W jakiego boga nie wierzysz?

Taksówkarz spojrzał w górę, jakby spodziewał się nagłego piorunu, gdy ten jednak nie uderzył, zapytał…

170397_zachod_slonca_kobieta_dlon

W sobotę wylądowałam na warszawskiej Pradze w knajpie o nazwie Skup Butelek. Na głównej ścianie zapyziałej salki koncertowej widniał dość gigantyczny napis: SZKŁO. Nie byłoby w tym nic godnego odnotowania, gdyby nie fakt, że trzy dni wcześniej napisałam tekst o butelkach i szkle, i stał się on kolejnym moim proroctwem, niezamierzonym ściągnięciem sobie na głowę takiego właśnie losu. Tak kochani, to co piszę zawsze się zdarza. Jeśli nie w przeszłości, to na bank w czasie przyszłym. I oczywiście nie ma mowy o tym, żeby wydarzyło się coś dobrego. Zawsze zło.  Czemu się z kolei nie dziwię, najpierw trzeba by coś dobrego napisać.

Ale w czym rzecz? Otóż w ponurej scenerii Skupu Butelek zawędrowałam w labirynt rozmów o Bogu i perspektywie życia po śmierci. Sami przyznacie, temat beznadziejny. Tym bardziej beznadziejny, że o ile traktujący o śmiertelności – sam w sobie jest nieśmiertelny. Od wieków ludzi pochłaniający, po wieczność zgubny. Ale tak mnie i przypadkowo uciułane przeze mnie towarzystwo zajął, że nikt z obecnych nie zauważył, kiedy została zakupiona piąta zero siedem. I kiedy wybiła szósta zero sześć. Człowiek po takiej dawce konwersacji nie ma już wiele do powiedzenia. Rozmowy o Stwórcy zaklęte nocą w szkle niczym dżin, nad ranem z niego ulatują, zostawiając jedynie głuchy jęk wiatru wędrującego po pustych jak skacowane głowy, butelkach. I właściwie powinno się wtedy porzucić wszelkie dysputy, zamilknąć i w ślad za nieustalonym bogiem, zniknąć. Tak też postanowiłam. Została mi jednak ostatnia konwersacja – rozmowa z dyspozytorem korporacji „Taxi – Grosik”. Gdy więc wylądowałam w pluszowej taksówce, postanowiłam cicho siedzieć i drzemać. Niestety, nie dało się. Warszawscy taksówkarze należą bodaj do najbardziej rozgadanego towarzystwa na świecie i żadne odburknięcia ich nie zrażają. Dlatego, gdy kierowca zadał mi siedemnaste pytanie w stylu: skąd jestem, dlaczego akurat Skup Butelek, i jak się bawiłam, wściekła na to burzenie pożądanej ciszy, wyskoczyłam jak z karabinem maszynowym:

– Ubawiłam się setnie! To była najbardziej konstruktywna impreza w moim życiu! Całą noc w jakiejś zatęchłej dziurze rozmawiałam o bogu, w którego nie wierzę!

Facet spojrzał przez okno gdzieś w górę, jakby się spodziewał nagłego piorunu, gdy ten jednak nie uderzył, postanowił się upewnić:

– Nie wierzy pani?

– Nie.

Podrapał się po brodzie szukając w niej satysfakcji, ale nie znalazłszy, z jakąś taką nadzieją w głosie, lekko dobrotliwym tonem podpowiadającym jedyną słuszną odpowiedź, zadał mi to ostatnie pytanie – pytanie, które wciąż dźwięczy mi w głowie szklanym dźwiękiem oddawanych do skupu butelek, choć weekend minął, choć się wyspałam, choć niby opuściłam tę szklaną nierzeczywistość:

– Ale rozumiem, że nie wierzy pani w tego naszego Boga… . Czy co?

