Kalkulator do obliczania niemocy

Tomek! Gdzie jesteś?! Twoja skrupulatność, w której swoje miejsce znalazła nawet gazeta za 2,50, raziła we mnie jak piorun

Szanowni Państwo! Wychodzę za mąż!

Tak, mam już nawet kandydata na męża. Nazywa się Tomek. I od soboty pilnie go poszukuję. Tomek jest bohaterem reportażu Urszuli Jabłońskiej i Karoliny Sulej zamieszczonego w ostatnich Wysokich Obcasach. Mój kandydat na męża ma 37 lat i jest księgowym. W odpowiedzi na anons matrymonialny, Tomek pisze takie oto piękne słowa:

…moje zarobki wynoszą 2200 zł netto (czyli 3668 zł kosztu pracy, państwo zabiera 1468 zł). … Pracuję w małym biurze rachunkowym, …kredyt na 35 lat we franku szwajcarskim, minus 700 zł. Zostaje 1500. Na utrzymanie potrzebuję 700-800 zł. Czynsz – 100 zł, bilet miesięczny na dojazdy do pracy – 100 zł, gazety, bo lubię być na bieżąco – kolejne 100. Telefon – 20, internet – 40. Jedzenie – 400. W dni powszednie jem w barze na mieście. Zwykle zupę….”

Skopiowałam ten tekst z WO, bo sama nie umiałabym tego napisać. Już w drugiej linijce bym wszystko pokręciła. Tomkowi zatem należy się wielki szacunek. Chylę czoła. I od dziś nie ruszam się bez kalkulatora. W razie czego, mam już gotową wizytówkę: ” Dzień Dobry, nazywam się Sylwia Kubryńska, zarabiam tyle i tyle minus opłata za wywóz śmieci (segreguję), minus zupa z kalafiora i ziemniaki z wody, minus cztery kisiele w miesiącu, minus tatar z Biedronki, zostaje jakieś siedem złotych razy 12 miesięcy, równa się 84, akurat na welon z lumpeksu”.

Tomek! Gdzie jesteś?! Poeto liczb, mój księgowy władco!  Czekam na ciebie i twój matematyczny poemat! Czekam na wynik twoich obliczeń, drżę na samą myśl, co jeszcze wyciągniesz z tego dwumianu Newtona, jakim jest twoje życie! Skrupulatność, w której swoje miejsce znalazło nawet drugie danie na mieście i gazeta za 2,50 (bo lubisz być na bieżąco), raziła we mnie jak piorun.

Słowo daję, nie mam pojęcia, czemu Tomek nie może znaleźć dziewczyny. Skarży się, że na Sympatii żadna nie chce mu odpisać. Co za niefart, że mnie nie ma na Sympatii! Po takim liście odpisałabym na pewno!

Dziewczyny, bierzcie Tomka! Taki facet to przecież skarb. Takiemu facetowi mysz się nie wyślizgnie. Taki facet uciuła każdy zaplątany w odkurzaczu grosz. Nie ma mowy o trwonieniu pieniędzy, tym bardziej, że Tomek na wstępie reklamuje się jako „biedak”. On, moje panie, nie będzie kombinował, jakby tu zarobić więcej. On nie będzie siebie ani was narażał na niepotrzebną ekscytację związaną z podnoszeniem swojego statusu. On nie będzie wracał późno z pracy, dorabiał po godzinach. Nic z tych rzeczy. Macie go w domu, w kapciach, przyklejonego do swoich nienaruszalnych kwalifikacji w lekkim drżeniu przed tabelką zwiastującą kryzys. Tomek ma kalkulator. Ma też wykresy. W końcu jest księgowym. Obliczył, że nie stać go na to, aby żyć. Tomkowi z obliczeń wyszła niemoc. Zmiany? Awanse? Rozwój? Takie hasła, jak zaradność, drugi etat, zmiana pracy, szkolenia – Tomek zostawia nam, kobietom. I dobrze. Nie będziemy Tomka narażać na stresy. On i tak ma urwanie głowy ze swoim kalkulatorem.

