Ojca nie ma – dziecko jest

Dzieworództwo polega na rozmnażaniu się bez udziału osobnika zapładniającego. Tak rozmnażać się mogą  warany, mszyce i… Polacy

Mówią w mediach o procesie kolejnej matki morderczyni. Tym razem kobieta zabiła (zostawiła bez opieki?) pięcioro noworodków i grozi jej za to dożywocie. Nie chcę tu się rozwodzić nad obrzydliwością zbrodni, nad zanikiem odruchów ludzkich i instynktu macierzyńskiego, nie chcę też używać wszystkich tych bardzo potrzebnych nam do humanitarnego postępowania i lepszego samopoczucia, haseł. Bo to w ogóle nie w moim stylu. W moim stylu jest jednak zwrócenie uwagi na zupełnie inną sprawę, na sprawę być może starą jak ten kraj nad Wisłą, a jednak wciąż zdumiewającą.

Zanim powiem, o co chodzi, pragnę przytoczyć nie tak dawne kruszenie kopii pod moim tekstem o gwałcie, gdzie sporo osób zauważyło, że gwałt zadają kobiety sobie same, bo przecież trudno winić mężczyznę za jego porywczość, skoro tak go natura ukształtowała. Pod tekstem swój cenny komentarz zostawił też niejaki Starszy Już (na szczęście) Pan.  Starszy Pan (pozwólcie, że tak go będę nazywać w skrócie) wyraził w nim obawę o zachowanie naszego gatunku, który jak rozumiem, bez gwałtów wyginie niczym gatunek dinozaurów. Starszy Pan żywi głębokie przekonanie, że jak tak dalej pójdzie (bez gwałtów?), dzięki feministkom pozostanie naszemu nieszczęsnemu gatunkowi jeno dzieworództwo, czyli innymi słowy: partenogeneza. Zjawisko to polega na rozmnażaniu się bez udziału osobnika zapładniającego. Wieje nudą?  Zaraz, zaraz. Starszy Pan jeszcze nie wie, ale te rzeczy już mają miejsce. Mają od dawna! I to wcale nie dzięki feministkom. Bo, choć dzieworództwo brzmi mało interesująco, działa i to bez zarzutu. Tak rozmnażać się mogą warany, mszyce i… Polacy. A raczej Polki.

Do czego zmierzam i co to ma wspólnego z artykułem o nieszczęsnych noworodkach? Otóż, jak się okazuje (nie pierwszy raz w Polsce), ofiary o których mowa, były pozbawione ojca. Miały tylko matkę. Matka je urodziła i porzuciła na pewną śmierć. Ojciec tego nie zrobił. Ojciec nie zrobił nic, bo go nie było. Ojciec nie istniał. Owszem, między wierszami newsa przemyka jakiś smutny pan-konkubent, ale przecież z pewnością nie ma on nic wspólnego z tym, że noworodki pojawiły się na świecie, po czym porzucone zmarły. Dlatego nie może być w tej sprawie oskarżony.

W moich obserwacjach powszechnego dzieworództwa w Polce posunęłam się nieco dalej i zajrzałam do kodeksu prawnego, by sprawdzić, jak się mają sprawy związane np. z nielegalnym przerywaniem ciąży w tym kraju. Otóż w zapisie art. 153 § 1 k.k. nie ma ani razu wymienionego słowa: ojciec, albo: mężczyzna. Niczym z automatu jest mowa o kobiecie, o kobiecie ciężarnej i o innych osobach podżegających do aborcji, bądź jej ułatwiających aborcję, ale ojca – mężczyzny w tym zapisie po prostu brak. Czy ojciec za coś odpowiada? Czy będzie ukarany? Jak będzie ukarany? Nic nie wiadomo.

