Z Oslo do Barcelony via Rębiechowo

Wszelkie podobieństwa do zdarzeń opisanych w tym tekście są przypadkowe. Powiem więcej: wszelkie wydarzenia w tym tekście są przypadkowe. Ba. Wszelkie wydarzenia w moim życiu są przypadkowe

O tym, że dla Polaków kwestia turystyki to ciężki kaliber świadczyć może chociażby cena noclegu w okolicy Kokoszek oscylująca wokół sześciuset złotych polskich. Dla porównania uroczy hotelik w centrum Barcelony kosztuje 20 euro za dobę. Wiem, byłam, sprawdziłam. Ale ja nie o tym. Mój problem związany z podróżami polega na czymś zupełnie innym. Otóż nigdy, za żadne skarby świata nie udaje mi się podróżować spokojnie. Zawsze coś. Zawsze niespodzianki. Zawsze perypetie. Głupia podróż do Olsztyna: ban z autobusu. Pociąg? Błądzenie przez nieistniejącą Iławę. Kiedyś nawet mi bombę podłożyli w Tczewie. Ostatnio w trasie na Mazury bocian wpadł do lokomotywy. Bocian upieczony, lokomotywa spalona, w Morągu koniec trasy. Tłukłam się z plecakiem po mazurskich wsiach.

Wracając do tematu. W każdej peregrynacji wyskakuje mi szereg zupełnie niespodziewanych wypadków. Tak było i teraz, gdy się wybrałam z bratem zwanym Whisky, do Hiszpanii.

Wszystko zaczęło się od telefonu. Whisky zadzwonił  któregoś wieczoru i oznajmił, że pojechałby do Hiszpanii. Z drugiej strony urlop krótki, nie lada okazja, żeby odwiedzić przy okazji kumpla w Norwegii. Kumpel sam siedzi w lesie, nie ma co jeść, więc by wypadało pojechać, ale nie z pustymi rękami, więc trzeba coś zawieźć, w gruncie rzeczy chyba najważniejsze, żeby jakoś pomóc, aczkolwiek w Hiszpanii Whisky nigdy nie był, co tu gadać północ to nie południe (a właściwie odwrotnie), co robić, dobra, jedziemy do Hiszpanii. Ale do kumpla też.

– Ja nie jadę do żadnego kumpla – protestuję.

– No to – on postanawia – podrzucę kiełbasy i wrócę fru, fru a potem polecimy do Hiszpanii. Zdążymy. Jeszcze się z kumplem napiję.

Dobra, samolot do Norwegii piąta rano. Jedziemy na lotnisko, Whisky wyskakuje z samochodu, torbę z kiełbasami trzyma i biegnie na samolot. Ja z powrotem spać. Mijają dwie godziny, budzi mnie ojciec telefonem, co z tą waszą Barceloną?! W porządku, odpowiadam, lecimy jak tylko Whisky wróci, nie wpadaj w panikę, wszystko pod kontrolą.

Tymczasem patrzę na komórkę, sms, Whisky: „Z torbą mnie nie wpuścili do samolotu, zostawiłem przy kiosku, wezmę jak wrócę”. Myślę mętnie, że niepotrzebnie poleciał, bo jak go nie wpuścili z kiełbasą, to poleciał z pustymi rękami, a miał kumplowi dać jeść, Co za bezsens, myślę zaspana, gastarbajterzy całe życie, kiełbasy wożą, pracują gdzieś po świecie, śpią w lesie i jeszcze ich do samolotu nie wpuszczają. Jakie to wszystko, myślę, smutne, jakie to biedne. A choćby i to, że gdzie byśmy nie byli, wszystko drogo. Na przykład taki precel: dwa euro. Weź daj dwa euro za precel. Z dziećmi jedziesz, dzieciak chce precla, ty chcesz precla, stary chce precla, drugi dzieciak też chce precla, bo jak ten pierwszy dostał, to drugi z automatu się drze. A każdy pieprzony precel dwa euro, w sumie osiem razy cztery, wychodzi trzydzieści dwa złote za durne precle, to my już dziękujemy, idziemy do Aldi po drożdżówkę.

Znów telefon. Whisky wraca. Łzy w oczach, na osobistą go wzięli. W Norwegii wysiadł bez torby, tylko dwie komórki i kalkulator w kieszeni. Podejrzany, w dodatku Polak. Kazali mu sikać do kubeczka, w brzuch gnietli, narkotyków szukali. Szalał ze strachu, że tyłek zajrzą.

– A gdzie torba?

– Jezu, zapomniałem!

Jadę na lotnisko, Whisky ręce rozkłada. Patrzył w kiosku, śladu po torbie, pewnie ktoś ukradł. Pytał, ale na zmianę kioskarka przyszła popołudniową. Coś bąknęła o straży granicznej, ale on po norweskiej kontroli ma uraz.