Według Tomka kryzys (czy chodzi może o kryzys męskości?) ma nastąpić między 2020 a 2030, więc do tej pory nie będzie go stać na dziewczynę. Ale spokojnie, Tomek ma czas. Jest jeszcze młody. Ma dopiero pod czterdziestkę.

Tomek mieszkał z rodzicami do 33 roku życia. Strasznie krótko! Trzeba było nadal mieszkać! Owszem, ja wyprowadziłam się od rodziców w wieku lat dwudziestu bez grosza, z psem wielkości cielaka i z dzieckiem w drodze. Według Tomka obliczeń, nie powinnam była przeżyć. A już na pewno nie powinnam w tak zwanym międzyczasie zrobić dwóch fakultetów, ani założyć firmy, ani wychować dzieci – dla Tomka za drogich w utrzymaniu. Prawdę mówiąc nie miałam pojęcia, że są tak drogie. Ale ja jestem roztargnioną kobietą i oczywiście zapomniałam o kalkulatorze. Moja mama też zapomniała. I babcia, która wychowała czwórkę dzieci, pracując i robiąc studia, podczas gdy jej mąż wysiadywał wyrok za przynależność do AK – ona też zapomniała!

Nie, my kobiety nie mamy takiego kalkulatora. Nie obliczamy, czy możemy żyć. My po prostu żyjemy.

W powietrzu jest hel

Drodzy reklamodawcy, drodzy internauci! Szanowna blogosfero!

Nie przysyłajcie mi już tego papieru toaletowego. Ja sobie go kupię. Kupię sobie też jogurt, krem do twarzy, kolację w restauracji i wycieczkę tam, dokąd chcę jechać. Nic mi nie przysyłajcie. Wszystkiego mam dość.

I wiecie, czego mam jeszcze dość?

Mam dość sączącej się każdego ranka pustki z komputera.

Mam dość fałszywych słów.

Mam dość internetowych filmików, stronek, sklejek, memów, apek.

Mam dość beznamiętnej rzeczywistości Facebooka z jego letnim „lubię to” zarówno pod zdjęciem kotka jak i śmiercią dziecka.

Mam dość „zabawnych” t-shirtów ze znakiem Polski Walczącej i rankingów, który z zabitych w wieku lat siedemnastu powstańców warszawskich był bardziej sexy.

Mam dość waszych hurra! – akcji protestacyjnych wobec spraw, o których nie macie zielonego pojęcia.

Mam dość komentarzy żadnych pod tekstami o niczym sklejonych razem w jedną papkę z dramatem innych ludzi.

Mam też dość waszych konkursów, ankiet, badań, promocji, gratisów i zdrapek, migoczących reklam środków na przeczyszczenie.

Mam dość kupionych postów sprzedanych autorów.

Mam dość rzeczy, które się nie dzieją naprawdę.

Mam dość wiary w to, czego nie ma.

W tym powietrzu brak jest tlenu. Świat stał się balonikiem z helem. Po wciągnięciu haustu trzeba zabawnie piszczeć. Inaczej oddychać się nie da.

Nie przysyłajcie mi więc papieru toaletowego. Nie przysyłajcie podpasek, wacików, lakierów do paznokci. Nie przysyłajcie kuponów na kręgle i voucherów na pizzę. Nie, nie napiszę o tym zabawnego tekstu.

Przyślijcie mi lepiej maskę przeciwgazową.