Pytanie to zostawiło we mnie głębokie przekonanie o potrzebie religijnego patriotyzmu. Nawet jeśli ktoś deklaruje brak wiary, powinien zaznaczyć, jakiej religii ten brak wiary dotyczy! Żaden bowiem szanujący się warszawski taksówkarz nie będzie woził po polskiej stolicy kogoś, kto nie wierzy w jakiegoś obcego (może protestanckiego? prawosławnego? a może nie daj Bóg, jakiegoś islamskiego?) boga. Dlatego z miejsca kierowcę uspokoiłam:

– Oczywiście, że w naszego.

Rzucam niepalenie

Nie od razu, nie od dziś. Od Nowego Roku

Nie to, że koniec września, czy choćby koniec lata. Nie, że noworoczne postanowienia. Że coś ze sobą trzeba zrobić. Ważne, że wszyscy wokół to robią, wyznaniem o tym się dzielą, tą przysięgą obdarowują. Rozpina się wszechobecna obietnica jak olbrzymia markiza nad Internetem. Nad Facebookiem, nad fejsbuniem kochanym. Tak się happy friendly zrobiło, tak się wszem i wobec zalajkowało, tak się to wszystko ostatnio skleiło lubością, że nic – tylko wreszcie rzucić palenie. Bo o tym tu mowa. Tak moi drodzy, chodzi o to, żeby wyleczyć się z odruchu sięgania po ten cudowny gadżet, ten wypełniacz pustki, ten nieodłączny, nieodparty towarzysz poważnych rozmów, dyskusji o sensie życia, polemik i zmagań charakterów. Po ten jesienny, przystankowy, ach! literacki symbol samotności. Po ten ognik piekielny, tę żagiew ciemnych myśli, ten przedmiot pożądania i wątpliwości:

papieros.

Wszyscy wokół rzucają palenie. Wspaniale. Gratuluję. Też bym chciała. Też bym to zrobiła. Tylko że… ja nie palę. A skoro nie palę, to co mam rzucić? O czym napisać? Że co? Że niby: nie palę? Że nie palę od dawna? Że od pięciu lat? Od dziesięciu? Nie pamiętam od ilu? Że w ogóle nigdy się nie wciągnęłam? Że owszem, może i czasem mi się zdarzy od wielkiego dzwonu, ale właściwie mam to gdzieś? Że papierosy mogą dla mnie nie istnieć? No i co z tego? Kogo to obchodzi? Kogo to zajmuje? Na czyj lajk można w ogóle w tej sytuacji liczyć? Czyjego wsparcia wymagać? Wybaczcie.

Dlatego właśnie postanawiam to zmienić. Nie tak od razu, nie dziś, nie jutro. Bez przesady. Zmiany trzeba wprowadzać spokojnie. Do zmian się trzeba przyzwyczajać. I tak ja postanawiam palić od Nowego Roku. Od pierwszego stycznia 2014. Chrzanię sylwestrowy kac, otwieram oczy i wyciągam fajkę. Nie ma zmiłuj. Palę. Co tam palę. Jaram! Dymię! Kopcę!

Będę palić dużo. Intensywnie. Teatralnie wręcz. Ludzie, jak ja będę palić! Nie sporadycznie, nie od czasu do czasu. Nie przypadkowo. Nie częstowane. Własne będę palić! Swoje. Już dziś zaczynam kupować. Już dziś zaczynam puszczać fortunę na swój perspektywiczny nałóg. Już dziś składam wszystkie zdobyte chyłkiem papierosy (bo będę też wydębiać) na noworoczną kupkę.

Już dziś mi się biodra kołyszą w rytm wdechów substancji smolistych.

O Boże, jak ja będę palić! Będę snuć się z papierosem po korytarzach waszych zgłodniałych nikotyny myśli. Dymem pamięci będę wybudzać was, niepalących, ze świeżych niezabliźnionych jeszcze ran abstynencji. Będę was drażnić i kusić, będę się z wami droczyć. Będę się zaciągać, będę pomału i z sadystycznym rozmysłem puszczać dymne kółeczka! W kieszeniach płaszcza będę nosić resztki tabaki i zapalniczki. Kiepy wzbogacą podeszwy moich butów. Osmalone drzewce niedopałków obrosną mój dom. Będę mroczna i dumna. Dekadencka. Poetycka. Tajemnicza. Wsobna.

