„Grubi mają gorzej, zwłaszcza, jeśli są kobietami”

Drogi Kominku, sympatyczny kolego Tomku! Dzięki za twoje plecy. Przydały mi się do skakania na trampolinie sławy!

Ten blog nie jest miejscem do uprawiania polemiki z najpopularniejszym blogerem, to jest raczej blog o wszystkim innym. Jeśli mnie jednak coś nieco poruszy, pozwalam sobie napisać parę słów nie oczekując w zamian żadnego szaleństwa, nie oczekując z pewnością takiego szaleństwa, jakie nastąpiło po publikacji mojego ostatniego postu. Kiedy więc przeczytałam w Natemat.pl, że jestem nie tylko „e-potępiona” (zabawne, ostatnio pisałam, że decyduję się na potępienie), ale też podła, ściśle podłe jest to co robię – postanowiłam wrócić i być może znów dotknąć tych kilka nerwów, tak do tej pory błogo osłoniętych otuliną aprobaty.

Mój ostatni wpis miał być komentarzem zjawiska, które ostatnio wzbudza mnóstwo emocji, o którym się mówi w superlatywach, czasem gani, w każdym razie – jest. I nie zawsze jest aż takie fajne, jak nam się wydaje. Ja to właśnie tak widzę. Nie jesteśmy aż tacy fajni, blogerzy. Owszem, są pasjonaci – ludzie, którzy robią świetne rzeczy nie przeliczając swojego zaangażowania na ekstrasy od reklamodawców. Ale nafaszerowane kryptoreklamami blogi, blogi z treściami, które mogą obrażać, krzywdzić – budują słabą opinię o blogosferze (poza gronem blogerów zachwyconych własnym poletkiem).

Szukając wartości właśnie na tych najpopularniejszych blogach, trafiłam na blog Kominka. Przeczytałam parę wpisów, które wydały mi się po prostu obraźliwe. Forma mentorska plus pogardliwe wtręty, wszystko to sprawiało ogólne wrażenie nadęcia i pozoru kontrowersji, która powinna wywołać burzę. Ale nie wywołuje, bo w komentarzach jest jedynie pianie z zachwytu. Dlaczego? Otóż dlatego, że negatywne komentarze są usuwane. I to jest wg mnie zagrożenie dla blogosfery. Zagrożenie polegające na zepchnięcie w kąt pasji na rzecz dobrze opłacanego kursu ku narcyzmowi.

Ale, ale. Jest coś, co trzeba z pokorą przyznać. Kominek stwierdził w Natemat.pl, że odbiłam się na jego plecach ku sławie. Powiem tak. Sympatyczny kolego Tomku! Dzięki za twoje plecy. Przydały mi się do skakania na trampolinie sławy! Byłam kiedyś zaproszona do udziału w popularnym programie TVN. Byłam też zaproszona do plebiscytu, który przeprowadzał jeden z najpopularniejszych portali internetowych. Ale zrezygnowałam, bo wiedziałam, że te parę milionów sprzed telewizora, czy monitora to betka. Wystarczy wrzucić kilka cytatów z bloga Kominka i sprawa załatwiona!

Może to kogoś szokować, ale popularność nie jest dla mnie wartością. Jak powiedział Oskar Wilde: „everything popular is wrong”. W dupie mam więc popularność, tak jak Kominek ma w dupie prawa mniejszości („To nie jest miejsce dla mniejszości”). Dlaczego więc napisałam krytyczny tekst o blogosferze i dla przykładu wrzuciłam te kilka cytatów? To też pewnie może być szokujące. Zrobiłam to tylko dlatego, że nie zgadzam się z poglądami wyrażonymi na jednym z najpopularniejszych blogów. Na blogu Kominka. A blog to jest efekt pracy. Nie komentuję więc sympatycznego kolegi z Blog Forum Gdańsk. Krytykuję jego pracę.

Nic do Kominka nie mam. Tak jak on nie ma nic do Murzynów, Żydów i grubych. Ale nie podoba mi się, gdy pisze: ludzie otyli są sobie winni, bo za dużo żrą. Tak na marginesie. W mojej rodzinie żyła (już nie żyje) piękna młoda kobieta o imieniu Ela. Ela była zawsze szczupła, wysportowana. Któregoś dnia okazało się, że jest bardzo poważnie chora. Że musi przyjmować leki, które mają skutki uboczne, między innymi powodują tycie. Ela przytyła, ale dzięki lekom żyła jeszcze przez cztery lata. Jak myślicie, gdyby wtedy przeczytała:

