Fajerwerki w noc poślubną

Patrzę na most, na moście saper, wokół niego ładunki wybuchowe. Pół ciężarówki trotylu, dynamity z lontem, bomby atomowe. Arsenał, jakby miał most wysadzić. Pytam strażnika, co tu się dzieje? Ślub.

fajerwerki

Jest coś, co za mną od narodzin się snuje i mnie na krok nie opuszcza. Jest to nieprzewidywalność.  Wszystko, co mi się w życiu przytrafia jest nieprzewidziane z góry. Choćbym nie wiem, jak się starała – pojęcia nie mam, jak spędzę najbliższy weekend. Wyjdę na randkę z brunetem, a spotkam się z blondynką. Podróż pociągiem? Przestańcie! Do lokomotywy wpadnie bocian, lokomotywa spłonie, a ja będę się tłuc autostopem.

Czas (bolesny, bo nienawidzę tych internetowych poszukiwań biletów, hosteli i pensjonatów) spędzony przy komputerze w celu zabukowania noclegu w Łebie jest zawsze czasem straconym. Mam bowiem jak w banku, że jeśli w odpowiedzi na najbliższy urlop wpadła mi do głowy Łeba, to z całą pewnością Łeby w tym roku nie zobaczę. W ostatniej chwili, odwołując wszelkie rezerwacje, wyjadę na południe Niemiec.

Kiedyś wylądowałam w Barcelonie tylko dlatego, że postanowiłam zwiedzić Londyn. Weszłam na tanie loty, już, już kupowałam bilet, gdy mignęła mi w rogu ekranu stolica Hiszpanii i w jednej sekundzie zmieniłam azymut. A skoro już byłam jedną nogą w Madrycie, to czemuż bym miała nie być dwoma w Barcelonie?

Na urodziny zaangażowałam kompanię z trzech powiatów do wspólnego wylotu na Węgry. Węgry zmieniły się zaraz w Mediolan, stamtąd powędrowaliśmy Polskim Busem do Pragi, zaraz jednak zmieniliśmy kurs na Litwę, do Wilna, a nie, może jednak do Szwecji – statkiem. W międzyczasie pojawił się Toruń, była i Warszawa, wreszcie, trzeba przyznać, gdzieś w ułamku sekundy mignęła też Lizbona. Towarzystwo zaczęło się wykruszać, niektórzy się w głowę pukali, inni podnieśli larum, jeszcze inni w panice pierzchli, a ja zostałam na swojej wsi sama, rozpaliłam ognisko i upiekłam kiełbaskę.

Tak. Jeśli słyszycie, że planuję Maroko we wrześniu, to możecie być spokojni, że nigdzie się nie ruszę. Im bardziej spektakularne plany, tym mizerniejszy efekt. I odwrotnie – im mniej planów, tym więcej się dzieje. Najstraszliwsze są chwile, które następują po przerywanym ziewaniem oświadczeniem:

– W weekend siedzę w domu. – Nazajutrz bowiem piję whisky w smoczej jamie pod Wawelem i postanawiam zrobić sobie tatuaż. Oczywiście, w kształcie smoka wawelskiego.

Możecie się umawiać ze mną do woli, z wyprzedzeniem miesięcznym, los i tak nas rozłączy. Zrobi to w ostatniej sekundzie. I to nie będzie moja wina. Sami to zrozumiecie, gdy pędząc na spotkanie złapiecie gumę, połamiecie nogę, wpadniecie pod samochód. Autobus będzie miał awarię, samolot spadnie, pociąg się wykolei.  Nie wiem, co będzie. Wiem tylko, że na pewno COŚ będzie. I to nie byle co.

Tak sobie pomyślałam dzisiaj, gdy znów się okazało, że nie jadę tam gdzie jadę. Otóż nie jadę nad morze, choć to planowałam, jadę, moi państwo, w góry, do Szwajcarii, nad wodospad.  Zanim tam jednak wyruszę (wiele się może zmienić), opowiem wam historię. Historię nieprzewidywalną, jak całe moje życie.

Dwa dni temu wyszłam wieczorem do teatru. Jest Festiwal Szekspirowski, a  w jednej ze sztuk gra mój syn rodzony. Trzeba zatem iść. Rzecz się dzieje Gdańsku, na Starówce. Ludzi tłum. Jarmark Dominikański. Bursztyn, wata cukrowa. Obwarzanki. Pozytywki. Blaszane zegarki. Pierzaste koguciki. Baloniki i druciki.

