Mężczyźni są na Marsie. Nadal

CHILE-ASTRONOMY-NEW PLANET

Zanim zdążyłam ochłonąć po podróży, wyszli Marsjanie. Nie byli ani mili, ani szarmanccy, nie przepuszczali mnie w drzwiach, nie serwowali drinków…

Poleciałam w kosmos w poszukiwaniu faceta. Tak, moi drodzy, nie było wyjścia. Nie od dziś wiadomo, że prawdziwych mężczyzn już nie ma. Poczytajcie sobie w internecie. Ostatnio nawet redaktorki Wysokich Obcasów szukały. Dawały ogłoszenia, wertowały listy, na nic. Nie ma i koniec. Cóż było robić? Wsiadłam w statek kosmiczny i poleciałam tam, skąd podobno faceci pochodzą: na Marsa.

Po krótkiej chwili (moja rakieta osiągnęła siedmiokrotną przebitkę prędkości światła, co pozwoliło mi przy okazji spektakularnie odmłodnieć, nie oszukujmy się, żadne zabiegi Spa nie odmładzają lepiej niż cofanie się w czasie) znalazłam się w przedziwnej, choć pięknej scenerii planety Mars. Zanim zdążyłam ochłonąć po podróży, zza marsjańskich wydm zaczęli wychodzić Marsjanie. A co jeden to paskudniejszy. Oślizgłe ciała kosmitów pokrywały wypustki i brodawki, z których sączyła się galaretowata zielona maź. Nie byli ani mili, ani szarmanccy, nie przepuszczali mnie w drzwiach, nie serwowali drinków, a ich fizyczność napawała mnie wystarczającą odrazą, by nawet prezydentowi nie podać ręki na powitanie. Marsjański prezydent był bodaj najohydniejszą kreaturą, jaką kiedykolwiek widziałam. Zupełnie innego zdania były Marsjanki (swoją drogą niczego sobie kobietki), które go oblepiały jak gwiazdora filmowego, piejąc co rusz z zachwytu nad każdą wybełkotaną, najbardziej idiotyczną frazą.

Wrodzona kokieteria zwiędła we mnie w ciągu minuty, a ostatnie tchnienie wyzionęła ostatecznie, gdy na pytanie, czy wszyscy mieszkańcy planety wyglądają tak samo, usłyszałam, że owszem, są brzydsze przypadki, ale tych brzydkich, powszechnie uznawanych za potwory – kosmici mają w zwyczaju trzymać w lochach pod kluczem.

– Nie chcemy powodować zamieszek ani tym bardziej tragedii – tłumaczyli plując naokoło. – Ich wygląd faktycznie jest na tyle przykry, że co wrażliwsi Marsjanie rzucają się na widok tych paskud ze skały.

Pomyślałam, że jestem w dramatycznej sytuacji, na bank nikogo w tej podróży nie poderwę, a co gorsza, wkrótce sama rzucę się ze skały, bo ile można znosić wątpliwe zaloty roztrzęsionych tłustych zielonych meduz, którym kapie z otworów gębowych fosforyzująca ślina? Na nic były moje próby doprowadzenia ich do jako takiej formy. Wycieranie ze śluzu, czy zachęcanie do joggingu na marsjańskich plażach zakończyło się fiaskiem, co gorsza – wywołały niechęć i agresję.

– Jesteśmy prawdziwymi mężczyznami! – oburzali się Marsjanie. – Nie będziemy się wycierać jak dzieci. Druga rzecz, prawdziwy facet nie biega jak kot z pęcherzem tylko leży dumnie na piasku i tyje.

Nie dość, że Marsjanie wyglądali paskudnie, to jeszcze w ogóle nie grzeszyli intelektem. Ich rozmowy brzmiały jakby się gotowały jajka, a dowcipy miały tyle samo sensu, co niezwykle popularny w ich kręgach dźwięk naśladujący piard.