Będę śmierdzieć, będę żółknąć. Będę kaszleć i rzęzić. Będę się gwałtownie starzeć. Będę mieć codziennie migrenę. Co tam migrenę, astmę! Albo lepiej: raka. Raka krtani. Ust. Języka. Do diabła, będę mieć raka wszystkiego. Płuca mi się zasmolą, zasklepią, zapadną. Żaden pieprzony tlen nie wniknie w ani jedną czerwoną krwinkę mojego zatrutego obiegu. Żadna niezadymiona knajpa mnie nie zachęci do spędzenia tam jednej świeżej minuty. I żaden niepalący facet już mnie nigdy nie pocałuje.

A wtedy, najspokojniej w świecie i z czystym sumieniem będę mogła zająć się zakrojoną na szeroką skalę akcją rzucania palenia.

Pomożecie?

Bloger wie wszystko

Bloger nie potrzebuje dyplomu. Popularność to jego kompetencja. Bezczelność to jego habilitacja

IMG_9634Przeczytałam dziesiątki wpisów topowych blogerów, zapoznałam się z analizami, opiniami na ich temat. Widziałam nawet paru w telewizji i wysłuchałam, co mają do powiedzenia. Jedno jest pewne. Oni wiedzą wszystko.

Z niezbędnej definicji blogera (o której wprowadzenie do Wikipedii kategorycznie wnioskuję), powinno wynikać, że bloger to ktoś kto wie. Kto doradza. Kto jest ekspertem. Kogo precyzyjna wiązka kompetencji wiedzie do sukcesu. Tak, bloger swoją kompetencją przyćmiewa wiarygodność mediów, specjalistów dziennikarzy, dotychczasowo uznawanych znawców. Bloger zrzuca z piedestałów autorytety. Bloger chrzani autorytety. Bloger wie lepiej. Bloger wam powie. Bloger powie wam, jak się ubrać, co zjeść, z kim iść na randkę, z kim do łóżka. Bloger was nie zostawi z rozterką, z pustą głową, z myślą zbłąkaną, z pytaniem czy z trudem poszukiwań odpowiedzi. Bloger wam podyktuje rozwiązania, zanim powstaną problemy. Bloger powie, jak żyć.

Skąd wiadomo, że bloger się na tym wszystkim zna? Też mi dwumian Newtona. Bloger wie, bo jest popularny. To właśnie jest gwarancją jego kompetencji. A jeśli tak się cudownie złoży, że jest dodatkowo bezczelny (bezczelność to jego habilitacja) – mamy do czynienia z profesjonalizmem na mur beton.

Co zatem, jeśli bloger się pomyli? E tam. Nie przesadzajmy. Przecież to tylko bloger. Pisze sobie co chce i nie będzie się nikomu tłumaczył. Wszak jest niezależny (jak jego sponsorowana twórczość) i gwiżdże na konsekwencje pomyłek. Zresztą każda pomyłka prowadzi do napięć w sieci, do kruszenia kopii między fanami, do dyskusji, do polemik, zatem do jeszcze większej popularności. Tym samym jest tylko scementowaniem aksjomatu:

Bloger wie wszystko.

Tymczasem – przyznaję – ja nie wiem. Ja wątpię. Błądzę. Szukam. Ramionami wzruszam. Po prostu nie mam pojęcia. Nie powiem wam, co jeść, w co się ubrać. Za diabła nie wiem, jak uwieść faceta. Nie wiem, czy blondynki są głupie. Czy krem na zmarszczki pomaga?

Nie wiem.