„Grubsze było, jest i pozostanie brzydsze, samotniejsze i wyśmiewane.” (…) Grubi mają gorzej, zwłaszcza, jeśli są kobietami. (…) Nie ma co ich brać w obronę, oni wcale nie są tacy biedni. Człowiek zawsze tyje, bo żre i przywalę z liścia każdemu, kto mi tu zaraz napisze, że czasami otyłość jest wynikiem choroby. Może i jest, ale ja się mniejszościami nie zajmuję. Jeśli ktoś ma nadwagę, to musi ponosić konsekwencje z nią związane, a jeśli nie chce mieć nadwagi, to wystarczy mniej żreć. („Kiedy-grube-schudlo”)”

– naprawdę by pomyślała, że coś tu jest wyrwane z kontekstu?

Każdy ma prawo do swoich poglądów. Ale też musi się liczyć z krytyką. Swoją drogą, ja krytyki oszczędziłam, wrzucając tylko fragmenty tekstów. Napisałam, że to są fragmenty. Nie żadne wyjęte z sentencji słowa, ale całe zdania. Jego autorstwa. Gdzie tkwi problem? Problem polega na tym, że na moim blogu są negatywne komentarze dotyczące tych tekstów. I ja ich nie kasuję.

Inna rzecz, o której chcę na koniec wspomnieć rzucając to moje światło na blogosferę, to reakcja blogera na krytykę. Kiedyś napisałam prześmiewczy wpis na temat tekstu Segritty o Nikonie Złym. Chyba każdy bloger zna tę historię. Pośmiałam się we wpisie, że też bym chciała to i tamto. Jak to rozpieszczony bloger. I co się stało? Rozbawiona Matylda nazajutrz przesłała mi maila, bez żadnej urazy. Czy zatem można przyjąć krytykę z klasą? Można. O ile ma się jaja. I tu kobieta ma znacznie większe jaja niż facet.

Kończąc już ten temat: lejtmotyw tegorocznej konferencji Blog Forum Gdańsk to „Inspiracje, pasja, zmiany”. Cieszę się zwłaszcza na te: „zmiany”.

04
Możecie mi nie wierzyć, ale opieram się (plecami) o kominek.

„Żadna gwałtu nie lubi, ale każda by chciała”

Szlag mnie trafia, gdy widzę te „gwiazdy” blogosfery, których gwiazdorstwo nie polega na dzieleniu się  jakimiś wartościami, ale na wciskaniu reklam wszytych grubymi nićmi w jakiś pseudo-post

Czasem mnie ktoś pyta, jakie blogi czytam i czy w ogóle czytam. W tym tekście niestety, nie będę pisać o rzetelnych blogach (które faktycznie czytam), gdzie czytelnik traktowany jest jak istota rozumna, a nie dymany kolejną reklamą wszytą grubymi nićmi w jakiś pseudo-post. Każdy w miarę inteligentny człowiek szybko orientuje się, kiedy ma do czynienia z uczciwym traktowaniem. Problem polega na tym, że inteligentnych ludzi jest coraz mniej. Dlatego rzucę swój jupiter na blogi popularne, w których – choć są w świetle skąpane – merytorycznych wartości trzeba długo, długo szukać.

Blogerzy publikują w sieci informacje o wszystkim, czy to ważne, czy nieważne. Z pewnością taka jest ich potrzeba. Potrzeba bycia celebrytą. Niejeden marzy o tym, by na temat jego porannych spacerów po bułki trzęsły się portale plotkarskie. Owszem, każdy może się któregoś dnia stać gwiazdą i nie ma w tym nic złego. Ale szlag mnie trafia, gdy widzę te „gwiazdy”, których gwiazdorstwo nie polega na dzieleniu się jakimiś wartościami (publicystyką, fotografią, wiedzą o świecie egzotycznym, może o kolarstwie, o paralotniach?), ale na wciskaniu czytelnikom kolejnych sponsorowanych recenzji marek jakichś produktów, bez żadnej merytorycznej wartości.

Jak już wspomniałam, postanowiłam poszukać merytorycznych wpisów na blogach tych celebrytów. Przeczytałam kilka wpisów niekwestionowanej gwiazdy blogosfery, niejakiego Kominka. Blogera, który na konferencjach Blog Forum Gdańsk bryluje w roli głównej. W zeszłym roku byłam świadkiem jego prezentacji, na której przedstawił blogerom sylwetki Adolfa Hitlera i Józefa Stalina jako ludzi… z charyzmą do naśladowania. Zastanawiałam się, skoro ten gość ma coś takiego do powiedzenia, to co może mieć do napisania?