Inaczej się uduszę.

maska

Fajerwerki w noc poślubną

Patrzę na most, na moście saper, wokół niego ładunki wybuchowe. Pół ciężarówki trotylu, dynamity z lontem, bomby atomowe. Arsenał, jakby miał most wysadzić. Pytam strażnika, co tu się dzieje? Ślub.

fajerwerki

Jest coś, co za mną od narodzin się snuje i mnie na krok nie opuszcza. Jest to nieprzewidywalność.  Wszystko, co mi się w życiu przytrafia jest nieprzewidziane z góry. Choćbym nie wiem, jak się starała – pojęcia nie mam, jak spędzę najbliższy weekend. Wyjdę na randkę z brunetem, a spotkam się z blondynką. Podróż pociągiem? Przestańcie! Do lokomotywy wpadnie bocian, lokomotywa spłonie, a ja będę się tłuc autostopem.

Czas (bolesny, bo nienawidzę tych internetowych poszukiwań biletów, hosteli i pensjonatów) spędzony przy komputerze w celu zabukowania noclegu w Łebie jest zawsze czasem straconym. Mam bowiem jak w banku, że jeśli w odpowiedzi na najbliższy urlop wpadła mi do głowy Łeba, to z całą pewnością Łeby w tym roku nie zobaczę. W ostatniej chwili, odwołując wszelkie rezerwacje, wyjadę na południe Niemiec.

Kiedyś wylądowałam w Barcelonie tylko dlatego, że postanowiłam zwiedzić Londyn. Weszłam na tanie loty, już, już kupowałam bilet, gdy mignęła mi w rogu ekranu stolica Hiszpanii i w jednej sekundzie zmieniłam azymut. A skoro już byłam jedną nogą w Madrycie, to czemuż bym miała nie być dwoma w Barcelonie?

Na urodziny zaangażowałam kompanię z trzech powiatów do wspólnego wylotu na Węgry. Węgry zmieniły się zaraz w Mediolan, stamtąd powędrowaliśmy Polskim Busem do Pragi, zaraz jednak zmieniliśmy kurs na Litwę, do Wilna, a nie, może jednak do Szwecji – statkiem. W międzyczasie pojawił się Toruń, była i Warszawa, wreszcie, trzeba przyznać, gdzieś w ułamku sekundy mignęła też Lizbona. Towarzystwo zaczęło się wykruszać, niektórzy się w głowę pukali, inni podnieśli larum, jeszcze inni w panice pierzchli, a ja zostałam na swojej wsi sama, rozpaliłam ognisko i upiekłam kiełbaskę.

Tak. Jeśli słyszycie, że planuję Maroko we wrześniu, to możecie być spokojni, że nigdzie się nie ruszę. Im bardziej spektakularne plany, tym mizerniejszy efekt. I odwrotnie – im mniej planów, tym więcej się dzieje. Najstraszliwsze są chwile, które następują po przerywanym ziewaniem oświadczeniem:

– W weekend siedzę w domu. – Nazajutrz bowiem piję whisky w smoczej jamie pod Wawelem i postanawiam zrobić sobie tatuaż. Oczywiście, w kształcie smoka wawelskiego.

Możecie się umawiać ze mną do woli, z wyprzedzeniem miesięcznym, los i tak nas rozłączy. Zrobi to w ostatniej sekundzie. I to nie będzie moja wina. Sami to zrozumiecie, gdy pędząc na spotkanie złapiecie gumę, połamiecie nogę, wpadniecie pod samochód. Autobus będzie miał awarię, samolot spadnie, pociąg się wykolei.  Nie wiem, co będzie. Wiem tylko, że na pewno COŚ będzie. I to nie byle co.

Tak sobie pomyślałam dzisiaj, gdy znów się okazało, że nie jadę tam gdzie jadę. Otóż nie jadę nad morze, choć to planowałam, jadę, moi państwo, w góry, do Szwajcarii, nad wodospad.  Zanim tam jednak wyruszę (wiele się może zmienić), opowiem wam historię. Historię nieprzewidywalną, jak całe moje życie.

Dwa dni temu wyszłam wieczorem do teatru. Jest Festiwal Szekspirowski, a  w jednej ze sztuk gra mój syn rodzony. Trzeba zatem iść. Rzecz się dzieje Gdańsku, na Starówce. Ludzi tłum. Jarmark Dominikański. Bursztyn, wata cukrowa. Obwarzanki. Pozytywki. Blaszane zegarki. Pierzaste koguciki. Baloniki i druciki.