Czemu nie ma słowa o ojcu, który, jak mnie na biologii uczono – zostawia 50 procent genów w każdym potomstwie (jeśli ktoś nie spał na matematyce to wie, że oznacza to równiuteńki współudział) i który jest – jak mnie nie tylko na biologii uczono – absolutnie niezbędny do zapłodnienia? Co więcej – jest niezbędny w stanie świadomym i nawet bardzo aktywnym. Więcej, coś mi podpowiada, że jak już się uprzemy i wyobrazimy sobie ten cały akt zapłodnienia, to prędzej zobaczymy nieświadomą/nieprzytomną/zniewoloną kobietę, niż takiego właśnie mężczyznę. Wniosek zatem wydaje się być prosty: facet jest równie odpowiedzialny za dziecko jak kobieta. To znaczy odpowiedzialny za to, czy JEGO dziecko się urodziło, czy żyje, czy nie żyje, czy jest krzywdzone, molestowane, głodne itd. Jeśli więc przykładowo dziecko nie żyje, na ławie oskarżonych powinni siedzieć oboje: matka i ojciec. Więc o co tu chodzi?!

Otóż prosta sprawa, moi drodzy. Znów wracamy do proroctw Starszego Pana i dajmy na to, wściekle ostatnio popularnej piosenki Domowych Melodii o niejakiej Grażce, co zrobiła SOBIE dziecko. Tak brawurowo opisany tu przeze mnie akt zapłodnienia w Polsce w ogóle nie występuje. Podczas tego całego ambarasu z plemnikami, komórką jajową i wszystkimi sprawami związanymi z tworzeniem się nowego człowieka, facet jest w ogóle gdzie indziej. On zajmuje się zupełnie innymi sprawami, dla mnie niepojętymi. On komponuje, politykuje, tworzy właśnie takie prawo jak wyżej… . Rzeźbi, skleja czołgi, łapie motyle, przegląda internet. No diabli wiedzą, co jeszcze robi. Jedno jest pewne – nie zapładnia. Nie zapładnia i nie ma z tym nic wspólnego. Dlatego niechciane dzieci są wynikiem dzieworództwa i tylko matka za nie odpowiada.

Nie pytajcie więc, czemu tylko kobieta ma zostać za czyn dzieciobójstwa skazana na dożywocie, czemu tylko na kobietę leje się strumień obelg, czemu tylko jej się zarzuca nieludzkość i na niej skupia się cała nienawiść społeczeństwa. I czemu w tym samym czasie o ojcu ani mru – mru.

Jak to się mówiło w moich stronach – tak to już jest. Ojca nie ma – dziecko jest.

dziecko-milosc-ojciec

Zróbmy wreszcie coś dobrego. Blog Forum Gdańsk 2013

Jeśli możesz zrobić coś dobrego, a tego nie robisz – robisz źle. To zdanie, którego autorem jest Maciek Mazurek uznałam za motto tegorocznej konferencji. Może nie wszyscy od razu rzucili się w wir filantropii, ale pasja, którą zaraził uczestników Jurek Owsiak zdaje się być początkiem nowego trendu w blogosferze, trendu pod tytułem: zróbmy coś dobrego. Popularność blogerów można przekuć w zakrojoną na szeroką skalę pomoc potrzebującym. Ta myśl chyba zrobiła karierę na Blog Forum Gdańsk 2013. Czy to oznacza koniec epoki pustego celebryctwa blogerów? Jestem za.

01
Udało mi się dowiedzieć, że tym roku będziemy zbierać na dziecięce SOR-y.

Mężczyźni są na Marsie. Nadal

CHILE-ASTRONOMY-NEW PLANET

Zanim zdążyłam ochłonąć po podróży, wyszli Marsjanie. Nie byli ani mili, ani szarmanccy, nie przepuszczali mnie w drzwiach, nie serwowali drinków…

Poleciałam w kosmos w poszukiwaniu faceta. Tak, moi drodzy, nie było wyjścia. Nie od dziś wiadomo, że prawdziwych mężczyzn już nie ma. Poczytajcie sobie w internecie. Ostatnio nawet redaktorki Wysokich Obcasów szukały. Dawały ogłoszenia, wertowały listy, na nic. Nie ma i koniec. Cóż było robić? Wsiadłam w statek kosmiczny i poleciałam tam, skąd podobno faceci pochodzą: na Marsa.