Z dnia na dzień konflikt między mną a kosmicznym gatunkiem męskim się zaogniał. Więcej. Marsjańskie kobiety również mnie znienawidziły. Zupełnie nie rozumiały, dlaczego się czepiam wyglądu ich facetów i robię jakieś niebezpieczne zamieszki z emancypacją. Wreszcie sytuacja stała się na tyle poważna, że Marsjanie postanowili zwołać coś w rodzaju sądu i zdecydować, co zrobić z kłopotliwą Ziemianką. Posadzili mnie na środku jakiegoś placu, zebrali się wokół i debatowali. Wreszcie tak wzgardzony przeze mnie kilka dni wcześniej prezydent dał upust swojej chęci odwetu i ogłosił wyrok:

– Do lochu. Do potworów!

Jezus Maria. Idę kochani, idę zakuta w kajdany przez marsjański rynek, idę i myślę o moich kochanych facetach z Ziemi, o ich dwudniowych zarostach, o ich wystających kościach policzkowych, o ich ustach suchych i spierzchniętych, o dłoniach silnych żylastych, o ich głosach wyraźnych nie-bełkotliwych, o ich skórze, która przecież nigdy, przenigdy, nawet po tygodniowej libacji nie nabiera aż tak intensywnej barwy zielonej. Myślę o tym idiocie Johnie Gray’u, który napisał książkę z hasłem o mężczyznach z Marsa, myślę o tych dziewczynach z Wysokich Obcasów. I chce mi się zawołać: przestańcie narzekać, przecież nie jest na tej Ziemi tak źle, nie jest aż tak źle jak tu! I jeszcze myślę, że zdawało mi się – gorzej być nie może, a jednak idę do lochu z potworami. No i wreszcie myślę: ludzie, skoro oni sami wyglądają jak potwory, to jak muszą wyglądać ich potwory!?

Nie przeżyję tego, nie przeżyję. Rzucę się ze skały. Tylko dajcie mi jakąś skałę! I właśnie wtedy dostrzegam, że z tym całym zrzucaniem się ze skały na widok marsjańskich potworów to blaga, ściema na całego, bowiem jak okiem sięgnąć, na Marsie nie ma ani jednej skały. Tu są tylko czerwone piaski, niekończące się wydmy i plaże, na których wylegują swoje odrażające trzęsące się galaretowate tyłki durnowaci Marsjanie.

O miłości! Poszukiwana w rozpaczy po całym kosmosie, wytęskniona! Ty, którą tak skąpi Ziemia, a której Mars wyzbył się całkowicie!  Gdzie się ukryłaś? Czemu po zakamarkach podziemnych, wśród szczurów kosmicznych przemykasz? Czemu przed całym kosmosem skromną twarz chowasz? Albo też: czemuś więziona? Czemu spętana, w łańcuchy skuta? Przecież miłość jest jak ptak, co ja mówię, jak statek kosmiczny! W przestworzach powinna fruwać. A tymczasem w mrocznej scenerii lochów, wśród kapiących rur kanalizacyjnych odprowadzających ścieki galaretowatych Marsjan, siedzą więźniowie. Potwory marsjańskie. Mrok rozrzedzony przez adaptację wzroku nagle ich odsłania i oto, wtrącona do lochów, widzę… najpiękniejszych mężczyzn w życiu.

Najpierw ten z ciemną czupryną, wysoki, o oczach jak otchłań piekielna, z twarzą wprost modelową, z wystającymi kośćmi policzkowymi, z lekkim dwudniowym zarostem, z wytatuowanym smokiem na muskularnych ramionach, o dłoniach jak pianista i rozmarzonych ustach – wynurza się z ciemności i na mój widok zadaje takie oto pytanie:

– Czyżby nad Marsem pękło niebo…?

Oniemiała wydobywam z siebie tylko nędzne beknięcie, że niby o co cho…? A ten mi swobodnie, choć szczerze kończy:

– … że spadają anioły?

Inny jaśniejszą ma twarz, oczy błękitne, delikatne rysy, pisze wiersze, na gitarze gra, a gra rozdzierające akordy tych utworów, co mówią o twardym życiu, o braku zrozumienia ze strony ludzkości, o lękach i tęsknotach, o pękniętym sercu, w którym, uwaga: zawsze, ale to zawsze będę… ja!