Kominek nie oszczędza ludzi, którzy wg niego nie są wystarczająco fajni. Pozwolę sobie jednak w ogóle nie krytykować jego tekstów. Po prostu wkleję tu kilka jego złotych myśli. Niech się same bronią.

O ludziach otyłych:

Człowiek zawsze tyje, bo żre i przywalę z liścia każdemu, kto mi tu zaraz napisze, że czasami otyłość jest wynikiem choroby.

O mniejszościach:

Miałem sen, że pewnego dnia wszystkich czarnych wywiozą z powrotem do Afryki, żydów zagazują, rudych spalą, a niepełnosprawni będą trzymani w gettach. Miałem sen, że pewnego dnia wszystkich gejów wyleczy się z ich ciężkiej choroby, a feministkom siłą wytłumaczymy, że szmata do podłogi jest naturalnym przedłużeniem ich prawej ręki.”

O kobietach „łatwych”(?):

Wielu marzy o seksie z nieznajomym, ale jak tu dać się nieznajomemu bzyknąć, skoro nie jest się tzw. łatwym. To jak z gwałtem. Żadna gwałtu nie lubi, ale każda by chciała.”

Pamiętam jak Figurski z Wojewódzkim wywołali kiedyś burzę szowinistycznymi żartami na temat Ukrainek. Teksty rasistowskie i obraźliwe często są przedmiotem ostrej krytyki ze strony mediów. Ale żarty (choć to chyba nie są żarty) Kominka wzbudzają tylko zachwyt. Gawiedź rozpływa się w komentarzach – samych pozytywnych, a blogerzy wyskakują ze skóry, by naśladować tego człowieka sukcesu. Tak na marginesie, ciekawa jestem, co na to organizatorzy Blog Forum Gdańsk, w tym Urząd Miasta Gdańska. Chciałabym usłyszeć.

Na wspomnianej konferencji Blog Forum Gdańsk co roku spotykają się blogerzy, którzy przekazują sobie tak zwany know how. Mają poczucie, że są opiniotwórczy, że coś od nich zależy. Nie mylą się. Blogerzy mają dziś ogromny wpływ na rzeczywistość. Są takimi nowoczesnymi dziennikarzami. Podobnie jak dziennikarze, opisują fakty, komentują zachowania polityków, budują światopogląd. Tym się jednak od dziennikarzy różnią, że wbrew pozorom często brakuje im pewnego obiektywizmu. Zawierane na konferencji relacje sznurują im usta. Skupiają się na „fajnej imprezie”, a nie na wyrażaniu niezależnych opinii. Po powrocie z BFG nie potrafią spojrzeć krytycznie na blogosferę. Jakby nagle stali się jedną wielką rodziną. Brzmi sekciarsko? Owszem. Dlatego blogerzy nie krytykują kolegi, choćby jego teksty raziły głupotą i chamstwem. Nasuwa mi się znów to porównanie z dziennikarzami. Znam paru dziennikarzy. Nieraz widziałam, jak się wzajemnie ścierali, krytykowali w mediach. A przecież znają się – między innymi właśnie z branżowych eventów. Cóż, może swoją pracę traktują poważniej niż imprezę?

Zbliża się kolejna edycja Blog Forum Gdańsk. Zastanawiam się, czy podczas tej konferencji dojdą do głosu pasjonaci, którzy dzielą się w sieci prawdziwymi wartościami? Którzy robią kawał świetnej roboty w Internecie i potrafią myśleć niezależnie bez skupiania się na ekstrasach od firm sponsorskich i voucherach na trzygwiazdkowy hotel? Czy może zobaczymy panteon „gwiazd”, wyniesionych na piedestał za publikowanie reklam i bzdur?

—————————————————————————–

Cytaty pochodzą z: kominek.in

224450_419588681440282_1199252912_n
Blog Forum Gdańsk 2012. Fot. http://www.facebook.com/BlogForumGdansk

Wiara Śmierć Potępienie

Skombinowałam szałową kieckę do trumny, a potem wyobrażałam sobie własny pogrzeb, na którym bawię się setnie widząc ten lament, nieutulony żal po mnie

Całe moje dzieciństwo było dla mnie jednym śmiertelnym zagrożeniem. Jak sięgnę pamięcią, wciąż pakowałam się w jakieś porażające rozrywki, z których cudem wychodziłam cało. Wędrowałam więc po stromych dachach starych kamienic, wisiałam na parapetach okien najwyższych pięter, jeździłam na rowerze slalomem między autobusami i zapadałam na straszliwe choroby. Wstrzykiwano mi penicylinę, na którą byłam uczulona, gonili mnie zboczeńcy, atakowały mnie psy ze szczękościskiem i rozjuszone prośne lochy.