Po krótkiej chwili (moja rakieta osiągnęła siedmiokrotną przebitkę prędkości światła, co pozwoliło mi przy okazji spektakularnie odmłodnieć, nie oszukujmy się, żadne zabiegi Spa nie odmładzają lepiej niż cofanie się w czasie) znalazłam się w przedziwnej, choć pięknej scenerii planety Mars. Zanim zdążyłam ochłonąć po podróży, zza marsjańskich wydm zaczęli wychodzić Marsjanie. A co jeden to paskudniejszy. Oślizgłe ciała kosmitów pokrywały wypustki i brodawki, z których sączyła się galaretowata zielona maź. Nie byli ani mili, ani szarmanccy, nie przepuszczali mnie w drzwiach, nie serwowali drinków, a ich fizyczność napawała mnie wystarczającą odrazą, by nawet prezydentowi nie podać ręki na powitanie. Marsjański prezydent był bodaj najohydniejszą kreaturą, jaką kiedykolwiek widziałam. Zupełnie innego zdania były Marsjanki (swoją drogą niczego sobie kobietki), które go oblepiały jak gwiazdora filmowego, piejąc co rusz z zachwytu nad każdą wybełkotaną, najbardziej idiotyczną frazą.

Wrodzona kokieteria zwiędła we mnie w ciągu minuty, a ostatnie tchnienie wyzionęła ostatecznie, gdy na pytanie, czy wszyscy mieszkańcy planety wyglądają tak samo, usłyszałam, że owszem, są brzydsze przypadki, ale tych brzydkich, powszechnie uznawanych za potwory – kosmici mają w zwyczaju trzymać w lochach pod kluczem.

– Nie chcemy powodować zamieszek ani tym bardziej tragedii – tłumaczyli plując naokoło. – Ich wygląd faktycznie jest na tyle przykry, że co wrażliwsi Marsjanie rzucają się na widok tych paskud ze skały.

Pomyślałam, że jestem w dramatycznej sytuacji, na bank nikogo w tej podróży nie poderwę, a co gorsza, wkrótce sama rzucę się ze skały, bo ile można znosić wątpliwe zaloty roztrzęsionych tłustych zielonych meduz, którym kapie z otworów gębowych fosforyzująca ślina? Na nic były moje próby doprowadzenia ich do jako takiej formy. Wycieranie ze śluzu, czy zachęcanie do joggingu na marsjańskich plażach zakończyło się fiaskiem, co gorsza – wywołały niechęć i agresję.

– Jesteśmy prawdziwymi mężczyznami! – oburzali się Marsjanie. – Nie będziemy się wycierać jak dzieci. Druga rzecz, prawdziwy facet nie biega jak kot z pęcherzem tylko leży dumnie na piasku i tyje.

Nie dość, że Marsjanie wyglądali paskudnie, to jeszcze w ogóle nie grzeszyli intelektem. Ich rozmowy brzmiały jakby się gotowały jajka, a dowcipy miały tyle samo sensu, co niezwykle popularny w ich kręgach dźwięk naśladujący piard.

Z dnia na dzień konflikt między mną a kosmicznym gatunkiem męskim się zaogniał. Więcej. Marsjańskie kobiety również mnie znienawidziły. Zupełnie nie rozumiały, dlaczego się czepiam wyglądu ich facetów i robię jakieś niebezpieczne zamieszki z emancypacją. Wreszcie sytuacja stała się na tyle poważna, że Marsjanie postanowili zwołać coś w rodzaju sądu i zdecydować, co zrobić z kłopotliwą Ziemianką. Posadzili mnie na środku jakiegoś placu, zebrali się wokół i debatowali. Wreszcie tak wzgardzony przeze mnie kilka dni wcześniej prezydent dał upust swojej chęci odwetu i ogłosił wyrok:

– Do lochu. Do potworów!