Długo by opowiadać o urodzie wszystkich więźniów. Wybitne to były piękności, istne cuda męskie, których marne słowa tu nie zdołają opisać. Wybitne były też ich umysły, wiele godzin, nocy i dni wspólnie rozprawialiśmy o sensie życia, o literaturze, o filozofii, o sztuce, o impresjonizmie, ale też o zagadkach genetyki, o wielkim wybuchu, o rysach linii papilarnych, o losie utraconym, wreszcie o horoskopach i o metodach zwalczania celulitu…

Gdy ja mówiłam, oni siadali wokół, wzrokiem spijali każdą moją głoskę i wciąż, wciąż im było mało opowieści. Ta ich tęsknota, ten głód w spojrzeniu! Jezu, ludzie, w podziemiach, do lochów strącona, znalazłam się nagle w niebie! Za nic nie chciałam opuścić więzienia, a gdy z góry dotarły pogłoski, że Marsjanie chcą mnie wypuścić i odesłać na Ziemię, postanowiłam działać. I bez namysłu powiedziałam więźniom, że kobiety na Ziemi ich poszukują, że jak ich zobaczą to oszaleją z radości i żeby najlepiej uciekli razem ze mną. Patrzyli nieruchomo przez chwilę, a potem się naradzali, by ostatecznie się zgodzić.

Plan był doskonale prosty. Gdy Marsjanie wypuszczą mnie z lochów, kradnę tym jełopom klucz do celi, wracam o zmroku i chwilę potem biegniemy wszyscy do mojej rakiety. A potem hops, na Ziemię. Tam szczęśliwe kobiety pokochają ich, prawdziwych mężczyzn z Marsa, a mnie będą czcić do końca mojego ziemskiego żywota i jeszcze dłużej.

W przeddzień ucieczki, gdy spałam w hamaku splecionym z dłoni współwięźniów, przyśnił mi się sen. Zobaczyłam w nim moich pięknych towarzyszy, ale w jakże innych okolicznościach! Pierwszy z nich siedział przed telewizorem z piwem w ręku, a smoczy tatuaż rozlał się po jego otłuszczonych plecach tak, że przypominał żabę. Jego żona zbierała z podłogi przepocone skarpetki. Drugi gitarę oddał dziecku, a sam przyklejony do play station obrósł nieregularnym zarostem (bynajmniej nie dwudniowym) i siorbiąc podaną przez żonkę pomidorówkę, pobekiwał jak koza. Mam opowiadać dalej?

Wypuszczona z lochów wsiadłam w statek kosmiczny i wróciłam na Ziemię sama.

10 comments

  1. prezes don

    kszzyyyy. hjuston mamy problem, tutaj już pozamiatane. Spadamy. Może Jowisz…same gazy, nikt nie wyląduje. Tak Jowisz, to stamtąd pochodzą mężczyźni. Mars…słodki baton. Jowisz lepiej się kojarzy, adekwatnie.

  2. Slawek

    Hm… ale czemu czepiłaś się wyglądu – przecież on nie jest najważniejszy. A może jednak jest?

    Odnośnie mężczyzn – jeśli nie pasują tacy jacy są, to wystarczy ich zostawić w spokoju – obie strony będą zadowolone 🙂

  3. cammelie

    Tiaaaa… Tak, ci tzw. ostatni myśliwi, co to u kobiet miękkie kolana wywoływali i potrafili oj, potrafili, gonić króliczka, to już dawno wymarli. Jak widać nawet w kosmosie ani huhu. Bieda. Druga sprawa. Opowiadam Sławkowi j/w – teoretycznie mężczyzna, nawet brzydki jak noc, da sobie w życiu radę, ale my kobiety musimy patrzeć na to z kim dzieci robimy. I trochę urody jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Takie to my rozwydrzone mendy jesteśmy. Się nam poprzewracało i byśmy chciały takiego księcia, takiego cudnego, oh oh. I żeby on nas gonił i zdobywał i zaskakiwał. Tak wogóle to faceci mają przerąbane. Na pocieszenie to przytoczę moją Babcię, która twierdziła że ideałów nie ma. A jak ci się wydaje, że takowego znalazłaś to wiej gdzie pieprz rośnie, bo to nie ma prawa się dobrze zakończyć 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s