Czy mężczyźni kochają zołzy? Czy może kury domowe? Matki Polki czy zimne suki? A może tylko siebie?

Nie wiem.

Co włożyć? Gdzie kupić? Jak schudnąć? Co gotować? W co wierzyć? W prawo? Czy w sprawiedliwość?

Nie wiem.

Czy to już koniec? Czy to zagłada? Czy świat się rozpadnie? Czy Bóg nas pokarze?

Nie wiem.

No i wreszcie nie wiem w czym tego bloga pisać. W jakim komputerze? Z jakim oprogramowaniem? Za pomocą jakiego tabletu fanpejdż sprawdzać? Jakim aparatem zdjęcia na bloga pstrykać? Komórką jakiej firmy połączenia fanów odbierać? I według jakiej taryfy? Czyjej sieci?!

Jezu, nie wiem, nie wiem!

Na nic się ja wam nie przydam. Nie rozwiążę zagadnień ludzkości. Nie podam wam sensu życia. Treścią mojego są pytania. Pytania, na które nie odpowiadam. A jeśli odpowiadam, to przewrotnie. Bo, zabijcie mnie, nie wiem. Gdybym wiedziała, też bym nie odpowiedziała. Czemu miałabym mówić? Jakim prawem miałabym pozbawiać kogoś przyjemności poszukiwań?

Dlatego nie piszę już bloga. Nie jestem blogerką. Kim zatem jestem?

Nie wiem.

Jesienna terapia

Śnią mi się pająki. Sprawdzam w senniku: śmierć. Śmierć?! Za co? 

W konkursie na ratowanie Wołoskiej wygrał niejaki sztala, choć całkiem przyzwoity puchar za zaangażowanie należy się także toi. Rzecz w tym, żeby faktycznie obrócić statek i, jak się zwycięzca wyraził: „gaz do dechy”. Ocalona Wołoska upiera się, żeby główną nagrodą była randka z nią, ale przekonałam, by nie zawracała głowy porządnemu obywatelowi, tylko grzecznie cieszyła się świeżo odzyskanym życiem.

Zostawiając już wreszcie ten podwodny ambaras, chcę wam opowiedzieć, co mnie ostatnio gnębi. Pisałam już kiedyś, że jestem śmiertelnie chora na arachnofobię? Pisałam o próbach oswojenia się z lękiem, o terapii przy pomocy kapcia i o względnych możliwościach reinkarnacji w postaci pająka?

Otóż mam od jakiegoś czasu poważny problem psychiczny. Uparcie śnią mi się pająki. Chodzą po ścianach, po mojej pościeli, rozmnażają się, dzielą, mnożą, multiplikują, cholerne śmiałe znienawidzone przerażające, że akurat, do cholery, mi się śnią! Jakby dobrze wiedziały komu się przyśnić, w czyim śnie tak sadystycznie baraszkować, komu przez sen po twarzy chodzić, do ust wbiegać, po czyjej szczęce szczękoczułkami błądzić, czyją nogę nogogłaszczkami łaskotać.

Budzą mnie wzdrygnięcia, zrywam się mokra z łóżka i biegnę do łazienki szorować usta. Kupiłam nawet szczoteczkę elektryczną, pastę wybielającą, cały przeciwpajęczy zestaw, by ślady po nocnej bieganinie usunąć. Drę z zębów szkliwo, a resztek sennej pajęczyny – nie mogę.

Sprawdzałam w senniku. Same sprzeczności. Dużo pająków – pieniądze. Już się cieszę nad ranem, już planuję wydatki, gdy następnej nocy śni mi się tylko jeden pająk. A jeden oznacza biedę! Czarny pająk to z kolei niepokój. Jakbym miała go w życiu za mało! Krzyżak – powodzenie. U płci przeciwnej? – pytam, ale sennik nie odpowiada, za to mózg funduje mi kolejny sen: pająka jadowitego. Sprawdzam: śmierć. Śmierć! Za co?! Z jakiej przyczyny? Przez ukąszenie? Może się udławię? Wpadnę pod samochód? Czy wreszcie stanie się to, czego najbardziej się obawiam: umrę z nudów?