Udało mi się przeżyć. Ale od początku swojego istnienia czułam tę śmierć na plecach. O śmierci się słyszało, śmierć się oglądało. Ciągle ktoś umierał i ciągle się o tym mówiło. Poza tym bez przerwy robiliśmy z Whisky jakieś pogrzeby chomikom. Pies zmarł mi na rękach. Pisałam o śmierci wiersze. Opowiadania. Eseje. Śmierć prowadziła mnie za rękę  hartując jednocześnie przed samą sobą. Była jak szczepionka, jak ta penicylina, z tą jednak różnicą, że nie wywoływała uczuleń. Obecna w rozmowach, obecna w literaturze, w telewizji, w jedynej wówczas emitowanej tematyce Drugiej Wojny Światowej, dawała pewne poczucie bezpieczeństwa. Bo co podczas moich wędrówek po dachach, podczas podpalania domu, podczas gorączek krwotocznych, co takiego mogło się stać? Otóż w najgorszym przypadku mogła nastąpić śmierć. A my się z koleżanką dobrze znamy. My się nawet lubimy. My sobie razem łazimy po parapetach i rozbrajamy stare niewypały.

Druga rzecz, wiara. Kiedy bowiem już śmierć oswoiłam, natychmiast nasunęło mi się pytanie: co dalej? Co po śmierci? Oczywiście wykluczone, że nic. Na pewno COŚ. I na pewno coś zabawnego. Na pewno będę po śmierci świadoma,  w pełni przytomna i, co najważniejsze, niezniszczalna. Dlatego będę mogła bezkarnie robić sobie siupy i nic mi już nie zagrozi. Wykombinowałam w myślach szałową kieckę do trumny, a potem wyobrażałam sobie własny pogrzeb, na którym bawię się setnie obserwując ten lament i czuję jak rozpiera mnie satysfakcja, gdy rodzice rwą włosy z głowy z nigdy nie utulonego żalu, bo mi na coś tam wczoraj nie pozwolili, bo mi nie kupili czerwonych bucików, bo mi nie dali na lody, albo zrobili jakąś absurdalną aferę z powodu dwói z matematyki.

Tak się beztrosko pławiłam w tych wizjach pośmiertnych, tak się z moją przyjaciółką śmiercią nabijałam z życia dopóty, dopóki nie wtryniła się w to wszystko moja babcia. Babcia rozgoniła nasz duet, po czym zaciągnęła mnie na roraty i sprzedała kilka ważnych prawd o wiecznym zbawieniu. Bo śmierć śmiercią, ale potem kończą się żarty, zaczyna się jatka, mamy do czynienia z jazdą ekstremalną, nie ma zmiłuj, jedni na lewo, inni na prawo, jedni do raju, inni do kotła, i do kotła właśnie najprawdopodobniej ja!

Chyba że postaram się o zbawienie.

A zbawienie, kochani, można sobie załatwić tylko w jeden sposób. NIE GRZESZYĆ. Nie grzeszyć! A ja grzeszyłam na okrągło i w kółko miałam to poczucie bycia w czarnej dupie. Znacie ten majak niepokojący, lęk, że w każdej chwili może zapukać do was skarbówka? I z tytułu rozliczenia rocznego, zażądać faktury za materiały budowlane z 2001 roku? Niby gdzieś ją wpięliście, niby składaliście, ale to remont, to przeprowadzka, grom wie co, już segregator nie wiadomo który, już go właściwie nie kojarzycie, a na wiecznie odkładane porządki nigdy nie ma czasu. Skarbówka czekać nie będzie, śmierć też czekać nie będzie, nikt tu nie jest od tupania nogą w podłogę, nikt tu nie wygrał czasu na loterii, to macie tę fakturę czy nie?!

Najgorsze były wakacje. Latem bowiem rodzice oddawali mnie na bite dwa miesiące do babci i choć był to słodki czas rozpieszczania, to jednak mara wylądowania w kotle stawała się wówczas wyraźniejsza, wręcz namacalna, wręcz nieunikniona! Pamiętam jak trafiłam kiedyś z wyrostkiem robaczkowym do szpitala, a tam leżał siedmioletni pacjent, który wcześniej bawił się na budowie w ten sposób, że wędrował po krawędzi kotła z gotującą się smołą. I poślizgnęła mu się noga. I wpadł do środka. Nie chcecie wiedzieć, co było dalej. Ja wiedziałam. Widziałam, co się dzieje z człowiekiem, który wpada do kotła. I ten obraz stał mi przed oczami po rozmowie z babcią. I z tym obrazem, w mroku katolickiej wiary – dorastałam.