Przemierzam stragany, lecę na spektakl. Godzinę później, wzruszona (nie będę się jednak rozpływać tu nad talentem syna, bo mu się w głowie przewróci, co mu się jeszcze jakimś cudem nie przewróciło) ze sztuki wychodzę i w postanowieniu, że mijam tę jarmarczną próżność, biegnę Ogarną, przez bramę do samochodu, który mam po drugiej stronie Motławy. Tymczasem most zamykają! Czerwono białą szarfą zatrzymana przez Straż Miejską patrzę, na moście saper z laptopem siedzi, a wokół niego… ładunki wybuchowe. Ale jakie! Pół ciężarówki trotylu, dynamity z lontem, bomby atomowe. Arsenał, jakby miał most ten nieszczęsny wysadzić. A ja tu. A samochód tam!

– Co się dzieje?! – pytam strażnika.

I ten mi na ładunki, na sterującego komputerowo eksplozją wskazuje i mówi:

– Ślub.

Ślub! Ślub, fakt, sprawa niebezpieczna. Nie ma co się dziwić, że wymaga broni. Pytam z ciekawości, co ich czeka. Wojna?

– Pani zaraz zobaczy.

Odeszłam więc przezornie, odeszłam parę kroków. I jeszcze trochę. I jeszcze dalej. E, co się będę narażać. Przebiegłam na drugi most, ten przy Długim Targu. Stoję więc na moście, patrzę w kierunku bomb i nagle, jak nie wybuchnie! Jak nie wystrzeli! W niebo tysiąc gwiazd raz za razem, buch! I jeszcze raz! I znowu! Kolorowe! Srebrne! Złote! Strzały tysiąckrotne, paciorki świetlane. światłotryski! Deszcze brylantowe, rubinowe burze! Szafirowa ulewa! Nawałnica turkusów!

O fontanno świetlana, iluminacjo potężna, czyjaś ty tej nocy?! Kto, jakaż para ślub biorąc wypuściła cię nad miasto?!  Do czarownic na miotłach, do baśni tysiącletniej, kto wysłał ślubne zaproszenie? Kto światłem na niebie datę ślubu zapisał? Kto, kto ma taką fantazję, co to są za ludzie?! Chcę ich poznać! Chcę zapytać! Jak się nazywa miłość, o której dziś w niebie gadają?! Jak się nazywa namiętność, która ogniem swym niebo nad Gdańskiem zapaliła?

I kogo, u diabła, na piętnastominutowy kosmiczny pokaz, o jakim miasto Gdańsk kończąc Jarmark Dominikański może tylko pomarzyć – stać?!

Zbiegam z mostu przy Długim Targu, biegnę w dół, tam przy jachcie luksusowym jakiś tłumek stoi, ktoś „Sto lat” śpiewa… jest! Jest panna młoda, jaka piękna! W białych tiulach, z diademem, w brylantach, królowa tej nocy! Cóż za cudo, blond włosy, po królewsku upięte, twarz roześmiana, zęby białe, usta duże, piękność! Piękność słowiańska jak z obrazu, mój Boże! Dziewczyna jeszcze młodziutka, lat dwadzieścia parę, z kieliszkiem szampana sama sobie śpiewa „Sto lat”, a obok ktoś po niemiecku coś mówi, też śpiewa… Kto to? Pan młody?

– Viva Polonia…!

Patrzę na nich, na weselników, rozglądam się bez zrozumienia, oczy przecieram, jeszcze raz: – Pan młody…? – pytam. Mężczyzna kurczowo trzyma się małżonki, lekko się uśmiecha. Wiek około 70.

Tak, kochani. W noc poślubną fajerwerki gdzieś być muszą. Choćby na niebie.

14 comments

  1. Anonim

    wydaje mi się że Twoją Misją jest felietonizm, eseizm, reportażyzm, relacjonizm z dynamic wydarzenizm.
    Twój kibic tebebe

  2. Sylwia Kubryńska

    Wiadomość z ostatniej chwili: nie jadę do żadnej Szwajcarii. Okazało się, że nie mam paszportu.

  3. Agata

    Dzisiaj młodzi są tak pomysłowi, że ciężko w to uwierzyć. Kiedyś wystarczyło kilka fajerwerków, na dzień dzisiejszy już profesjonalna firma strzelająca..

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s