojej wyjątkowości, a ściśle kogo stać na zatracenie każdego kolejnego dnia swojego życia w niepamięci – niech sobie trwoni, traci i nic nie pisze. Świat jest mały, miejsca niewiele, drzew jeszcze mniej.

Druga ewentualność: wyjątkowości brak. Nic się nie dzieje, dzień każdy szary, telefon milczy, nuda. Nikogo nie obchodzi moje kolebanie, łyżkę w szklankę wkładam pospolicie, w smartfonie grzebię byle jak. Tym bardziej grzech nie pisać. Jak się nic nie dzieje i się nic nie pisze, to dopiero się nic nie dzieje! Jak się nic nie dzieje i się nie pisze, nigdy nic nie zacznie się dziać. Jak się nic nie dzieje, a zacznie się pisać, życie rozkręca się jak bączek. Z katatonicznej nicości zaczyna kiełkować jedna myśl, potem druga, kolejna, zaraz lawina myśli, taniec liter, szarpanina przecinków, kropek, błędów ortograficznych, błędów stylistycznych, wściekła potrzeba poprawiania, doskonalenia, szukania po słownikach synonimów, sprawdzania poprawności merytorycznej, istny szał działania. Inna rzecz, że z tej nicości kiełkująca twórczość człowieka potrafi zapędzić w realną inicjatywę. Dziś rano myślałam, że nic się nie dzieje. Ale od kiedy piszę, a piszę wszak o niczym – tyle spraw się urodziło! I ciągle mnie coś odrywa od pisania. A kiedy mnie coś odrywa od pisania, pierwotny brak potrzeby pisania zamienia się nagle w chęć pisania, ta chęć się wzmaga i przeradza się w zabawę, nałóg, wreszcie: konieczność. A gdy jest już konieczność pisania, nie ma mowy o tym, że się nic nie dzieje. Gdy jest konieczność pisania, człowiek staje się naładowany jak karabin maszynowy, człowiek pęka od emocji, człowieka nosi po ścianach i najmniejszą przeszkodę w pisania, ot, na przykład: długo oczekiwany telefon z banku w sprawie karty płatniczej – człowiek gotów zignorować. Co tam zignorować! Rzucić telefonem o jedną z tych ścian, co po nich człowieka nosi! Rzucić telefonem i tym samym na zawsze odciąć się od świata realnego, na zawsze odciąć się od sklepu z prawdziwymi produktami do kupienia za prawdziwe pieniądze (nie samymi pieniędzmi człowiek żyje!) i, co najważniejsze, odciąć się od piekielnie irytującego pytania przedstawiciela banku:

– Czemu pani o nas takie rzeczy pisze?!

Dlatego, zapisawszy już całą stronę czcionką niedużą tekstem zupełnie o niczym, jeszcze raz podkreślam – pisać trzeba. Czego zatem nie trzeba? Nie trzeba tego publikować.

all_work