Jezus Maria. Idę kochani, idę zakuta w kajdany przez marsjański rynek, idę i myślę o moich kochanych facetach z Ziemi, o ich dwudniowych zarostach, o ich wystających kościach policzkowych, o ich ustach suchych i spierzchniętych, o dłoniach silnych żylastych, o ich głosach wyraźnych nie-bełkotliwych, o ich skórze, która przecież nigdy, przenigdy, nawet po tygodniowej libacji nie nabiera aż tak intensywnej barwy zielonej. Myślę o tym idiocie Johnie Gray’u, który napisał książkę z hasłem o mężczyznach z Marsa, myślę o tych dziewczynach z Wysokich Obcasów. I chce mi się zawołać: przestańcie narzekać, przecież nie jest na tej Ziemi tak źle, nie jest aż tak źle jak tu! I jeszcze myślę, że zdawało mi się – gorzej być nie może, a jednak idę do lochu z potworami. No i wreszcie myślę: ludzie, skoro oni sami wyglądają jak potwory, to jak muszą wyglądać ich potwory!?

Nie przeżyję tego, nie przeżyję. Rzucę się ze skały. Tylko dajcie mi jakąś skałę! I właśnie wtedy dostrzegam, że z tym całym zrzucaniem się ze skały na widok marsjańskich potworów to blaga, ściema na całego, bowiem jak okiem sięgnąć, na Marsie nie ma ani jednej skały. Tu są tylko czerwone piaski, niekończące się wydmy i plaże, na których wylegują swoje odrażające trzęsące się galaretowate tyłki durnowaci Marsjanie.

O miłości! Poszukiwana w rozpaczy po całym kosmosie, wytęskniona! Ty, którą tak skąpi Ziemia, a której Mars wyzbył się całkowicie!  Gdzie się ukryłaś? Czemu po zakamarkach podziemnych, wśród szczurów kosmicznych przemykasz? Czemu przed całym kosmosem skromną twarz chowasz? Albo też: czemuś więziona? Czemu spętana, w łańcuchy skuta? Przecież miłość jest jak ptak, co ja mówię, jak statek kosmiczny! W przestworzach powinna fruwać. A tymczasem w mrocznej scenerii lochów, wśród kapiących rur kanalizacyjnych odprowadzających ścieki galaretowatych Marsjan, siedzą więźniowie. Potwory marsjańskie. Mrok rozrzedzony przez adaptację wzroku nagle ich odsłania i oto, wtrącona do lochów, widzę… najpiękniejszych mężczyzn w życiu.

Najpierw ten z ciemną czupryną, wysoki, o oczach jak otchłań piekielna, z twarzą wprost modelową, z wystającymi kośćmi policzkowymi, z lekkim dwudniowym zarostem, z wytatuowanym smokiem na muskularnych ramionach, o dłoniach jak pianista i rozmarzonych ustach – wynurza się z ciemności i na mój widok zadaje takie oto pytanie:

– Czyżby nad Marsem pękło niebo…?

Oniemiała wydobywam z siebie tylko nędzne beknięcie, że niby o co cho…? A ten mi swobodnie, choć szczerze kończy:

– … że spadają anioły?

Inny jaśniejszą ma twarz, oczy błękitne, delikatne rysy, pisze wiersze, na gitarze gra, a gra rozdzierające akordy tych utworów, co mówią o twardym życiu, o braku zrozumienia ze strony ludzkości, o lękach i tęsknotach, o pękniętym sercu, w którym, uwaga: zawsze, ale to zawsze będę… ja!