– To ja zapytam – mówię. No, co? Kiełbasa ulicą nie chodzi, z nieba nie spada. Idę do tej straży granicznej, walę w drzwi, otwiera strażnik i krótko:

– Proszę się rozejść.

Patrzę na brata, brat patrzy na mnie, w twarzy tej widzę obrazek sprzed lat, gdy zbieraliśmy kłódki do łowienia płotek. Kłódki to takie robaki, przynęty, a płotki to ryby. Ściśle: płocie. Mali jeszcze byliśmy. PKS-em nad jezioro pojechaliśmy. Uzbieraliśmy wiaderko, schowaliśmy pod drzewem. Nagle przyszedł jakiś wąsaty wędkarz, wziął wiaderko bez pytania i poszedł w las. Właśnie tę samą minę miał wówczas Whisky. Wzburzenie, bezradność, żal. I jednocześnie jakieś takie pogodzenie się z losem. Mądrość życiową, która przyświeca ludziom będącym ponad to całe emocjonalne rozdygotanie świata.  Pamiętam też scenę, gdy byliśmy już starsi. Któregoś lata zjechało do nas pół Wilna krewnych i siódmych wód po kisielu. Była wśród nich ciotka Patapowa. Ciotka Patapowa charakteryzowała się wyjątkowym brakiem finezji. Chodziła jak słoń, głośno bekała przy stole, drapała się po tyłku. Wszystko to darło serce mojego brata, który z byle powodu cierpi na migreny, nie znosi hałasu i chamstwa. Ale znosił. Znosił cierpliwie, bo go nauczyli, że gość w dom, Bóg w dom (o tym też już pisałam). Któregoś dnia jednak nie wytrzymał. Sam mi się zwierzył. Siedział z ciotką w kuchni. Ciotka nałożyła se śledzi i je. Mlaszcze, siorbie, kapie. Dziamga. Pluje. Mruczy przy tym i chrząka jak wieprz.

– Ja pierdzielę, mówię ci, myślałem, że oszaleję, już byłem bliski obłędu…

– I co?

– No, nie wytrzymałem.

– To znaczy?

– Nie wytrzymałem i…

– I…?

– Aż się na nią spojrzałem!

No, spojrzał. Spojrzał na ciotkę Patapową całą swoją wielką siłą protestu. A ona niewzruszona dalej jadła śledzie. Teraz z kolei spojrzał na drzwi Straży Granicznej, za którymi przepadła kiełbasa.

– To co my teraz będziemy jeść?

Prawda jest taka, że wcale nie zadał tego pytania. Jeszcze nie wtedy, jeszcze nie na lotnisku. Zadał je pod hiszpańską restauracją, w której porcja jedzenia kosztowała dwanaście euro. Niby drogo, ale knajpa miała jedną zaletę. Można było nałożyć na talerz, ile dusza zapragnie. Właściwie można było brać wszystko, czym kuchnia dysponowała. W dowolnych ilościach.  Makarony, sałatki, katalońskie kompozycje owoców, jagnię z miodem, cielę w śliwkach i kalmary. Dla wybrednych deser. Ciasta piętrowe, krosanty. Kawa, kola fanta sprajt. Skolko ugodno. Za dwanaście. No, nie raj? Wzięłam całą tacę, dwa widelce i niosę do stolika. Whisky się wreszcie uśmiecha:

– Pal sześć kiełbasy.

Zaczynamy jeść. Nagle podbiega do nas, a raczej do Whisky podbiega jakaś skośna porządkowa i krzyczy:

– Mister! Mister! Do not eat!

Tak oto wcieliłam się w postać Jacka z „Kwiatu Paproci”, który miał wszelkie bogactwo tego świata, lecz nigdy nie mógł się z nikim podzielić. Miałam kopiasty talerz żarcia i głodnego brata, którego nie mogłam nakarmić. A gdy postanowiłam jednak złamać zaklęcie i wbrew zakazom oddałam część porcji bratu – skośnooka wyrzuciła nas z knajpy. I wtedy właśnie powiedziałam to zdanie. Wypowiedziałam je głośno, bo wreszcie zrozumiałam swoje jestestwo. Może już na lotnisku, przed odprawą do Barcelony, gdy kątem oka ujrzałam w prasie codziennej artykuł o wczorajszej ewakuacji dwóch pięter lotniska z powodu porzuconej przy kiosku torby z kiełbasami, którą z kolei spacyfikowała i zniszczyła grupa saperska, przyznam – może miałam pewne podejrzenia co do tego, kim naprawdę jestem? Takie przeczucie zawiązania tej sentencji w głowie? Ale dopiero tu,  na barcelońskim bruku, wśród niepojmujących mowy polskiej tubylców, odważyłam się głośno przyznać:

– Jam częścią tej siły, która wiecznie dobra pragnąc, wiecznie czyni zło.

—————————————————————————————

Opublikowane w:

Be-travel

Be Magazine/Be Travel

5 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s