Było jednak światełko w tym mroku. Usłyszałam kiedyś (najpewniej od babci), że można z tego wybrnąć, że jest jakiś system ubezpieczeń, coś takiego jak pierwsze piątki miesiąca. W każdy pierwszy piątek idziesz do spowiedzi, potem do komunii. Tych piątków trzeba zaliczyć chyba dziewięć. Nie wiem, czemu dziewięć. To pewnie jakiś symbol ciąży zbawiennej, efekt niepokalanego poczęcia. Pomyślałam: biorę. Wchodzę w to. Nie mam wyjścia.  Nie zamierzam się kiedyś obudzić z ręką w szambie, w czarnej dupie diabła. Nie znasz dnia ani godziny. Ja, mimo przyjaźni ze śmiercią, też nie znam. Załóżmy więc, że w danej chwili spadam z parapetu. A wcześniej nie zdążyłam się wyspowiadać. No i dupa. Czarna dupa diabła.

Każde wakacje rozpoczynałam od rzucania się w projekt ZBAWIENIE. Projekt realizowałam mniej więcej w dwudziestu procentach. Wakacje trwały bowiem tylko dwa miesiące. Potem wracałam do domu i projekt upadał. Po kilku latach prób zrozumiałam, że wrodzony brak systematyczności może wykluczyć mnie z niebiańskiego towarzystwa i wtarabanić do kotła. Spytałam mojego eksperta – babcię – czy te święte piątki można zsumować i zaliczyć na poczet mojego zbawienia? Zaprzeczyła.  A na poczet negocjacji? Jak spadnę z parapetu i zginę, przyjdzie anioł śmierci i będzie mnie chciał potępić, a ja wyjmę pięć kartek, na każdej kartce po dwa piątki, nawet ponad normę. I co?!

– Nic.

To ja, pomyślałam, to ja to pierniczę. Co ja jestem w jakimś lojalnościowym programie? Co to, system zdrapek? Czemu akurat musi to być trzeci pierwszy piątek miesiąca po drugim pierwszym piątku miesiąca? Czemu ma być ich aż dziewięć? Czemu ma to trwać nieprzerwanie? A jeśli, załóżmy, nie mówię tu o sobie, ale jeśli ktoś nie nagrzeszył przez jeden z tych następujących po sobie miesięcy? A jeśli wyjechał?  Zachorował? Nie miał czasu? No i znów jak z tą skarbówką. Diabeł tupie nogą o ziemię, ramionami wzrusza, nic go nie obchodzą moje tłumaczenia. Nie ma faktury, nie ma rozmowy. Pięć rozpoczętych formularzy go nie interesuje.

Nie było wyjścia. Zrobiłam to, co uznałam za jedyne słuszne posunięcie w tej sprawie. Zaprzyjaźniłam się i z nim. Zresztą można się było tego spodziewać. Taką mam metodę. Zawsze zaprzyjaźniam się z wrogiem. Z każdym potencjalnym zagrożeniem. Z sekretarką męża. Z dziewczyną kochanka. Z komisją rekrutacyjną. Z członkami jury. Z największym moberem w firmie. Z szefową i kadrową. Ze śmiercią. Z potępieniem.

Zaprzyjaźniam się, zabieram na wódkę i załatwiam, że nie trafię kotła. I powiem wam coś. Nie trafię do kotła. Piekielnie w to wierzę. A wiara czyni cuda.

7348__wiara-jpg

Jaki wynik? Każdy wygrał

Ja może nie jestem na plusie, ale przynajmniej nie jestem na minusie. Wygrałam? 

Polska to jest taki kraj, którego nikt nie pokona. Jakby okiem nie sięgnąć, jakby historii nie przekopać – Victoria. Wojna? Sama chwała. Że o Powstaniu Warszawskim nie wspomnę. Tak im kota pogoniliśmy, że tylko się chełpić.

Każdy mecz – wygrany. Co by się nie działo, ile byśmy bramek nie wpuścili, duma. I zawsze ten sam komentarz: należy się cieszyć ze zwycięstwa. Moralnego, jakiegoś tam. Ale zawsze zwycięstwa. Bo było blisko. Bo lepiej niż ostatnio. Bo się zapowiadało nieźle. Bo jak na dziewięćdziesiąt minut, to jednak trochę pobiegali. Bo słupek. Bo o mały włos.