Może wystarczy czekać na sen następny, gdzie kolejna konfiguracja pajęcza mnie wybawi od śmierci? Nie wiem, nie wiem, wiem tylko, że śnią  mi się wszystkie pająki świata. Śniły mi się całe stada, śni mi się, że je zabijam, śniło mi się, że mnie gryzą. Widziałam krzyżaki, widziałam czarne wdowy. Tarantule i ptaszniki. Piwniczne, czarno szare, kosmate i długonogie. Drobną ogrodową młodzież i ciężkie brzemienne samice.

Wciąż nie wiedziałam, skąd w mojej głowie ta arachnomania. Czemu pająki, których się panicznie boję, postanowiły zawładnąć moim uśpionym umysłem? Nie wiedziałam. Nic z tego nie rozumiałam. Aż do dziś.

Bo dziś, wybiegając rano z kolejnego koszmaru prosto w napięty niczym mordercza cięciwa pajęczyny wtorek, wpadłam w pętlę dwóch odmiennych jak interpretacje mojej zmory stanów: jawy i snu, mianowicie wpadłam wprost w rozpiętą na moim ganku jesienną sieć pajęczą. I tu, zamiast starym zwyczajem wszcząć histeryczną awanturę,  wrzeszczeć wniebogłosy i spazmatycznie opędzać się od skradającego się w tych straszliwych przędzach tłustego napastnika, zrobiłam coś absolutnie zdumiewającego. Nie zastanawiając się w ogóle nad tym, co się stało, leniwym ruchem starłam pajęczynę z twarzy i bez cienia wstrętu, nie myśląc wcale o tym, czy jakikolwiek pająk nie siedzi właśnie na mojej głowie, najspokojniej w świecie wsiadłam do Punto, włączyłam Nirvanę i pojechałam do pracy.

A gdy gdzieś w połowie Where did you sleep last night dotarło do mnie co się stało, wszystko zrozumiałam. Szanowni Państwo! Nie boję się już pająków! Nie boję się ich wcale. Z dokuczliwej arachnofobii wyleczył mnie mój własny umysł, fundując serię pajęczych koszmarów. Żaden pająk na jawie nie jest mi straszny. Naoglądałam się już. Przyzwyczaiłam się. Nawet je lubię.

Pająki są symbolem babiego lata, są tkaczami snującymi przy swej przędzy  swoje (moje?) senne historie. Są zanurzonymi w mokrym świetle września klejnotami tej wytwornej elegantki – Złotej Polskiej Jesieni.

zdjecie,600,135179,20100926,pajeczyna-w-rosie

SOS z łodzi podwodnej

Ona nie jest członkiem załogi u-bota. Nie jest nawet płetwonurkiem. Co zatem robi w łodzi podwodnej? To proste. Gdy pewnego dnia ktoś jej proponuje coś kompletnie od czapy, ona się zgadza

Nie było mnie z kilku powodów. Po pierwsze: przytłaczająca liczba sponsorowanych postów, akcji „kto pierwszy ten lepszy” i różnej maści konkursów w blogosferze – kompletnie mnie to przyblokowało. Pomyślałam, że albo w ogóle nie nadaję się na blogerkę, albo muszę piorunem wymyślić jakiś konkurs. No i wymyśliłam. A raczej życie wymyśliło. Ale o tym za chwilę.