Długo by opowiadać o urodzie wszystkich więźniów. Wybitne to były piękności, istne cuda męskie, których marne słowa tu nie zdołają opisać. Wybitne były też ich umysły, wiele godzin, nocy i dni wspólnie rozprawialiśmy o sensie życia, o literaturze, o filozofii, o sztuce, o impresjonizmie, ale też o zagadkach genetyki, o wielkim wybuchu, o rysach linii papilarnych, o losie utraconym, wreszcie o horoskopach i o metodach zwalczania celulitu…

Gdy ja mówiłam, oni siadali wokół, wzrokiem spijali każdą moją głoskę i wciąż, wciąż im było mało opowieści. Ta ich tęsknota, ten głód w spojrzeniu! Jezu, ludzie, w podziemiach, do lochów strącona, znalazłam się nagle w niebie! Za nic nie chciałam opuścić więzienia, a gdy z góry dotarły pogłoski, że Marsjanie chcą mnie wypuścić i odesłać na Ziemię, postanowiłam działać. I bez namysłu powiedziałam więźniom, że kobiety na Ziemi ich poszukują, że jak ich zobaczą to oszaleją z radości i żeby najlepiej uciekli razem ze mną. Patrzyli nieruchomo przez chwilę, a potem się naradzali, by ostatecznie się zgodzić.

Plan był doskonale prosty. Gdy Marsjanie wypuszczą mnie z lochów, kradnę tym jełopom klucz do celi, wracam o zmroku i chwilę potem biegniemy wszyscy do mojej rakiety. A potem hops, na Ziemię. Tam szczęśliwe kobiety pokochają ich, prawdziwych mężczyzn z Marsa, a mnie będą czcić do końca mojego ziemskiego żywota i jeszcze dłużej.

W przeddzień ucieczki, gdy spałam w hamaku splecionym z dłoni współwięźniów, przyśnił mi się sen. Zobaczyłam w nim moich pięknych towarzyszy, ale w jakże innych okolicznościach! Pierwszy z nich siedział przed telewizorem z piwem w ręku, a smoczy tatuaż rozlał się po jego otłuszczonych plecach tak, że przypominał żabę. Jego żona zbierała z podłogi przepocone skarpetki. Drugi gitarę oddał dziecku, a sam przyklejony do play station obrósł nieregularnym zarostem (bynajmniej nie dwudniowym) i siorbiąc podaną przez żonkę pomidorówkę, pobekiwał jak koza. Mam opowiadać dalej?

Wypuszczona z lochów wsiadłam w statek kosmiczny i wróciłam na Ziemię sama.

Dziękuję, że mnie nie zgwałciłeś

To jest problem, wypiją wino, on ją obejmuje, ona go całuje. Potem ona się broni, to on ją na siłę weźmie. No weźmie na siłę chłop, no pewnie, że weźmie

Kochani donoszę, że nie ma dla mnie ratunku. Jestem w kompletnej zapaści i, co gorsza, nie jestem w tym osamotniona. W takiej samej beznadziejnej sytuacji są wszystkie kobiety w tym kraju. Już mówię, dlaczego. Dlatego, że są kobietami.

Dostałam ostatnio e-maila z informacją o tym, że biegły sądowy psycholog od spraw seksualnych Krzysztof Boćkowski wyraził swoją opinię na temat przemocy seksualnej wobec kobiet tymi oto błyskotliwymi słowami: często same prowokują i doprowadzają mężczyzn do tych sytuacji”, bo: „Przykładowo, gdy kobieta umawia się na randkę, nie jest chyba świadoma, kolokwialnie mówiąc, że mężczyzna zawsze jest nastawiony na seks”.

E-mail był napisany przez redaktorkę pisma kobiecego oburzoną słowami seksuologa. Owszem, podzieliłam jej oburzenie i odłożyłam sprawę licząc na to, że nie ma co kruszyć kopii, słowa seksuologa są wystarczająco wywrotowe, by społeczeństwo samo rozdziobało tego lekarza od siedmiu boleści. Jak się okazało, społeczeństwo ani myśli rozdziobać lekarza, społeczeństwo ani myśli rozdziobać gwałcicieli, nic z tych rzeczy. Wystarczy przejrzeć kilka artykułów na ten temat w sieci i komentarze pod nimi, by się przekonać, że społeczeństwo najchętniej rozdziobałoby ofiary gwałtów, powtarzając jak mantrę stare porzekadło: „sama sobie winna”.