Tak było z wczorajszym referendum w Warszawie. Siedzę, patrzę w telewizor, myślę, co mnie to do cholery obchodzi, ale jednak, sami rozumiecie, co nie wypowiedź to zabawa. Bo jaki jest efekt tego głosowania? Wszyscy wygrali! Pokazali, że można! Dali radę! Zwolennicy odwołania prezydent? Wygrali. Przeciwnicy? Wygrali! Wygrał PiS i wygrała PO. Pani prezydent? No, wygrała. Ale ona to jeszcze małe miki. Piotr Guział – ten to dopiero wygrał!

Siedzę, słucham, pojmuję! Ej, zaraz zaraz. Skoro unieważnione referendum to zwycięstwo jego inicjatorów, to moi drodzy, umówimy się co do jednej sprawy. Ja może nie jestem na plusie, ale przynajmniej nie jestem na minusie. Mnie te dwa procent w plecy nie dotyczą. No to chyba jeszcze bardziej wygrałam, niż ci, co stracili? Choć trzeba przyznać, że oni też wygrali.

Powiem więcej, moi drodzy. Wszyscy wygraliśmy. Wołoska, Tebebe, Baronowa! Sztala, chłopie! Bracie! Dobra nasza! Warszawa, Gdańsk, Poznań, Białystok i Szczecin! Jesteśmy zwycięzcami! Ja pierdzielę, nareszcie! Albo może: znowu? Tak czy owak, nikt nam nie podskoczy. Panie premierze! Panie prezesie! Dawajcie następne referenda! Będziemy głosować do ostatniej kropli krwi. I do ostatniej kropli nie będziemy w ogóle na nie chodzić. Ja w ogóle uważam, że powinniśmy się zajmować wyłącznie głosowaniem. Wyborami. Przyspieszonymi, jakimikolwiek. Co by z nich nie wynikło, jaki by nie był procent w tę czy we w tę, będziemy się budzić z tym słodkim smakiem zwycięstwa, będziemy czytać o kolejnych triumfach, będziemy codziennie słuchać fanfar. I nikt nas nigdy nie pokona. Zwłaszcza my sami.

#NBnŚ

Facet kontra fajlus*

Polska kobieta dobrze wie, że jej facet jest rozpieszczonym nieudacznikiem, trawi czas na grach playstation i wygląda jak ostatnia łajza, ale ma jedną zaletę…

Samotne wieczory kuszą kanapą i telewizorem, tudzież perspektywą leniwego przewracania się po puchatym dywanie. Dzięki temu można obejrzeć jakieś dwa tuziny amerykańskich filmów z gatunku komedia romantyczna i dowiedzieć się zdumiewających rzeczy o relacjach damsko-męskich w wielkim świecie.

Otóż, kochani, w świecie nowoczesnych związków jest na ogół tak, że jeśli dany facet jest, pozwolę sobie użyć takiego określenia, zapuszczonym fajlusem przyklejonym (nomen omen) do telewizora, względnie do playstation, a najczęściej do komputera, to sprawy mają się następująco. Fajlus przez jakiś czas tkwi w pasożytniczej symbiozie z partnerką, która na niego tyra, która go karmi, która go zabawia, która wreszcie ma po dziurki w nosie tej sytuacji, wobec czego z łagodną furią rzuca mu klucze na zapaćkany pizzą stolik i z dumą odchodzi. Zszokowany fajlus bierze się wówczas w garść, sprzedaje na eBay-u playstation, zaczyna biegać, chodzić na siłownię, pisać, dostaje nagrodę, wreszcie zostaje sławnym pisarzem, kobiety na jego widok mdleją, a przyglądająca się z daleka efektom swojej decyzji eks-partnerka z zadowoleniem rozpatruje ewentualność powrotu do fajlusa, który już dawno fajlusem nie jest.

Tak się dzieje na świecie, ale zupełnie inaczej sprawy mają się w Polsce. W naszym kraju żadna partnerka żadnego fajlusa nie opuści. Owszem, podczas gdy on w najlepsze będzie tkwił przy konsoli, będzie upatrywał sens życia w zabijaniu nieistniejących potworów,  pod poplamioną koszulą będzie hodował wypełniony piwem brzuch, będzie dla niej niemiły, będzie ją oszukiwał i lekceważył – ona tego stanu rzeczy nie ośmieli się zmienić. Polska kobieta załaduje sobie fajlusa razem ze wszystkimi jego potworami na plecy, do tego dorzuci dwójkę trojaczków, dziecięcy rowerek, pracę na dwie zmiany i dźwigając to wszystko przez życie, zdąży jeszcze kupić kilka przyzwoitych koszul dla męża fajlusa. Polska kobieta będzie z pokorą taszczyć swój krzyż, bo choć polska kobieta dobrze wie, że jej facet to rozpieszczony nieudacznik i wygląda jak ostatnia łajza, musi przyznać, że ma jedną podstawową zaletę:

JEST.