Drugi powód mojego zniknięcia to wyjazd do Szwajcarii. Nie wiem, jakim cudem udało mi się wypełnić plan, ale faktycznie, któregoś pięknego słonecznego i potwornie upalnego dnia znalazłam się na pompowanym krokodylu w lazurowym Renie. Jeśli dodać do tego spadające z mostu do rzeki, niczym dojrzałe kokosy, ciała plażowiczów, należy przyznać, że było to dość niesamowite przeżycie. Fakt, że w Renie nie ma wi-fi, uniemożliwił mi pisanie bloga, co niestety zdziesiątkowało moich czytelników. Inna sprawa, że można było jeszcze uratować sytuację, na przykład po wyjściu z Renu. Ale po wyjściu z Renu nie uratowałam sytuacji, zajęłam się bowiem skrupulatnym przewracaniem się po plaży.

Gdy wróciłam do kraju i pojawił się cień szansy na odratowanie bloga, z miejsca pojawiła się Wołoska z kółkiem ratunkowym i natychmiast rozpoczął się cykl skoków przez kółko, niczym przez obręcz, do basenu ogrodowego.

Ale jak już jestem przy wodnym temacie, pragnę wreszcie ogłosić ten konkurs. Konkurs – zagadkę. To będzie zagadka o wspomnianej już Wołoskiej. A raczej o łodzi podwodnej, którą Wołoska postanowiła pływać w Bałtyku. Tak jest. Takie rzeczy się zdarzają. Nagminnie. Nie, Wołoska nie jest żadnym członkiem załogi u-bota. Nie jest nawet płetwonurkiem. Co zatem robi w łodzi podwodnej? To proste. Gdy pewnego dnia ktoś dzwoni do Wołoskiej i proponuje coś kompletnie od czapy, ona się zgadza. Oczywiście, zgadza się pod warunkiem, że to jest coś, czego jeszcze nigdy nie robiła. Dlatego ona się nie zgodzi na bungee jumping. Bungee to nuda. Bungee to ona zaliczyła w podstawówce. Spadochron? Nie rozśmieszajcie Wołoskiej. Ona żadnych skoków dla taniego efektu wykonywać nie będzie. Ona teraz będzie nurkować.

Wołoska przechodzi więc stosowny trening w basenie, dostaje maskę, płetwy oraz instrukcję wstrzymywania oddechów, wreszcie zalicza kilka długich kwadransów wędrówki wśród meduz. I syren, rzecz jasna. Syreny mają tu pewne znaczenie. Syreny i harmonie. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Nadchodzi wreszcie czas na spektakularne zanurzenie w u-bocie! Byłoby cudownie, gdyby wszystko działało. Ale życie jest pełne niespodzianek, a żyjemy w kraju, gdzie sprawność maszyn jest co najmniej nie na miejscu. Po zanurzeniu się łodzi nagle okazuje się, że zepsuł się jeden z silników. I to jest silnik odpowiedzialny za… wynurzenie.

Tu właśnie przychodzi moment na pierwszy i prawdopodobnie jedyny konkurs na tym blogu, na konkurs – zagadkę:

JAK WYNURZYĆ WOŁOSKĄ?

Nagrodą za podanie prawidłowej odpowiedzi będzie uratowanie życia Wołoskiej. A to, trzeba przyznać, nie byle nagroda. To prawdziwe bohaterstwo. Tego nie sposób zastąpić żadną materialną pierdołą, ani, przykładowo smartfonem od Apple’a, ani pakietem bezpłatnych minut na pozbawione sensu pytlowanie przez komórkę, ani nawet niczym nieograniczony Internet do sprawdzania na Facebooku informacji bez znaczenia. Prawda?

Zepsuł się silnik. Usterka polega na tym, że nie działa napęd w różne strony, ale statek może się poruszać. Tylko że w jednym kierunku.

Kto oglądał Das Boot, ten wie, że różne rzeczy mogą dziać się w morzu, a łódź dalej płynie. Kto zaś czytał Vonneguta, ten z kolei rozumie jasno, że tego typu uszkodzenia pojazdu nie są przeszkodą, ba! – są jedynie szalenie ciekawym wyzwaniem.

Czekam więc na ratunek. Pomóżcie Wołoskiej wynurzyć się z Bałtyku!