Nie ma co się dziwić więc, że biegły sądowy tak rozochocił się w wyrażaniu swoich opinii i wczoraj mogłam przeczytać na portalu gazety.pl kolejne rozbrykane wypowiedzi Boćkowskiego. Tym razem dowiedziałam się, że „Jeżeli kobieta nie chce współżyć, to niech się nie spotyka z mężczyznami. Proste.”

(Swoją drogą, faktycznie proste. Jak mogłam na to wcześniej nie wpaść? Wystarczy nie spotkać się już nigdy z żadnym facetem i jestem bezpieczna. Może wystarczy zamieszkać na innej planecie?)

Seksuolog podał też przykład amerykańskiej organizacji zajmującej się obroną mężczyzn, która doradza, by przed odbyciem stosunku kobieta i mężczyzna podpisywali na to pisemną umowę. Bo, jak się okazuje – gwałt jest po prostu wynikiem nieporozumienia. Ups!

Lekarz mówi dalej:

– To jest problem, wypiją wino, on ją obejmuje, ona go całuje. Potem ona się broni, to on ją na siłę weźmie. No weźmie na siłę chłop, no pewnie, że weźmie.

Nie weźmie, chłop, weźmie na siłę. Co ma robić? Taka sympatia do tego chłopa bije z wypowiedzi lekarza, aż serce mięknie. Biedny chłop. Najpierw został prowokowany, potem jeszcze to całe nieporozumienie. W końcu przecież kobieta ma dekolt, uśmiech, odsłonięte kolana. A on co ma, biedny? Tylko pięści.

Jestem kobietą. Jakby nie patrzeć, a wystarczy raz spojrzeć, nie da się ukryć: kobieta.  Z nogami, z cyckami, z tyłkiem. Z dekoltem. Bez czadoru. Na dobrą sprawę w ogóle nie powinnam wychodzić z domu. Kiedy tylko wyjdę , jak na złość zawsze napatoczy mi się jakiś facet na drodze. Przepraszam! To ja mu się napatoczę. I sprowokuję.

Boże, ale miałam szczęście do tej pory. Tyle piw wypitych po kumplowsku, tyle spotkań przy kawie, Jezu, tyle wyjazdów na wakacje, tyle podwózek z knajpy, tyle godzin wspólnie przegadanych – i nic! Żadnego gwałtu! Ale mi się upiekło. Pojęcia nie miałam, ile to was, koledzy musiało kosztować. A przecież kosztowało, bo jak twierdzi biegły sądowy doktor seksuolog Boćkowski:

„Kobieta myśli o wypiciu kawy i patrzeniu na gwiazdy, a mężczyzna o stosunku płciowym”.

Doktor czyta w moich myślach. Ja faktycznie myślałam o wypiciu kawy! Pal licho kawę, myślałam także o gwiazdach! Zadzierałam głowę i mówiłam do kolegi: „E, popacz, wielki wóz.” Co się musiało wtedy dziać w jego głowie? Jaka siła, łaska pańska, jakiż anioł stróż odciągnął wtedy jego lubieżne ręce ode mnie i uratował mnie naiwną, nic niepodejrzewającą od seksualnej przemocy?!

Ale dobra. Psim swędem się udało, nikt nie mówił, że tak będzie dalej. Nikt nie ma farta przez całe życie. Nikogo anielskie siły wiecznie chronić nie będą. A jak już dojdzie do tragedii – w sądzie też nie ma zmiłuj. Wszak w sądzie jest biegły sądowy. Nie ma co. Trzeba siedzieć w domu. Żadnych kaw, żadnych spotkań. Żadnych rozmów o gwiazdach. Samotność i marazm. Albo gwałt. Wybór należy do ciebie, kobieto.