O ile faktycznie ostatnio w świadomości młodych przebojowych babek coś drgnęło, statystyczna Kowalska musi się jeszcze sporo nadźwigać, by wreszcie zauważyć w facetach potencjał innej niezwykłej zalety. Ta druga zaleta jest szczelnie ukryta, a jej stwierdzenie wymaga przejścia w odmienny stan świadomości, co przecież nie dzieje się tak hop siup. Dlatego kobieta musi przebrnąć przez wszystkie obowiązki życia: macierzyństwo, małżeństwo, pranie, sprzątanie, gotowanie, prasowanie, gnieżdżenie się na wspólnym łóżku i diabli wiedzą co jeszcze. Przy okazji, czy ktoś może mi wyjaśnić, czemu ludzie uparli się na to spanie w jednym łóżku? Jak to się dzieje, że szukamy sobie coraz większych apartamentów, organizujemy sobie coraz przestronniejszą przestrzeń do codziennego życia, budujemy ogromne domy, by pod koniec dnia zalec niby ryba w konserwie pod jedną kołdrą z chrapiącym partnerem? Wszak najbardziej interesujące rzeczy w związku nie dzieją się podczas snu, a na czas spania znalazłoby się chyba w naszym mieszkaniu metr dwadzieścia na drugie łóżko?

Wracam jednak do tej drugiej zalety u facetów, bo ona jest naprawdę niezła. Jest jak kamień filozoficzny. Zamienia naszego ciastowatego fajlusa w szlachetne złoto. A odkrycie tej cechy gwarantuje nam miłość najlepszą z możliwych – miłość do samej siebie. Owszem, trzeba oddać fajlusowi cześć. Trzeba mu przyznać, taki facet ma to do siebie, że faktycznie JEST. Ale uwierzcie, to tylko namiastka szczęścia.

Najlepszy jest bowiem facet, którego NIE MA.

Rozumiem, że to może wydawać się szokujące. I owszem, kobieta na początku trochę histeryzuje, nie chce się z tym zgodzić. Z czasem zaczyna jednak doceniać takiego faceta. Coraz częściej o nim myśli. Zaczyna tęsknić! I wreszcie nim się zachwyca.  A potem już za żadne skarby nie chce go stracić. Facet, którego nie ma, jest bowiem doskonały. Nie ma żadnych wad.  Nie siedzi przy konsoli, nie chłepce piwa, nie obraża, nie czepia się, nie krytykuje. Niczego nie wymaga, o nic nie pyta. Nie jest głodny, nie hałasuje, nie beka i nie chrapie. Wcale nie jest gruby. Nie jest też łysy. Nie podnosi deski klozetowej, a w związku z tym w ogóle nie zapomina jej opuścić. Nie rozrzuca skarpetek. Nie wraca po nocy, nie wychodzi w dzień. Nie zdradza! Nie pyta, co na obiad. Nie ma żadnych wkurzających kolegów. Nie ogląda meczów. Za to zupełnie bez żadnego sarkania pozwala obejrzeć dwa tuziny komedii romantycznych pod rząd.

Nic nie zastąpi faceta, którego NIE MA.

—————————————————————————————–

Fajlus – określenie wynikające z połączenia dwóch, mających tu szczególne znaczenie słów: Fajtłapa i Fallus.

5facet
Facet JEST
Faceta NIE MA

Najlepszy miesiąc w twoim życiu

Malował przy pomocy wody. Przez moment można było podziwiać dzieło, za chwilę obraz znikał. Zapytany, czemu nie uwiecznia twórczości, powiedział: najważniejszy jest proces tworzenia.

Poniedziałek, początek kolejnego tygodnia, potrzeba pełnej mobilizacji, a ja nagle budzę się i stwierdzam, że nie mam o niczym pojęcia. Chociaż jeszcze niedawno znałam się na wszystkim. Gdzieś w czeluściach pamięci majaczy mi sens życia, jakiś plan działania, jakiś pomysł, może pomysł na książkę? Ludzie, nie wiem! Nic nie wiem! Dzwoni telefon, dzwoni matka, chce mi przeczytać horoskop na październik.

Horoskop na październik:

Najlepszym miesiącem w twoim życiu był wrzesień.

Jezu, mamo, co?! Co takiego było we wrześniu? Co się wydarzyło? Nic się nie wydarzyło?! A tu piszą, mówi matka, a tu jest jak wół, że było najlepiej! Powinnaś się cieszyć! Masz za sobą najlepszy czas w swoim życiu!