Przemierzam stragany, lecę na spektakl. Godzinę później, wzruszona (nie będę się jednak rozpływać tu nad talentem syna, bo mu się w głowie przewróci, co mu się jeszcze jakimś cudem nie przewróciło) ze sztuki wychodzę i w postanowieniu, że mijam tę jarmarczną próżność, biegnę Ogarną, przez bramę do samochodu, który mam po drugiej stronie Motławy. Tymczasem most zamykają! Czerwono białą szarfą zatrzymana przez Straż Miejską patrzę, na moście saper z laptopem siedzi, a wokół niego… ładunki wybuchowe. Ale jakie! Pół ciężarówki trotylu, dynamity z lontem, bomby atomowe. Arsenał, jakby miał most ten nieszczęsny wysadzić. A ja tu. A samochód tam!

– Co się dzieje?! – pytam strażnika.

I ten mi na ładunki, na sterującego komputerowo eksplozją wskazuje i mówi:

– Ślub.

Ślub! Ślub, fakt, sprawa niebezpieczna. Nie ma co się dziwić, że wymaga broni. Pytam z ciekawości, co ich czeka. Wojna?

– Pani zaraz zobaczy.

Odeszłam więc przezornie, odeszłam parę kroków. I jeszcze trochę. I jeszcze dalej. E, co się będę narażać. Przebiegłam na drugi most, ten przy Długim Targu. Stoję więc na moście, patrzę w kierunku bomb i nagle, jak nie wybuchnie! Jak nie wystrzeli! W niebo tysiąc gwiazd raz za razem, buch! I jeszcze raz! I znowu! Kolorowe! Srebrne! Złote! Strzały tysiąckrotne, paciorki świetlane. światłotryski! Deszcze brylantowe, rubinowe burze! Szafirowa ulewa! Nawałnica turkusów!

O fontanno świetlana, iluminacjo potężna, czyjaś ty tej nocy?! Kto, jakaż para ślub biorąc wypuściła cię nad miasto?!  Do czarownic na miotłach, do baśni tysiącletniej, kto wysłał ślubne zaproszenie? Kto światłem na niebie datę ślubu zapisał? Kto, kto ma taką fantazję, co to są za ludzie?! Chcę ich poznać! Chcę zapytać! Jak się nazywa miłość, o której dziś w niebie gadają?! Jak się nazywa namiętność, która ogniem swym niebo nad Gdańskiem zapaliła?

I kogo, u diabła, na piętnastominutowy kosmiczny pokaz, o jakim miasto Gdańsk kończąc Jarmark Dominikański może tylko pomarzyć – stać?!

Zbiegam z mostu przy Długim Targu, biegnę w dół, tam przy jachcie luksusowym jakiś tłumek stoi, ktoś „Sto lat” śpiewa… jest! Jest panna młoda, jaka piękna! W białych tiulach, z diademem, w brylantach, królowa tej nocy! Cóż za cudo, blond włosy, po królewsku upięte, twarz roześmiana, zęby białe, usta duże, piękność! Piękność słowiańska jak z obrazu, mój Boże! Dziewczyna jeszcze młodziutka, lat dwadzieścia parę, z kieliszkiem szampana sama sobie śpiewa „Sto lat”, a obok ktoś po niemiecku coś mówi, też śpiewa… Kto to? Pan młody?

– Viva Polonia…!

Patrzę na nich, na weselników, rozglądam się bez zrozumienia, oczy przecieram, jeszcze raz: – Pan młody…? – pytam. Mężczyzna kurczowo trzyma się małżonki, lekko się uśmiecha. Wiek około 70.

Tak, kochani. W noc poślubną fajerwerki gdzieś być muszą. Choćby na niebie.