Tylko jeszcze listę trzeba zrobić. Spis wszystkich znajomych facetów, z którymi kiedykolwiek się spotkałam. Na kawie, na piwie, na winie, czy wódce. Na koktajlu z porzeczki. Wszystko jedno. Muszę spisać nazwiska i telefony. A potem do każdego zadzwonić i wyznać:

– Dziękuję, że mnie nie zgwałciłeś. Jeszcze.

ofiara-gwaltu19392338

Jesteś blogiem

  1. Masz barwne życie towarzyskie, jesteś piękna i bogata.
  2. Nudzisz się pod kocem, masz nadwagę i zmarszczki.

Niepotrzebne skreślić

mieso
fot. Marek Kurzok

Mówisz, że dziś nie odbierasz telefonów. Cały dzień poza siecią, taki nastrój. Prawda jest taka, że nie odbierasz telefonu, bo nikt nie dzwoni. Cały dzień nudzisz się na kanapie pod kocem. Z nudów sięgasz do lodówki po lody. Zanim je zjesz, robisz im zdjęcie i wysyłasz na Instagram. Wysyłasz fragmenty swojego życia, fragmenty siebie. Swoje mieszkanie, swoje śniadanie, spalone papierosy. Kieliszek z wódką. Paznokcie. Wysyłasz po kolei całą siebie. Ćwiartujesz się na kawałki, by oddać się wirtualnemu światu. Ręka, noga, głowa. Prawy pośladek, lewe udo. Kto polubi? Kto kupi? Za ile?

Twoje lody polubiło już pięćdziesiąt osób. Dobry wynik. Mały towarzyski sukces dnia. Ale czy ty lubisz lody? Dasz im lajka? Są ciężkie, słodkie, tłuste, śmietanowe z kosmiczną przyprawą, z konserwantami, diabli wiedzą, z czym jeszcze. Jesz i myślisz o piekle, do którego trafisz, o potępieniu odwiecznie w twoją głowę wbijanym kolorowymi pismami. Chude laski podobają się facetom, dobrze to wiemy wszyscy – bardziej! Ty się nie spodobasz facetom, ty otoczysz się warstwą śmietanową o smaku tiramisu, nie będziesz już fajna. Hej, a czy ty w ogóle jesteś jeszcze fajna? Czy jesteś jeszcze spoko? Sprawdź na Facebooku. Lubię to nie znaczy: lubię. To nie jest już żadna emocja. To punkt. Sprawdź ile masz punktów. Ile trzeba mieć punktów, żeby być spoko?

Czekasz, kiedy miłość też będzie liczona w punktach. Kiedy jednym przyciskiem będziesz mogła się zakochać, a drugim przyciskiem zerwać. Zresztą. Nie bez powodu nie ma miłości na tym portalu. Jest tylko letnie i zawsze pozytywne: lubię. Ale nie ma miejsca na „kocham”. Miłość jest jak nadwaga. Miłość jest ZBYT.

Nie składasz się już z emocji. Nie składasz się z zapachów, dźwięków i gestów. Składasz się z jedynek i zer, z wyświetlanych obrazków, zdjęć, ikonek z podniesionym kciukiem. Twoje życie rozgrywa się na stronach internetowych portali społecznościowych, blogów i komentarzy.

Rzeczywistość wirtualna. Ty i twoi ZNAJOMI, których nie znasz. Co cię z nimi łączy? Co dzieli? Czy jesteście jak te lody tiramisu – zimną homogeniczną masą zmieloną przez portal społecznościowy? Układem koloidalnym, gdzie każdy jest doskonale oddzieloną cząstką zapomnianego świata realnego i jednocześnie fragmentem spójnej emulsji wirtualnej rzeczywistości.

Masz barwne życie towarzyskie i szalone powodzenie, jesteś piękna, młoda i bogata. Czy raczej przeciętna, czasem smutna, masz nadwagę i zmarszczki, a niektóre weekendy spędzasz pod kocem?

Nie pytaj, które zdanie skreślić. Zawsze skreśla się to, co niepotrzebne. Możesz wszystko. Jesteś bogiem. Czy jesteś jeszcze sobą?