A więc to było najlepsze, co mogło mnie spotkać? To już jest za mną? Jak to? Czemu? To niemożliwe. Co straciłam? Czego nie odzyskam? Jaki cudowny przypadek mnie ominął, choć był już tak szczęśliwie blisko? Ile energii poszło w gwizdek? Jak mam teraz cofnąć czas?! Hej, mamo, hej, horoskopie z gazety, hej konstelacjo gwiazd! Poczekajcie! Puśćcie mi ten film raz jeszcze! Dajcie szansę!

Nie ma, kurde bele, zmiłuj. Październik zasuwa po szynach życia jak bezduszna lokomotywa i z każdym stukotem kalendarza mnie od najlepszego miesiąca w moim życiu oddala.

Co za koszmarny początek tygodnia. Mam wewnętrzny nalot, bombardowanie jesienne, zrzut napalmu własnych myśli. Idę do lasu, kładę się na trawie i patrzę w korony drzew, w nich szukam odpowiedzi. Jaka ma być odpowiedź, skoro liście spadają? Czy na którymś z nich jest dla mnie wiadomość? Łapię jeden, przyglądam się. Nic nie ma. Nawet jakby coś było, straciłam przecież wzrok, nie przeczytam. Zakładam okulary, a w nich owszem widzę, a jakże! Bardzo wyraźnie widzę.

Pustkę.

Miałam ostatnio pomysł na książkę. Nie wytrzymałam, napisałam w tajemnicy do kogoś: hej, słuchaj, koniec świata i początek, mam pomysł, to jest naprawdę niezły pomysł, takiej książki jeszcze nie było, to coś zupełnie innego! Nie odpowiedział.

Rok temu też chyba wysłałam gdzieś swój pomysł. Dwa lata temu pewnie też. I trzy lata temu – czemu nie? Jestem mistrzem w wysyłaniu pomysłów, które inni mają w dupie. Zresztą, co tu się dziwić? Po co mi te pomysły? W końcu kiedyś moja książka ukazała się drukiem, sprzedała się podobno nieźle, a ja nie dostałam za nią złamanego grosza.

Widziałam niedawno film, na którym artysta malował murale przy pomocy wody. Przez moment można było podziwiać jego dzieło, chwilę potem obraz wysychał i znikał. Malarz zapytany, dlaczego nie uwiecznia swojej twórczości, np. farbą, odpowiedział, że najważniejszy jest proces tworzenia.

Może już późno, może już czas. Która to godzina, panie? Nieważne. Która by nie była, życie i tak minie. Liście polecą z drzew, żółte puste liście bez żadnego przekazu. Po prostu pac, spadną na mokrą ziemię i kolejny dzień w twoim życiu zbliży cię do jeszcze bardziej kategorycznej jesieni. Tylko nie patrz w horoskop! Najlepszy miesiąc w twoim życiu właśnie minął.

Jeśli nie zaczniesz znów tworzyć.

Blog Forum Gdańsk 2013. Dzień wszystkich urodzin

Jeśli chodzi o Blog Forum Gdańsk, to nie pamiętam, kiedy ma się odbyć, ale pamiętam z Facebooka, że w ten właśnie dzień jakieś trzydzieścioro pięcioro blogerów z całej Polski świętuje urodziny. Inni blogerzy mają urodziny trzy, albo cztery, albo jakieś siedem dni wcześniej. Lub później. Są też tacy, którym kot się urodził w pobliżu tej daty, albo tacy, których urodziny ma pies. Parę osób świętuje przyjście na świat swojej myszofretki.

O ile mnie pamięć nie myli, spora grupa szalejących w sieci twórców urodziła się na prostej wypadkowej po drugiej stronie kalendarza od daty Blog Forum Gdańsk 2013. Wiem też, że parę osób dyktujących tak zwany life style w sieci, ma urodziny w ogóle ni przypiął ni przyłatał. Ale to wcale nie oznacza, że sprawę należy bagatelizować. Ciężkie i żmudne obliczenia każdemu cierpliwemu czytelnikowi blogosfery dadzą zaskakujący wynik. Wynik, dzięki któremu co zmyślniejszy pojmie, jakiego stopnia pierwiastek, które zapętlone równanie z ilorazem sinus przez cosinus – wyprowadzi ludzkość z mroku niezrozumienia w przejrzystą jak bałtycka toń zależność:

–  Jak data Blog Forum Gdańsk 2013. ma się do urodzin każdego blogera?

– Bardzo.

Super, że mogę się tego dowiedzieć.